Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wtedy to po raz pierwszy postrzeliliście mnie w ramię, — westchnął Chackeles. — Tak, wiem, że macie mocne zdrowie...
— I jeszcze mocniejszą wolę, Abramie Izaakowiczu! — dodał Wagin. — Dopnę każdego celu, jeśli zapragnę! Upewniam was, że i tu nie zginę, chyba że... wy gdzieś znienacka dźgniecie mnie nożem lub, jak ja dzisiaj, — wynajmiecie płatnego zbója... Ale, nie myślę, żebyście się na to targnąć mieli, bo wiecie, że poczułem dla was litość... a raczej zrozumienie rozpaczy ojca... i, gdybyście byli w ciężkiej potrzebie, dopomogę wam. Zresztą, czy ja wiem, co wy myślicie w tej chwili?
Machnął ręką i, zapinając płaszcz, rzucił:
— Wszystko mi jedno! Róbcie co chcecie, ale tak, bym nie wiedział, bo inaczej...
To powiedziawszy, zajrzał w załzawione, ptasie oczy Chackelesa. Skurcz przemknął po spochmurniałej nagle i poszarzałej twarzy Wagina. Skinął na sługę, położył mu na wyciągniętej dłoni kilka drobnych monet i mruknął do szpiega:
— Odprowadzę was do bramy miejskiej, gdyż w Czapei mogłaby was spotkać jakaś przykra przygoda... Bądź co bądź jesteście dziś zającem, który wymknął się chartom!
Z głośnym śmiechem wyszli na ulicę. Wpobliżu gospody nikogo nie spostrzegli. Zrzadka tylko mijali ich przechodnie, spiesząc się na ustronny, pusty placyk, gdzie tego dnia zainstalował się teatr wędrowny. Dobiegały stamtąd huczenie bębnów, jazgot piszczałek, przenikliwe głosy aktorów i ryk widzów. Z ponad czarnych zarysów dachów w mglistym mroku strzelały ku czarnemu niebu smugi reflektorów,