Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


domową — mówił, zapalając się Kataoki. — Wtedy poczynimy wam realne propozycje i — nie wątpię, że dojdziemy do zgody! Nagromadziło się tyle palących dla obydwu naszych narodów spraw i wielkich zagadnień, żądających wspólnego rozwiązania, gdyż inaczej i was, i nas uczynią swymi niewolnikami Europejczycy i Amerykanie!
— Nie przypuszcza pan, że zwyciężą nacjonaliści, a ci nie zechcą z wami pertraktować? — spytał Chińczyk.
— Możliwe! Chociaż uważam wasz „nacjonalizm“ raczej za ksenofobję, sztucznie zaszczepioną. Zresztą, jeżeli Chiny pójdą drogą dzikiego nacjonalizmu — wtedy będziemy mieli wojnę i ona już rozstrzygnie dalsze losy naszych państw. Muszę zaznaczyć, iż wojna nie jest dla nas najgorszem wyjściem z obecnej sytuacji! — zakończył Kataoki i wstał.
Przeszedłszy się kilka razy po pokoju, zatrzymał się przed gospodarzem i mówił dalej:
— Proszę się wczuć w to, co powiem! Jesteśmy narodem, nie mającym pod stopami pewnego gruntu, gdyż wyspy nasze mogą każdego dnia zapaść się na dno otchłani Tuskarory!
Ti-Fong-Taj skinął potakująco głową i mruknął:
— To prawda! Zwiedzałem przed laty Tokio podczas wielkiego trzęsienia ziemi. Była to okropna klęska!
— Jesteśmy 70-miljonowym narodem, który dusi się na swych ciasnych dla niego i zagrożonych stale wyspach! — mówił w coraz większem podnieceniu Japończyk. — Gdybyśmy nie mieli floty handlowej i handlu zagranicznego, 20 — 30 miljonów obywateli japońskich musiałoby wymrzeć z głodu!