Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i zawziętym głosem, nielicującym zupełnie z pełnym pokory i uniżoności wyrazem jego twarzy, odparł:
— Szef mnie nie zna! Zawsze robię wszystko ściśle i sumiennie. Rozumiem, że skoro będzie rozmowa z Japończykiem i do tego — takim przebiegłym dyplomatą, jak konsul Kataoki, — ścisłość i sumienność powinny być potrojone... a także i... dyskrecja...
Ti-Fong-Taj przyjrzał się młodzieńcowi uważnie i uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Widzę, że zrozumieliśmy się, panie So-Nong, — mruknął i oczami wskazał na papierosy.
Klerk wziął jednego i schował go do kieszeni lekkiej niebieskiej kurmy.
— Proszę palić! — powiedział Ti-Fong-Taj.
— Palę tylko po śniadaniu i obiedzie.
— To widzę, że nie wszystkiego się pan nauczył od ludzi o współczesnej cywilizacji.
— Wziąłem od nich to, co wydawało mi się wartościowem, od reszty — wolę się powstrzymać — odpowiedział So-Nong, a głos jego brzmiał tak, jakgdyby recytował nauczoną formułę.
— Podoba mi się pan! — odezwał się komprador. — Więc proszę przyjść do mnie razem z panem Kataoki...
Klerk, ukłoniwszy się nisko, natychmiast opuścił gabinet szefa. Ti-Fong-Taj przeszedł się kilka razy po pokoju. Zbliżywszy się do okna, stanął przed niem i przyglądał się tłumowi, sunącemu przeciwległym chodnikiem. Nieprzerwany potok ludzi płynął po Nanking-Road. Chińczycy przeważnie w strojach europejskich stanowili większą jego część, chociaż przesuwały się też i postacie w starodawnych stro-