Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przepojone wonią skór, surowych i garbowanych, korzeni, herbaty. Dla rzemieślników znowu stanowczo za drogie to było miejsce. Siedzący przy stolikach Chińczycy mieli dobre, jedwabne chałaty, nowe obuwie i mycki lub kapelusze europejskie. Naradzali się ze sobą pocichu, rzucając podejrzliwe spojrzenia w stronę nieznajomego cudzoziemca. Do tego lub innego z nich podchodzili raz po raz jacyś ludzie z ulicy, szeptali coś tajemniczo i znikali pośpiesznie, otrzymawszy rozkazy.
Wagin nieznacznie krzywił usta, jakgdyby ciesząc się wewnętrznie. Po posiłku odwiedził kilka hotelików pod pozorem, że szuka dla siebie pokoju. Mogło mu się to przydać na przyszłość. Ujrzał tu przerażająco ohydne barłogi, cuchnące, zarażone, zdawało się, wszystkiemi istniejącemi na świecie chorobami, hałaśliwe, zatłoczone niemożliwie, bo w niektórych izbach przedsiębiorczy hotelarze pobudowali aż trzy piętra prycz, niczem nie osłoniętych, wyślizganych, okrytych grubą warstwą brudu, zmieszanego z łojem potu lub resztek tłustego jedzenia i olejem bobowym — tej nieuniknionej przyprawy kuchni chińskiej, farmakopei i kosmetyki.
Korytarze, wszelkie zakamarki, parapety okien i małe ganeczki, prowadzące na podwórza, zalane czarnem błotem, zanieczyszczone kałem ludzkim i zwierzęcym, zatłoczone mułami, końmi, wielbłądami i ciężkiemi dwukołowemi „arbami“, zawalone były stosami skrzyń i worków z towarami, przywożonemi tu aż z Mongolji i nadmorskich, wschodnich prowincyj. Składy pierwszego odcinka Fu-Tien-Koo pochłaniały to wszystko, by w parę dni