Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - I.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



ROZDZIAŁ III.
I UPALENI BYLI LUDZIE UPALENIEM WIELKIEM.
(Obj. Jana Apost. XVI, 9.).

Fu-Tien-Koo ciągnęła się na przestrzeni dobrych dwu kilometrów. Wagin, przeszedłszy ją od czerwonej bramy „paj-lou“ do jaomynia, a potem dalej — aż do ostatniego przysiółka, gdzie widniały już tylko chińskie ogrody warzywne, — spostrzegł, że dzieliła się wyraźnie na trzy odcinki, zupełnie odrębne.
Pierwszy — bliższy do wielkiego, międzynarodowego Szanchaju posiadał świątynie, skwery i herbaciarnie. Stały tu bogate domy kupców, dostarczających towarów i surowców firmom eksportowym, które bez tych pośredników, ustosunkowanych we wszystkich prowincjach i kołach producentów, nie byłyby w stanie nabyć ani litra oleju bobowego, ani kilograma soji, pszenicy, ryżu, prosa, wosku drzewnego, herbaty, kamfory, santalu, ani też kawałka węgla lub rudy żelaznej, antymonowej i cynowej, ani nawet metra tkaniny jedwnbnej. Dalej od tego ośrodka usadowili się mniej zamożni kupcy; ci w szaro-żółtych szopach od ulicy mieli swoje skromne biura handlowe. Sami mieszkali z rodzinami w schludnych domkach, ukrytych w głębi posesji,