Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


hoteliki o przechodzących wyobraźnię ludzką brudach i nigdy niemilknącym zgiełku; jadłodajnie, herbaciarnie, domy gry, palarnie opjum, jakieś wpółrozwalone, pozbawione dachów i drzwi rudery, skąd w dzień i w nocy dobiegały jękliwe zawodzenia fletów i jednostrunnych skrzypiec, warkot bębenków, obłędne, piskliwe krzyki kobiet, ponure, dzikie przekleństwa mężczyzn i śmiech, w tych zwaliskach i ohydnych norach brzmiący dziwnie złowrogo.
Na ladach przed jadłodajniami widniały stosy prażonych w oleju bułek, makaronów i obwarzanków, które tuż na brudnym parapecie spoconemi, czarnemi dłońmi rozwałkowywali z ciasta półnadzy piekarze; stały blaszane półmiski z kawałkami smażonych ryb i ociekającej tłuszczem wieprzowiny, zaprawionej lepkim, ostrym sosem na miodzie z imbirem; misy z zupą z mięczaków i wodorostów morskich, całe góry ryżu, okraszonego aromatycznemi ziołami, berberysem i papryką; kosze z gotowanemi krabami i krewetami, słoje z muszlami, wymaczanemi w słonej wodzie z czosnkiem i liśćmi pachnącej potem końskim pietruszki chińskiej. Ogromne, baniaste gąsiory z sosem sojowym i grzybowym i mniejsze, smuklejsze — z mai-go-lo i han-szinem — dwiema odmianami wódki: ryżowej z anyżem i zwykłej — gorzkiej i palącej gorzałki — z prosa.
Przechodnie stawali przy ladach, jedli z małych miseczek porcelanowych i pili wódkę z drobniejszych jeszcze — podobnych do małego kieliszka, płacili przedziurawionemi czochami, nawleczonemi na sznurki, i znikali w innych legowiskach, wedle upodobania, chwilowej zachcianki lub stałego nałogu.
Wagin zajrzał wszędzie i wszystko dokładnie za-