Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


patrzeć umieją ludzie, którzy nieraz już widzieli przed sobą śmierć. Długie milczenie mogłoby ciężyć komu innemu, lecz tych dwoje ludzi uważało je za niezbędne. Musieli przypatrzeć się sobie, porobić własne spostrzeżenia i wyciągnąć wnioski, kierujące dalszem postępowaniem. W tej wnikliwej i szczegółowej obserwacji, zda się, brały udział nietylko znane, codziennie przez ludzi używane zmysły, lecz jakieś inne jeszcze, budzące się w nadświadomości, wyostrzone w ciężkiej niewymownie i zawsze tragicznej walce o byt. Wyczuwali oboje, że w tej chwili jakgdyby wymotywują z siebie jakieś nici tajemnicze, oglądają je milimetr po milimetrze, niby trwałość ich i forma zabezpieczyć miały sprawne czynności niewidzialnej maszyny, tkącej możliwość współżycia.
Milczenie, długie i przesycone prądami intuicji, nie krępowało ich bynajmniej i nie nużyło.
Za cienką ścianą ktoś zanosił się od suchego, duszącego kaszlu, a gdy na chwilę urywał, dobiegało głośne tykanie ściennego zegara i lekki zgrzyt jego mechanizmu, starego zapewne i zardzewiałego. W kuchence za drugą ścianą pobrzękiwały metalowe kociołki czy kubki i pluskała woda.
Pierwszy przemówił Wagin. Zlekka wykrzywiając usta i odsłaniając białe, ostre zęby, powiedział:
— Jeżeli pani nie będzie miała nic przeciw temu — wynająłbym ten pokój. Na wszystkie możliwe pytania postaram się dać jak najszczerszą odpowiedź. Nie jestem zamożny, cha-cha — mam właśnie tyle tylko pieniędzy, ile mi starczy na miesiąc, więc ten czas ma pani bądź co bądź zabezpieczony... Miesiąc w naszem życiu — to wszak dużo? Nieprawdaż?