Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nawet prawosławnym się stałem chrześcijaninem i order wysoki na szyi nosiłem, cha-cha-cha!
— Kto był miljonerem, największym nad Amurem? — z kolei zapytał Nun.
— Ti-Fong-Taj i S-ka! — zawołał wesołym głosem nowy komprador. — Ta też spółka była jedyną, która wymknęła się bolszewickim zbójom i oto rozpoczyna teraz nową pracę przy Nanking-Road, stary Nun, na własnej ziemi i w rodzinnem, dawno opuszczonem przez nas mieście. To też czegoś warte!
— Warte jest tyle, ile pogodna, szczęśliwa starość, mój dobry Ti! — odpowiedział wzruszonym głosem Nun-Kou. — Zrobimy tu nowe miljony, lecz nie one już będą stanowiły o naszem szczęściu, stary druhu i towarzyszu wierny, nie one!
— Mówisz mądrze, Nun, nie one, bo, jak już uradziliśmy...
Rozległo się ciche pukanie do drzwi i do pokoju bez szmeru wślizgnął się boy.
— Gość, na którego czeka czcigodny szef, jest już w biurze! — zameldował z ukłonem.
— Proś — powiedział Ti-Fong-Taj i, zwracając się do starego kasjera, mruknął:
— Zostaw mnie samego...
Do kompradora wszedł pułkownik Wali-chan i serdecznie potrząsnął mu rękę. Usiedli i przez kilka chwil milczeli, jakgdyby ożywiając w myśli wszystko, co poprzedzało to spotkanie. W spojrzeniach, które rzucali na siebie wyczuwała się szczera sympatja i zupełne zaufanie. Zapewne, sprawy najważniejsze, które obchodziły obu, oddawna już zostały omówione, przemyślane wszechstronnie i ustalone.
Pierwszy odezwał się Ti-Fong-Taj.