Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/322

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Moi agenci porobili już oferty. Jak należało się spodziewać, pierwsi odezwali się Niemcy, węszący w Pekinie, w kołach, bliskich do rządu...
— Rząd był zmuszony przenieść swoją siedzibę dalej od przepełnionej szpiegami stolicy i w każdym razie być zdala od uwięzionego cesarza... jest to konieczne, gdyż partja radykalna i całe południe podejrzewa prezydenta i ministrów o zamiar powrotu do monarchji — przerwał mu Wali-chan.
Chińczyk kiwnął głową i ciągnął dalej:
— Nie wątpiłem, że tak będzie i dlatego posłałem tam jednego z agentów, aby rozejrzał się w sytuacji... Muszę jednak mieć tam Europejczyka, — i to nie byle jakiego! Musi to być wykształcony, wytworny, energiczny i obrotny człowiek, znać języki i umieć wpływać na ludzi...
— Chce pan powiedzieć: na Chińczyków? To nie to samo, co na zwykłych ludzi!
— Dlaczego? Pułkownik przecież bez trudu doszedł do porozumienia ze mną, a wszakże jestem Chińczykiem — zauważył komprador.
— E-e, co pan mówi! — machnął ręką Wali-chan. — Tyle lat mieszkał pan w Rosji i prowadził interesy z Europejczykami, zdążył więc pan nagiąć już swoją naturę do otoczenia. Zresztą nie wiem jeszcze, jakim się pan stanie na swoim gruncie!
Zaśmiał się i dodał:
— Opowiadano mi, że wpływ ziemi ojczystej bywa przemożny! Naprzykład murzyni, kształcący się zagranicą, ogromnie dbają tam o swoją powierzchowność i ubranie. Są to podobno najbardziej eleganccy młodzieńcy, ale cóż, kiedy ci lekarze, prawnicy i agronomi, powracając do swoich Sudanów, Gwinei