Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ziemiec nie wiedział, że zbliża się do chętnie i tłumnie odwiedzanego przez obcokrajowców „jaomynia“, gdzie sędziowie chińscy wykonywali wyroki śmierci, wraz z łapówką podsuwane im przez rezydentów europejskich.
Wyboistą, pełną wyrw i kałuż ulicą ciągnęły tu nieraz ukradkiem rozkołysane na resorach limuzyny, wiozące piękne ladies i dżentelmenów, wystrojonych już na dancing poobiedni. Dążyli tu oni na widowisko niepospolite. Kat oczekiwał już gości i co chwila obcierał swój szeroki miecz. Gdy zaś spadały głowy nikomu nieznanych i zrzadka tylko na gorącym uczynku pochwyconych bandytów, a wrony i jastrzębie w oczekiwaniu stypy rozsiadały się po krawędzi glinianego muru, dżentelmeni uprowadzali swoje lekko drżące, a czasem nawet roznamiętnione damy do aut i wieźli je do „Astor-House‘u“ i „Carlton‘u“ na kieliszek coctail‘u i niezbędną porcję tańców, po których razem znikali w przytulnych, dyskretnych gabinecikach w „tea-house“, gdzie, podobna do cienia, przesuwa się milcząca służba chińska o zagadkowych, nieruchomych źrenicach.
W pobliżu „jaomynia“ Wagin odnalazł mały, jak zresztą i wszystkie inne, domek pod N 1750.
— To tu... — mruknął do siebie, sprawdziwszy zapisany w notatniku adres, i zapukał do drzwi zalepionych papierem, wzmocnionym skrzyżowanemi deskami z czarnym napisem na nich: „Standard Oil Company“.
Opasły Chińczyk w czarnym, zatłuszczonym straszliwie chałacie i jedwabnej czapeczce na głowie, szczerząc rzadkie, żółte kły i mrużąc przebiegle oczy za grubemi szkłami okularów w śmiesznie dużej