Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/323

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i Liberji, natychmiast stają się rdzennymi murzynami, to znaczy — zaczynają chodzić nago, zarzucają brzytwę i mydło i wolą dziki „tam-tam“ od argentyńskiego „tanga“ i amerykańskiego „fox-trotta“!
Ti-Fong-Taj parsknął śmiechem i odpowiedział wesołym głosem:
— Ja nie będę paradował w stroju Adama! Najwyżej powrócę do szerokich pantalonów i kurmy, aby się zbytnio nie odróżniać od tła i środowiska. Ale, przechodząc do sprawy, muszę stwierdzić, że Chińczyk poddaje się dość łatwo wpływowi innego człowieka, lecz przy dwu warunkach. Ten człowiek musi mówić i postępować prawdziwie, szczerze i z wytworną stanowczością.
Wali-chan wstał, aby wziąć papierosa, i, zapalając go, mówił:
— Jestem prawie przekonany, że takiego właśnie człowieka znalazłem dla pana! Mówił mi o nim dużo dobrego mój przyjaciel, doktór von Plen. Udało mi się odnaleźć go i dość długo z nim rozmawiać. Pokrótce rozwinąłem przed nim nasz plan. Wydało mi się, że wzbudził w nim żywe zainteresowanie. W każdym razie spostrzegłem, że przewiduje wzmożenie zaborczości Japonji i dokonania przez nią próby oderwania i zagarnięcia północnej części Chin. Muszę dodać, że mój nowy znajomy prawdopodobnie jest dobrze poinformowany, gdyż pracuje w koncernie prasy chińskiej...
— Jak się nazywa? — spytał Ti-Fong-Tai.
— Sergjusz Wagin, syn senatora, prawnik, dyplomata, człowiek z najwyższego w Petersburgu towarzystwa, świetnie ułożony i władający coś sześciu, zdaje się, językami — odpowiedział pułkownik.