Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zdążył już nawet włożyć nowe trzewiki z zielonej, wytłaczanej skóry, upominek od szewca, któremu wyrwał sześć zębów, i fjoletową kurmę, nieco przykrótką, gdyż pochodziła z garderoby So-hai, drobnego i chudego staruszka, którego ordynarni fagasi z sąsiedniego szynku bez należnego starcom szacunku witali zawsze jednem i tem samem pytaniem:
— Żyjesz jeszcze, suszona mątwo?!

KONIEC TOMU PIERWSZEGO