Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ableuchow marszczył czoło i wzruszał ramionami, mrucząc niezadowolonym głosem:
— Nie wymienił mi swego nazwiska... Omylił się, wziąwszy mnie za kogoś innego...
— Ale czy to nasz — Rosjanin? — rozległy się pytania.
— Sądzę, że tak! W każdym razie biegle i czysto mówi po rosyjsku — odpowiedział Ableuchow, znowu zasłaniając się gazetą i zsuwając szkła na czoło.
— No, jeśli tak, — mówili rozczarowani Rosjanie, nic innego, tylko przybył tu nowy szpieg bolszewicki, aby nas śledzić i o wszystkiem donosić do Moskwy.
Wygnańcy, tchórzliwi zbiegowie omamiali się szczególną uwagą, jaką musiał zwracać na nich czerwony rząd proletarjatu. Tymczasem w Moskwie nikt o nich nawet nie wspominał. Sprytni i doświadczeni macherzy rewolucyjni wiedzieli, że te odłamki caratu muszą się rozsypać, jak stara cegła gmachów średniowiecznych; inni zaś, jeśli wymrzeć nie zechcą, powrócą, skamlać będą, kajać się i błagać o litość i kawałek chleba. Komisarze ludowi znali przecież dokładnie historję Rosji, a zagarnięte przez nich tajne archiwum polityczne niejedną odsłoniło przed nimi nędzną i ohydną nikczemność. W Kremlu więc nikt nie wątpił, że jedno tylko słowo o amnestji i jakiej-takiej możliwości istnienia przyciągnęłoby do nowej Rosji dziewięć dziesiątych całej emigracji, lecz ta powrotna fala niepotrzebnych, ogłupiałych do reszty niedobitków przeszłości nie była wcale pożądana. Kilka tysięcy głodnych gąb i dwa razy tyle nigdy nie imających się ciężkiej, istotnej pracy rąk —