Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kataoki usiadł i, pomilczawszy chwilę, począł dalej rozwijać swoją myśl:
— Sprawiedliwość wymaga, aby dano nam „stałą ziemię“. My musimy utrwalić się na lądzie azjatyckim... Przeznaczona jest do tego słabo zaludniona, bogata, żyzna i rozległa Mandżurja.
— Ta-a-a-k? — przeciągnął Chińczyk. — Tyle się już o tem mówiło.
— I będzie się mówiło! — szorstkim głosem rzucił Kataoki. — Moglibyśmy zagarnąć część wschodniej Syberji, od oceanu do... dowolnego punktu, ale cóż z tego, kiedy my nie możemy tam żyć!...
— Więc Mandżurja? — spytał, mrużąc oczy Ti-Fong-Taj. — Tylko ta chińska prowincja jest wam potrzebna?
— Nie jest ona waszą prowincją! — żywo zaprotestował Japończyk. — Nie znacie historji! Chiny są raczej dominjum Mandżurji i jej władców, bo oni to podbili was i przez setki lat panowali do roku 1911-go.
Pochyliwszy się ku gospodarzowi, w jakiemś natchnieniu proroczem rzucał słowo po słowie:
— Odwdzięczymy się... odwdzięczymy się wam tem, że wraz z Chinami doprowadzimy do ostatecznego celu wspólne i drogie nam hasło — Azja dla Azjatów!
Ti-Fong-Taj w obawie, że zdradzi swoje zdumienie, jął zapalać papierosa i przymknął oczy. Nie słuchał już Japończyka, starał się przeniknąć w mrok przyszłości, a jednocześnie rozmyślał nad możliwościami, które się zarysowały podczas tej rozmowy. Nagle zaniepokoił się i, spojrzawszy podejrzliwie na konsula, spytał: