Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



ROZDZIAŁ I.
I WIDZIAŁEM NIEWIASTĘ, SIEDZĄCĄ NA CZERWONEJ BESTJI...
(Obj. Jana Apostoła).

Przeklęte, znienawidzone miasto.
Jedno z tych, gdzie długo nie gasła łuna minionej wojny ludów, gdzie płonie ona dotychczas na skłębionych obłokach.
Niektóre z nich szeroko rozsławiły po świecie okrutne swoje nazwy.
To jednak najstraszniejsze było napewno, bo przerażająco obce, beznadziejnie dalekie.
Nazywało się — Szanchaj.
Anglicy wymawiają to słowo inaczej — Szanghai.
Jest w tem coś z uderzenia topora, spadającego na chudy kark chińskiego bandyty, coś z drapieżnego chrząknięcia kata przy zamachu. Nasz język nadaje tej nazwie brzmienie beztroskiej obojętności, a może — lekkiego podrażnienia: „zejdź z drogi!“
Kto lub co ma zejść z drogi? Przedmiot, który można odrzucić kopnięciem nogi? Pies lub kot bezpański? Czy też człowiek głodny, chory, zrozpaczony?
Tak, tak — wszystko razem ogarnia to straszne słowo — Szanchaj...