Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ustawionych przed rampą. Doszli w milczeniu do czerwonej bramy, za którą zaczynała się już jezdnia asfaltowa i współczesne gmachy koncesji francuskiej. Elektryczne latarnie rzucały snopy niebieskiego światła. Przy chodnikach, otulając się w ciepłe płaszcze, tkwiły posterunki policyjne.
— Nie spodziewałem się nigdy, że takie będzie nasze spotkanie — szepnął Abram, gdy Wagin zatrzymał się w cieniu potężnego portalu bramy.
— Ani ja też! — zgodził się Sergjusz. — Widocznie przy sumiennem i szczerem rozważeniu okoliczności i istotnych pobudek każda najzawilsza i najtragiczniejsza sprawa może być wyjaśniona i załatwiona... Ludzie jednak rzadko uciekają się do tego jedynie ludzkiego sposobu, a co z tego wynika — wiemy już obaj z własnego doświadczenia!
Znów zapadło milczenie. Wreszcie Wagin podniósł ramiona, jakgdyby zrzucając z nich ciężar, i powiedział:
— Życzę wam rychłego powrotu do pani Chackeles! A powtórzcie jej wszystko, wszystko!
Szpieg stał, jak zaczarowany, i nie mógł oczu oderwać od ciemnej sylwetki Wagina. Poruszał wargami, niby żując coś gorzkiego i piekącego, marszczył czoło, mrużył oczy i to rozkładał, to wciskał w rękawy czerwone, spocone dłonie. Zdawało się, że bał się rozstać z Waginem, że chciał mu powiedzieć coś niezmiernie ważnego, co nie przychodziło mu na pamięć, lub może było tak bezmiernie wielkie, że myśl starego, mściwego Żyda ogarnąć tego nie mogła. Wreszcie jakimś rozpaczliwym ruchem zamachał rękami i, wydawszy charczący okrzyk, szybkim krokiem poszedł w stronę miasta. Odgłos jego kroków