Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zgromadziło się w Szanchaju i po wioskach okolicznych.
Krocie! Prawdziwa nawała! Powódź nędzy i obłędu!
Nikt nie troszczył się o los przybyszów i bezpieczeństwo samego miasta. Myślał o tem tylko konsulat angielski i żądał od chińskich władz niezbędnych zarządzeń, aby ochronić cudzoziemców od możliwych epidemij cholery, dżumy, trądu... i zaburzeń ulicznych.
Sprzedajni i powolni rozkazom angielskich i amerykańskich rezydentów ojcowie miasta wykonali żądanie obcokrajowców i w pobliżu Sicha-Wei zbudowali olbrzymi piec, przypominający indyjskie »wieże milczenia«. Zwożono tam znalezione trupy nieboszczyków i palono na stosach, układanych z łodyg — „gaoljanu“. Oszalała z głodu i strachu biedota, która narazie pozostawała jeszcze przy życiu, z radością powitała to zarządzenie władz miejskich.
Całe tłumy głodomorów — półnagich, owrzodzonych i owszonych — mogły teraz grzebać w popiołach i wyciągać kości z ochłapami niedopalonego mięsa.
Rada municypalna poszerzyła, rozbudowała stare więzienia i wzniosła gmachy dwu nowych... Spokój zapanował w Szanchaju.
Tysiące ludzi, ginących z wycieńczenia, duru i szkorbutu, w milczeniu, cierpliwie, z tępym uporem oczekiwało jakichś nieznanych zmian, które nadążały... nadążały.
Tymczasem w hotelach, „arystokratycznych“ kawiarniach i na dancingach biali dżentelmeni i strojne „ladies“ flirtowali, tańczyli i bawili się, jak mogli