Obraz literatury powszechnej/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbiorowy,
Piotr Chmielowski,
Edward Grabowski
Tytuł Obraz literatury powszechnej, Tom I
Podtytuł w streszczeniach i przykładach
Data wydania 1895
Wydawnictwo Teodor Paprocki i S-ka
Druk Drukarnia Związkowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz zbiorowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron




OBRAZ
LITERATURY POWSZECHNEJ
W STRESZCZENIACH I PRZYKŁADACH
ułożyli
Piotr Chmielowski i Edward Grabowski


STAROŻYTNOŚĆ i WIEKI ŚREDNIE.

WARSZAWA.
Nakład i własność księgarni
Teodora Paprockiego i S-ki.
1895.
Skład główny w Krakowie w Księgarni L. Zwolińskiego i Spółki.




CZCIONKAMI DRUKARNI ZWIĄZKOWEJ w KRAKOWIE,
pod zarządem A. Szyjewskiego.


PRZEDMOWA.

Mamy już kilka opracowań Dziejów literatury powszechnej; przygotowuje się jeszcze jedno nowe; w nich wszakże z natury rzeczy przytoczenia z utworów poetyckich muszą być ograniczone w mniejszej lub większej mierze; dają one pojęcie o rozwoju historycznym piśmiennictwa, ale go nie stawiają wprost przed oczyma czytelnika.
Temu właśnie zadaniu pragniemy uczynić zadość za pośrednictwem książki niniejszej. Nadaliśmy obszar niezbyt wielki, ażeby uczynić, o ile można, jaknajpraktyczniejszą, dostępną dla jaknajwiększej liczby ludzi, pragnących znać nie tylko nazwiska sławnych poetów, lecz także zaznajomić się, choćby w miniaturze jedynie, z utworami ich ducha. Pierwsza to praca tego rodzaju w naszem piśmiennictwie, a i w powszechnem niema ich bynajmniej wiele. Znany historyk niemiecki literatury powszechnej, Jan Scherr, wydał przed laty jako dopełnienie swego podręcznika „Bildersaal der Weltliteratur“[1], które doczekało się dotychczas trzech wydań. Nie myślimy wcale taić, że książka ta poddała nam myśl ułożenia podobnej w języku polskim; ale zarazem dodajemy, że nie poszliśmy za autorem niemieckim ani w układzie, ani w doborze wyjątków z poezyi wszechświatowej, ani wreszcie w metodzie ich przytaczania. Przedewszystkiem ułożyliśmy wszystkie wyjątki w 3 wielkie grupy według ogólnie przyjętego podziału dziejów na starożytność, wieki średnie i czasy nowożytne; a dopiero w tych grupach chronologicznych przeprowadziliśmy układ według narodowości. Powtóre przy większych utworach podawaliśmy streszczenia, ilustrując je dobranemi przykładami tak, ażeby czytelnik mógł wyrobić sobie samodzielne pojęcie o całości dzieła. Wreszcie zamieszczaliśmy wiadomości bibliograficzne o tłomaczeniach utworów poezji wszechświatowej na język polski, ażeby ten, kto zechce szczegółowiej się zapoznać z nimi, miał już ułatwione poszukiwania.
Co do wyboru autorów, dokładaliśmy starania, ażeby nie pominąć najważniejszych i najbardziej znamiennych. Ponieważ do literatury polskiej istnieją już wypisy bardzo obszerne, bo w 4 wielkich tomach wydane p. t. „Złota Przędza“, wyłączyliśmy więc poezyę polską ze swego zbioru, poświęcając go wyłącznie literaturze obcej, której przedstawicieli uwzględnić zamierzamy aż do chwili bieżącej.
Tom obecny zawiera w sobie antologię systematyczną ze starożytności i wieków średnich; tom drugi i ostatni zarazem zawsze wzory poezyi nowożytnej, od XVI-go wieku poczynając.
Korzystaliśmy najwięcej z tłomaczeń już istniejących; ale tam, gdzie tego wymagała potrzeba, postaraliśmy się o przekłady nowe, umyślnie dla „Obrazu literatury powszechnej“ dokonane. Już w tomie obecnym zauważą czytelnicy po raz pierwszy w naszej literaturze pojawiające się tłomaczenia z poezyi łacińskiej wieków średnich, niektóre z francuskiej, wyjątki z dzieł poetów niemieckich, z Chaucera i z literatury czeskiej. PP. Kazimierz Gliński, Bronisław Grabowski, Jan Kasprowicz, Edward Porębowicz dostarczyli nam przekładów wiernych i prawdziwie pięknych, jak to możemy całkiem bezstronnie powiedzieć.
W swojem własnem tłómaczeniu ośmieliliśmy się podać tylko z konieczności kilka przytoczeń, których w lepszym przekładzie nie mogliśmy otrzymać, a ich umieszczenie uważaliśmy za potrzebne.
Oby ta książka, którą układaliśmy z zajęciem i zamiłowaniem, mogła się przyczynić do rozpowszechnienia znajomości literatur obcych, tak u nas bardzo zaniedbanej, a przez nią zapaliła dusze do czci ideału!...

Piotr Chmielowski.
Edward Grabowski.

Warszawa 19 marca 1895.


STAROŻYTNOŚĆ.

Wschód starożytny.

1. CHIŃCZYCY.

I. Księga pieśni. (Szy-dzin[2]).
a) Miłosne.

1.  Kiedym chłopca mego nie widziała,
Serce mi biło,
A gdym go zobaczyła,
A gdym go spotkała,
Serce się uspokoiło.

Grom huczy
U stóp gór z południa...
Czemuż on stąd się oddalił?
Nie lepiej-że było pozostać?...
Serdeczny, szlachetny mężu,
Wróć, ach, wróć!


2.  To panicz delikatny,
Jakby wyrzeźbiony i wystrugany,
Jakby wyrąbany i wygładzony,
Zdrowy, wspaniały,
Błyszczący, pokaźny,
To panicz delikatny,
Którego zapomnieć niepodobna...
Odkądeś na wschód poszedł,
Niema już pomady ni mydła.
A dla kogoż się upiększać!


3.  Za bramą, za wschodnią,
Dziewic jest chmara,
Ale choć ich chmara,
Nie żyją one w mem sercu.
Biała chusteczka, czarny czepeczek,
Daleko bardziej mnie cieszy!
Ręce jak biały kiełek rośliny,
Skóra jak tłuszcz zastygły,
Szyja jak robaczka ciu-ci,
Zęby jak ziarnka tykwy,
Głowa Żuka, brwi motyla;
Milutki uśmiech na ustach,
Czarne źrenice pięknych oczu
Wyraźnie z białek się dobywają.
Księżyc wszedł jasny...
Przecudna dziewico,
Utul myśl niespokojną,
Bo rwie się serce zmęczone!

(P. Ch.)

4.  Wyschły trawki na dolinie!..
I małżonków los rozdziela...
Żona traci przyjaciela...
Czy powróci?.. może zginie?..
Idąc leje łzy gorące:
Jak tu wyżyć w tej rozłące!

Wyschły trawki na dolinie!..
Żona dach małżeński traci,
Ciężko rzucać własnych braci...
Taka boleść nie przeminie!
Wzdycha, lejąc łzy gorące:
Jak tu wyżyć w tej rozłące!..
Wyschły trawki na dolinie!
Żonę z domu głód wygania;
Trudno biednej wstrzymać łkania.
Z ust sieroty skarga płynie.
Cierpi, wzdycha, drży i płacze...
Cóż pomogą te rozpacze!

(J. A. Święcicki).
b) Szyderskie.

1.  Na górach krzewina,
Na błocie nenufar,
Nie widziałam pięknego,
Zobaczyłam potwora!


2.  Ach dziewico, nie baw się z chłopcem.
Chłopcu zabawę
Przebaczyć można.
Dziewicy zabawy
Przebaczyć nie wolno!


3.  Tęcza ogniem na wschodzie połyska,
Nikt jej nie śmie pokazywać dłonią.
Młode dziewki rzucają ogniska, —
Od rodziców, od braci swych stronią!
A dlaczego?.. bo za mężem gonią!
Gdy z zachodu lśni rankiem blask tęczy,
Słońce zaraz kark skręci deszczowi,
Dziewka młoda do świata się wdzięczy,
Już nie rada praojców domowi.
A dlaczego?.. bo męża gdzieś łowi!..

(J. A. Święcicki).
c) Urzędnicze.

1.  Z warkoczem nieruchomym
I dniem i nocą u księcia.
W barankowem futerku
Chwiejąc się na nogach,
Wraca z pałacu na obiad.
Chodzić wciąż troskliwie
I dniem i nocą do księcia,
To los nie do pozazdroszczenia.


2.  Udałem się na wschód,
Długom, długom nie wracał.
Przybyłem ze wschodu.
Wilgoć w pokojach,
Pająki na drzwiach,
Na miedzach pastwiska jeleni,
Błędne ogniki lśnią w nocy.
Nie należy bać się,
Nie można się niepokoić!
Żona wzdycha w izbie.
Zamiata, zatyka szczeliny.
Rzucona przeze mnie tykwa
Wciąż jeszcze wisi na kasztanie;
Od owego czasu, kiedym się żegnał,
Do dziś dnia — trzy lata!

d) Ody.

1.  Potężnym, potężnym jest Szan-di[3],
Patrzy na dół w majestacie,
Przenika w swem zwierciedle wszystkie cztery strony świata,
Obmyśla środki dla ludu.
Król niebieski, roztrząsając te góry,
Nadał cel wszystkiemu.
Król niebieski, powiedział Weń-wanowi[4]:
Nie zgrzeszyłeś, więc też nie pokutujesz!
Król niebieski powiedział Weń-wanowi:
Zachwycają mię twoje jasne cnoty!


2.  Początek rodu ludzkiego
Od rzek Dziuj i Cy.
Starożytny Hun-dań-fu,
Żył w jamach i pieczarach, —
Nie było jeszcze ani domów, ani izb —
Jadąc brzegiem rzeki zachodniej
Przybył do stóp góry Cy (Ki)
I spotkawszy dziewicę Dziań,
Zamieszkał z nią razem.
Równina Dżou[5] jest płodna,
Cykorya i gorczyca tam jak cukier.
Wybudował tu dom.
Przerzedzone ciernie i lasy
Można było wygodnie przechodzić.
Kiedy dzicy Kuńjowie uciekli,
Ledwie dech wydając,
Kiedy państwa Juj i Żu się poddały,
Wówczas Weń-wan się urodził.


II. Li-taj-bo (Li-tai-pe).

Czy znacie wód bałwany żółtawe jak wino?
Do morza one z nieba bezpowrotnie płyną.
Czyż nigdy w swe zwierciadła patrząc nie jęczycie,
Że w oczach się odmienia głów waszych pokrycie?
Jak czarny jedwab’ było jeszcze lśniące z rana,
Wieczorem już czupryna ze śniegiem zmieszana.
Rozumny człowiek tylko za rozkoszą goni,
A puhar nigdy w jego nie wysycha dłoni.
Udziela niebo darów — korzystać z nich trzeba;
Gdy jedne spożytkujesz, drugie dadzą nieba.
Na ucztę wołu bijcie — a każdy skorzysta;
Musimy dzisiaj razem wypić szklanic trzysta!
Gdy baran jest, wykwintne potrawy mam za nic,
Pijaństwa tylko pragnę, pijaństwa bez granic!
Mędrcowie zniknąć muszą w zapomnienia fali,
Pijaków tylko pamięć wiecznie się utrwali!...

(J. A. Święcicki).

III. Du-fu (Tu-fu).
.

Żołnierze idą szybko, łuk niosąc i strzały,
Za nimi żon i dzieci biegnie zastęp cały;
Odzieży się czepiają, lejąc łez potoki,
A płaczu i skarg echa lecą pod obłoki!
Wciąż pyta wojsko rzesza ludzi przechodząca,
A oni: los nasz — rzekną — iść naprzód bez końca!
W piętnastej jeszcze wiośnie wyszli z nich niektórzy,
A dzisiaj od czterdziestu lat już są w podróży!
Zaborów coraz nowszych tworząc dzikie plany,
Nie słyszy krzyków ludu władca krwią skalany...
Daremnie pług i rydel chwytają niewiasty,
Na polach tylko głogi plenią się a chwasty.

Śród rzezi wiekuistej ginie zastęp młody,
Człowieka życie równe dniom psów albo trzody!
I pocóż nam się rodzą nieszczęśliwe syny;
Toć większa dzisiaj ojcu pociecha z dziewczyny.
Bo córka, jeśli wyjdzie, to pod dach sąsiada,
A na chłopców od dziecka czatuje śmierć blada.
O władco, błękitnego nie znasz brzegów morzu,
Gdzie kośćmi się umarłych bieleją przestworza,
Gdzie z ziemskich więzów świeżo wyzwolone duchy
Skarg fale pośród nocy rozlewają głuchéj.
Tam niebo ołowiane i deszcz mroźny siecze,
A zewsząd drżą w powietrzu jęki nie-człowiecze!..

(J. A. Święcicki).


IV. Hoei-lan-ki (Historya o kole kredowem).
(Utwór dramatyczny).
Byłą śpiewaczkę i tancerkę Hai-tan oskarżono o otrucie męża i przywłaszczenie sobie dziecka drugiej tegoż żony. Rzecz wytacza się w końcu przed najwyższego sędziego Pao. Świadkowie, przekupieni przez panią Ma, zeznają, że dziecko, o które idzie, jest istotnie jej dzieckiem. — Sędzia Pao postanawia dokonać próby.

Pao. Woźny, przynieś mi kawałek kredy i narysuj nią koło, w środku którego postawisz chłopca; kobiety niech ciągną z dwu stron. Jeżeli go pochwyci matka prawdziwa, to łatwo jej będzie wyprowadzić chłopca z koła, matka zaś mniemana nie dokaże tego.
Woźny. Według rozkazu. (Zakreśla koło kredą i stawia chłopca w jego środku).
(Pani Ma chwyta dziecko i wyciąga je z koła; Hai-tan nie może tego dokonać).
Pao. Toć jasno jak w dzień, iż ta kobieta nie jest matką, bo się jej nic udało wyciągnąć go z koła. Woźny! Weź Czan-hai-tan i obij ją tu przed kratkami. (Tak się staje).
Teraz niech jeszcze raz obie kobiety spróbują wyciągnąć dziecko z koła.
(Pani Ma ciągnie dziecko do siebie. Hai-tan znowuż nie może tego dokonać).
Pao. A więc próbę powtórzyłem parę razy i spostrzegłem, że Hai-tan nic uczyniła najmniejszego nawet wysiłku, żeby dziecko wyciągnąć z koła. Woźny, weź grubsze kije i dobrze ją niemi pogłaskaj.
Hai-tan. Ach, łaskawy panie, złóż gniew ten, który mię przeraża jak grom, i tę groźną minę, która dla mnie tak jest straszną, jak widok wilka lub tygrysa. Kiedym wyszła za pana Ma, urodziło mi się to dziecko. Nosiłam je pod sercem, trzy lata karmiłam je piersią, spożywałam same gorycze, wszelką słodycz wydawałam z siebie. Kiedy było zimno, ogrzewałam delikatne jego członeczki. Jakichże to trudów i troskliwości było potrzeba, aby wychować dziecko aż do piątego roku życia! Ono jest tak słabiutkie i tak delikatne, że niepodobna, ażeby ciągnąc je z dwu stron, ciężko go nie urazić. Panie, jeżeli dziecko moje tym tylko sposobem odzyskać mogę, żebym mu jego drobne ramionka ze stawów wyrwała, albo i złamała, to wolę dać się ubić na śmierć, niż się choćby najmniej wysilić na wyciągnięcie go z koła. O, łaskawy panie, ja sądzę, że się pan zlituje nademną.

(Śpiewa):   Czyż to być może matka prawdziwa.
Co dziecię swoje na mękę wzywa?

(Mówi): Niech-że sam pan się przyjrzy łaskawie!

(Śpiewa):   Ramiona dziecku są tak słabiutkie,
Jak źdźbła konopi takie cieniutkie!
Czy owej srogiej kobiecie znane
Cierpienia, bóle, matce zadane?
Ale to musi zdziwienie wzbudzić,
Żeś ty, o Panie, dał się ułudzić.
O jakże los nasz jest tu odmienny!
Mnie zgnębią ludzie swoją pogardą,
A ona głowę podniesie hardo,
Jeśli ów wyrok zapadnie kamienny,
Członeczki dziecka pójdą w kawały,
Gdy je z obu stron będziemy rwały.

Pao. Lubo myśl, ukryta w prawie, nieraz leży bardzo głęboko, możliwą przecież jest rzeczą przeniknąć wzruszenie, władające sercem ludzkiem. Pewien starożytny mędrzec powiedział te słowa pamiętne na wieki: I któżby zdołał ukryć, kim jest, jeśliście tylko widzieli, co on czyni, jeśliście zbadali powody jego postępowania i zauważyliście, do jakiego zmierza on celu? — Uznajcie zatem olbrzymią potęgę, jaka otaczała to koło kredą narysowane! Tamta kobieta pożądała w swem sercu zawładnąć całym majątkiem Ma-ciun-dzina, i dlatego chciała młode dziecko przy sobie zatrzymać; ale czyż mogła przypuszczać, iż ukryta prawda tak rychło na jaw wyjdzie?

(Deklamuje):  Aby majątki posiadać mężowe,
Tego chłopaczka sobie przywłaszczyła;
Koło atoli wykryło kredowe,
W czem kłamstwo, a w czem prawda się mieściła.
Grzeczną, łagodną wszystkim się wydała,
Ale jej srogość wyszła na jaw cała —
Matka prawdziwa wnet się ukazała

(P. Ch).

2. INDUSOWIE.

A. Rigweda.
1. Hymn do Indry.

1.  Wzywamy cię, o Indro, na ucztę somy[6], przybądź wraz ze swymi bułanymi rumakami, o boże, pociskami zbrojny!
2.  Kapłan już zasiadł według przepisu, droga kwiatami wysłana, kamienie ofiarne zebrane tego poranka.
3.  Te modły są przeznaczone dla ciebie, o boże, co wysłuchujesz modlitwę; spocznij na kwiatach i skosztuj, o bohaterze, chleba ofiarnego.
4.  Zachwycaj się naszemi libacyami i śpiewami ofiarnemi, o zwycięzco Writry![7] Ty, o Indro, jesteś przedmiotem naszych pieśni pochwalnych.
5.  Myśli nasze pieszczą się Indrą, potężnie somę pijącym, wszelkiej siły władcę, tak jak krówka igra z cielęciem.
6.  Nasyć się tym napojem ofiarnym, pozwól spocząć ciału, nie zrób wstydu piewcy.
7.  Dla ciebie, o Indro, całkiem wylani śpiewamy przy pełnych czarach: bądź też i ty nam przychylny, o dobry boże.
8.  Obyś niedaleko od nas odprzągł swe rumaki, przybywaj ku nam, boże w ofiarach sławiony, i odpocznij sobie.
9.  Oby cię twe rumaki, długą grzywą ozdobne, przywiozły na pięknym rydwanie, byś zasiadł na kwiatach, ofiarnym tłuszczem skropionych.

(Przekład dosłowny Teofila Krasnosielskiego.)
2. Hymn do Indry.

1.  Dzielnemu, potężnemu, wspaniałemu Indrze składam pieśń mą za pokarm, temu głównemu, niezwyciężonemu bogu składam modlitwę i ofiary hojnie przyprawne.
2.  Jakby pokarm zanoszę do niego mój hymn pochwalny za jego zwycięstwo (nad Writrą): serce, dusza i umysł stroją modlitwę dla Indry, pana wiecznego.
3.  Zbliżam się do niego ze szlachetną pieśnią na ustach, która nam niebo otworzy, mój hymn wspaniały i serdeczny przyczyni się do wzrostu roztropnego Indry.
4.  Tworzę dlań pieśń pochwalną, jak robotnik (tworzy) rydwan dla swego chlebodawcy: śpiewy moje są przeznaczone dla boga w śpiewie opiewanego, hymn ten wszechmocy składam roztropnemu Indrze.
5.  Jak wojownik sławy chciwy pieści swego rumaka, tak ja hymn ten gładzę językiem, by opiewać bohatera, wszelkiej obfitości władcę, miast burzyciela wielce sławionego.
6.  Dla niego Twasztar[8] ukuł piorun, ten oręż boski i potężny w walce, którym Indra, dostatki hojnie szafujący, miotając błyskawicę, przeszył ciało Writry.
7.  Gdy skosztował wybornego napoju (somy) i słodkiego pokarmu ofiarnego, natenczas bóg ten, wszystko przenikający, wyrwał niezwyciężony pocisk z rąk potężnego robotnika (Twasztry), a cisnąwszy piorun, przeszył nim nawskroś odyńca (Writrę).
8.  Zwycięzcy Ahisa[9] niebianki, bogów małżonki, utkały pieśń. Indra ogarnął ramionami niezmierne niebo i ziemię, które jego wielkości nie zdołają wyrównać.
9.  Gdyż jego wielkość przewyższa niebo, ziemię i powietrze; własną promienny jasnością, sławiony przez wszystkich, nieustraszony, gwałtowny Indra wzrósł do walki we własnym domu (t. j. w niebie).
10.  Potęgą piorunu zdruzgotał Indra Writrę, który osuszał świat: uwolnił strumienie (deszcze) podobne do krówek zamkniętych i roztoczył chwalebnie swe dobrodziejstwa nad światem.
11.  Wody cieszą się z jego zwycięstw, gdy swą maczugą (piorunem) poskromił Writrę: ten bóg potężny, dzielny, wiernych swych czcicieli hojnie wspierający.
12.  Śpiesz się, spuść piorun swój na Writrę, o boże wielki, rozrzutny w dostatkach: połam mu kości, jakby bykowi, ześlij nam deszcze, niechaj spadną obficie.
13.  Tego szybkonogiego, co godzien jest śpiewu, dawne czyny opiewaj w pieśni: tak gdy do walki postępując, orężem włada i wojennym szałem wiedziony, rzuca się na nieprzyjaciół.
14.  Z obawy przed nim drżą i góry najokazalsze i niebo i ziemia, stworzenia wszelkie; a gdy Nodhas[10] pocznie swego ulubieńca potęgę opiewać, natychmiast do sił przychodzi.
15.  Dla niego śpiew tych (ofiarników) jest ułożony, aby się podobał temu, który sam jeden jest panem siły i dostatków; Indra wsparł Etasę[11], składającego mu ofiary, w walce ze Surjasem[11], synem Swaswy.
16.  Zaprawdę, skuteczne modły zanieśli synowie Gotamy do ciebie, o Indro, płowemi wieziony rumakami: im też udziel wszechkształtnej zamożności, przybądź śpiesznie w godzinie porannej, o Indro, co sprzyjasz pobożnym rozmyślaniom.

(Przekład dosłowny T. Krasnosielskiego).
3. Hymn do Suryi.

Promienie niosą już w górę,
W całego świata obliczu
Wszystko-widzące słoneczko.
Jak złodziej pierzchną na strony
Gwiazdy z towarzyszką nocą,
Przed wszystko-widzącym Suryą.

Coraz widniejsze promienie,
Oświecające wsze twory
Jarzących ogni potokiem.
Wzbijasz się wszystkim widomy
I siejesz, boże słoneczny,
Światło w słoneczne przestwory.
Wstajesz przed bogów obliczem,
Przed ludźmi i wszem stworzeniem,
Abyś się przeszedł po niebie.
O czysty! oczyma twemi
Patrzący na te padoły,
Gdzie świat człowieczy się rusza —
Różniąc pogodny dzień z nocą
I oglądając wsze twory,
Przebiegasz niebios przestwory.
Siedm płowych koni u wozu
Ciągnie cię, boże słoneczny,
Promienno-włosy, świetlany!
Siedmią czystymi rumaki
Wóz ciągnącymi, a które
Sam zaprzągł, jedzie przez szlaki.
Witając światłość po nocy,
Idziem, o Suryo, ku tobie,
Najwyższa nasza światłości!

(L. Siemieński).


4. Hymn do światła.

Na początku było złote światło,
Panem też jest wszystkiego, co żyje.
Ziemię, niebo, stworzyło wielmożnie,
Jakże wezwać nam takiego boga?

On to daje żywot, siłę daje,
Błogosławieństw jego pragną bogi,
Cieniem jego wieczność nieśmiertelna,
Jakże wezwać nam takiego boga?

Onże królem jest całego świata
Żyjącego, tchnącego żywotem,
Władca zwierząt, ludzi kierownikiem,
Jakże wezwać nam takiego boga?

Chwałę jego wieszczą śnieżne góry,
Chwałę jego wieści wielkie morze,
Morze, góry — to jego ramiona,
Jakże wezwać nam takiego boga?

Wola jego zbudowała niebo,
Wola jego zbudowała ziemię.
Niebo, ziemia, drżąc, patrzą na niego,
Jakże wezwać nam takiego boga?

(J. Szujski).


5. Hymn nâsadyasûkta.

Nie było wówczas nicości i bytu nie było;
Przestrzeń, a za nią niebo nie istniały wcale.
Cóż tak potężnie wszystko zakrywało?
Czem-że była głębia niezmierzona?

Śmierci nie było i nieśmiertelności.
Ni dnia, ni nocy odmian nie bywało;
Jedność o własnej oddychała mocy,
I nic się nie różniło od niej.

Ciemność była; w ciemności zatopiony
Wszechświat oceanem był bez odmiany,
Potężny, zewsząd nicością otoczon,
Pod ciepła żyć zaczął działaniem.

Miłość się pierwsza w nim wówczas zbudziła
I ducha pierwszem stała się nasieniem;

Mędrcy zaś myślą w sercach swych odkryli,
Że bytu on węzłem z nicością.

Gdy sznur mierniczy w poprzek rozciągnięto,
Co było pod nim, co nad nim istniało?
Tam moce twórczem ciężarne nasieniem,
Tu swa-dhâ[12], tam natężenie.

Któż wie zaprawdę, kto zwiastować może,
Gdzie zrodzon powstał ten wszechświat wspaniały!
Bogowie później powstali od niego;
Wszechświata czyż znany początek?

Wie o nim chyba ten, kto z łona swego
Ten wszechświat wydał, lub też sam go stworzył,
W najdalszych będąc mu strażą przestrzeniach;
A może i on nie wie tego!

(Maurycy Straszewski).

B) Mahâbhârata.
Król Dhritarasztra, potomek Bharaty, panujący w Hastinapurze, uwzględniając cnoty i zasługi swoich pięciu bratanków: Judhisztiry, Bhimy, Ardżuny, Nakuli i Sahadewy (synów Pandusa), oddaje im w posiadanie część państwa ze stolicą Indraprasztą, ku wielkiemu niezadowoleniu swoich stu synów (Kurawów), którzy oddawna okazywali im wielką nieprzychylność i różne starali się im wyrządzać krzywdy. Szczególniej zawzięty w swej nienawiści ku Pandawom okazuje się Duryodhana. Zaprasza on ich na wielką uroczystość do Hastinapury i podczas zabawy, grając podstępnie w kości z Judhisztirą, wygrywa od niego wszystkie bogactwa, państwo i Draupadi, wspólną żonę Pandawów. Stary Dhritarasztra zwraca bratankom przegraną, ale Judhisztira, uniesiony zemstą i chciwością, przegrywa powtórnie wszystko i na żądanie Duryodhany, udaje się wraz z braćmi na wygnanie. Mają oni lat dwanaście spędzić na pustyni, później rok cały wśród ludzi, ale niepoznani, i dopiero po upływie tego czasu wolno im będzie wrócić do Indrapraszty i objąć rządy państwa. Czas wygnania w dzikiej puszczy upłynął Pandawom wśród ciągłych trosk i niewygód, na różnych bohaterskich czynach, bogobojnych rozmyślaniach i słuchaniu dawnych podań i umoralniających opowieści. Nareszcie po upływie roku trzynastego na usługach u Wiraty, króla Matsyów, wysyłają do Duryodhany (Kurawów) posła, z żądaniem zwrotu królestwa. Na radzie Kurawów, zwołanej z tego powodu przez Duryodhanę, powstaje rozdwojenie. — Osiwiały w bojach Bhiszma, zarówno życzliwy stronom obydwom, doradza zgodę; ale za to pokojowe usposobienie ostro nagania go surowy Karna. Wywiązuje się z tego cierpka kłótnia, w której gwałtowny Karna, obrażony pogardliwemi słowami Bhiszmy, oznajmia; że razem z nim walczyć nie będzie. Bhiszma obejmuje dowództwo nad wojskiem Kurawów, ale w bitwie, która ma rozstrzygnąć całą sprawę, oszczędza Pandawów. Zaniepokojony tem Duryodhana prosi go, żeby ustąpił dowództwa Karnie.

Ale jak ostrych strzał ciosy, bolały Bhiszmę te słowa.
W głębokim smutku pogrążon, dostojną twarz w dłoniach chowa,
Aż z piersi się wnętrza ozowie: Idź, królu, i śpij spokojny,
Bo jutro wydam mu wojnę, jak nie było dotąd wojny,

O której pieśni i mowy do końca nie skończą się świata,
Bo nie oszczędzę nikogo.....
Z radością posłyszał król mowę, powstał, uczcił starca czołem,
Powrócił do namiotów i usnął z umysłem wesołym.
Ale się Bhiszma stary długo z troskami kołatał,
Narzekał: Wszakżem walecznie tylu rycerzy już spłatał,
Jako się godzi kszatryi, przecież mię wyrzut spotyka!
O ciężka dolo, co pędzisz na wnuki wojownika!
O ciężka dolo, co każesz mordować owe dziecięta,
Kołysane na rękach, gdy zgoda władała święta!
O Jamo[13]! wstrętne mi życie, wielką pokryte żałobą.
Weź mnie i wybaw mnie, Jamo! — Tak biadał Bhiszma nad sobą
Wpośród ciemności nocnej, gdy wilków i hyen stada,
I stada duchów ponurych, gdzie gęstych trupów biesiada
Na bojowisku leżała, goniły na wyścig i wyły,
Aż jarkie promienie słońca okropnych gości spędziły. —
Ale gdy wzeszło słońce, zagrzmiała pobudka kręconych
Muszli, i bębny zagrzmiały, i wozów turkoty pędzonych,
I rżenie się koni rozległo i słoniów przeciągłe krzyki,
Hasła wojenne słychać i głośne dowódców języki.
I stanął przeciwko sobie tłum niezliczony narodu —
Na wschód Pandawów wojsko, Kurawów zaś od zachodu....
Na srebrnym starzec (Bhiszma) stał wozie, śnieżnego włosa i brody.
W białym turbanie jechał, a z wiatrem niebios w zawody
Biała się z ramion szata, niby dwa skrzydła, rozwiała,
A srebrną była zbroja, która pod szatą mu lśniała.
Białe go konie niosły, że wydał się górą śnieżystą,
Na wzniosłym palmy sztandarze pięć gwiazd się świeci srebrzysto.
Więc do rycerzy obrócon, rzuci im słowa z wysoka,
A słowa wydały się grzmotem z czarnego na niebie obłoka:
Dzisiaj wam męże waleczni na ścieżaj otwarte wrota,
Któremi chadzali ojcowie, gdy bojów zawrzała ochota,
W rozkoszne światy Indry, które wam stoją otworem;
Chwałę unosząc wieczystą, pradziadów pójdziecie torem.
Nie chcecie śmierci w domu; wyście waleczni i młodzi,
Na polu bitew jedynie kszatryom umierać się godzi! —
Tak stary wołał Bhiszma; toż krzyk zapału się mnożył.
Wtedy złocistą do ust swych, kręconą muszlę przyłożył,
Zadął policzki dwoma; głos wielki z muszli wypada,
Huczy, a wróg zdaleka takimże odgłosem zagada.
Ruszyły oba zastępy, ziemia zajękła pod niemi,
Piesi zmieszali się z końmi, słonie z wozami strasznemi;
Niby ocean w burzy, co rzuca szalone bałwany,
Tak na równinie bitwy dwu wojsk zderzyły się ściany,
Chwiały, łamały z sobą, a miecze, oszczepy i strzały
Nad czarną odmętów falą błyskawicami się zdały.

Tam wozy leciały bojowe, tam słonie dwa zbrojne na siebie,
Owdzie z jeźdźcami jeździec w wojennej się spotkał potrzebie,
Tu piesi dwaj walczą ze sobą, tam wozy opadła piechota,
Owdzie zwycięski wóz środkiem przez trupy piechurów grzmota.
Tu jeździec z strojnego konia woźnicę obciął toporem,
Tam rycerz z wozu waleczny, łukiem władający skorym,
Napastników postrącał celnemi strzałami zwysoka;
Owdzie szalone słonie nakształt rwącego potoka
Lecą, trąbami biją, kłami płatają, nogami
Miażdżą konie i ludzi. Ale z strasznemi słoniami
Nie waha się walczyć waleczny, wymija, tłucze maczugą,
Razi oszczepem zwierza, że krwawą posoki swej strugą,
Wyjąc żałobnym głosem, haniebny odwrót swój znaczy.
Ale w okropnej bitwie, w której los szczęścia majaczy,
Wysoki Bhiszmy sztandar zawsze wśród wrogów połyskał.
Od słońca strzał chmura go strzegła, które na Pandów wyciskał,
A pod pocisków chmurą sam jaśniał jak słońce na ziemi.
Gdzie konie poniosły go białe, tam z wozy goniły próżnemi
Przestraszone rumaki, padały głowy tysiącem,
Ciemnością wydało się wszystko, on ciemność płoszącem był słońcem.

Z tem wszystkiem Bhiszma pada przeszyty podstępnie strzałą Ardżuny, któremu pomaga Kriszna, król Jadawów. Miejsce Bhiszmy zajmuje teraz Karna, ale i ten ginie w podobny sposób, gdy jego wóz bojowy ugrzązł w bagnisku podczas pojedynku z Ardżuną.

Z gniewu zapłakał Karna, gdy zagrzązł wóz w błocie złocony.
Ardżuno, — woła — waleczny, toż strzały nie poślesz mi wronej,
Kiedy się z błota dźwigam, szlachetną się w boju ukaże
Dusza twa, póki na równi obadwa nie staną bojarze!
Ale nie słuchał Ardżun i nakształt piorunnej chmury
Na Karnę, co wóz dźwigał, strzał strumień miotał z góry.
Rozwścieklon, łuk potężny naciągnął Karna, wymierzył,
Zabłysła strzała żelazna, grot w ramię Ardżuny uderzył.
Zemdlony toczy się Ardżun, strach hufce Pandawów chwyta,
Zagrały muszle Kurawów, z rozpaczy Kriszna w ząb zgrzyta.
Ale szlachetny Karna śmierci słabemu nie zada;
Odłożył łuk na stronę, barki pod wasąg podkłada,
Aby podźwignąć wóz wrony i koła wydobyć z bagniska.
Wtedy wyciągnął strzałę, krew zatamował, co pryska,
Czarodziejskiemi słowy Kriszna, czarodziej wielmożny.
Podniósł się Ardżun zemdlały, łuk srogi naciągnął, ostrożny;
W schylonego nad wozem znienacka grot posłał wrony
I dzielny Karna upadł, śmiertelnym ciosem trafiony.

(Wolny przekład J. Szujskiego, podług niemieckiej przeróbki A. Holzmana w „Indische Sagen“.)

Po upadku Karny zwycięstwo przechyla się stanowczo na stronę Pandawów. Giną w walce wszyscy Kurawowie, a zwycięzcy pomagają staremu Dhritarasztrze uczcić poległych synów uroczystym pogrzebem. Judhisztira wraz z braćmi obejmuje rządy nad całem państwem Bharatydów, ale dla ślepego stryja zachowuje wszelkie oznaki uszanowania, dopóki ten, przeczuwając zbliżający się kres życia, nie usunął się na pustynię, gdzie też wkrótce żywota dokonał. Ale i Pandawowie niedługo cieszą się plonami zwycięstwa. Kriszna ginie po powrocie do swojego państwa; jest to skutek przekleństwa, jakie nań rzuciła matka Kurawów za to, że mogąc (według jej zdania), nie chciał zapobiedz bratobójczej wojnie. Wiadomość o śmierci Kriszny, który — jak się teraz pokazało — był wcielonym bogiem Wisznu, zgnębiła i przeraziła Pandawów. Ustępują oni rządów synowi Ardżuny i udają się na szczyt Himalajów, żeby się tu należycie przygotować do życia przyszłego. Po śmierci, odbywszy jeszcze srogą pokutę w piekle, osiadają w niebie, godzą się ze swymi wrogami i dowiadują się, że są boskiego pochodzenia.


a) Sawitri.
(Epizod z Mahâbhâraty).

Był w Madras król pełen cnoty i sprawiedliwości, gościnny, pobożny, obietnic dotrzymujący, ukracający swe żądze, czyniący przepisane ofiary i ojciec ubogich. Król ten był Aśwapati, szczęściem wszystkich szczęśliwy, bardzo podeszły w lata, a bezdzietny, i dlatego trapiący się starością swoją. Czynił on wszelkie pokuty w nadziei uproszenia sobie potomstwa.

Jakoż za sprawą bogini Savitri urodziła mu się córka, której przez wdzięczność dla bogini, nadano także imię Savitri.

Piękna jak Lakmi, bogini szczęścia, wyrosła młoda dziewica. A widząc jej kibić wysmukłą, postać krągłą i złotu podobną, mówili mężczyźni: Piękną jest prawie, jak córka bogów! A przecież żaden młodzian, uderzony jej wdziękami, nie wybrał sobie za żonę dziewicy z oczami lotosu i gorejącej blaskiem młodości.

Smucił się tem bardzo Aśwapati, albowiem „ojciec niewydający córki za mąż występny jest“, i polecił córce, żeby sobie wzięła za męża, kogo zechce. Sawitri wybrała Satyawana. Był to syn Dyumatsena, króla Salwy, który ze starości ociemniał i z tej przyczyny wyzuty ze swego państwa, schronił się do puszczy i tu oddany bogobojnym praktykom, syna swego wychował. — Wyboru tego nie pochwala poważny bramin Narada. Wprawdzie zdaniem jego „jest to młodzian spokojny, cichy, rycerz zwalczonych namiętności, otwarty, życzliwy, dotrzymywacz obietnic i stały w postanowieniach; prawy niezmiennie i w wierze niezachwiany i wkrótce między najsławniejszych policzon będzie“ — lecz cóż, kiedy „od dziś za rok dojdzie kresu swego życia i straci postać cielesną“. Ale Sawitri wyboru swojego nie zmieni. „Długo lub krótko żyć będzie, czy ma przymioty lub nie, — gdy raz męża wybrałam, nie wybiorę drugiego“, odpowiada na perswazye ojca, poślubia Satyawana i osiada z nim w puszczy przy jego rodzicach. Rok dobiega kresu i Sawitri surowe czyni pokuty, żeby wybawić od śmierci męża, który nic nie wie, co go wkrótce ma spotkać. — W dniu oznaczonym Satyawan, wziąwszy siekierę, udaje się do lasu; Sawitri postanawia mu towarzyszyć, żeby nieodłącznie być przy nim.

Satyawan obok swej towarzyszki uzbierał w lesie koszyk owoców, a potem ciął drzewo siekierą. Ale wnet twarz jego pot oblał; a osłabiony wielce, uczuł ból głowy. Zbliżył się do miłej małżonki i słabym rzekł głosem: O Sawitri! ciało moje i wnętrze zdają się goreć. Źle się czuję, o miaro-mówna! Chciałbym się przespać, bo mi sił zbywa.
Sawitri, zbliżona do męża, usiadła obok i głowę jego na swoje schyliła łono. I młoda pustelnica, przejęta słowami Narady, widziała przed sobą chwilę zapowiedzianą. I wraz spostrzegła człowieka w szacie czerwonej, z głową kędzierzawą, twarzy miłej, a jaśniejącej jak słońce. Miał barwę czarno-żółtawą, oczy czerwone, a w ręku niósł powróz. Postać miał straszną, a stanąwszy obok Satyawana, chciwie nań patrzył.
Gdy go Sawitri postrzegła, wnet się zerwała; a złożywszy lekko głowę męża, na łonie trzymaną, w postaci błagalnej, ze drżeniem w sercu tak przemówiła:
— Poznaję cię bogiem, bo postać twoja nie jest śmiertelną. Powiedz, o dobry boże, ktoś jest i co zamyślasz?
— Poświęciłaś się dla męża i dla praktyk pobożnych, przeto ci odpowiem, Sawitri! — rzekł nieznajomy, — Wiedz, piękna, młoda niewiasto, żem jest bóg śmierci. Życie twojego męża jest dopełnione, więc wprowadzę go w moje królestwo.
Sawitri rzekła: O ty, dziedzicu najwyższej błogości! mówią, że to zwykle posłańcy twoi ludzi uprowadzają, pocóż sam dziś przychodzisz, o boże najpotężniejszy?
Tak zapytany, pełen litości dla Sawitry, odpowiedział: Mąż twój młody, cnotliwy, który jest morzem pięknych przymiotów, nie miałby cześci należnej, gdyby go sługi moje stąd wiodły; przeto sam po niego przychodzę.
Potem Jama, wydobywszy z ciała Satyawana duszę, związał ją mocno; wtedy wyszło życie z ciała Satyawana, znikł oddech, zagasły oczy; a zwłoki, bez ruchu, smutno były do widzenia. Ale Jama, z duszą związaną, ku południowym stronom się udał.
Sawitri, ociążona boleścią, szła za Jamą; Sawitri, która, w poświęceniu się dla małżonka, zniosła dla niego posty i najsurowsze pokuty.
Ale Jama, zatrzymując ją: — Wróć się, wierna Sawitri, i poświęć ofiarę za umarłego. Wszystkoś czyniła, coś winna dla męża; przyszłaś tak daleko, jak tylko mogłaś.
— Gdzie ty mi męża prowadzisz, — rzekła Sawitri: — gdzie on będzie, ja pójdę za nim: to jest wieczna moja powinność. Zaklinam cię na surowe moje pokuty, na moje poddanie się pokorne, na miłość męża mojego i dobroć twoją, nie broń mi tego!
Mędrcowie, hołdujący prawdzie, zwią przyjaźń siedmiokroczną (sapta adam), kładąc przyjaźń nad wszystko. Ja ci powiem w dwóch słowach, wysłuchaj:
Nieświadomi nie oddają się cnocie, ni prawdzie; ludzie z nauką pełnią cnotę: dlatego dobrzy nazywają cnotę najwyższem dobrem.
Od chwili, gdy dobry zaznał cnotę, inni dobrzy go naśladują. Nie pragną oni raz lub dwa razy zaczynać to życie ziemskie. Przeto dobrzy nazywają cnotę dobrem najwyższem.
— Wróć się, Sawitri, — odrzekł Jama. — Przyjemne mi to, co mówisz. Wybierz sobie łaskę, wyjąwszy życia twojego męża, a mieć ją będziesz natychmiast.
— Mój teść utracił swoje królestwo, pozbawion wzroku, mieszka w leśnej pustyni. Niech ten król silny, rówien słońcu gorejącemu, otrzyma wzrok za łaską twoją.
— Tak będzie, — odpowiedział Jama. — Ale ta droga tobie strudzonej wielce jest przykrą; powróć, abyś więcej jeszcze nie wycierpiała.
— Jakżebym ja się strudziła, idąc za moim mężem? Gdzie on jest, ja być przy nim powinnam. Gdzie męża mojego prowadzisz, tam moja droga. Rządco bogów! raz jeszcze słuchaj słów moich:
Komu raz dozwolono z dobrymi się spotkać, zapragnie tego raz drugi i trzeci; mówią, iż to jest przyjaźń: a pożytecznem jest spotkanie się z dobrymi, dlatego z dobrymi zawsze chcemy się łączyć.
— Słowa, które mówisz, — rzekł Jama, — oznaczają uczucia cnotliwe i wyższy rozum. Słowa te bez owocu nie będą. Wyjąwszy życia Satyawana, oświadcz drugie życzenie, wyborna niewiasto!
— Teść mój czcigodny utracił niegdyś królestwo. Niech je odzyska i niech nigdy z drogi prawości nie zboczy. Oto jest drugie moje życzenie.
— Król ten, odpowiedział Jama, — odzyska wkrótce swoje królestwo i z drogi prawości nie zboczy. Otóż spełnione twoje życzenie, córko królewska! A teraz powróć już, powróć, bo dużo cierpisz w tej drodze.
Sawitri: — Stworzenia wszelkie przykute są do twojej władzy najwyższej; imając je, rządzisz niemi, bo z własnej woli nie poddają się: dlatego, o boże, zwiesz się Jamą, imaczem. Słuchaj jeszcze słów, które ci powiem:
Życzliwość dla wszystkich istot w czynach, myślach i słowach, ludzkość i miłosierdzie, są dobrych wieczystem życiem.
A tak ten świat najwięcej rządzony jest siłą; ale dobrzy wstawiają się za nieprzyjaciół, którzy zyskują miłosierdzie.
— Mowa twoja, rzecze Jama, tak jest miłą, jak woda cierpiącemu gorączkę. Wyjąwszy jeszcze życia Satyawana, wybierz łaskę, a mieć ją będziesz natychmiast.
— Ojciec mój, król ziemi, — rzekła Sawitri, — nie ma żadnego syna. Niech ojcu mojemu urodzi się sto synów, szczepów tyluż rodzin. Oto trzecie moje życzenie.
— Niech sto synów kwitnących, szczepów tyluż rodzin, urodzi się ojcu twojemu — rzekł Jama. — A teraz powróć, bo droga twoja będzie bardzo daleka.
— Droga ta, — odrzekła Sawitri, — nie jest daleka, gdy idę z mym mężem, bo miłość moja ku niemu dalej prowadzi; idąc więc dalej, słuchaj jeszcze słów, które ci powiem:
Ty jesteś synem słońca, które ogrzewa całą naturę, dlatego mędrcy zowią cię Wajwaswata, potomkiem słońca; ty sprawiedliwością rządzisz stworzenia i przeto zowią cię także królem sprawiedliwości (Dhamnaradża).
Człowiek nie tyle ufa sam sobie, ile dobrym; przeto szczególniej pragnie spoczywać na łonie dobrych. — Z miłości dla wszystkich istot rodzi się ufność; dlatego dobrzy najwięcej mają ufności.
— Słowa twoje, o młoda niewiasto! są takie, że im równego nic nie słyszałem, — rzekł Jama. — Cieszą mię tyle, iż czwartej jeszcze dozwalam ci prośby, wyjąwszy życia Satyawana. Powiedz, a odejdź!
— Niechaj mam z Satyawanem stu miłych synów, szczepów tyluż rodzin, dzielnych, wspaniałych. Oto czwarte moje życzenie.
— Stu synów dzielnych, odważnych, radujących serce mieć będziesz, młoda niewiasto! — rzekł Jama. — Ale teraz już wróć, bo droga daleka jest ci bolesna.
Sawitri: — Dobrzy idą zawsze drogą cnoty; dobrzy nie mdleją, nie nikną; łączenie się dobrych z dobrymi owoc wydaje; dobrzy nie wdrażają trwogi dobrym.
Bo dobrzy prowadzą słońce przez prawdę; dobrzy utrzymują ziemię; są drogą dla przyszłych stworzeń, o królu! I na łonie dobrych dobrzy w niwecz nic idą. Dobrzy pracują dla innych, nie mając w myśli wzajemnych dobrodziejstw. Łaski, świadczone ludziom, nie są próżne; dobrodziejstwo nie znika, ani cześć mu należna. O ile trwałe są umartwienia i pokuty, jakie dobrzy sobie zadają, o tyle dobrzy zbawicielami są ludzi.
— Im więcej mówisz, o duszo cnotliwa i wdzięczna, pełna powabów i szlachetności, tem większą jest miłość moja ku tobie — rzekł Jama: — wybierz łaskę nieporównaną, o żono, kochająca męża świętą miłością!
Sawitri: Nie uczyniłeś, jak dotąd, żadnego warunku mej prośbie, o ty! co dajesz chwałę, słysz moje życzenie: Niech mój Satyawan żyje! bo sama bez męża mojego, jestem jako bez życia. Nic chcę bez męża żadnej radości, bez niego nieba nawet nie pragnę. Stu synów mi obiecałeś, a mąż ma mi być wydarty! Wybieram łaskę: niech mój Satyawan żyje. A tak sprawdzi się twe słowo, że stu synów mieć będę.
— Tak będzie! — odpowiedział Jama, syn słońca, król sprawiedliwości, odwiązując powróz, na którym trzymał duszę Satyawana, a pełen radości, rzekł do Sawitri:
— Oddaję ci męża, tobie, pociecho rodzin, oddaję w całości zdrowym i szczęśliwym. Dożyje z tobą lat czterystu; przez cnoty swoje i dopełnianie ofiar wielką sławą cieszyć się będzie. Z tobą mieć będzie stu synów, a ci wszyscy będą królami, bohaterami, pomiędzy swojemi syny i wnuki. Lata życia twojego, przyznane tobie i jemu, zwać się będą twojem imieniem. Rodzice twoi stu synów mieć będą.

Jama spełnia wszystkie obietnice. Zwłoki Satyawana odzyskują życie i uszczęśliwieni małżonkowie wracają do pustelni; tu dowiadują się, że Dyumatsena nagle wzrok odzyskał, a wkrótce potem przybywają do niego posłowie z Salwy z oznajmieniem i prośbą, żeby na tronie ponownie zasiadł.

Sawitri wydała z czasem stu synów, pełnych sławy, równych bogom, nie cofających się przed niebezpieczeństwem, Miała także stu pięknych i dzielnych braci, synów Aśwapaty, króla Madras.

(Kazimierz Brodziński).
b) Nal i Damajanti.
Poemat ten, wpleciony w osnowę Mahâbhâraty jako epizod, opowiada Brihadaśwa królowi Judhiszthirze i często zwraca się do niego, przemawiając apostrofami: królu, Kautnejo i t. p., apostrofy te znajdzie czytelnik oznaczone kursywą.

Syn Wiraseny, Nala, królem był potężnym.
Bogaty w cnoty, piękny, znawca koni,
Przewyższał królów wszystkich, jako Indra bogów,
I jaśniał ponad wszystkich, jako słońce w blasku.
Cnotliwy książę ten Niszadhów znał i Wedę,
I choć grał w kostki, mówił prawdę, wojskiem silny.
Był mężom i niewiastom miły, bo uprzejmy,
Był łucznik celny....
Podobnym był mu u Widarbhów, Bhîma, mężny,
Ojciec pięknej Damajanti, która
Gdy doszła lat dziewiczych, sto służebnic zdolnych,
Sto przyjaciółek, jako Siaczę [14], ją obsiadło.
Błyszczała tam Bhîmówna, klejnotami lśniąca,
W tych dziewic gronie, cudna, jako błyskawica.
Ni między bogi, ni półbogi nie widziano
I nie słyszano o tak cudnej krasawicy.
I Nala, jako tygrys, nie ma rówiennika,
Z postaci istny to Kandarpa[15] w ciele ludzkiem.
I stało się, że wobec Damajanty Nalę
A wobec Nali Damajantę wyławiano,
Tak, iż pochwały słysząc swe nawzajem ciągle,
Nie widząc się poczęli kochać, o Kantnejo!
Nie mogąc ukryć dłużej uczuć swych już Nala,
Do gaju poszedł izbom niewiast poblizkiego,
Gdzie ujrzał wnet łabędzie w złote pióra strojne.
Z chodzących w gaju ptaków, gdy jednego schwycił,
Powietrzny goniec ludzkim głosem rzecze Nali:
„Ach! pozwól żyć, mi, królu! oddam ci przysługę!
Twe imię sławić będę wobec Damajanty,

Bo myśli jej zajęte tobą tylko były“.
Tak zagubiony puścił zaraz krój łabędzia;
Łabędzie wówczas podążyły w kraj Widarbhów.
W Widarbhów kraj przybywszy, blizko Damajanty
Usiadły wszystkie. I spostrzegła stado ptaków,
A widząc z gronem dziewic ptaki dziwnopióre,
Poczęła chwytać ucieszona je pośpiesznie.
Łabędzie wtenczas na wsze strony się rozpierzchły,
Tak, iż za każdym jedno pogoniło dziewczę;
Za którym zaś pobiegła Damajanti chyżo,
Ten głosem ludzkim do niej tako się odezwał:
„O Damajanti! król Niszadhów, Nala zwany,
Jak Aświnowie[16] piękny; z ludzi nikt mu równy.
Małżonką jego gdybyś była pięknolica,
Owoców pełen byłby żywot twój, przekraśna“....
Tak zagadniona od łabędzia, Damajanti
Odrzeknie jemu: „Powiedz takież słowa Nali!“

Łabędź spełnia posłannictwo, a zakochana królewna usycha z tęsknoty za Nalą. Ojciec, widząc córkę smutną, bladą i zmizerowaną, postanawia wydać ją za mąż i ogłasza, że w dniu oznaczonym Damajanti wybierze sobie męża. Na wiadomość o tem, do Kundiny (stolicy Widarbhów) podążają królowie i bohaterowie: pośpiesza i Nala, marząc o nieznajomej ukochanej. W drodze wszakże spotyka bogów: Indrę, Agni, Iamę i Warunę, którzy także zamierzają ubiegać się o rękę Dumajanty i wkładają na Nalę obowiązek uprzedzić ją o swoich zamiarach. Nala nie śmie odmówić żądaniu bogów, ani jako ich posłaniec stanąć obok nich w szeregu konkurentów. Ale królewna wręcz oznajmia, że nikogo innego za męża mieć nie chce, i żąda, aby Nala na wyborze się znajdował. Nala stosuje się do jej życzenia, ale i bogowie przyoblekają się w jego postać. Damajanti, widząc przed sobą pięciu Nalów i bojąc się pomylić przy wyborze, zwraca się do bogów z pokorną prośbą:

„Przez prawdę, że łabędzie o tem mi doniosły,
Iż Nala mnie za żonę wybrał, wskażcie mi go!
Przez prawdę, że ni mową, ani myślą nawet
Nie kłamię, wskażcie mi go, o niebianie, przecie!
Przez prawdę, że on mi przeznaczony mężem
Bogowie nieśmiertelni, wskażcie mi go wreszcie!
Przez prawdę, że co ślubowałam Nali, winnam
Dotrzymać także, wskażcie mi go, proszę,
I kształt przybierzcie wam właściwy, światotwórcy,
Bym poznać mogła ludziowładcę Panjaślokę!“[17]

Błaganie odnosi skutek i Damajanti na znak, że Nalę za męża wybiera, prześliczny wieniec na ramiona mu złożyła. Wybór ten obudził wszakże niechęć w demonie Kalim i ten postanowił zemścić się na Damajanti. Ale dopiero w dwunastym roku pożycia szczęśliwych małżonków udało się Kalemu zawładnąć Nalą, gdy ten nie do pełnił oczyszczenia się rytualnego przed spełnieniem czynności religijnych. Owładnięty przez demona, Nala roznamiętnia się do gry w kości i przegrywa wszystko do swojego brata Puszkary; nie zdołały go powstrzymać i opamiętać ani przedstawienia
poddanych, ani prośby żony. Pozbawiony mienia i tronu, Nala udaje się na wygnanie; nie chcąc jednak, żeby Damajanti podzielała przykrości tułaczego życia, namawia ją, by do swego ojca wróciła; gdy zaś namowa nie odniosła skutku i strudzona Damajanti usnęła w lesie, odbiegł ją, sądząc, ze w ten sposób zmusi do usłuchania jego rady. Opuszczona małżonka napróżno woła i szuka męża po lesie, narażając się na różne niebezpieczeństwa; nareszcie nawpół obłąkana przybywa do stolicy państwa Czedów i zostaje przez królową przyjęta na pannę służebną. Tu odnajduje ją bramin Sudewa, wysłaniec Bhimy, i zabiera z sobą do Kundiny. Wróciwszy do rodziców, Damajanti rozsyła braminów na poszukiwanie Nali, zalecając im, aby wszędzie głosili bez ustanku:

„Gdzie jesteś, graczu, któryś szaty pół mi wziąwszy,
Opuścił w lesie śpiącą lubą twą, o luby!
Siedziała tam biedaczka, oczekując ciebie
W kłopocie wielkim, resztką szaty swej odziana.
Płaczącej ciągle z smutku i zmartwienia
Pociechę ześlij i odpowiedź daj żądaną!“

Niełatwo atoli odszukać Nalę gdyż za sprawą Karkotaki, króla wężów, któremu wyświadczył przysługę, został zmieniony do niepoznania i pod imieniem Bâhuki, przystał za woźnicę do Rituparny, króla Ajodhyi, zachowując w tajemnicy swoje nazwisko i przeszłość. Tu, gdy jeden z braminów, wysłanych przez Damnjantę, wygłosił jej odezwę, Nala dał odpowiedź:

„Niewiasta zacna, choć popadnie w nędzę, stróżem
Jest sobie sama, za co niebo jej zapłatą;
Małżonka, który ją opuścił, nie przeklina,
Lecz wiedzie życie czyste, cnoty tarczą bronna.
I choć mąż popadł w biedę i ją wyrwał z uciech
I rzucił potem, złości za to dlań nie żywi“.

Tem zdradził się poniekąd; więc też Damajanti, dowiedziawszy się o tem, żeby go sprowadzić do Kundiny i wybadać, uprasza bramina Sudewę, żeby udał się do Ajodhyi i namówił Rituparnę do starania się o jej rękę, gdyż zamierza ona wybrać sobie drugiego męża. Rituparna postanawia próbować szczęścia, a że czasu ani chwili tracić nie można, żeby się nie spóźnić, wyrusza więc w drogę z Bâhuką, jako najbieglejszym woźnicą. Konie pomykają z laką szybkością, że Rituparna za biegłość w sztuce kierowania końmi, zgadza się nauczyć Bâhukę (Nalę) sztuki odgadywania liczb, a więc i gry w kości.

I wyszedł z Nali, w kostek grze biegłego teraz,
Truciznę Karkotaki z paszczy zionąc Kali.

Gdy wieczorem gość zbliżył się do Kundiny, poznała Damajanti z turkotu, że Nala powozi.

„Ach! jakże turkot ten, rozbrzmiewający wkoło,
Me serce rozwesela! Nala bawi tutaj!
Jeżeli dziś nie ujrzę pięknej twarzy Nali,
Rycerza cnót pełnego, umrę bez wątpienia.
Jeżeli dziś nie doznam wśród objęcia jego
Słodyczy uściśnienia, umrę bez wątpienia!
Jeżeli do mnie nie przystąpi dziś Niszadhczyk,
W płomieniach złotych ognia szukać będę śmierci“.

Jakkolwiek nizka i niekształtna jest postać Bâhuki, Damajanti podejrzywa, że jest to Nala i dla utwierdzenia się w swoich domysłach, wybaduje go przez zaufaną służebnicę. Przekonawszy się najprzód, że jest to ten sam mąż, który dał odpowiedź braminom, poszukującym Nali, Damajanti każe służebnicy iść do Bâhuki, który przyrządza dla pana swego wieczerzę, i dobrze go obserwować. — Służebna zdaje sprawę, że:

„Nadzwyczaj dziwny jest on; nie widziałam nigdy
Człowieka podobnego jemu, Damajanti!
Choć nizką wchodzi bramą, nigdy się nie zgina,
Lecz wchód za przyjściem jego dlań się rozprzestrzenia.
Ze względu na mocarza Rituparnę, strawy
Rozlicznej dano mu i mięsa zwierzęcego,
Do mycia naczyń mu potrzebnych przyniesiono,
Na które skoro spojrzał, wody pełne były.
Umywszy się Bâhuka potem, poszedł na bok
I trawy wiązkę wziąwszy, podniósł ją ku słońcu ;
Po małej chwili gorejący powstał ogień....
I inny cud niezwykły oglądałam także,
Że ogień dzierżąc w ręku sam się nie oparzył.
Prócz tego jeszcze jeden cud widziałam wielki:
Jak kwiaty, które wziął i zdusił ręką wolno,
Jak kwiaty te, rękoma jego poduszone,
Tem bardziej pachnąc, świeżość znowu odzyskały“.
Te czyny Punjaśloki słysząc Damajanti,
Powzięła przekonanie, iż ich sprawcą Naja,
A sądząc, iż mąż Nala kryje się w Bâhuce,
Łagodnym rzecze głosem do Kesini, płacząc:
„Idź jeszcze raz i zabierz mięsa pieczonego
Bâhuce powolnemu i przyjdź do mnie, droga!“
Poszedłszy do Bâhuki, wzięła z ognia mięsa
Kesini, i przyniosła Damajancie, Królu.
Po smaku i przyprawach mięsa pieczonego,
Poznała zaraz płacząc, iż woźnica Nalą.

Gdy wreszcie Nala wzruszył się na widok swych dzieci, które mu żona zaprowadzić kazała, Damnjanti prosi go, żeby do niej przybył.

Ujrzawszy Damajantę nagle władca Nala,
Z żałości i nieszczęścia zaczął płakać rzewnie.
Ujrzawszy go w wzruszeniu takiem Damajanti,
Popadła również w żal i smutek krasawica.
W czerwonej sukni, z włosem zaplecionym, brudna[18],
Te słowa Damajanti rzecze do Bâhuki:
„Czyś widział kiedykolwiek, aby człowiek zacny
Zostawił swą małżonkę spiącą w lesie pustym,
Małżonkę wierną i niewinną, lecz znużoną?

Któż mógłby zdradzić tak kobietę oprócz Nali?
Występek jakiż popełniłam względem niego,
Że w lesie śpiącą zostawiając, uszedł sobie,
Niepomny, że bogami gardząc, jego wzięłam!
Jak mógł opuścić mnie, co kocham go nad wszystko?
On, który w obecności bogów wierność przyrzekł,
Nad ogniem rękę dzierżąc, gdzie się błąka w świecie?“
Gdy tak mówiła Damajanti, wrogogromco,
Łez gorzkich strumień z oczu lał się jej obfity.
Z ócz czarnobrewych Nala strumień łez płynący
Ten widząc, rzecze do płaczącej słowa takie:
„Królestwom stracił, lecz nie moją winą własną!
Z Kalego-m winy, o kobieto, stracił wszystko.
Lecz jakiem prawem ty wiernego ci małżonka
Opuszczasz i innego chcesz wybierać, nędzna?“...
Ten zarzut Nali usłyszawszy, Damajanti
Złożyła ręce i z bojaźni drżąca, rzecze:
„Potwarzy miotać nie racz na mnie, bohaterze!
Ja-m bogów ostawiła, a wybrała ciebie!
Dla ciebie brahmanowie szli na wszystkie strony,
W swych rymach słowa me śpiewając w każdym kraju,
Aż w końcu brahman mądry, zwan Parnadą, Królu,
W Ajodhyi znalazł ciebie w domu Rituparny.
Na słowa pieśni jego ty się odezwałeś.
By ciebie zwabić, wymyśliłam podstęp taki,
Bo nikt prócz ciebie w jednym dniu, o ziemiowładco,
Nie zdolen jodżan[19] setkę końmi przebiedz, królu!
Tych stóp się dotknę na stwierdzenie prawdy, władco,
Że myślą nawet nie zgrzeszyłam przeciw tobie!
Niech wiatr, co świadkiem stworzeń wszystkich na tym świecie,
Odbierze życie mi, jeżeli grzech popełniam!
Niech słońce, które ciągle świat obiega cały,
Odbierze życie mi, jeżeli grzech popełniam!
Niech księżyc, który jak szpieg środkiem krąży stworzeń.
Odbierze życie mi, jeżeli grzech popełniam!
Ci trzej bogowie trzechświat utrzymują cały,
Niech oni prawdę ci powiedzą, niech mnie zdradzą!“
Po słowach takich wiatr odezwie się z powietrza:
„Nie popełniła ona grzechu, mówię-ć prawdę.
Bogaty skarbiec cnoty Damajanty nie naruszon;
Świadkami i stróżami jej lat trzy byliśmy.
Podstępu zaś użyła, aby zwabić ciebie,
Bo nikt jak ty w dniu jednym jodżan sto nie jedzie.
Znalazła cię Bhîmówna, a Bhîmównę ty znów!
Nic wahaj się więc dłużej z żoną twą połączyć!“

Gdy wiatr to mówił jeszcze, spadł deszcz kwiatów na nich,
Głos bębnów boskich rozległ się i wietrzyk zawiał.
Gdy cud ten wielki ujrzał Nala król, Bharato,
Poprzestał podejrzywać Damajantę, Królu!
I oblekł szatę ową, kurzem niedotkniętą,
Słów króla wężów pomny, i znów kształt swój zyskał.

Wkrótce potem udaje się Nala do Niszadhy, wyzywa na powtórną grę w kości brata Puszkarę i odzyskuje przegrane królestwo.
(Przekład Jana Leciejewskiego)

c. Ramajana.
W pieśni pierwszej mamy opisane wychowanie Ramy, syna króla Daśarathy, oraz praktyki ascetów indyjskich w pustelniach, początki rozlicznych mitów i ceremonij religijnych, wreszcie panowanie Daśarathy w Ajodhyi.
W pieśni drugiej widzimy, jak Daśaralha zamierza najmilszego swego syna Ramę, kazać namaścić na króla, przyczem podana jest tegoż charakterystyka.

Rama jaśniał między ludźmi jako księżyc roztoczony,
I dla mnóstwa swych przymiotów był rozkoszą króla ojca,
Matki i przyjaciół licznych i obywateli kraju.
Złe nie wyszło nigdy słowo o żadnym z ust jego człeku
I na cierpkie nawet mowy nigdy cierpko nie odrzekał.
Towarzystwo trzymał zawdy i bezpieczną poufałość
Z ludźmi dojrzałego wieku oraz doświadczonej cnoty.
Był roztropnym i szlachetnym, a w rozmowie pełnym wdzięku,
Wciąż poważnym, jak przystało, i wartością swą nie pysznym.
Szczery w mowie i ostrożny czcił poważne starców głowy.
Kochający swych poddanych i kochany od nich wzajem.
Współczujący, powściągliwy i braminów wielki czciciel,
Dla ubogich miłosierny, miał potwarze w nienawiści.
Nie pragnący panowania, acz z porządku nań spadało,
Przeto, iż czcił więcej mądrość niż królestwo, choć tak wielkie.
Miłosierny dla wszechstworzeń, niósł każdemu pomoc chętnie,
W datku hojny, a uczciwych wspierał i był poplecznikiem.
Łaskaw, kto się k’niemu uciekł, wierny w swoich obietnicach,
Sprawiedliwy dla zasługi, mężny i do ofiar chętny.
Stały w myśli, prędki w radzie, szybki w czynach, w mowie słodki
I prędzejby zrzekł się życia i fortuny i rozkoszy,
Niżli prawdy, którą Rama więcej życia umiłował.
Prosty, skromny, dobroczynny i chwalebnych obyczaj,
Obdarzony w wszystkie cnoty i jakoby księżyc wdzięczny.
W bitwach w męstwie niezrównany, czysty jak promień jesienny,
Równy siłą bogu Indra, a umysłem Wrihaspati.

(T. L.)
Poczyniono już wszystkie przygotowania do obrzędu namaszczenia, gdy najmłodsza żona królewska Kekeji, zazdroszcząc matce Rainy, królowej Kauśalii, podstępnie wymogła na królu przyrzeczenie spełnienia jednej z dwu obietnic danych jej niegdyś za ocalenie mu życia. Dowiedziawszy się od Saśaratha że Kekeji domaga się wygnania Ramy na lat 14, a oddania tronu jej synowi Bharacie, błagał na klęczkach żonę, ażeby cofnęła swoje żądanie, a gdy odmówiła, wpadł w omdlenie, a potem w płaczu i zgryzocie noc przepędził. Nie śmial synowi oznajmić wyroku, wypowiedziała go Kekeji. Rama poddał mu się bez szemrania i nie zmienił swego postanowienia pomimo rozpacznych zaklinań swej matki Kauśalii i brata Lakszmany, który go kochał i wielbił. Widząc atoli niezłomną wolę Ramy, Lakszmana zamierza mu towarzyszyć na wygnanie, podobnie jak i żona Ramy, piękna Sita. Bohater nie chce narażać żony na niewygody i niebezpieczeństwa podróży, ale ona jest w tej mierze niewzruszoną. Podajemy w przekładzie część ich wzruszającej rozmowy:

— Każda istota własnemi czynami stwarza dobro i zło dla siebie; ojciec nie bywa wynagradzany za cnotę swego syna, ani syn za cnotę ojca. Żona tylko poświęcająca się podziela szczęście swego małżonka. Pójdę więc za tobą wszędzie.... bez ciebie nie chciałabym iść nawet do nieba. Ty jesteś moim panem, moją radością, bóstwem mojem. Pójdę przed tobą poprzez lasy nieprzebrane; pustynia wraz z tobą, mój mężu, więcej warta nad pałace, nad dwór królewski, nad wozy bogów! Pośród boru pełnego lwów, tygrysów, słoni, dzików, z radością się schronię u nóg twoich.... tak jest, szczęśliwą będę, gdy pójdę za tobą w samotnie wonne! Pod twoją opieką zwiedzę rzeki, jeziora i góry. Jakaż to rozkosz kąpać się w jasnych wodach, gdzie mnóstwo łabędzi i kaczek osiada pośród lotusów. Jakaż to radość być razem w cienistych samotniach, wonnych od zapachu kwiatów.... Tysiące lat przy tobie wydałyby mi się dniem jednym, samo piekło wraz z Ramą stałoby się niebem dla mnie. Czyż mój ojciec, matka i krewni nie oddali mię w twoje ręce mówiąc: „Nie będziesz miała innego mieszkania, prócz mieszkania twego męża!“ Weź mię więc, mnie, której dusza należy do ciebie, której myśl nie ma innego przedmiotu.... uczyń mi to szczęście.
Na te słowa łagodne, nacechowane miłością i przywiązaniem małżeńskiem, Rama próbował zachwiać wolę swej żony kochanej, ukazując niebezpieczeństwa, czyhające na mieszkańców puszczy:
— Sito, dusza moja pozostanie przy tobie, ciało tylko będzie w lasach. Rozważ liczne niedogodności, niebezpieczeństwo śmierci grożące nam w borze. Znając je dobrze, nie mam siły brać cię ze sobą przez litość dla ciebie. Tygrysy rozszarpują tam ludzi, słonie w pewnej porze stają się okrutne, węże i wszelkie gady czołgają się w jamach pośród jadowitych skorpionów; słychać straszne ryki lwów; a dziki, węże-dusiciele, lamparty!... Las, moja żono kochana, jest rzeczą okropną! Trzeba tam znosić gorąco i zimno, głód i pragnienie, przebywać rzeki głębokie, pełne jam, w których mieszkają krokodyle. Każda drożyna pokryta jest cierniami, krzakami, lianami, głogami, powstrzymującemi kroki. Niema tam ludzi, niema kobiet z uroczym uśmiechem! Ponure zakąty mają za mieszkańców tylko dzikie zwierzęta! Niektóre lasy są nieprzebyte na przestrzeniach niezmiernych, bez wody, bez rzek, bez owoców. Są miejsca błotniste, gdzie ukryte wody nie dozwalają dalszego pochodu. O Sito, kobieto delikatna, spać tam trzeba na łożu z liści lub ziół, nawet na gołej ziemi — a niema innego pożywienia nad ryż dziki i inne owoce leśne. Zdarza się, że podróżni muszą kilka dni z rzędu obchodzić się bez pokarmu. Odziewać się trzeba skórą zwierząt, korą drzew. Włosy trzeba zaniedbać, a ciało mieć zawalane błotem i kurzem.... A zresztą święci pustelnicy muszą odbywać długie posty, spełniać uciążliwe śluby, nie mając żadnej ochrony od deszczów, ani od mrozów zimowych. Jakąż przyjemność sprawić ci mogę, kiedy będę osłabiony pokutą, mając skórę wyschłą; — a jeżeli mam cię widzieć śniadą od słońca i wiatru, wyczerpaną pokutą i postem, to twoje cierpienia powiększą moje! Zanadto kocham ciebie... pozostań tutaj, będziesz zawsze moją ukochaną, blizką myśli mojej.
Rama umilkł. Sita zasmucona głęboko, z oczyma błyszczącemi od łez, odrzekła natenczas:
— Trudy te, szlachetny mój małżonku, uważam sobie za rozkosze. Nie boję się tygrysów, lwów, ani innych zwierząt, które mi wystawiłeś tak straszliwemi. Czegoż mam się obawiać, gdy tam będziesz, by mię ramieniem swojem obronić? Albo pójdę z tobą na puszczę, albo życia się wyrzeknę; żona bez męża jest jakby umarłą. Brahmani powiedzieli mi niegdyś: „Losem twoim, Sito, jest zamieszkiwać las pusty“. Odtąd wciąż czułam w swej duszy wielkie pragnienie przepędzenia życia w lesie. Synu Raghów[20]), zabierz mię z sobą; mam głębokie pragnienie przebywania z tobą w lasach. Ja się tam uświęcę. Brahmani uczyli mię, że żona idzie za mężem jak cień jego, postępując, gdy on postępuje, zatrzymując się, gdy się on zatrzymuje; tak też pójdzie za nim na tamtym świecie jak i na tym. Dlaczegożbyś nie miał mię wziąć z sobą, mnie, którą kochasz, mnie, co cię czczę jak boga?
Mówiła to głosem harmonijnym piękna Sita, pełna słodyczy. Potem smutna, zbolała zarówno z gniewu jak ze zmartwienia, wybuchnęła obfitemi łzami. Nawet wobec tych łez swej ukochanej, Rama jeszcze się nie skłaniał ku jej prośbie. Patrzył zrazu pilnie na swą miłą, a potem schylił głowę i zaczął marzyć.
Kiedy córka Dżanaki[21] ujrzała go w takim stanie wahania, gniew ją opanował; wznosząc swe duże oczy na Ramę, zawołała wargami drżącemi, w szale miłości:
— Ojciec mój był nierozumnym, ciesząc się tak bardzo, że Ramę dostał za zięcia! Ludzie są bardzo nieświadomi! Rama jest bohaterem! Rama jest jedynym! — powiadają.... Wiedz o tem, mój mężu, jestem niewzruszona. Nie chcę, nawet w myśli, wyrzec się pójścia za tobą. Nie obraziłam cię ani słowem, ani czynem, ani myślą! Jeśli zgrzeszyłam przez nieświadomość, przebacz mi; ale mnie nie opuszczaj. Zapewniam cię, że lasy, przy tobie staną się rozkosznem mieszkaniem. Nie spostrzegę zmęczenia drogą, a łoża z liści i traw wydadzą mi się tak ciepłemi i miękkiemi jak futro jelenia — axisa. Kurz będzie mi tak miłym jak proszek santalu; młode trawy staną się najprzyjemniejszem siedzeniem, Żadne wspomnienie gnębić mnie nie będzie, gdy zamieszkam z tobą, jedząc z zadowoleniem owoce i korzonki. Nie myśl więc, o mój bohaterze, żeby żona twoja nabawiła cię jakiegokolwiek kłopotu. Ach, jakże ja drżę na myśl rozdziału z tobą! Jeżeli nie zechcesz zabrać mnie z sobą, natychmiast w twych oczach połknę truciznę!
I urocza córa Dżanaki rzuciła się do nóg Ramie, wołając głosem wzruszającym:
— Ocal mię!... Zabierz z sobą!
I płakała, przygnębiona, pochylona, łkając. Wzruszony do głębi Rama nie mógł łez powstrzymać. Spływały mu one z oczu, jak rosa na liściach lotusu. Podniósł łagodnie swą ukochaną żonę i rzekł jej serdecznie:
— I dla mnie także, miła żono, nawet w niebie niema uroku bez ciebie! Ale ja nie mogę zaniechać obowiązku wypełnianego przez wszystkich ludzi uczciwych, obowiązku najpierwszego — posłuszeństwa swemu ojcu! Moja Sito zachwycająca, która łączysz w sobie wszystkie uroki piękności; jeżelim ci powiedział, że nie wezmę cię z sobą, to dlatego, żem chciał się zapewnić o twem postanowieniu. Urocza żono, ponieważ miłość twoja nie lęka się niebezpieczeństw leśnych, to i ja również wyrzec się ciebie nie mogę, jak bohater nic może wyrzec się sławy. Chodź, pójdź ze mną, moja ukochana! To tylko robić pragnę, co tobie miłem będzie! Oddaj nasze suknie i nasze stroje brahmanom i wszystkim tym, którymi się opiekujemy. A kiedy się już pożegnasz z tymi, którym winnaś uszanowanie, pójdziesz ze mną, rozkoszna córko Dżanaki.
Wówczas Sita pełna radości, rozdzieliła między brahmanów i biednych swoje szaty, swe stroje swe bogactwa.

∗             ∗
Pożegnawszy się ze wszystkiemi, rozdawszy swe bogactwa, Rama nie przyjął orszaku, jakim go otoczyć chciał ojciec, i w ubogiej odzieży z łyka, w towarzystwie Sity i Lakszmany, poszedł na wygnanie. Gdy w puszczy pierwszy nocleg odbyli, czuł się bohater przygnębionym i na chwilę pozazdrościł Bharacie panowania i wygód, ale Lakszmana dodał mu ducha i odtąd Rama spokojny, a nawet radosny w dalszą poszedł drogę, aż mu jeden z sędziwych pustelników wskazał górę Czytrakutę, odwiedzaną przez niedźwiedzi i małpy, jako miejsce odpowiednie dla dostojnych medrców; bo gdy człowiek ujrzy szczyty Czytrakuty, wszystko mu szczęsnem się wydaje, a myśli jego nabierają czystości. Przeprawili się przez rzekę Jamunę na tratwie bambusowej. — Podajemy słowa zachwytu, jakiemi powitał Rama krajobraz rozwijający się u stóp góry, zwracając się do żony i brata:}

„Sito, o wielkich pięknych oczach.... patrz, na te kinsuki pod koniec pory zimowej. Już kwitną, podobne do płomieni.... w pobliżu rzeki... pokrywają brzegi swymi wieńcami. Spojrzyj, wzdłuż strumienia..., ten las... to mnóstwo roślin błyszczących cudownem kwieciem... kwieciem jaśniejącem i podobnem do kwiatów złotych. Popatrz także na te wszystkie piękne drzewa owocowe, których gałęzie uginają się pod ciężarem swych płodów. Tutaj moja Sito, o wdzięcznej kibici, tutaj możemy żyć owocami... przybyliśmy oto nakoniec do tej góry, do tej Czytrakuty podobnej do raju.
„Lakszmano, mój bracie, popatrz, jak pszczoły fruwają w powietrzu, jak one gromadzą w szczelinach Czytrakuty plastry miodu słodkiego. Posłuchaj, jak pieje pantarka i jak jej paw odpowiada. Posłuchaj tego bażanta, który jakby drwił sobie. Te duże czarne pszczoły nabierają odwagi przy muzyce ptaków ... brzęcząc snują się po lesie, a ich szelest miłym jest wśród owoców i kwiatów!
„Patrz, moja piękna... ranek, nad brzegami Mandakini rozesłał pod każdym drzewem łoża bramowane niezliczonymi kwiatami. Droga moja i szlachetna żono, patrz na te boki góry, wolne od wszelkiej zmazy, wdzięcznie opięte lianami. W tym lesie rozkosznym... na tej górze rozdźwięczonej — gdzie żyją trzody gazel, gdzie trzody słoni są w obfitości, — z rozkoszą przechadzać się będziemy, o moja ukochana, znajdziemy tam razem roskosze czyste“.

U stóp Czytrakuty zbudowawszy sobie chatę z gałęzi i liści, żyli tak we troje zapominając o swym smutku i gorzkiem odczuciu swego wygnania.
Tymczasem król Daśaratha umiera. Bharata błaga Ramę, ażeby wziął sobie królestwo odebrane podstępem, ale bohater ściśle trzymając się danego słowa chce całe 14 lat przepędzić na pustyni. Odznacza się dobrymi uczynkami i wielką pobożnością. Wtem dotyka go straszne nieszczęście. Jedna z kobiet, której miłość odepchnął, namawia Rawanę, potężnego rakszasa[22] panującego na Ceylonie (Lanka), żeby porwał Sitę. Zrozpaczony Rama idzie ja odnaleźć i odbić. Rozpoczynają się czyny wojenne, dla dokonania których łączy się ze zwierzętami. Stanowi to symbol miłości przyrody, wiarę w braterstwo istot, w spólność pochodzenia. Najprzód znajduje się sprzymierzeńca w Sugriwie: jest-to władca małp. Hetmanem tego wojska jest Hanumat, bohater zwierzęcy, w którym są zalety i wady jaknajsprzeczniejsze. Obdarzony siłą cudowną i zwinnością, jest on filuterny i bystry, roztrzepany i rozważny, popędliwy i chytry, bohaterski i śmieszny, a przytem zdolny do poświeceń bez granic. Z wojskiem małpim jednoczy Rama wojsko niedźwiedzi, zostające pod dowództwem Dżambhawata, bohatera poważnego, mniej świetnego niż Hanumat, który główną odgrywa rolę w tej walce. Odkrywa on schronienie Sity, uwiadamia ją o przybyciu Ramy, ale schwytany musi stanąć przed Rawaną, który rozkazuje podpalić mu ogon opatrzony w materye niepalne. Ocalawszy, Hanumat zapala stolicę nieprzyjacielską, wraca do Ramy i przeprowadza całe wojsko do Lanki. Następuje szereg wielkich bitew; w ostatniej, stanowczej. Hanumat znów się odznacza, ocalając życie Ramie i Lakszmanie. Rawana umiera. Sita oswobodzona musi się poddać straszliwej próbie dla przekonania o swej niewinności. Rama uszczęśliwiony odbiera swoją uroczą małżonkę, w Lance naznacza królem Wibhiszanę, brata Rawany, za jego dla siebie przychylność, wznosi wielką świątynię dla Wisznu na brzegu Indostanu przeciwległym zdobytej wyspie. Następnie wraca do Ajodhyi. Bharata, który objął tron niechętnie na prośby samego Ramy, z przyjemnością zwraca go bratu, a ten obejmuje swe dziedzictwo. Panuje w chwale i spokoju, rządząc sprawiedliwie, i uszczęśliwiając naród; jest to wiek złoty, koniec Tretajugi czyli drugiego okresu indyjskiego.
Taka jest najkrótsza treść tego obszernego poematu (24 tysięcy slok czyli dwuwierszy), obejmującego w tłómaczeniu francuskiem dziewięć tomów. Jest w nim dużo powtarzań i dużo rozwlekłości, które w wyjątkach powyżej przytoczonych usunięto. Na język polski dotychczas jeden tylko znaczniejszy urywek (9 rozdziałów z księgi II) przełożył z prozy włoskiej na słaby, bardzo niedbale wydrukowany wiersz biały T. Lenartowicz i pomieścił go w „Bibliotece Warszawskiej“ (1869, t. IV, 426 — 447). Kto ciekawy, może z tego przekładu poznać sposób opowiadania w głównych jego zarysach; ale pojęcia o piękności poematu z niego nie nabierze. Krótkie streszczenie zawartości pieśni Ramajany znajdzie czytelnik w dziełku Chassanga i Marcou: „Epos“ (str. 40—46), przyswojonem naszemu językowi. (Warszawa, 1894).

D) Z „Setek“ Bhartriharego.

1.  Jeden ma środek głupiec w swojej mocy,
By się nie wydał z tem, że dzieckiem nocy:
Kiedy się mądrzy bawią rozmowami,
Wolno mu trzymać język za zębami.

2.  Lepiej jest na skalisk szczycie
Z dzikim zwierzem mieć ukrycie,
Niżeli w niebios błękicie
Z głupim człekiem pędzić życie.

3.  Woda poskromi ogień, żar słońca — zasłona,
Słońskie narowy — topór, ośle — bat pokona,
Na ukąszenie wężów są skuteczne słowa,
Są leki na choroby, zaklęcia na jady;
A tak na wszystko w śastrach[23] jest rada gotowa,
Lecz na głupotę niemasz lekarstwa ni rady.

4.  Jakaż się cnota z chciwością pomieści?
Ozdoby mądrej nie potrzeba głowie,
Pozorów — prawdzie, ni błędów — obmowie,
Ni śmierci temu, co żyje bez cześci.

5.  Mędrca i kwiatów los jest jednakowy:
Ozdabiać lasy, albo ludzkie głowy.

6.  Na co słów trwonić obficie?
Dwojakie szczęścia użycie:
Albo przy pięknej kobiécie,
Albo pustelnicze życie.

7.  Na nogi słonia rzucić obroże,
Lwowi męskiego nadstawić czoła
Niejeden może;
Lecz mało który Anangasa[24] strzały
Przez własne siły i umysł wytrwały
Przemódz podoła.


8.  Jako cień ranny przyjaźń ze złymi,
Co godzina go ubywa;
Jak cień wieczorny przyjaźń z dobrymi,
Do zejścia życia przybywa.

9.  Kłonią się drzewa, gdy owoc zacięży,
Ciężarny obłok słodkie niesie wody,
Bogactwa prawych nie szpecą męży,
Bo odwdzięczanie dane im z przyrody.

10.  Kropla rosy przepada na żarzącej szynie,
A na listku lotosu pała blaskiem zorzy,
W muszli staje się perłą w pomyślnej godzinie, —
Tak czczych, miernych, wybornych obcowanie tworzy.

11.  Żądzy odmęt niezgłębiony
I źródło złych namiętności,
Kosz obłudą napełniony,
Pole kłamstwa i chytrości,
Szerokie piekła przedmieście,
Zbiór oszustw i niepokoi: —
Oto rysy są niewieście.

12.  Minami, śmiechami, bojaźnią i kaźnią,
Oczkami, rozmową, gniewem i przyjaźnią:
Sztuczkami takiemi kobiety nas drażnią.

13.  Ci, co zwą grzechem dziewczęta, obłudnie mówią i robią:
Niebo zdobywa pokuta, a niebo dziewczęta zdobią.

14.  Zaiste umysł tych wieszczów zwodniczy,
Co o słabości śpiewają dziewiczej;
Kto ócz skinieniem i ustek powaby
Bogów zwycięża, czyż może być słaby?

(Leszek Dunin-Borkowski).

15.  I głupiec błyszczy, kiedy szaty włoży.
Lecz tylko — póki gęby nie otworzy.

16.  Najlichszej księżyc nie omija chaty,
Ty więc nędzarza wspieraj, gdyś bogaty.

17.  Zły człek, jak garnek — łatwo się rozbija,
Ale czy ręka polepi go czyja?
Dobry — naczynie ze szczerego złota:
Naprawić łatwo, a popsuć robota.

18.  Choćbyś pochodnię porzucił do dołu,
W górę mknie płomień, w dół nie prócz popiołu.

(J. Szujski).

E) Pustelnia Kandu.
(Z Brahma-Purany).

Na brzegach Świętej Gomati, w samotnych lasów ustroni,
Na ziemi pełnej korzeni, ziół i owoców i woni,
Gdzie słychać tylko szum drzewa, rozkwilonych ptaków pienia,
Stąpanie płochej gazeli i lotnego krok jelenia;
Opodal światowej wrzawy i ludzkich zabiegów wiru,
Stała Kandu chata skromna w objęciach leśnego kiru.
Ciągle święty w tym przybytku w ścisłej pokucie się ćwiczy,
Któż jego modły i posty i niedostatek wyliczy?
Lecz słodkie jemu są jeszcze takie obrządki trapiące.
A kiedy pola rozparzy lato spiekami gorące,
On cztery ogniska pali wkoło siebie, jak odzienie;
Obnażoną czaszką chwyta kipiące słońca promienie.
A gdy przyjdzie deszczów pora, on na mokrej ziemi leży,
A w trzeszczący mróz zimowy on w mokrej chodzi odzieży.
Miałby już za te pokuty państwo trzech światów wygrane,
Dewas, Gandharwy i inne Indrowe duchy poddane;
Świadkowie pobożnych ćwiczeń wołali w słusznym podziwie:
Jakie bole i wytrwałość! jakie święte jego żywie!
Lecz wkrótce ich podziwienie w obawę zmienia się lutą;
Chcieli mu wydrzeć owoce, długą nabyte pokutą.
Więc przerażeni się zbiegli, przed swoim władcą stanęli,
O jego pomoc prosili, by swych zamiarów dopięli.
Wysłuchał próśb ich pan nieba i rzecze Pramnoczyi młodej,
Która wszystkie przeszła siostry blaskiem nadobnej urody,
I zębów perłowych rzędem i bystrej gazeli okiem
I pełnią śnieżnego łona i smukłych członków urokiem:
„Idź! pośpieszaj błyskawicą! Idź, Pramnoczyo do pustyni,
Gdzie w cichych lasów ustroni Kandu swe pokuty czyni.
O piękna! radość cię czeka, czeka zwycięstwo wspaniałe,
Przerwij mu jego ćwiczenia, opętaj zmysły zdurniałe“.

Pramnoczya wymawia się od trudnego poselstwa, ale Indra nalega i obiecuje dać jej w pomoc wietrzyk, wiosnę i ducha miłości.

Pochlebnem słówkiem wzmocnione wstało dziewczę pięknookie
I przepływa z swoją świtą powietrzokręgi wysokie.
A blizko Kandu pustelni, w zaroślach gęstwiny dzikiej,
Letni z nieba towarzysze schodzą na majne trawniki.
Czas długi błądzili w gaju, którego i cień i krasa
Przypominają ogrody wiecznie zielone Indrasa.
Strojna im ziemia z uśmiechem podaje owoc i kwiecie,
Rój ptasząt na przywitanie słodko brzmiące pieśni plecie.
Tam ich oko odpoczywa na dumnem mango[25] ramieniu,
Tu szerokolistna figa swojego użycza cieniu.

To widzą palmę wysmukłą, jak roztoczyła koronę,
To na zielonej gałęzi cytryny słońcem złocone,
A posilnym chłodem poją i banany i granaty.
Tu się na giętkich gałęziach kołysze naród skrzydlaty,
Rozgłośny pieśni licznemi i barwnem pierzem upstrzony,
Pochlebia oku i uchu i czaruje zmysł zdumiony.
Tu, kryształowe ruczaje w miękkiej się wiją murawie,
Dźwięczą swą radość i tańczą w płochej z kamyczkiem zabawie.
Tam małe srebrne jeziora, na których powierzchni cichej
Święta bogorośl rozkłada swe purpurowe kielichy;
A śnieżno-białych łabędzi powabna para wesoła
Z słodką żegluje powagą i powolne toczy koła.
A radośne wodne ptaki, przywabione chłodem świeżym,
Pluskają się nad brzegami i trzepocą zmytem pierzem.

Pramnoczya ze swoimi sprzymierzeńcami zbliża się do pustelni bramina.

W dolinie, nad brzegiem rzeki słodkiego śpiewu strumienie
Zlewa z gędźbą kokilasa[26] i pochwalne nuci pienie.
W tej chwili wiosna rozlała nowy urok na przyrodę,
Dźwięczą czulej i tęskliwiej kokilasa piersi młode.
Duszę tajna dźwięku siła w lubieżną niemoc zanurza;
Wietrzyk ze swojej siedziby, z pięknego Malaja wzgórza
Rozkoszne poznosił wonie, zwolna w powietrzu rozwiewa
I po całej majnej ziemi pachnące kwiaty zasiewa.
Duch miłości przyszedł bliżej w rozpalone strzały zbrojny,
Obłąkał słodkim nieładem Kandu umysł niespokojny.
Zachwycony rajskim śpiewem, namiętną żądzą pijany,
Bezprzytomny starzec bieży szukać harmonii nieznanej.

Ujrzawszy Pramnoczyę, zapomina o zdobyczach swojej pokuty i oddaje się miłości. Miesiące upływają, a braminowi się zdaje, że zaledwie dzień jeden spędził w towarzystwie ukochanej.

„Biada mi, biada!“ zawołał bramin z westchnieniem głębokiem,
Gdy się nareszcie rozpierzchła ułuda przed jego okiem.
„Owoce długiej pokuty, wiecznie stracone odrazu,
Wszystkie pobożne ćwiczenia według ksiąg świętych rozkazu,
Wszystkie wprawy i zasługi żeńskim podstępem zniszczone;
Precz odemnie, zwodzicielko! poselstwo twoje spełnione!

(L. D. Borkowski).

F) „Sakuntala“ Kalidasy.
Król Duszjanta w pościgu za łanią podczas łowów wpada do lasu, w którym obrali sobie mieszkanie bogobojni braminowie. Przekonawszy się o tem, zrzuca z siebie stroje królewskie, zagłębia się do pustelni w skromnym ubiorze i staje przed chatą pustelniczą:

Król. Oto wejście do mieszkaniu pustelnika. Pustelnia ta nie zna namiętności, a jednakże drży ramię moje [27]. Jakie zastosowanie może to mieć na tem miejscu? Ale przecież... wszędzie brama otwarta do tego co ma nastąpić.
Głos za sceną. Do mnie, do mnie, przyjaciółki!
Król. Zdaje mi się, że na prawo od altany słyszę rozmowę. A!... to pustelnice zbliżają się tu i z konewek, siłom ich odpowiednich, skrapiają młode drzewa. O! jak pięknym jest ich widok.

„Jeżeli pustelnice taką mają kibić, jaką w haremie króla rzadko można spotkać — to zaiste powijki leśne przewyższają o wiele krzewy ogrodu królewskiego“. (W oryginale wierszem).

Ale ukryję się w cieniu i tam poczekam na nie. (Występuje Sakuntala, wychowanka pustelnika Kanwy, z dwiema przyjaciółkami zajęta pracą opisaną).
Anasuja. Zdaje mi się, droga Sakuntalo, że ojciec Kanwa więcej kocha drzewa pustelni, aniżeli ciebie, kiedy tobie, chociaż jesteś wątła, jak nawamalika [28], polecił podlać te drzewa.
Sakuntala. Przecież to nietylko na rozkaz ojca... ale i sama pałam do nich miłością siostry (udaje, jakoby podlewała drzewa).
Król. Więc to jest córa Kanwy? Doprawdy czcigodny mędrzec nie dobrze czyni, że tę dziewczynę zaprawia do życia pustelniczego.

„Mędrzec, który postać tę, zachwycającą nawet bez dodatku sztuki, zamyśla zahartować do życia pustelniczego, pragnie zaprawdę ostrzem lotusu naciąć powijek na ogień“. (W oryg. wiersz.)

Ale... schowam się w gęstwinę, żeby im się lepiej przypatrzyć.
Sakuntala. Kochana Anasujo, ciśnie mnie suknia z kory, bo mi ją Prijamwada za mocno zasznurowała — odepnij mi ją!
Anasuja. Dobrze (odpina).
Prijamwada. O to swą młodość obwiniaj, że ci pierś rośnie; po co mnie robisz wyrzuty.
Król. Ma słuszność.
„Suknia z kory, zapięta na węzełek, zakrywająca obszerną pierś, nie dodaje wcale piękności jej młodocianej kibici, tak jak żółty liść odejmuje piękność kwiatkowi. Ta suknia niestosowną jest wprawdzie dla jej wieku, lecz nie można powiedzieć, iżby przez nią nie nabrała pewnej ozdoby. Dlaczego?
„Lotus jest pięknym kwiatem, chociaż go zakrywa saiwala [29]. Plama na księżycu, chociaż brudna, powiększa wszakże jego piękność. To wysmukłe dziewczę staje się nadobniejszem nawet w sukni z kory. Albowiem cóż nie dodaje wdzięku pięknej postaci?“ (W oryginale wierszem).
Sakuntala. Kesara[30] jakby mnie naglił do pośpiechu swymi palcami liścia, kołysanymi wiatrem. Trzeba mi pójść do niego (obchodzi scenę).
Prijamwada.Kochana Sakuntalo, pozostań chwilę w miejscu! Przez to, iż się zbliżyłaś do niego, wygląda kesara jakby połączony z powijką.
Sakuntala. Niedarmo nazywasz się „Prijamwada“[31].
Król To, co Prijamwada powiedziała, chociaż pochlebne, jest prawdziwem. Zaprawdę jej usta mają barwę młodego krzewu, jej ramiona podobne do cienkich gałązek, czarująca młodość jakby kwiat przypięta do jej ciała.
Anasuja. Kochana Sakuntalo — oto nawamalika, przezwana przez ciebie wanadżosini[32], która z własnego popędu została małżonką sakahary — zapomniałaś o niej.
Sakuntala. O! tobym chyba o sobie samej zapomniała (zbliża się do powijki i ogląda ją). W rozkosznym czasie połączyła się powijka z drzewem. Wanadżosini zdradza swą młodość świeżem kwieciem, sahakara zaś nowe puszczając odnogi, okazuje się dojrzałym do użytku (przypatruje się).
Prijamwada. Czy wiesz, Anasujo, dlaczego Sakuntala tak ciekawie przygląda się temu drzewu?
Anasuja. Nie wiem — powiedz.
Prijamwada. Myśli sobie: wanadżosini połączyła się z drzewem odpowiedniem jej — czy też i ja będę miała odpowiedniego kochanka?
Sakuntala. To zapewne są twoje myśli.
Król. Czy to jest możliwem, aby matka tego dziewczęcia do innej należała kasty jak ojciec?[33]. Ale ... precz z powątpiewaniem! Zaprawdę, dobrą jest na małżonkę rycerza, kiedy mój umysł szlachetny nią zajęty. Albowiem, gdzie wątpliwość zachodzi, rozstrzyga u dobrych ludzi tylko głos serca, Postaram się wszakże o dokładną wiadomość o niej.
Sakuntala. Ach! oto pszczoła z obawy, żeby jej nie polać wodą, opuściła kwiat i dąży prosto ku mojej twarzy (udaje, jak gdyby ją pszczoła niepokoiła).
Król (w zachwyceniu). Często dotykasz ruchliwego oka drżącemi skrzydełkami; nad uchem krążysz, brzęcząc słodko, jakbyś jej chciała powierzyć tajemnicę; pijesz z jej usteczek, które wszelkie zawierają roskosze — a ona broni się rękami na wszystkie strony. My, o pszczółko, co za prawdą się ubiegamy, pożądamy tegoż; ty zaś — jesteś doprawdy mądrą[34]. Nawet to, co w strachu czyni, jest czarującem.
W którąkolwiek stronę pszczoła się zwróci, od tej odwraca oczy. Teraz zmuszona do tego, uczy się, chociaż nie zakochana, gry oczu, przez poruszanie powiek.
Sakuntala. Nie uspokoiła się jeszcze ta niegodziwa, pójdę gdzie indziej (postąpiwszy krok naprzód, staje znowu, oglądając się). Co? i tu jeszcze mnie prześladuje? O! kochane przyjaciółki, ratujcie mnie, ratujcie mnie, bo ta nieznośna pszczoła mnie zamęczy!
Obie przyjaciółki (śmiejąc się). Ratować cię... to nie nasza rzecz. Zawołaj Duszjanty na pomoc; przecież król powinien się opiekować gajami pustelników.
Król. To właśnie dobra sposobność do wystąpienia z ukrycia. Nie obawiajcie się (wymówiwszy to na stronie)... ale przez to poznałyby, że jestem królem... A więc tak będę do nich przemawiał.
Sakuntala. (postąpiwszy krok naprzód, staje znowu). Co? nawet i tu mnie prześladuje?
Król. (przystąpiwszy szybko). Któż tu dokucza niewinnym pustelnicom, kiedy Paurawa[35] panuje nad światem i karci niegodziwców? (Wszystkie nieco zmieszane na widok króla).
Anasuja. Panie, nie popełniono tu żadnego przestępstwa, tylko nasza przyjaciółka, dręczona przez pszczółkę, nieco się przestraszyła.
Król. (do Sakuntali). Czy służy życie pustelnicze [36] (Sakuntala z przerażenia nie może zdobyć się na odpowiedź).
Anasuja. W tej chwili służy nam wybornie, kiedy tak znakomity gość do nas zawitał. Kochana Sakuntalo, przynieś z chaty arghę [37] i owoce; woda posłuży do obmycia nóg.
Król. Uprzejmemi słowy jużeście wypełniły obowiązki gościnności.
Prijamwada. Niechaj tedy pan zechce zająć miejsce na tej ławie, chłodnej od wielkiego cienia i niechaj pan odpocznie.
Król. Zapewne i was praca strudziła.
Anasuja. Przyzwoitość wymaga, abyśmy usiadły koło naszego gościa. Usiądźmy tedy (Wszyscy siadają).
Sakuntala. (na stronie). Ach! czyż ujrzawszy go, stałam się przystępną dla uczucia niezgodnego z obowiązkiem pustelnicy?
Król.(przypatrując się). O! jak piękną jest przyjaźń wasza wskutek równości wieku i urody.
Prijamwada (cicho do przyjaciółki). Kto też to może być?... Powierzchowność jego świadczy o pewnej ogładzie, ale zarazem tajemniczości; przytem prawi nam miłe słodkie słówka. Godzi się domyślać, że to osoba znakomita.
Anasuja. Ja także jestem ciekawą. Ale ... wybadam go (głośno). Zaufanie, obudzone uprzejmemi słowy pana, ośmiela mię do następnego pytania: Której rodziny mędrców[38] królewskich jest czcigodny nasz gość ozdobą? Którego kraju poddani zasmuceni nieobecnością jego — i z jakiego powodu, chociaż przyzwyczajony do wygód, udałeś się w takie strony, gdzie mieszkanie pustelnicze naraża na trudy?
Sakuntala (na stronie). Nie dręcz się, serce moje... ta Anasuja wyjawia twoje myśli.
Król (na stronie). Czy dać się poznać, czy zamaskować? Ale... tak przemówię do niej... (głośno). Na rozkaz króla z dynastyi Puru, który mi polecił wymiar sprawiedliwości, przybyłem do tego gaju pustelniczego, w celu przekonania się, czy też ofiary wasze sprawiają się bez przeszkody.
Anasuja. O... to teraz mają pustelnicy obrońcę (Sakuntala okazuje pomieszanie miłosne).
Przyjaciółki (poznawszy stan serca obojga, cicho do Sakuntali). Kochana Sakuntalo, gdyby tu teraz był ojciec obecnym...
Sakuntala (dąsając się). No, to i cóż? Przyjaciółki Toby tego znakomitego gościa uszczęśliwił tem, co mu droższem jest nad życie.
Sakuntala. Dajcie mi pokój... O! wy macie coś na myśli ... ale ja waszych szeptów słuchać nie będę.
Król. (do towarzyszek). Ja także pragnę dowiedzieć się czegoś, co się tyczy waszej przyjaciółki.
Sakuntala. Dajcie mi pokój... O! wy macie coś na myśli ... ale ja waszych szeptów słuchać nie będę.
Król. (do towarzyszek). Ja także pragnę dowiedzieć się czegoś, co się tyczy waszej przyjaciółki.
Prijamwada. Ach, panie, twoja prośba jest dla nas zaszczytną.
Król. Zacny ojciec Kanwa żyje ciągle, jak wiadomo, w odosobnieniu i umartwieniu ciała; jakimże sposobem ta wasza przyjaciółka może być jego córką.
Anasuja. Posłuchaj, Panie! Jest bardzo potężny mędrzec królewski, Wiswamitra z nazwiska.
Król. Wiem o tem — słucham dalej.
Anasuja. Otóż od niego wywodzi nasza przyjaciółka swój początek. Kochany Kanwa nazywa się ojcem tylko dlatego, że ją wychował, gdy została opuszczoną. Król. Opuszczoną? — to obudza moją ciekawość... pragnę wszystko wiedzieć dokładnie. Anasuja. Posłuchaj tedy. Powiadają, że kiedy ten mędrzec królewski niegdyś nad brzegiem Gautamy ciężką odbywał pokutę, bogowie, nieco tem zaniepokojeni, zesłali nimfę Menakę, która miała stawiać przeszkody jego pobożnym umartwieniom.
Król. To prawda, bogowie mają obawę przed pobożnością śmiertelników.
Anasuja. Kiedy też w czasie, gdy wiosna zwykła zstępować na ziemię, ujrzał jej czarującą postać, wtedy... (zawstydzona przestaje mówić).
Król. Domyślam się co wtedy nastąpiło. A więc nimfa jest jej matką?
Anasuja. Tak jest.
Król. Rzeczywiście nie inaczej. Czyż bowiem taka istota może być córką kobiety światowej? Promień błyskawicy, zaprawdę, nie z ziemi się wydobywa (Sakuntala spuszcza oczy).
Król. (na stronie). Dla moich życzeń zajaśniała nadzieja, ale do serca wkrada się powątpiewanie i obawa, kiedy Prijamwada objawiła żartem życzenie, aby Saknutala mogła mieć kochanka.
Prijamwada (spogląda z uśmiechem na Sakuntalę, potem zwraca się do króla). Zdaje się, że pan jeszcze coś chciałeś powiedzieć? (Sakuntala grozi jej palcem).
Król. Zrozumiałyście mnie. Oprócz poznania waszego cnotliwego życia pragnę jeszcze czegoś innego dowiedzieć się.
Prijamwada. Tylko bez wahania... pustelnice można wypytywać bez ceremonii.
Król. Pragnę dowiedzieć się: czy wasza przyjaciółka ślubowała życie pustelnicze, które stoi na przeszkodzie uczuciu miłości tylko aż do pójścia za mąż, czy też na zawsze chce pozostać przy tych gazelach, które tak kocha dlatego, że mają takie oczy, jak ona.
Prijamwada. Panie, ona nie rozporządza sobą nawet w wykonywaniu świętych (pustelniczych) obowiązków. Ojciec Kanwa zamyśla dla niej wybrać stosownego męża.
Król. (na stronie). O! teraz moje życzenia nie trudne do spełnienia. O serce moje, objaw swe życzenie; teraz nastała chwila stanowcza. To, coś w obawie uważał za ogień, jest klejnot, którego się można dotknąć.
Sakuntala (jak gdyby się gniewała). Anasuja, bo sobie pójdę stąd!
Anasuja. Dlaczego?
Sakuntala Powiem kochanej matce, że Prijamwada takie nie do rzeczy plecie.
Anasuja. Ależ nie ładnie opuszczać takiego znakomitego gościa, nie uczęstowawszy go nawet. (Sakuntala chce odejść).
Król. (chce ją zatrzymać, ale się wstrzymuje; na stronie). O! jak pięknie odpowiadają myśli zakochanego poruszeniom kochanki! Chcę ją zatrzymać, a skromność przykuwa mnie do miejsca; a chociaż nie ruszyłem się, to przecież zdaje mi się, jak gdybym postąpił naprzód i znów powrócił na miejsce.
Prijamwada. (zatrzymując Sakuntalę). Kochanko, nie możesz odejść.
Sakuntala (marszcząc brwi). Dlaczego nie?
Prijamwada. Jesteś mi dłużną, nie podlałaś jeszcze dwu drzew. Chodź i wypełnij powinność, potem możesz odejść.
Król. Piękna dziewico, zauważyłem, że najwięcej się męczysz podlewaniem drzew.

„Albowiem przez podnoszenie konewki opadają ramiona, a dłoń staje się bardzo czerwoną; silny oddech jeszcze teraz porusza łono; na twarzy rozlana kropla potu, która wstrzymuje(!) kwiatek, zatknięty za uchem; a warkocz spadając wprawia w nieład włosy“. (W oryginale wierszem).

Ale uwolnię ją od tej powinności (chce jej dać swój pierścień; patrzą na siebie, przeczytawszy nazwisko, wyryte na pierścieniu).
Król. Tylko nie uważajcie mnie za kogo innego. To jest pierścień króla, ja zaś jestem jego sługą.
Prijamwada. A więc pierścienia tego nie trzeba zdejmować z palca. Z polecenia pana jest teraz Sakuntala wolną. (Z uśmiechem do Sakuntali). Zostałaś zwolnioną od powinności przez tego litościwego pana, czyli raczej przez tego wielkiego króla; teraz możesz odejść.
Sakuntala (na stronie). O! gdybym tylko mogła przezwyciężyć siebie! (Głośno) Jakie prawo masz odprawić lub zatrzymywać kogo?
Król (na stronie). Czy też ona jest tak dla mnie usposobioną, jak ja dla niej? Ale przecież dla moich życzeń zajaśniała nadzieja. Skąd?

„Chociaż słów swoich nie wymienia z mojemi[39], to jednakże nadstawia ucha, gdy mówię. Oblicza swojego nie zwraca wprawdzie ku mnie, ale oko jej widocznie nie spoczywa na innym przedmiocie“. (W oryginale wierszem).

(Przekład dosłowny T. Krasnosielskiego).
Dalszą rozmowę przerywa ukazanie się w pobliżu rozdrażnionego słonia: dziewczęta usuwają się do chaty pustelniczej, król odchodzi do swojej świty obietnicą, że będzie czuwał nad spokojem mieszkańców pustelni.

W akcie II (obóz królewski pod lasem) Mathawia, powiernik i zarazem błazen (widuszaka) Duszjanty, wróg niewygód życia łowieckiego, wyraża obawę, że nieprędko zapewne skończą się jego umartwienia, ponieważ jego pan zakochał się w Sakuntali tak, że przez całą noc oka nie zmrużył, i nie zechce rychło wracać do stolicy. Obawy jego wprędce się ziszczają, bo do króla przybywają braminowie i proszą go, aby był ich obrońcą, dopóki Kanwa nie wróci; król przychyla się chętnie do ich prośby. Na szczęście dla Mathawii matka Duszjanty wzywa syna przez gońca do stolicy; król godzi sprzeczne wymagania w ten sposób, że zostaje w pustelni, do stolicy zaś posyła w zastępstwie Mathawię.

Akt III. Sakuntala, osłabiona cierpieniem miłosnem, zwierza się towarzyszkom ze swych uczuć dla Duszjanty. Król, który pod osłoną drzew
wysłuchiwał tych zwierzeń, wybiega uradowany z ukryciu, wynurza jej swoją wzajemność i oznajmia, że chce ją poślubić. Przyjaciółki znajdują pozór do usunięcia się i kochankowie pozostają sami. Wśród miłośnych uniesień niecierpliwy Duszjanta oświadcza Sakuntali, że ją poślubi na sposób Gandharwów[40], żeby nie czekać na powrót jej opiekuna — Kanwy. Zbliża się wieczór i zmusza kochanków do rozejścia się.

Akt III, odsłona II. Z rozmowy Anasui i Prijamwady okazuje się, że król poślubiwszy Sakuntalę, odjechał do stolicy, a Sakuntala pogrążona w miłosnej zadumie, siedzi w chacie. Wtem jakiś obcy głos za sceną (świątobliwego Durwasy) gromi Sakuntalę, że nie okazuje należytego uszanowania dla wędrownego pokutnika, i rzuca na nią przekleństwo: żeby o niej zapomniał ten, kim się tak zajęła. Przerażona Prijamwada wybiega, żeby obrażonego uprosić o cofnięcie klątwy; po chwili wraca rozżalona, że pokutnik klątwy nie cofnął, tylko ją ograniczył: utraci ona moc swoją, gdy król ujrzy pierścień, który na odjezdnem zostawił nowo-poślubionej małżonce. Ponieważ Sakuntala nie słyszała nic z tego, co zaszło, przeto towarzyszki postanawiają zachować wszystko w tajemnicy, żeby jej nie martwić.

Akt IV. Anasuja niepokoi się, że Duszjanta po odjeździe niczem nie okazuje, iż pamięta o Sakuntali i jest to zapewne skutek klątwy Durwasy. Nadbiega Prijamwada z wiadomością, że Kanwa, któremu duchy niebieskie doniosły o małżeństwie jego wychowanki, wróciwszy z pielgrzymki, postanowił zaraz pod opieką braminów odesłać ją do męża. Na scenie ukazuje się Sakuntala; pobłogosławiona przez Kanwę, żegna się nietylko z ludźmi, ale i z całem otoczeniem, w którem wzrosła.

Sakuntala. Chociaż radością unosi mię myśl, że wkrótce męża mojego obaczę, jednak omdlewam z żalu, gdy się mam żegnać z tym gajem, młodości mej schronieniem.
Prijamwada. Nie sama się smucisz — oto gaj nawet żałośną przybiera postać, gdy nadchodzi godzina pożegnania. Gazela przestała jeść nazbieraną dla niej trawę kusy; pawica nie chce skakać po łące, zwiędłe liście roślin schylają się ku ziemi.
Sakuntala. Pozwól mi, ojcze, pożegnać się z moją siostrzycą madhawi.
Kanwa. Znam ja, moje dziecię, twoje przywiązanie do tej rośliny. Pożegnaj się z nią.
Sakuntala. (ściskając roślinę). O! najświetniejsza z wijących się roślin, chciej przyjąć te moje uściski i twemi nawzajem uściśnij mię giętkiemi gałązkami. Od dziś będę żyła daleko od ciebie. Drogi ojcze, uważaj tę roślinę jak drugą moją istność...

Kanwa przyrzeka mieć staranie o madhawi, a Sakuntala zwraca się jeszcze do przyjaciółek i prosi je o to samo.

Przyjaciółki (płacząc). Ach! a my w czyjej zostaniemy opiece?
Kanwa. Anasujo! Prijamwado! Dosyć tego płaczu! Powinnybyście swojem zachowaniem się dodawać otuchy Sakuntali, a wy ją hardziej rozrzewniacie swoim płaczem. (Idą dalej wszyscy).
Sakuntala. Ach! ojcze, widzisz ową sarneczkę, która z powodu ciężaru, jaki w sobie nosi, tak powoli się porusza; proszę cię, jak zostanie matką, daj mi znać o tem i donieś, jak się też miewa. Nie zapomnisz o tem?
Kanwa. Nie, moja kochanko, nie zapomnę.
Sakuntala (idąc dalej, zatrzymuje się nagle). Ach, co to jest takiego, co mnie chwyta za obrąbek mojej sukni i zatrzymuje? (ogląda się).
Kanwa. Oto ta sarneczka, twoja ulubiona wychowanka, której pyszczek, ostremi kolcami kusy pokaleczony, nieraz smarowałaś, aby się zagoił, którą nieraz ziarnem z ręki karmiłaś, — nie chce odstąpić śladów swej opiekunki.
Sakuntala. Czego płaczesz, moje niebożątko? Już ja opuścić muszę wspólne nasze mieszkanie. Jak-em ja cię pielęgnowała, kiedyś matkę swoją zaraz po ulęgnięciu straciła, tak po mojem z tobą rozstaniu, mój ojciec z troskliwą pieczołowitością około ciebie chodzić będzie. Wróć się, moje niebożątko, wracaj!... Trzeba się rozstać (zalewa się łzami).

Pożegnanie ciągnie się jeszcze dalej. Nareszcie Kanwa daje swej wychowance nauki moralne, jaką być powinna dla męża i sług, i Sakuntala w towarzystwie opiekunki swej Gautami i dwóch braminów znika za drzewami.

Akt V. Sakuntala staje wobec króla, ale ten nie przypomina sobie jej wcale i zaczyna podejrzywać ją o jakąś brzydką mistyfikacyę. Nie pomaga nawet osobiste jej przemówienie. Wówczas przypomina sobie Sakuntala pierścień, który na odjezdnem król jej zostawił, i chce mu go pokazać, ale spostrzega, że nie ma go na palcu. Duszjanta zaczyna, wyraźniej z niej szydzić. Oburzona i zgnębiona Sakuntala chce wracać do pustelni, ale jeden z uczniów Kanwy gromi ją za to i przypomina, jej, że obowiązkiem jej jest zostać przy mężu. Obecny tej audyencyi kapłan nadworny proponuje, żeby Sakuntala zamieszkała u niego, dopóki nie wyda na świat spodziewanego syna; jeżeli się pokaże, że dziecię to posiadać będzie na rękach i nogach znaki rozległego panowania, Sakuntala zostanie uznana za małżonkę królewską, w przeciwnym razie powróci do Kanwy. Propozycya zostaje przyjętą i Sakuntala zalana łzami, odchodzi za kapłanem i ale po chwili za sceną rozlegają się głosy podziwu, a kapłan wraca i oznajmia królowi, że Sakuntalę uniosła w sfery napowietrzne jakaś postać świetlana.

W drugiej odsłonie tegoż aktu występuje na scenę naczelnik policyi z dwoma policyantami, którzy prowadzą związanego Kumbhylakę.

Kumbhylaka. Zlitujcie się nademną, proszę, jam nie popełnił takiego występku, o jaki mnie obwiniacie.
Pierwszy policyant. O! ty przezacny braminie, to może ci król darował ten pierścień za jaką ważną przysługę?
Kumbhylaka. Ale chciejcież mnie tylko słuchać, ja jestem ubogi rybak, mieszkam w Sakrawatarze.
Drugi policyant. Któż cię pyta, ty złodzieju, o twój ród i mieszkanie?
Naczelnik policyi. O Suczako, dajże mu pokój, niechże już do końca opowie swoją historyę. Teraz, hultaju, żebyś nam nic nie taił!
Pierwszy policyant. Czy słyszysz? Czyń,jak nasz przełożony każe.
Kumbhylaka. Trudnię się rybołówstwem i z tego utrzymuję całą rodzinę; łowię siecią, na wędę lub innym sposobem.
Naczelnik policyi (ze śmiechem). Cnotliwy sposób zarabiania na kawałek chleba!
Kumbhylaka. Nie wyrzucaj mi tego, panie. Nie wolno nam porzucać sposobu życia naszych ojców, choćby był i najpodlejszy, a kto zwierzęta zabija i sprzedaje, może jednak mieć serce miękkie, lubo dopuszcza się okrucieństwa.
Naczelnik policyi No dalej, dalej.
Kumbhylaka. Raz ułowiłem wielką rohytę, a rozpłatawszy ją, znalazłem w jej żołądku ten piękny pierścień. Gdym go chciał sprzedać, schwytaliście mnie. Powiedziałem wam wszystko; bijcie mnie teraz i zabijcie.

(Przekład J. Tretiaka).
Naczelnik policyi udaje się z pierścieniem do pałacu królewskiego, i po chwili wraca z nagrodą dla rybaka i oznajmia podwładnym, że król, spojrzawszy na pierścień, przypomniał sobie Saknutalę i zalał się łzami.

Akt VI. Boginka Sanumati, uproszona przez boginkę Menakę, matkę Sakuntali, przybywa niewidzialna do ogrodu królewskiego, żeby się czegoś dowiedzieć o uczuciach Duszjanty dla odtrąconej. Z rozmowy służby dowiaduje się, że król bardzo boleje nad swoją stratą, wyrzuca sobie zapomnienie, nie sypia i zaniedbuje sprawy państwa. Nadchodzi sam Duszjanta w towarzystwie Mathawii, który usiłuje go rozerwać, ale napróżno. Służba przynosi portret Sakuntali, namalowany przez jednę z panien dworskich na żądanie króla. Na jego widok król roztkliwia się jeszcze bardziej i wreszcie mdleje z żałości. Wtem za sceną rozlega się głos Mathawii, wzywający ratunku: jakiś duch złośliwy porwał go i znęca się nad nim. Król chwyta za łuk i biegnie ratować ulubieńca. Zanim jednak wypuścił strzałę, rzecz się wyjaśnia: Matali, woźnica boga Indry, chcąc rozbudzić w Duszjancie ducha męskiego, zażartował w ten sposób z widuszaki. Oznajmia on królowi, że przybył od swojego pana z poleceniem, aby król udał się na poskromienie hufca złych duchów, których sam Indra nie był w stanie zwyciężyć. Posłuszny Duszjanta zdaje tymczasowe rządy państwa ministrowi swemu i udaje się spełnić żądanie boga.

Akt VII. Powracając drogą powietrzną ze zwycięskiej wyprawy na demonów, Duszjanta z wozu Jndry rozgląda się po krajobrazie ziemskim i spostrzegłszy góry Hemakuta, gdzie w surowej pokucie mieszka Kasjapa, ojciec Indry, postanawia złożyć czołobitność świątobliwemu starcowi. Matali zwraca konie w tę stronę i zatrzymawszy wóz przed pustelnią, udaje się na odszukanie Kasjapy. Tymczasem na scenę, zabawiając się rezolutnie ze lwiątkiem, wchodzi malec pod dozorom młodej pustelnicy. Król uczuwa ku niemu szczególniejszy pociąg i spostrzega na jego ręku rodzime znaki władzy. Zapytana o chłopca dozorczyni oznajmia, że jest to syn Sakuntali, która właśnie w to ustronie została uniesiona przez swoją matkę, gdy ją mąż odepchnął. Wkrótce zjawia się i Sakuntala. Król rzuca się jej do nóg i błaga o przebaczenie. Sakuntala zalewa się łzami rozrzewnienia, i przebacza mężowi. Uszczęśliwieni małżonkowie udają się po błogosławieństwo do Kasjapy i jego żony Aditi. Kasjapa chętnie czyni zadość ich prośbie i pociesza ich przepowiednią, że będą żyli długo i szczęśliwie, a syn ich Sarwadamana będzie panował od morza do morza i zostanie przezwany Bharatą.

G) Malati i Madhawa.
dramat w 10-ciu aktach Bhawabhuti’ego.
Malati i Madhawa jeszcze w dzieciństwie zostali zaręczeni przez swych ojców, ale wychowali się zdala od siebie. Obecnie, gdy już dorośli, ojciec Madhawy przysłał syna do Padmawati, niby dla nauki, w gruncie jednak rzeczy dlatego, żeby delikatnie przypomnieć przyjacielowi czas dotrzymania obietnicy. Ale Bhuriwasu, ojciec Malati, zamierza córkę swoją oddać za żonę Nandanie, faworytowi królewskiemu, gdyż swata go sam monarcha, a Bhuriwasu nie chce odmową narazić się królowi, którego jest ministrem. Tymczasem Malati, widując zdaleka Madhawę, pokochała go tak, że »jej piękne członki więdnieją z miłości«, a Madhawa, ujrzawszy dziewicę podczas uroczystości boga Kamy, rozgorzał ku niej także namiętną miłością. Jego przyjaciel Makaranda, ujrzawszy go w parku, wracającego z uroczystości, dziwi się zmianie, jaką w nim spostrzega. „Wzrok nieruchomo utkwiony w przestrzeń, krok niepewny, postawa przygnębiona i oddech ciężki.... Co to ma znaczyć?“...

Madhawa  (wchodząc, do siebie).
Mój duch tak długo poił się widokiem
Tej, której lice piękne jest jak księżyc,
Że się z trudnością teraz z nią rozstaje;
Zwyciężył wstyd, odrzucił precz przystojność
I zburzył spokój, a w sądzeniu rzeczy
Jest ociężały. A dlaczego? Nie wiem.
Rzecz dziwna. Przy niej serce me przestało
Bić ze zdumienia, wszelkich się wyrzekło
Pragnień, z radości jakby obumarło,
Jakby rozkoszny napój je odurzył.
A teraz jakby na żarzących węglach
Legło i cierpi ból.
Makaranda.  Hola! Madhawa!
Madhawa.  Co? Makaranda! Tyżeś przyjacielu!
Makaranda.  Słońce tu skwarem razi znojne czoła,
Wejdźmy na chwilę w cienie tego parku.
Madhawa.  Owszem, gdy sobie tego życzysz, druhu....
Makaranda.  Tu w cieniu drzewa, którego zapachy
Daleko wiatr roznosi na swych skrzydłach,
Spocznijmy chwilę (kładą się). Był to niebezpieczny
Dla ciebie, Madhawo, ten dzień dzisiejszy,
Bo nie bezkarnie tyś się przypatrywał
Tylu dziewicom pięknym, co tam wyszły
Doroczną przynieść ofiarę miłości.
I zdaje mi się, zbyt szybko warknęła
Strzała i w serce twoje ugodziła.
O! nie patrz tak posępnie! Cóż w tem złego,
Jeśli jej ostrze w sercu twem zostało.
Któż się miłości bóstwu oprzeć zdoła?
Moc czarodziejską jej wszyscy uznają,
Bogowie nawet wobec niej bezsilni.

Madhawa.  Tak jest, przyznaję, i opowiem wszystko:
Awalokita[41] wiodła mię do gaju,
Gdzie Kamadewy świątynia się wznosi.
Strudzony ległem u srebrnego źródła,
Pod drzewem, co w niem poiło korzenie.
Wysoko jego wznosi się korona,
Gwarzą tam pszczoły z kwiatem, by zeń słodkie
Wywabić wonie ku sobie. Ich brzękiem
Ukołysany, ległem w chłodnym cieniu
I kwiat zbierałem, co padł na murawę,
I wiłem z niego wieniec różnowzory.
Wtem patrzę — cudna stanęła dziewica.
Wspaniała wzrostem, a jednak powiewna,
Podobna była do chorągwi, którą
Miłość nad światem, u jej stóp klęczącym,
Zwycięsko wznosi. Jej orszak wskazywał
Ród znakomity. Strój miała ozdobny.
Był to piękności ołtarz: jego twórcą
Był wszechpotężny sam, był bóg miłości.
Od towarzyszek wezwana ku drzewu
Memu, z którego wonny kwiat się zwieszał,
Zbliża się ku mnie — ach, odrazum poznał
Na twarzy ślady tajemnego ognia,
Który w jej piersi, cudownem naczyniu,
Gorzał dla kogoś, dla najszczęśliwszego.
Smukła, jak krzew lotusu, czoło miała
Bielsze, niż kość słoniowa, bielsze nawet,
Niżeli srebrne promienie księżyca.
Dziecinność była i otwartość razem
W każdym jej kroku, w każdem jej spojrzeniu.
Zaledwiem ujrzał ją — już zachwyt płonął
W mem sercu; całą mą istność uczułem
Tak pociągniętą ku niej, jak pociąga
Magnes żelazo, i raz pociągnięte
Serce już przy niej na wieki zostało.
Niech co chce będzie, niech mię rozpacz czeka!
Cóż czynić z losem, który złe i dobre
Wymierza ludziom naoślep, bez wagi!...

Sprawę kochanków bierze w opiekę świątobliwa pokutnica buddyjska Kamandaki, niegdyś mamka Malati. Ułatwia ona im widywanie się i broni praw serca swojej pupilki. Bhuriwasu wszakże jest niezmiękczony i nie chce nic wiedzieć o Madhawie, nawet gdy ten wydziera jego córkę z rąk kapłanki Kapalakundali, która porwała ją i chciała zamordować jako ofiarę dla bogini Czamundy. Zbliża się chwila, w której Malati ma być poślubiona Nandanie. Wówczas Kamandaki podaje hazardowny środek zapobieżenia małżeństwu. Za jej radą Makaranda, przebrany w suknie panny młodej, zastępuje Malati przy uroczystości zaślubin i niepoznany, dostaje się do domu Nandany, gdzie może się zbliżyć do siostry oszukanego faworyta, którą kocha i namawia ją do ucieczki. Tymczasem Malati i Madhawa zostają połączeni ślubem w świątyni buddyjskiej przez opiekuńczą Kamandaki. Bhuriwasu dowiaduje się o ucieczce siostry z Makarandą i każe ścigać zbiegów. Madhawa pośpiesza na pomoc Makarandzie; obaj przyjaciele walczą tak dzielnie, że odpierają pościg i tem pozyskują łaskę króla. Ale pod nieobecność Madhawy, Kapalakundala porywa znowu Malati i ukrywa ją, niewiadomo gdzie, zanim zamorduje na ofiarę Czamundzie. Zrozpaczony, napół nieprzytomny Madhawa, szukając ukochanej wśród gór, mdleje kilkakrotnie; Makaranda nie opuszcza go ani na chwilę i rozpacza nad jego stanem. Jednakże i tym razem Malati nie ginie; czarodziejka Saudamini, uczennica Kamandaki, wydziera ją z rąk okrutnej Kapalakundali i zwraca Madhawie. Król wzruszony losami wiernych kochanków, uznaje ich małżeństwo; Nandana zgadza się na związek swej siostry z Makarandą.

(Przekład J. Tretiaka, nieco uzupełniony).

H) Hitopadesa.
Księga II. Opowiadanie siódme.

Na jednem drzewie założyło sobie siedzibę wronie małżeństwo; — młode zostały pożarte przez węża, który mieszkał w wydrążeniu pnia. Gdy samiczka znów miała nieść jajka, rzekła do małżonka:
— Panie, drzewo to musimy porzucić, albowiem z powodu tego węża nigdy nie będziem mieli potomstwa. Ponieważ:

Zła żona, fałszywy przyjaciel, służba, co nie słucha,
Dom, co węże chowa — to co śmierć nie ma wątpienia.

Samiec odparł: — Najdroższa, nie trwóż się. Oddawna już postanowiłem zemścić się na wężu za tę krzywdę.
Na to rzekła samiczka: — Jakim sposobem wytrzymasz walkę z tym wężem!
Lecz samiec odpowiedział: — Porzuć te troski! Albowiem:

Kto mądrość ma, ten mocnym jest; jakże przyjdzie głupi do władzy!
Wzgardliwy lew został w lesie przez zająca zgubiony.

— Jak się to stało? — zapytała samica.
A samiec odpowiedział:

Opowiadanie ósme.

Na górze zwanej Mándara mieszkał lew imieniem Durdánta (nieokiełznany), który ustawicznie zabijał zwierzęta. Wtedy wszystkie one zeszły się razem i rzekły do niego: „Dlaczego tępisz tak strasznie wszystkie zwierzęta? Będziemy ci odtąd codziennie po jednem na pokarm dawali“. Lew zgodził się na to, i odtąd przyprowadzano mu codzień po jednem zwierzęciu.
Pewnego razu przyszła kolej na starego zająca. Ten myślał:

Gdy kocha się życie, i w strachu postępuje się skromnie:
Cóż mi teraz na łasce lwa zależy, gdy mię śmierć czeka!

— Dlatego też pójdę powoli.
Gdy go ujrzał lew głodem dręczony, rzekł do niego z gniewem:
— Dlaczego tak późno przybywasz?
Zając odrzekł: — Nie moja to wina. Po drodze zatrzymał mię siłą drugi lew. Przysiąc musiałem, że do niego powrócę, i przychodzę do ciebie oznajmić ci o tem.
Z gniewem krzyknął lew: — Chodź prędko i pokaż mi, gdzie się ten łotr ukrywa.
Zając doprowadził lwa do głębokiej studni i rzekł:
— Przystąp bliżej, panie, i patrz. — I przytem pokazał mu własny jego obraz w wodzie.
Lew rozgniewany ze złością rzucił się na dół i poniósł śmierć.
— Dlatego też powiedziałem:

Kto mądrość ma, ten mocnym jest; głupi nie przyjdzie do władzy;
Zajączek w lesie zgubił dumnego lwa.

Koniec opowiadania siódmego.

Samiczka rzekła: — Wysłuchałam uważnie tego. Teraz powiedz, co ma nastąpić.
Wtedy odrzekł samiec: — Do stawu w pobliżu przychodzi często książę i kąpie się. Porwiesz mu złoty łańcuch, który zdejmuje z siebie, i przyniesiesz do dziupli w naszem drzewie.
Gdy wkrótce potem książę przyszedł się kąpać, samiczka uczyniła, co jej polecono. Służący biegli za łańcuchem, zajrzeli do dziupli, zobaczyli węża i zabili go.
Dlatego też powiedziałem:

Staraj się uczynić podstępem,
Czego siłą uczynić nie możesz;
Czarnego węża śmierć spotkała,
Gdy wrona złoty łańcuch zabrała.

(Jan Kwietniewski).

3. PERSOWIE.

Hymny (gaty) z Zend-Awesty.
I.

Wszystko się stanie na tym świecie według praw, danych światu pierwotnemu, według przepisów również dla złego jak i dobrego sprawiedliwych, stosownie do złych uczynków pierwszego, do dobrych — drugiego.
Temu, co złe wyrządził człowiekowi złemu myślą, mową lub uczynkiem; temu, kto utrwalił świat w dobrem, udzieli nagrodę według swej woli Ahura-Mazda.
Jeśli kto jest oddany sprawiedliwemu, jeśli służy mu pilnie, jeśli kto strzeże bydło starannie; ten, o Ahura, zamieszka w krainie prawdy i ducha dobrego.
Ja, który cię wzywam w prawdzie i prawości, dążę do szczęścia prawdziwego. Przez ducha tego, z którego natchnienia przykładam się do pracy pożytecznej, przez tego dążę do dwojakiego szczęścia: widzieć cię i rozmawiać z tobą...
Niech mądrość, o Mazda, pełna blasku i potęgi, podtrzymująca czystość, przyniesie nam tego ducha, zapomocą którego otrzymuje się doskonałość, pożądana dla dusz.
Wszystkich rozkoszy, które były znane, są i będą, udziel stworzeniu...
Powstań, o Ahura, daj mi mądrość, a przez nią siły i moc.

II.

Pytam się ciebie, odrzeknij prawdę mi, o Ahura, kto był pierwszym pra-stworzycielem, kto pra-ojcem świętości? Kto pchnął słońce i gwiazdy na drogi ich? Kto jest ten, przez którego księżyc rośnie i zmniejsza się? Od ciebie, o Mazda, chcę się dowiedzieć tych rzeczy i wielu innych.
Pytam się ciebie, odrzeknij mi prawdę, o Ahura, kto podtrzymuje ziemię i obłoki tam w górze? Kto chroni je od upadku? Kto stworzył rośliny i wody? Kto dał rączość biegu wiatrom i obłokom? Kto jest, o Mazda, stworzycielem ducha dobrego?
Chcę ciebie zapytać, odrzeknij mi prawdę, o Ahura, jaki to robotnik doskonały urządził światło i ciemności? sprowadził sen, utrzymuje czuwanie? Przez kogo to poranek, południe i noc się zmieniają?...
Pytam ciebie, odrzeknij mi prawdę, o Ahura, a ja objawię twe słowa, jeśli będą one prawdziwe, czy mądrość zwiększa świętość za pomocą dobrych czynów?... Kto stworzył mądrość wspaniałą? Kto sprawił, że syn drogim być musi ojcu? Ja, ja chcę rozpytać się ciebie o to wszystko, o Mazda, duchu ożywiający, stworzycielu wszystkiego, co jest dobrem....

(Przekład Ig. Radlińskiego).

4. EGIPCYANIE.

I. Hymn do Nilu.

Pozdrowienie ci, o Nilu!
Ty na tę ziemię zstępujesz,
Przychodzisz w pokoju,
By dać życie Egiptowi.
Boże ukryty! spuszczasz ciemności, gdy ci się podoba,
Zraszasz roślinność przez słońce stworzoną,
By dać pokarm żyjącym.
On ziemię całą otwiera dla żyjących...
I wielki i mały odpoczywają,
Gdy on się podnosi;
I każda istota czuje radość,
Każde stworzenie otrzymuje pokarm,
Każdy ząb gryzie...
On każe wschodzić roślinności dla zwierząt,
On pamięta o ofiarach dla bogów,
Napełnia gumna, opatruje śpichrze,
Wzbogaca nędzarzy!
On stwarza, lecz to nie wyczerpuje sił jego,
Tarczą jest ubogich.
Nie rzeźbią go na marmurze,
Nie jest on widzianym.
Żadna służba, żadna ofiara
Nie dochodzi go.
Niepodobna wprowadzić go do świątyni,
Nieznane jest to miejsce, gdzie przebywa.
Niemasz ołtarzy ozdobionych wizerunkami jego.
Żaden przybytek go nie zawrze!
Niczyje słowo do serca jego nie wchodzi,
Nieznane jest imię, które nosi on w niebie....
Bóg nie pokazuje swych kształtów.

(I. Radliński).

II. Treny na zgon Ozyrysa.

O! powróć do przybytku twego, o! powróć.
Twych nieprzyjaciół już niema.
O! powróć do domu twojego, o! powróć,
Władco ty świetny!
Patrz, ja siostra twoja[42]. O nie stawaj opodal ode mnie, piękny młodzianie!
Czyż mnie nie widzisz? Moje serce jest w goryczy z twej przyczyny.


Moje oczy cię szukają. Szukam cię, by cię zobaczyć.
Widzieć cię, to szczęście moje, to szczęście moje!
O! przybądź do tej, która cię kocha!
Nie oddalaj się ode mnie!...
Bogowie i ludzie zwracają swe oblicza ku tobie,
By cię opłakiwać.

Do nas zwróć twarz twą,
O mistrzu nasz, nasz panie!
Widzieć oblicze twe jest to życie dla nas.
Niech się twe oblicze nie odwraca od nas....
Spozierać na nie — to radość nasza, o Panie!
Serce nasze tylko wtedy radość czuje....

Ty przychodzisz do nas z podróży twej,
By rozdać wodę twej duszy,
Dostarczyć chleba istoty twej,
Ożywić bogów, ożywić ludzi.

(I. Radliński).

III. Pieśń o śmierci.

Ludzie umierają od czasów Ra[43] i młodzi przychodzą na ich miejsce.
Każde nozdrze tylko raz wciąga powiew jutrzenki.
Wszyscy zrodzeni z kobiet idą w dół na swe miejsce.
Pomnij o radości, aż przyjdzie dzień podróży,
Kiedy zbliżymy się do ziemi, która kocha milczenie.

Oto skończyli swe istnienie... zwykły los ludzi...
I są, jakby nigdy nie byli się porodzili...

Żadne pomniki budowlane Egiptu nie wystarczają mu,
A tymczasem miejsce spoczynku jest jedynem jego bogactwem.
Ani jedna chwila nie mogła być przydana do jego życia....
Pomnij o dniu, w którym i ty także wyruszysz do bramy,
Do której się wchodzi, aby nie wrócić już nigdy.

Bądź przeto sprawiedliwym, nienawidź przestępstwa,
Gdyż ten tylko, co kocha sprawiedliwość, będzie błogosławion.
Tchórz i odważny nie uciekną przed grobem;
Nędzarz i mocarz są sobie równi....

(I. Radliński).

IV. Nauki Ptahhotepa.

Nauka niech będzie mieniem twem! Gdy przyjdzie na cię bieda, zasługa twoja będzie więcej znaczyć, niż stosunki twoje z ludźmi bogatymi, będzie większą od ich wspaniałości. Wszystko przechodzi od jednego do drugiego. Własna zasługa jest tylko własnością każdego.
Jeśliś bogaty, szacunek dla siebie zdobywaj nauką, rozumem. Nigdy mędrzec nie znaczy przyjścia swego czynami gwałtownymi. Nie pysznij się w sercu swem! Wstrzymaj krok swój; rządź odpowiedzią swą, słowo odporne odpędzaj od siebie. Tylko posłuszny godzien jest rozkazywać!
Wspaniale kroczy po drodze swojej wojownik, lecz dość dnia jednego, by go zupełnie zmienić.
O głupcze! syn twój jest nasieniem twem; nie oddalaj nigdy serca swego od niego! Posłuszeństwo przedniejszem jest nad wszystko. Jeśli syn słucha słów ojca swojego, doczeka późnej starości. Nieposłuszny upatruje mądrość w głupocie, cnoty w występkach; dopuszcza się wszelkich przestępstw, rzeczy zdrożnych w postępkach codziennych; życie jego w śmierci; chlebem jego są słowa skażone.
Nie pysznij się w sercu swem z mądrości swojej; naradzaj się zarówno z mądrym jak i z prostakiem, albowiem przybytek mądrości zamkniętym nie jest i niemasz męża, któryby posiadł wszystką wiedzę. Dobra rada większą ma wartość niż kamienie drogie.
Jeżeliś mądry, pełny rad dobrych, nie sądź, byś mógł coś uczynić tak wielkiego, o czemby pamiętały czasy następne. Rzadko przychodzi słowo, ku zwiększeniu sławy prowadzące. Występuje z wody krokodyl i — wokół pustkowie.

(I. Radliński).

V. Przeznaczenie.
(Powiastka).

Był sobie w Egipcie król, który nie mając potomstwa męskiego, uprosił go sobie od „bogów swego czasu“. Przy jego narodzeniu wróżki Hathory, wyrzekły jego przeznaczenie: „niech umrze od krokodyla, od węża, albo od psa“. Gdy o tem doniesiono królowi, kazał zbudować dom na górze zaopatrzony we wszystkie rzeczy potrzebne, ażeby chłopiec z niego wcale nie wychodził. Pewnego razu chłopiec z płaskiego dachu w tym domu ujrzał jakieś zwierzę idące za człowiekiem i dowiedział się, że to pies. Zapragnął podobnego. Ojciec kazał mu dać psu, ażeby serce dziecka się nie zasmuciło. Dorósłszy, królewicz nie chciał pozostawać w bezczynności i otrzymawszy zezwolenie ojca, uzbrojony w broń wszelką, z psem swoim przy boku, udał się do kraju Naharanna (Syryi), którego książę, mając jedyną córkę, osadził ją w domu, mającym 70 okien wzniesionych od ziemi na 70 łokci i obiecał ją oddać temu, kto się do okna córki dostanie. Wielu książąt z kraju sąsiedniego (Kharu, może Palestyna) napróżno usiłowało dokonać tego; królewicz zaś egipski, przedstawiwszy się spółzawodnikom jako syn żołnierza walczącego na wozie wojennym, dosiągł okna i otrzymał pocałunek królewny. Ojciec jej, dowiedziawszy się o mniemanem pochodzeniu zwycięzcy, nie chciał oddać mu córki, ale królewna zaklęła się na Boga Rha, że jeżeli on nie zostanie jej małżonkiem, ona nie będzie jadła ani piła i umrze natychmiast. Zaniepokojony ojciec zezwolił na małżeństwo, lubo królewicz i jemu nie odkrył istotnego swego pochodzenia. Przytaczamy dalsze opowiadanie w całości:

A gdy sporo upłynęło czasu, młody mąż rzekł do żony: „Trojaki mi los przeznaczony: krokodyl, wąż, pies“. Ona zaś rzekła: „To zabić psa, który do ciebie należy“. On jej odpowiedział: „Jeśli pozwolisz, nie zabiję swego psa, bo go wychowałem od maleńkości“. Ona się bardzo a bardzo lękała o męża, i nie pozwalała mu wychodzić samemu. Otóż zdarzyło się, że zachciano podróżować: powieziono księcia ku ziemi egipskiej. A wtem krokodyl nilowy wyszedł z rzeki i przyszedł na środek miasteczka, gdzie był książę. Zamknięto go w budynku, gdzie był olbrzym. Olbrzym nie dozwalał wyjść krokodylowi, a kiedy krokodyl spał, olbrzym wychodził na przechadzkę. A gdy słońce wschodziło, olbrzym wracał do mieszkania — i tak było codzień w przeciągu miesiąca i dwu dni.
A gdy chwile te minęły, książę został w domu dla zabawy. Za nadejściem nocy książę się położył na macie i sen opanował jego członki. Żona jego napełniła naczynie mlekiem i postawiła je koło siebie. Kiedy z nory wylazł wąż, aby ukąsić księcia, żona czuwała przy mężu. Wtedy służące dały mleka wężowi; napił się go, został oszołomiony, wyciągnął się brzuchem do góry, a żona go zabiła uderzeniami włóczni. Obudzono męża, którego ogarnęło zdumienie, a ona mu rzekła: „Patrz! bóg twój dał ci jeden z losów twoich w twe ręce; da ci i inne“. On złożył ofiary temu bogu, uczcił go i wysławiał jego potęgę przez wszystkie dni swoje.
A gdy sporo upłynęło czasu, książę wyszedł na przechadzkę w sąsiedztwie swych majątków; a że nigdy nie wychodził sam, pies jego biegł za nim. A gdy pies puścił się w pole za zwierzyną, i on też pobiegł za psem swoim. A przybywszy do rzeki, zeszedł na brzeg rzeki, idąc za psem swoim, a wtedy wyszedł krokodyl i pociągnął go ku miejscu, gdzie był olbrzym. Ten wystąpił i ocalił księcia; a wówczas rzekł krokodyl księciu: „Ach, ja jestem twojem przeznaczeniem, co cię ściga; cokolwiek zrobisz, znajdziesz się na mojej drodze, ty i olbrzym“.... Pies, posłyszawszy te słowa, pobiegł do domu i znalazł córkę księcia Naharanny we łzach, dlatego, że mąż jej nie wrócił od wczoraj. Zobaczywszy psa samego, bez swego pana, zapłakała głośno i rozdzierała pierś swoję, ale pies chwycił ją za suknię i pociągnął ku drzwiom, jakby zapraszając do wyjścia. Wstała, wzięła włócznię, którą zabiła węża, i poszła za psem aż do tego miejsca brzegu rzeki, gdzie był olbrzym. Wówczas ukryła się w trzcinie, nie jadła i nie piła, ale modliła się do bogów za swego męża. Za nadejściem wieczoru krokodyl rzekł znowu: „Przysięgnij mi, że zabijesz olbrzyma; w przeciwnym razie zaniosę cię na brzeg i ujrzysz śmierć“. A on odrzekł: „Za cóż mam zabić tego, co czuwał nade mną?“ Wówczas krokodyl zaprowadził go w to miejsce, gdzie była żona, a ona wyszła z trzciny, a kiedy krokodyl otwierał paszczę, przebiła go swą włócznią, a olbrzym rzucił się nań i dobił go. Wtedy uścisnęła męża i rzekła mu: „Patrz, bóg twój dał ci drugi z losów twoich w twe ręce; da ci i trzeci“. On złożył ofiary bogu, uczcił go i wysławiał jego potęgę przez wszystkie dni swoje.
A kiedy sporo upłynęło czasu, wrogowie wdarli się do kraju. Synowie bowiem książąt kraju Kharu, rozwścieczeni tem, że księżniczka dostała się w ręce awanturnika, zebrali swoją piechotę i swoje wozy, rozbili wojsko władcy Naharanny i wzięli go do niewoli. Nie znalazłszy księżniczki i jej męża, rzekli do starego władcy: „Gdzie jest twoja córka i ten syn żołnierza walczącego na wozie z kraju egipskiego, co to mu ją dałeś za żonę?“. On odpowiedział: „Wyjechał z nią, by polować na dzikie zwierzęta; skądże mogę wiedzieć, gdzie oni są?“ Wówczas zastanawiali się i mówili między sobą: „Podzielmy się na małe oddziały i idźmy w różne strony po świecie całym; a ten, kto ich znajdzie, niech zabije męża, a z żoną zrobi co mu się podoba“. I rozeszli się, jedni na wschód, inni na zachód, północ, południe; a ci, co poszli na południe, dotarli do kraju egipskiego, do tego samego miasta, gdzie młody mąż był z córką władcy Naharanny. Ale zobaczył ich olbrzym i pobiegł do męża i rzekł mu: „Oto siedmiu synów książęcych z Kharu zbliża się, by cię odnaleść. Jeżeli cię odszukają, to cię zabiją a z żoną zrobią, co im się podoba. Zbyt są liczni, aby się im oprzeć było można; uciekaj więc, a ja wrócę do mych braci“. Wówczas książę zawołał swej żony, wziął psa swego ze sobą, i wszyscy ukryli się w pieczarze górskiej. Byli tam od dwu dni i dwu nocy, kiedy synowie książęcy z Kharu przybyli z wielu żołnierzami i minęli otwór pieczary, nie spostrzegłszy księcia, ale kiedy ostatni z nich się zbliżał, pies wyszedł przeciw niemu i zaczął szczekać, a synowie książęcy z Kharu poznali go, wrócili się, by wejść do pieczary. Żona rzuciła się przed mężem, ażeby go zasłonić, gdy wtem włócznią uderzona, padła martwa przed nim. A młody mąż zabił jednego z książąt mieczem, a pies rozszarpał drugiego zębami, ale pozostali rzucili na nich włóczniami; a oni upadli bez przytomności. Wtedy książęta wywlekli ciała z pieczary i pozostawili je wyciągnięte na ziemi, by je pożarły dzikie zwierzęta i ptaki drapieżne, a oni wyszli, by się połączyć z towarzyszami i by się podzielić ziemiami Naharanny.
A wtem, gdy się ostatni z tych książąt oddalił, młody mąż otworzył oczy i ujrzał żonę rozciągniętą na ziemi zmarłą i trupa psa swego, wtedy jęknął i rzekł: „Zaiste, bogowie spełniają niewzruszenie to, co zgóry postanowili. Hathory zapowiedziały mi w dzieciństwie, że zginę przez psa, a oto wyrok ich się spełnił, pies bowiem wydał mię wrogom moim. Gotów jestem umrzeć, bez tych bowiem dwu istot, co leżą obok mnie, życie dla mnie jest nieznośne!“ I wzniósł ręce do nieba i zawołał: „Nie zgrzeszyłem przeciwko wam, o bogowie! Więc udzielcie mi szczęśliwego pogrzebu na tym świecie i głosu sprawiedliwego wobec sędziów Amentitu“[44]. I opadł jak martwy, ale bogowie usłyszeli głos jego i dziewiątka bogów przyszła do niego i Râ-Harmakhuiti[45] rzekł do swych towarzyszów: „Przeznaczenie spełniło się, teraz dajmy nowe życie tym małżonkom, gdyż wypada nagrodzić godnie poświęcenie, jakiego dowiedli wzajem względem siebie“. A matka bogów potwierdziła skinieniem głowy słowa Râ-Harmakhuiti i rzekła: „Takie poświęcenie zasługuje na bardzo wielką nagrodę“. Inni bogowie zgodzili się na to; potem siedm Hathor zbliżyło się, mówiąc: „Przeznaczenie spełniło się; teraz niech wrócą do życia!“ I powrócili do życia natychmiast.

(Tłómaczenie powiastki powyższej dokonane zostało na podstawie przekładu G. Maspero, w dziele: „Les contes populaires de l’Egypte ancienne. Deuxième édition“. Paryż, 1889, str. 338).
(Najlepszą u nas pracą o literaturze egipskiej jest zarys jej skreślony przez Ignacego Radlińskiego w „Dziejach literatury powszechnej z ilustracyami“ T. I, str. 144—194).

5. ASSYRO-BABILOŃCZYCY.

I. Hymn do księżyca.

Panie, królu bogów, który na niebie i ziemi sam jesteś najwyższy, ojcze, oświecicielu, panie boże obfitości, królu bogów.... którego światło potężne, rogi silne, członki ukształtowane, broda jaśniejąca wspaniale, skoro obejdziesz swój krąg.... Litościwy, który wszystko rodzisz, ponad istotami żyjącemi swój przybytek jaśniejący wznosisz, ojcze litośny, odnowicielu, którego ręka podtrzymuje życie na ziemi....
Panie, twe bóstwo jako niebiosa oddalone, jako morze obszerne wzbudza strach pełen poważania...
Na niebie kto najwyższy? Ty, ty jeden jesteś najwyższy!
Na ziemi kto najwyższy? Ty, ty jeden jesteś najwyższy!
Twa wola ogłoszona na niebie i duchy niebieskie padają na twarz przed nią.
Twa wola ogłoszona na ziemi, i duchy ziemskie padają na twarz przed nią.
Twój rozkaz zabrzmiał w górze jako wiatr w ciemnościach, i oto ziemia rodzić zaczyna.
Twój rozkaz zaledwo doszedł do ziemi, i oto roślinność już się pokazała.
Twój rozkaz unosi się nad miejscami zamieszkałemi i wierzchołkami gór i wszędzie istoty żywe pomnaża.
Twój rozkaz rodzi prawdę i sprawiedliwość i prawdę pomiędzy ludźmi utrzymuje...
Kto może poznać twą wolę?
Któż ci sprostać zdoła?...

(I. Radliński).

II. Psalm Pokutny.

Panie, gniew twego serca niech się uspokoi!
Bóg, którego nie znam, niech się uspokoi!
Bóg, który zna rzeczy nieznane, niech się uspokoi!
Bogini, która zna rzeczy nieznane, niech się uspokoi!

Niech serce mojego boga się uspokoi!
Niech serce mojej bogini się uspokoi!
Mój bóg i moja bogini niech się uspokoją!
Bóg, który jest w gniewie na mnie, niech się uspokoi!
Bogini, która jest w gniewie na mnie, niech się uspokoi!

Pożywałem pokarm....
Piłem wodę....
Wykroczeniem przeciwko bogu mojemu bez wiedzy mojej karmiłem się.
W uchybieniu bogini mojej bez wiedzy mojej kroczyłem.
Panie! błędy moje są wielkie, wielkie grzechy moje....
........................

Popełniałem błędy i nie znałem ich.
Dopuszczałem się grzechów i nie znałem ich.
Karmiłem się wykroczeniami i tego nie wiedziałem.
Chodziłem w uchybieniach i o tem nie wiedziałem.

Pan w gniewie serca swojego poczerwieniał na mnie;
Bóg w zapalczywości swego serca przywalił mię.
Bogini rozgniewała się na mnie i mnie przeraziła.
Bóg, który zna rzeczy nieznane, zgniótł mię;
Bogini, która zna rzeczy nieznane, zniszczyła mię.

Upadłem i nikt ręki nie wyciągnął ku mnie.
Od płaczu zaniemiałem i za rękę mnie nie schwytano.

Modlitwę moją powtarzałem głośno, nikt mnie nie wysłuchał.
Jestem powalony, w omdleniu, nikt mnie nie ratuje.
........................

Przeznaczenie człowieka jest utrwalone na piśmie, a nikt nie zna tego pisma.
Ludzie noszący imiona jakżeż mogą znać je?
Czy powstawał przeciwko bogu, czy postępował dobrze, nikt nie wie.

Wpośród nawałnicy wód, przyjdź na pomoc, schwyć za rękę.
Popełniłem błąd, przemień go w czyn dobry!
Dopuściłem się przestępstwa, wiatry niech je rozniosą!
Moje przewinienia są liczne, rozedrzyj je jako płótno!

(I. Radliński).

III. Opowieść o potopie.
Izdubar — domniemane nazwisko bohatera, pół-boga, pół-człowieka — zawiera związek z drugim bohaterem Belbirut’em, w celu zabicia tyrana Humbaby. Świetne czyny zwracają nań uwagę bogini Istary:

Izdubar rzucił swe odzienie podarte,
Ciężar ze swem mieniem zdjął z pleców,
Odtrącił łachmany ubogie, odział się w szatę wspaniałą,
Suknią się okrył królewską, przypasał dyadem nad czołem.
Wtedy Istar, królowa, wzniosła swe oczy do niego:
„Uściskaj mię, Izdubarze, — rzekła — chcę być żoną twoją.
Mieszkajmy razem, ja i ty, w jednem miejscu.
Ty będziesz moim mężem, ja zaś twą żoną.
Będziesz jeździł wozem z kamieni drogich i złota....
Przy domu naszym będą rosły drzewa wiecznie zielone.
A gdy będziesz wchodził do domu,
Tłumy żebrzące będę twe nogi całowały.
Królowie i książęta będą się kłaniali przed tobą,
Daninę z gór i dolin będą ci składali w ofierze....
Twoje stada i trzody będą wszystkie dawały bliźnięta,
Rodzaj twoich mułów będzie wszystkim znany.
Twoje zwycięstwa w wyścigach wozowych będą wciąż głoszone,
A między wodzami nie będziesz miał nigdy równego“...
— „Pani! — odpowie Izdubar — znam cię z doświadczenia!
Smutne i grobowe jest mieszkanie twoje,
Choroba i głód otaczają twe ścieżki.
Fałszywa i zdradliwa jest korona twej boskości,
Biedna i bez znaczenia jest korona twej królewskości....
Tak, pani, znam cię z doświadczenia!
Jęki rozwodziłaś po Tuzi, swym mężu,
A jednak rok-rocznie trułaś go czarami swemi!
Miałaś ulubionego pięknego orła:
Uderzyłaś go swym prętem i skrzydła mu złamałaś!

Miałaś lwa ulubionego, pełnego siły:
Zębów mu wyrwałaś siedem naraz!
Miałaś ulubionego konia, wsławionego w wojnie;
On pił, a ty zatrułaś napój jego.
Kochałaś króla ziemi....
Uderzyłaś go prętem i przemieniłaś w lamparta.
Lud z jego własnego miasta wygnał go,
I psy własne pogryzły go na kawałki....
Kochałabyś i mnie, tak jak innych,
I to, co z innymi, ze mną-byś zrobiła“.

Wzgardzona Istar zsyła na bohatera choroby, na które szukając lekarstwa, udaje się Izdubar do króla Adra-Kazisa, co stawszy się nieśmiertelnym, mieszkał na wyspie odległej. Ten Adra-Kazis był naocznym świadkiem potopu, o którym opowiada bohaterowi:

Jest miasto Suryppak, ty je znasz, władcą jego byłem.
Miasto to starożytne. Wykroczenia przeciw bogom napełniły je.
Ja tylko jeden byłem sługą wielkich bogów...
Bogowie chcieli je zniszczyć: Istar, Anu,
Potopu chciał Bel; z nim się zgodzili: Nabu, Nergal, Ninip.
Lecz Muah, pan przepaści, we śnie odkrył mi ich zamiary:
„Mężu z Suryppak, synu Ubaratutu, zrób okręt, skończ go najśpieszniej,
Bo potop zniszczy nasiona istot żyjących“....

Zbudowawszy okręt, Adra-Kazis zniósł nań wszystko, co posiadał, wprowadził niewolników i sługi, trzodę i zwierzęta z pustyni i ludzi w kwiecie wieku.

Spokój panował jeszcze na rozświcie,
Ale z głębi niebios już się była wynurzyła chmura czarna.
Ben zaczął wnet ciskać z niej pioruny,
Nabu i Bel poprzedzali burzę,
Szli, a góry i doliny drżały przed nimi.
Nergal potężny ciągnął za sobą wichry.
Ninip się zbliżył i ciemności wszystko pogrążyły.
Brat brata już rozeznać nie zdołał,
Ludzie już ludzi nie poznawali....
Bogowie sami trwożyć się zaczęli,
Porozumieli się z sobą i udali się na niebo.
Bogowie byli jako psy trzymające się swych legowisk.
Istar krzyczała, jak kobieta w bólach.
Bogowie, siedząc na swych miejscach, płakali,
Lecz nie nie mówili, by się mogło spełnić przeznaczenie....
Podczas dni sześciu i nocy sześciu panowała ulewa;
Wichry zwaliły wszystko, fale pogrążyły wszystko....
Dnia siódmego o świcie, potoki deszczu się wstrzymały....
Morze uspokoiło się, wiatr ustał, burza przeszła.
Zobaczyłem, że wody dokonały dzieła swego, zniszczenia,
I że wszystko na ziemi stało się błotem.
Jako trzcinę wody unosiły trupów....
Otworzyłem okno, światło mię oblało....
Byłem przerażony: siadłem i płakać zacząłem.

Łzy po całej mej postaci spływały....
Nad krajem Nizir pływał mój okręt.
Góra Nizir zatrzymała go i dalej nie puściła....
Skoro siódmy dzień nadszedł, gołębia wypuściłem,
Gołąb poleciał, lecz wnet przyleciał napowrót,
Nie znalazł miejsca przytułku i powrócił....

Potem wypuścił Adra-Kazis jaskółkę i ta wróciła również, dopiero kruk wypuszczony nie przyleciał wcale. Adra-Kazis wyszedłszy z okrętu, rozniecił wielkie ognisko, by złożyć ofiarę bogom, którzy poczuwszy dym i zapach płonących ofiar, zaczęli się schodzić. Nadszedł i Bel, a ujrzawszy okręt, zapalił się gniewem wielkim przeciwko siedmiu bogom i zapowiedział, że człowiek, który jest w okręcie, zginąć musi. Jeden z bogów domyślił się, że Nuah to zapewne odkrył tajemnicę. Nuah się usprawiedliwia przed Belem:

O, ty najstarszy z bogów, wielki wojowniku,
Nad gniewem swym nie zapanowałeś i potop spuściłeś;
Grzesznik odpokutował za grzech swój,
Złoczyńca odpokutował za zbrodnie swoje;
Lecz zło nie zostało zniszczonem, zbrodnia wykorzenioną.
Na co zsyłać było potop? Lwy mogły pożreć ludzi.
Na co zsyłać było potop? Tygrysy mogły wyniszczyć ludzi.
Na co zsyłać było potop? Głód mógł opustoszyć ziemię.
Na co zsyłać było potop? Wojna mogła wygubić ludy.
Nie ja to wszakże odkryłem zamiary wielkich bogów,
Adra-Kazis wytłómaczył sobie sen i zrozumiał tajemnicę....

(I. Radliński)
Bel dał się przejednać, wszedł na okręt, schwycił Adra-Kazisa za ręce, olśnił jego żonę blaskiem boskości swojej i obdarzył oboje nieśmiertelnością. Opowiedziawszy o potopie, Adra-Kazis w długiej przemowie udziela Izdubarowi rad, jak uniknąć śmierci, stać się nieśmiertelnym.
(Więcej szczegółów o literaturze babilońsko-asyryjskiej znaleźć można w rozprawach Ignacego Radlińskiego: „Król Assur-bani-pal i jego biblioteka“. Warszawa 1877; — „Pomniki piśmiennictwa babilońsko-assyryjskiego“ w Ateneum 1881, t. I, str. 67—84, oraz w zarysie pomieszczonym w „Dziejach literatury powszechnej z ilustracyami“, t. I, str. 195—240).

6. HEBRAJCZYCY.

I. Hymn Mojżesza po przejściu morza Czerwonego.

Śpiewajmy Panu, śpiewajmy,
Wielmożność jego niech będzie wzniesioną,
On naszą chwałą, on naszą obroną.
Śpiewajmy Panu, śpiewajmy!

*

On jest mym Bogiem, Bogiem ojców moich,
On mię w ucisku ośmielił,
On tonie morskie na dnie rozdzielił
Tchnieniem ust swoich.

Na Boga mego święte rozkazanie
Stanęły wody, jak ściany ciekące,
Osiadły w głębi bezdenne otchłanie
I fale wrzące.

Będę je gonił — rzekł Faraon śmiele,
Miecz krwawy w ręce pochwycę,
Wytnę ich hordy, łupy ich podzielę
Pośród zwycięskich okrzyków,
Spragnione dusze moich wojowników
Krwią ich nasycę.

Ale ty, Panie, w gniewie swym straszliwym,
Wionąłeś znagła wiatrem popędliwym.
Powstały burze — wraz nieznanym cudem.
I Faraona z niezliczonym ludem,
I wozy jego wysokie,
Pokruszone hełmy, bronie
I zbrojne jeźdźce i waleczne konie
Połknęły fale głębokie.
Jak ciężki kamień, albo ołów zsiadły,
W dno ciemne morza upadły.

Boże przedwieczny! Tyś jeden prawdziwy,
Któż w gniewie swoim jako Ty straszliwy?
Sędzio czarnych nieprawości,
Potężny, dzielny, wszechmożny,
Puściłeś ogień swej zapalczywości,
Huknął piorun, błysły gromy,
A jak stosy wiotkiej słomy
Spłonął bezbożny.

Czas przyjdzie, gdy odejmiesz naszych trudów brzemię,
Zajdziemy z Tobą w obiecaną ziemię,
Usłyszą o nas potężne narody,
Moab, Idom i silne ich grody;
Strach ciężki padnie na możne książęta,
Ziemia bojaźnią przejęta,
Dumny Filistyn umilknie ze drżeniem
Przed Twem ramieniem.

Wtenczas, o Panie, na górze Syonu
Dziedzictwa Twego latorośl posadzisz,
I dasz nam ziemię obfitego plonu
I wrogi nasze wygładzisz.

Wtenczas się korząc przed Twym świętym progiem
Śpiewać ci będziem, boś Ty naszym Bogiem.
Bo łaski Twoje niezmienne,
Bo Twoja, Boże, prawica wzniesiona,
Jeźdźce i konie, wozy Faraona,
Gdy wrzuca w nurty bezdenne;

Dla ludu Twego morze się rozdziela,
Fale cofają się wstecznie —
I dno przepaści hufce Izraela
Przeszły bezpiecznie.

(J. U. Niemcewicz).

II. Pieśń Debory.
(Po zwycięztwie nad Sysarą, wodzem Chananejczyków).

Pieśń ma zagrzmi i zahuczy, i zatętni wzdłuż i wszerz:
Słuchaj, ludu, i ty, ziemio, moje słowa w uszy bierz!
Słuchaj ludu mój, słuchajcie wy, książęta i królowie:
Ja, ja matka w Izraelu, ja zaśpiewam pieśń Jehowie!
Kiedy wyszedł Pan ze Seir, gdy przez pole Edom szedł,
Ziemia drżała, góry mdlały, potok Cyson kurczył grzbiet.
Lew w pustyni przypadł k’ziemi i zakwilił, jak pacholę,
Kiedy wyszedł Pan ze Seir, przez edomskie gdy szedł pole.
Z chananejskich wozów konie lud mój ujrzał wśród swych łąk;
Zdarto tarcze z jego ramion, wytrącono drzewca z rąk;
Po winnicach ptak się zdziwił, obcej mowy słysząc głosy:
Cudze sierpy żąć poczęły po pszenicznych łanach kłosy.

Lat dwadzieścia z drżącą wargą, ze krwią w oku, patrzał lud,
Jak szerszenie z ust cór jego wysysały słodki miód;
Spustoszały wsie i grody, wyschła woda studzien wielu,
Aż powstałam ja, Debora, wstałam matką w Izraelu.
Że młodzieńce twe u żaren w pieśń zmieniły głuchy jęk,
Że u źródeł ścichł trzask łuków, ścichł chrzęst zbroi, mieczów szczęk,
Że deptany nad depcące dziś swobodną wyniósł głowę,
Pójdź tu, ludu, śpiewaj ze mną, z matką twoją wielb Jehowę.
Abinoem, wielbij Pana! Oto, starcze, Barak twój
Podniósł dłoń i obtarł krwawy z Izraela skroni znój.
Rozmawiajcie z sobą głośno, który jedziesz na oślicy,
Który siedzisz przed swym domem, który sądzisz na stolicy!
Izraela Bóg potężny przed hufcami memi szedł;
Ziemia drżała, góry mdlały, potok Cyson zjeżył grzbiet,
Przerażone słońce w chmurę owinęło twarz swą zbladłą,
Kiedy orłów moich stado na Sysary wozy spadło.
Przecz-żeś siedział u obory, przecz-żeś słuchał wrzasku trzód,
Gdy swą duszę na śmierć wydał Naftalego dzielny ród,
Gdy Izaschar, gdy Zabulon szpony drzewiec wpił w Sysarę,
Gdy rozpraszał wozy w polu, jako sokół wróble szare,
Przecz-żeś, krzesząc podłe zyski, na okrętach kupczył, Dan?
Czemuś, Aser krył się w skałach, gdy z Sysarą walczył Pan?
Przeklinajcie podle Meroz, jego starce i młodzieńce!
Zabulona dział wyniosły!... Neftalimom plećcie wieńce.
Bądź wielbiona, wielka Jahel! Tyś pomogła wrogów zmódz!
Pod jej namiot zbiegł Sysara, chananejskich mężów wódz;
Prosił wody, dała mleka, na przystawce mu książęcej
Dała masła, dała mleka, niźli prosił, dała więcej.
Po wsze wieki bądź wielbiona, wielka Jahel! W prawą dłoń
Młot ujęła i gwóźdź przeszył uśpionego wodza skroń;
Potok Cyson go nie pożarł, przed Baraka zbiegł pogonią,
U Jaheli nóg się skurczył, pod Jaheli poległ dłonią.
Siadła w oknie stara matka, we skraj nieba wzrok jej wrósł:
„Przecz Sysara nie powraca, rychłoż zagrzmi jego wóz?“
I odrzekły jej służebne i odrzekła sobie w duszy:
„Snadź wpierw łupy porozdziela, nim do domu zasię ruszy“.
Tak niech zginie wróg wszelaki! Tak niech w prochu tarza twarz,
Kto się waży walczyć z tobą, Boże wielki, ojcze nasz!
Tak niech zginie wróg wszelaki! A dla wiernych twoich dzieci
Na wysokich niech niebiosach wiecznie jasne słońce świeci!

(Adam Maszewski).

III. Księga Hioba.
W ziemi Hus (na granicy Arabii i Idumei) żył mąż dostojny, pobożny, poważany i bogaty, imieniem Hiob. Miał siedmiu synów i trzy córki. Wtem, z dopuszczenia bożego, spadać nań zaczęły klęski jedna po drugiej. Powód do tego dopustu przedstawiony tu został w sposób następny:

Dnia jednego się zeszli niebiescy synowie,
Przed tronem wiekuistym cześć składać Jehowie.
Wrychle do nich i szatan, śledzca świata, zdążył.
— Skąd idziesz? — Pan zapytał. — „Ziemię-m wszerz okrążył“.
— „Nie widziałeś Hioba, — rzekł Pan, — mego sługi?
Zaiste jemu równy nie zrodził się drugi,
Szczery, prosty, pokorny, bliźnim dobroczynny,
Choć mię często skłaniałeś, by cierpiał niewinny. —
Na to szatan: „Czyż on się darmo ciebie lęka?
Czyż go nie błogosławi, nie broni twa ręka?
Kwitnie mu dom i stada igrają po łanie;
Lecz weź mu, co ma, ujrzysz, jak wiernym zostanie“.
I rzekł Pan: Wszystko, co ma, daję pod twą wolę,
Na niego tylko ręki ściągnąć nie dozwolę.

Istotnie wkrótce potem wrogowie zabrali Hiobowi cały dobytek, piorun zabił stada i czeladź, wicher gwałtowny zwalił dom, w którym biesiadowali synowie i córki, i o śmierć ich przyprawił; wreszcie straszliwa choroba całe ciało Hiobowe pokryła wrzodem okropnym. Zniósł to wszystko w pokorze mąż sprawiedliwy i dał nawet naukę żonie, która szydziła z jego pobożności. — Przybyli do niego trzej przyjaciele: Elifas, Bildad i Sofar; nie poznali go; okryty strasznemi ranami siedział na kupie gnoju, skorupą oskrobując ropę. Siedem dni i siedem nocy siedzieli przy nim, nic nie mówiąc, głowę swoją prochem posypawszy. Wówczas Hiob głęboko odczuł ból życia i przeklął dzień swego urodzenia:

Przeklęty ów dzień, gdym na świat przychodził,
I noc, co rzekła: człowiek się narodził.
Niech ten dzień wieczne przyodzieją chmury,
Niech Bóg o niego nie zapyta z góry,
Niechaj go żaden promień nie doścignie,
Niech na swą czarność jak na grób się wzdrygnie.
Po co mię pierś karmiła, trzymały kolana?
Byłby mi pokój został i noc nieprzespana;
Razem z królami spałbym do tej chwili,
Co groby swoje w chmury powznosili,
Razem z możnymi, co skarby władali,
Co i dom śmierci złotem zasypali,
I jabym zniknął jak płód niedojrzały,
Dzieciom podobien, co świata nie znały....
I po co jam się urodził?...
Mnie dokoła Bóg ogrodził....
Łzami roszę pożywienie,
Skargi płyną jak strumienie,
Okropność ściga mię wszędzie;
Czego się lękam ... przybędzie.
Wiecznie wzdycham za pokojem,
A drżeć przeznaczeniem mojem.
............

Przyjaciele zamiast pocieszać, czynili mu zarzuty srogie i domyślali się w przeszłości jego grzechów, za które go Bóg obecnie ukarał. Hiob jest przekonany o swej niewinności i widzi w ciągłem cierpieniu przeznaczenie ludzi:

Bojem jest życie człowieka,
Dniem najemników dni jego pracy,
Jako niewolnik na spoczynek czeka,
A najemnik na dzień płacy:
Tak na mnie teraz padły złe miesiące
I nocy smutkiem ciężące.
Do snu idąc czekam rana,
Że mi przecie ulgę wróci,
Że mi boleść moją skróci,
Noc przeminie nieprzespana,
Ni poranek cierpień skróci....
Za cóż się pastwisz nad nędzną ofiarą?
Wszak mój żywot tylko parą:
Raz mi naciśniesz powieki,
A już ja ziemi nie ujrzę na wieki.
Widzący będą szukać mię oczyma,
Ty szukać będziesz, ale mnie już niéma.
Jako się obrok rozprasza i ginie,
Tak człowiek znika w cieniów krainie.
Więc też mym ustom nie wzbronię;
Niech duch, co cierpi, wyzionie....
Syt jestem życia, krótkie już dni moje,
Czemuż się srożysz nade mną?
Wszakżem ja parą nikczemną.
Odwróć, odwróć, oczy twoje!
Czemże jest człowiek, że się tak wielmożysz,
Potęgą twoją nań srożysz,
Że mię szukasz z wschodem słońca
I na chwilę nie porzucisz,
Śledzisz i dręczysz bez końca.
Nigdyż ode mnie tych oczu nie zwrócisz?
Com ci zawinił, ludzi śledzicielu,
Ja nędzarz pośród cierpienia bez celu,
Ja ciężar sobie samemu?
Mogęż być wrogiem tobie, potężnemu?
Wszak ja proch jestem; ty rzucisz oczyma,
Szukać mię będziesz — a mnie już nié ma.
............
Mocny w swej sile, w przedsięwzięciu stały,
Któż się mu stawił i kto wyszedł cały?
On góry zniesie, a żadna z nich nie wie,
Że on je zniszczy w swym gniewie,
Drżącą ziemię z miejsca ruszy
I posady jej pokruszy.
On sam rozciąga niebios przestworza
I chodzi po wałach morza;
Przykaże słońcu i słońce nie wstanie
I gwiazdom zamknie mieszkanie....
Któż się mu oprze, kto mu odpowie?
Drżą przed nim ziemscy panowie.
A ja, któż jestem, bym prawo z nim czynił,
Abym z nim wchodził w rozprawę?
Milczałbym przed nim, choć dobrą mam sprawę;
Łaskibym prosił, choć-em nie zawinił.
A choćby moje słyszał wołanie,
Do rozmów ze mną nie stanie,
W chmury się na mnie uzbroi,
Tysiące ran we mnie złoży,
Duszę goryczą napoi,
Tysiącem cierpień zatrwoży!...
Pójdę na siłę — cóż z mocnym dokażę?
Pójdę do prawa — gdzież na niego sędzie?
Choć ja bez winy, on przecież mię skarze,
Choć prawo za mną, on mym sędzią będzie,
Choćbym sam jak śnieg był biały,
On mię w kał wmiesza i tak ohydzi.
Że się mną moja szata obrzydzi.
Ach! i dni moje jako goniec miną
I znikną, próżne słodyczy,
Śpieszą jak łódź między trzciną,
Jako orzeł ku zdobyczy....
O! jak mi tęskno w tem ciele!
............

Lecz kiedy mi ten wyrok już był boży,
Wszak i tak rychło mój koniec obaczę,
Niechże swój pocisk choć na chwilę złoży,
Niech wolniej nieco nad sobą zapłaczę,
Zaczem pójdę, skąd nie cofnę kroku,
W krainy wiecznego mroku.
Tam już dla mnie noc bezpieczna,
Bo niezawodna i wieczna;
A tu w południe noc mamy,
Tu się bez ładu błąkamy,
Zwodne światełek promienie,
A istotne nocy cienie....

O jakże smutne życie śmiertelnika!
Skąpa dni liczba w goryczy mu płynie,
Jako kwiat zejdzie i minie,
Jako cień leci i znika....

Drzewo, gdy zostanie ścięte,
Jeszcze mieć może nadzieję,
Że w gałązkach rozwinięte
Na nowo zazielenieje:
Jeśli korzenie w ziemi wysuszone,
Jeśli pień jego na proch się roztoczy,
Wnet, gdy je wonny deszcz zmoczy,
W nowych gałązkach zakwitną zielone.

Lecz gdy śmierć złoży człowieka,
Cóż mu zapewni byt przyszły?
Oto z morza wody wyszły,
W spiekłych polach wyschła rzeka,
On leży, grobli nie rzuci,
Już chmury deszczu nie leją,
Już się i nieba starzeją,
A jego nikt nie ocuci.

Obyś mię ukrył gdzie w cieniów krainie,
Obyś mię ukrył, aż gniew twój przeminie;
Wtenczas o mnie wspomnij sobie,
Wtenczas mi, wtenczas wytknij zawód nowy.
Ale ach! złożony w grobie
Nikt już nie podniesie głowy.
............
Gdy z znikłym dla mnie światem nic nie dzielę,
I już w ciemności łoże sobie ścielę,
Zgnilizno, mówię, tyś jest moim światem,
Robactwo matką i siostrą i bratem!
I po cóż jeszcze mam żywić nadzieję,
I kto mi powie, gdzie ona dośpieje,
Tam do ciemnego pójdzie za mną lochu,
Tam z nią pospołu odpoczniemy w prochu.
............

I na cóż mi się przydało,
Jak zwierzę w zębach unosić me ciało
I w ręku życie jako skarb ukrywać,
Czegóż ja mam się spodziewać?
Czy dłużej, czy krócej żyję,
Wszak wiem, że on mię zabije.

Jabym chciał tylko powiedzieć mu w oczy,
Że mnie niewinnie tak tłoczy....
A więc niech każdy z was słucha,
Śmiało niech mi staną sędzie;
Co powiem, przyjmcie do ucha,
Wiem, że prawo za mną będzie;
Niech więc wystąpi, kto wie na mnie winę,
Gdy mu zamilknę, niech zginę.
Dwie tylko, Boże, mam do ciebie prośby:
Zdejm ze mnie rękę i usuń twe groźby:
Wtenczas odpowiem: ty badaj;
Lub mnie daj pytać, a ty odpowiadaj.

Jehowa z głębi ciemnej chmury odpowiada Hiobowi, wskazując słabość człowieka wobec wszechpotęgi boskiej i nieroztropność roztrząsania wyroków jego:

Któż jest, który bezrozumnie
Śmie wikłać moje układy?...
Opasz twe biodra, jak mąż zbliż się ku mnie,
Ja pytać będę, ty wskaż twoje rady.

Gdzie byłeś wtedy, gdym ziemię zakładał?
Powiadaj, kogom się radził;
Powiedz, kto jej długość nadał,
I kto po niej wszerz prowadził?
Na czem oparł jej posady,
Kto jej założył kamień węgielny,
Gdy mu aniołów poczet nieśmiertelny,
Gdy mu gwiazd samych śpiewały gromady?
Kto zawarł morze w warownem korycie,
Kiedy się z matki łoża wyrywało,
Kiedy chmurę za powicie,
A mgłę za odzienie miało?
Gdy mu rozmierzyłem tamy,
Warowne-m naznaczył bramy,
Rzekłem: tu kres twej drogi,
Nie postąpisz za te progi!

Powiedz, gdzie do światła ścieżka?
Powiedz, kędy ciemność mieszka?
Czyjeż to oczy obłoki zliczyły?
Kto z chmur żywota deszcz sączy,
Że z bryłą spłyną się bryły,
A proch jak kruszec się łączy?...

Alboś ty widział śniegowe zapasy,
Czyliś poznał skarbiec gradów,
Który na ciężkie zachowuję czasy,
Na czasy zbrojnych napadów?
Kto bywa ojcem powodzi,
Kto wydaje krople rosy,
Czyje łono lód urodzi?
Kto mrozem iskrzy niebiosy,
Kiedy pod lodem ukryją się morza,
Jak kamień morskie stwardnieją przestworza?

Czy ty ułowisz lwice ze zdobyczą,
Albo nakarmisz lwięta, kiedy ryczą,
Albo leżąc przed jaskinią,
Na zwierza zasadzki czynią?

Czyli przez ciebie koń życiem natchniony?
Kark jego w piękny włos otoczon grzywy,
Jako szarańcza przesadza zagony
I nozdrzem parska dla wrogów straszliwy,
Rwie grunt kopytem, siłą wesoły,
Tętniąc rzuca się na wrogi,
Rżeniem natrząsa się z trwogi,
Nie drży, gdy błyśnie miecz goły,
Nad nim poświst strzał szeleszczy,
Szabla błyska, tarcza chrzęszczy,
Piaski wyrywa, strzyże uszyma,
Trąbę posłyszał, już miejsca nie trzyma,
Trąba głośniejszy znak dała,
Już się puścił, jako strzała;
Wietrzy zdala boju szyki,
Głosy wodzów, wojsk okrzyki.

Czyliś ty drogi naznaczył sokoła,
Że on na południe leci,
Czy twój głos orła ku obłokom zwoła,
Aby na skałach słał gniazdo dla dzieci?
Na skałach mieszka wysoko,
Tam twierdzę swoją zakłada,
Zdala mierzy jego oko,
Jako strzała na łup spada,
Krwią napawa swoje dzieci,
Gdzie trup leży, tam przyleci.

Lub czyli wodą krokodyla zdradzisz,
I ozór ściśniesz mu liną,
I nozdrza przekolesz trzciną,
I za żelazną obręcz poprowadzisz?
Lub czyli płacząc, będzie płakał szczerze,
I skomleć, jakby zawinił,
Czy z tobą wejdzie w przymierze,
Byś go twym sługą uczynił?
Czyż go dłoń twoja jak ptaszka uchwyci,
Dziewicom k’woli uwiąże na nici;
Czy go czarami przywabisz do dołu,
Gości nim twoich uraczysz u stołu?
Czyli go przeszyjesz grotem,
Niewód na głowę zarzucisz?
Ściągnij nań rękę, już potem
Do walki z nim nie powrócisz.
Patrz na jego uzbrojenie:
Kto zwlecze z niego odzienie
I kto śmiały ściągnie ręce
Ku jego dwojnej paszczęce?
Kto jego gardło rozczepi,
Gdy straszne zęby najeży?
Grzbiet jego jak dach puklerzy
I łuska z łuską się lepi.
Ogień bucha z jego pary,
Oko jako ogień błyska,
Z paszczy kłębem miota żary,
Gdy parska, iskrami pryska,
Jak z naczynia wary wrzące,
Z nozdrzy jego dym się wali,
Dech jego węgle rozpali.
W karku jego siła siedzi,
Przed nim strach zatacza koła;
Ciało ulane jak z miedzi,
Piorun go wstrząsnąć nie zdoła.
Gdy się dźwignie, drżą mężowie,
Pierzchną, gdy na brzegu lęże.
Miecz nie utkwi w jego głowie,
Grot, ni oszczep nie dosięże.
Stal się na nim jak źdźbło kruszy,
Żelazo, jak próchno drzewa,

Pocisk procy jako plewa,
Sto żagli z miejsca nie ruszy,
Źdźbłem zowie dzidę morderczą,
Natrząsa się twojej sile,
Pod spodem kolce mu sterczą
I bruzdy orze po ile.

W końcu Jehowa wprost się zwraca do Hioba, mówiąc:

Chcesz-że jeszcze prawom przeczyć.
I dziełom moim złorzeczyć?
Jeśli mnie równym się szczycisz,
Czemuż piorunów nie chwycisz?
Przyodziej się majestatem,
Nad zlęknionym wznieś się światem,
I zatop w gniewu powodzi
Wszystko co z granic wychodzi —
Spraw, niech się dumny zapadnie,
Wiecznie przykowaj go na dnie,
Wtenczas ja cię będę sławił,
Żeś dzieła przeważne sprawił.

(K. Brodziński).
Dla szczerości jednak Hioba, przebacza mu, a robi wymówki jego przyjaciołom; każe im złożyć ofiary, a Hiobowi błagać go za nich. Hiob powrócił do zdrowia i majątku, doczekał się siedmiu synów i trzech córek, żył jeszcze lat 140. — Szatan odszedł zawstydzony.

IV. Pieśń nad pieśniami (Szir Haszirim).

Czarna-ć ja jestem, lecz miła,
O córki jerozolimskie!
Jako Kedaru namioty,
Jak Salomona kobierce.

O! nie patrz na mnie, żem czarna;
To słońce mię opaliło.
Źli mojej matki synowie,
Winnicy strzedz mi kazali;
Ja za to w mojej winnicy
Nie byłam pilną.

Ja was zaklinam córki syońskie,
Jeśli znajdziecie mego kochanka,
Powiedzcie ode mnie,
Żem chora z miłości.

— I któż jest twój miły nad miłych,
O najmilsza z dziewic?
I któż jest twój miły nad miłych,
Że nas tak zaklinasz?

— Mój miły jest biały, rumiany,
Naczelnik tysiąców;
Jak złoto najszczersze ma głowę,
Włos jego czarniejszy od kruka,
Wzrok jego jak oczy gołębi,
Co w mleku kąpane pływają,
A lica jak grzędy,
Woniami osute,
A usta jak róże
Mirrami woniące,
A ręce jak złoto
Turkusem osnute;
Jak słupy z marmuru
Na złotej podstawie
Są nogi jego.
Postawa, jak góra Libanu,
Wyniosły jak drzewo cedrowe,
Słodycze ma w uściech
I cały jest słodki.
Ach! ten jest mój miły,
Wy córy syońskie!

∗             ∗

To głos mojego kochanka....
Widzicie, oto przychodzi!
Wzgórki przeleciał,
Doły przeskoczył,
Chybki jak sarna mój miły,
Jako jelonek pędliwy.
Patrzcie! już zdążył,
Stoi za węgłem,
W okno zagląda
Sięga za kratę.
Mój miły mówi,

Do mnie to mówi:
Wstań, o kochanko,
Wstań, miła moja,
I pójdź....
Bo oto już zima minęła,
Bo oto już deszcze zszumiały;
Na polach się kwiaty rumienią,
Do pieśni, do pieśni czas nastał,
Czas wino obcinać w ogrodzie,
Turkawka już grucha na łące,
Już figa swój owoc zmiodziła,
W winnicy już grona winnieją.
Wstań, o kochanko,
Wstań, miła moja
I pójdź....
O! wyleć ze skalnych rozpadlin,
O! wyleć, gołąbko ty moja,
Niechaj zobaczę,
Niechaj usłyszę,
Miłe twe lica
I głos....

∗             ∗

Piękną ty jesteś, o miła moja!
Piękną jak Tyrsa, jak Jeruzalem,
Straszna jak wojsko stojąco w szyku.
Odwróć ode mnie, ach! odwróć oczy.
One mocniejsze ode mnie.
Twa szyja jest wieżą słoniową,
A oczy stawem Hebronu.
Twe włosy są trzodą kóz dzikich,
Pasionych w Gilead.
Twe zęby są trzodą owieczek
Po strzyży z kąpieli;
Z nich każda prowadzi bliźnięta,
Żadnego nie zbywa.
Szkarłatu tkaniną twe usta
I głos twój miodowy.
Twe lica jak jabłko czerwone
Pomiędzy włosami.
A nos twój, jak zamek Libanu,
Ku stronie Damaszku patrzący.
Zagięcia twych bioder jako łańcuch
Ukuty ręką misterną.
Jak piękne twe stopy w obuwiu,
Jak piękne, o córko szlachetna!
............
O! siostro i moja kochanko!
Zraniłaś mi serce,
Podbiłaś mię sobie spojrzeniem
I splotem twych włosów.

Twe usta, o! siostro kochanko!
Są słodsze od wina;
I wonność, co z ciebie wydycha,
Nad wonie wszelakie.

Tyś ogród, zamkniony zdrój święty
I studnia warowna;
Tyś jabłoń jest rajska nietknięta,
Z kosztownym owocem,
Cynamon, i krokosz, i mirra,
I wonie rozliczne,
I zdroje wód żywych Libanu,
I studnie ogrodu.

Hej! wiatry, z pól nocy powstańcie,
Z południa się zbierzcie,
Przewiejcie mój ogród dokoła,
Niech płynie woń jego.
............
Jak pieczęć w twoje wciskam się piersi,
Jak pieczęć w twoje ramiona,
Bo miłość jak śmierć jest silna,
Jak piekło jej żal nie gaśnie,
Jej węgiel — węglem żarzącym,
Płomieniem Pana.

Miłości ogień nie zgasi,
Ni rzeki schłonąć jej mogą;
Niech mąż za miłość da dobra i mienie,
Będzie i wyśmian i wzgardzon.

∗             ∗

Jak jabłoń między drzewami w lesie,
Tak jest mój miły między synami.
Pod cieniem jego wypocznę sobie,
I owoc jego słodki mym ustom.

On mię wprowadził do domu wina,
A sztandar jego nade mną —
Jest miłość....
Wzmocnijcie mię winem,
Posilcie jabłkami,
Bom chora z miłości.
............

Ach, słodkie wino! kochanka mego
Zwolna zmogło.
Słodyczy pełne usta jego
Marzą we śnie.
Jam jest miłego,
Jam jego rozkosz.
O! pójdź, kochanku,
Ze mną na polach,
Na wsi zamieszkać:
Rano wstaniemy,
Pójść do winnicy,
Czy wino kwitnie,
Grona dojrzeją?
Tam ci, o luby!
Miłość poświęcę.

Kwitną już kwiaty miłości
Wokoło mieszkania.
Tam wszystko jest piękne —
I stare i nowe —
Tobiem to wszystko chowała!

(K. Brodziński).

V. Kaznodzieja (Kohelet).

Kaznodzieją jestem; — byłem
Niegdyś Izraela głową,
I w mem sercu umyśliłem
Znać wszystką mądrość światową.
Bóg zaszczepił w ludzkich synach
Tę chęć, najgorszą z igraszek,
Bo znalazłem w wszystkich czynach
Pełno marności i fraszek.

Krzywy — krzywym i w ozdobie,
Na głupców niemasz ilości.
Otom wielki! — rzekłem w sobie —
Wszystkie zgłębiłem mądrości.
Nikt przede mną w Jeruzalem
Nie słynął takiem imieniem,
A oto poznałem z żalem,
Że wszystko ducha strapieniem.

Wiedza wielka, mądrość wielka,
Pracą li jest i kłopotem....
Oto rzekłem: rozkosz wszelka
Niech mnie chwyci kołowrotem,
Niechaj mnie uniesie pędem.
I to marność! Rzekłem we mnie:
Wesołości! jesteś błędem,
Czegoż zwodzisz mię daremnie?...

I myśliłem: Wino złote
Niechaj me ciało uzdrowi;
Wszystką mądrość i głupotę
Pod rozbiór oddam duchowi:
Niechaj pozna, co nam służy
Najlepiej w całym żywocie.
I budując pałac duży
Nasadziłem winnic krocie.

I naszczepiłem w ogrodzie
Ze wszystkich owoców drzewa,
Gdzie w krętych kanałów chłodzie,
Swobodnie owoc dojrzewa.
Miałem służebne i sługi,
I takie stada i trzody,
Jakich od wieków nikt drugi
Nie miał w Jeruzalem wprzódy.

Zgromadziłem złota więcej
Niż wszystkie krainy miały,
Chóry męskie i dziewczęce
Przy ucztach dla mnie śpiewały.
Rozkosz człowieczą bez miary
Pełnemi dłońmi czerpałem,
Miałem klejnoty, puhary
I złote naczynia miałem.

Po mych dziełach naokoło
Dumnie okiem potoczyłem,
Bo je pracą i mozołą,
Krwawym trudem natworzyłem.
Marna praca rzeczy próżnych!
I to ducha niepokoi,
Z tych dzieł moich wieloróżnych
Cóż pod słońcem się ostoi?

Przyszedłem oko położyć
Na mądrość, głupstwo, szaleństwo:
Cóż jest człowiek, że chce tworzyć,
Na wszech-króla podobieństwo?
Jak pochodnia od ciemności,
Mądrość od głupstwa odchodzi,
Mądry ma oczy światłości,
A głupi pociemku chodzi.


Rzekłem w sercu: cóż pomoże,
Żem świat pojął i zrozumiał.
Gdy w grób jeden się położę
Razem z tym, co nic nie umiał.
Ni pamięć po nas zostanie —
Wszystkich zrówna zapomnienie.
Jakaż marność w tem, o Panie!
Jakież ducha utrapienie!

I omierzło mi to życie,
Brzydziłem się moją pracą.
Mój następca, moje dziecię,
Będzież mądre, czy ladaco?
Com natworzył w pocie czoła,
Wszystko, wszystko będzie jego,
Moje domy, moje sioła....
I jestże co tak marnego?

I zaprzestałem pracować,
I oddałem się smutkowi:
Cóż pomoże skarby chować,
By je oddać leniwcowi,
Co mozołą i przemysłem
Nagromadzę gospodarnie,
On użyciem niezawisłem
Wszystko to roztrwoni marnie.

Cóż za korzyść z pracy człeka?
Dni jego pełne boleści,
I sen od niego ucieka,
I życie marne, bez treści.
Izali nie jest to lepiej
Jeść, pić i puch mieć miękki?...
Lecz i ta rozkosz nie krzepi,
Gdy z Bożej nie idzie ręki.

(K. Ujejski).
(Przed K. Ujejskim, przetłómaczył utwór ten wierszem Stanisław Herakliusz książę Lubomirski p. n. „Ecclesiastes czyli księga Coheleth z Pisma św.“ Warszawa l706 r.; a podał w bardzo swobodnej przeróbce Adam Naruszewicz jako XXVII pieśń Liryków księgi IV., p. n. „Vanitas Vanitatum“).

VI. Przysłowia Salomona.

Mądrość po ulicy swe kazania miewa....
Na wzniesieniu wśród tłumów woła;
Przy wejściu do bram, w pośrodku miasta
Głos swój podnosi:
„Zwróćcie się ku moim przestrogom;
Ja wam ducha swojego objawię
Oznajmię wam moje słowa....
Mnie posiadał Bóg na początku
Przed swojemi dziełami, dawniej....
Od wieczności jam uwieńczona,
Od początku przed praczasem ziemi.
Gdy nie było jeszcze otchłani, jam była zrodzona;
Gdy jeszcze nie uczynił ziemi i obszarów
I pierwiastkowego pyłu świata.
Gdy sposobił niebiosa, byłam już tam,
Gdy wytężał obłoki z wysokości....
Gdy stanowił morzu jego granice,
Gdy kreślił podstawy ziemi....
Wtedy byłam przy nim wychowanicą,
Wtedy byłam rozkoszą dnia po dniu,
Igrając przed nim w każdym czasie,
Igrając w jego świecie ziemskim,
A rozkoszując się z synami człowieczymi.

∗             ∗

Cna niewiasta jest koroną swojego męża,
A jak zgnilizna w kościach jego — haniebna.
Mądrość kobiety buduje ich dom,
Głupota własną ręką go obala.
Nadobna kobieta zyska cześć,
Jak łupiezcy zyskają bogactwo.
Pierścień złoty w nozdrzach świni,
Kobieta piękna a wyzuta z obyczajności.
Lepiej mieszkać w kącie na dachu,
Aniżeli z kobietą kłótliwą w domu wygodnym.

∗             ∗

Lew ryczący i niedźwiedź łaknący —
Złoczyńca panujący nad ludem biednym.
Panujący gdy zważa na słowa kłamliwe,
To wszyscy jego słudzy — złoczyńcy.
Źródło mętne i studnia zepsuta, —
Sprawiedliwy, płaszczący się przed złoczyńcą.
Gdy się mnożą sprawiedliwi, raduje się lud,
A gdy panuje złoczyńca — jęczy lud.

(Iz. Kramstück).
(Zobacz rozprawę Ig. Radlińskiego: „Dydaktyczna poezya hebrajska“ w Ateneum 1879 r., II., 343—369).

VII. Psalmy (Tehilim).
a) Psalm 7.

W tobie ja samym, Panie! człowiek smutny
Nadzieję kładę, ty racz o mnie radzić;
Nieprzyjaciel mój jako lew okrutny
Szuka mej duszy, aby ją mógł zgładzić;
Z jego paszczęki jeśli mię, mój Boże!
Ty sam nie wyrwiesz, nikt mię nie wspomoże.
Jeśli mię Panie! słusznie oszacował
Zły człowiek, a ma do mnie jaką winę:
Jeślim przyjaźni nieszczerze zachował,
A do złej chęci dał z siebie przyczynę:
Niech nieprzyjaciel górę ma nademną,
Niech mię w proch zetrze i moją cześć ze mną.
Powstań! o Panie wieczny! w gniewie twoim
Przeciw złych ludzi niepobożnej radzie,
A powstań z pomstą, jakąś prawem swojem
Opisał, oto lud w wielkiej gromadzie
Wyroku twego czeka: jeśli złemu,
Czy upaść przed twym sądem cnotliwemu?

Przeto o sędzio, sędzio wiekuisty!
Chciej na wysokiej siąść stolicy swojej,
A jeślim jest praw i przed tobą czysty,
Osądź mię wedle niewinności mojej.
Złego złość zniszczy, a człowiek cnotliwy
Jest w opiece twej, Boże sprawiedliwy.
Boże, przed którym tajne być nie mogą
Myśli człowiecze, w twej stojąc obronie,
Przed żadną nigdy nie uciekę trwogą,
Bo szczere serce w twojej jest zasłonie.
O sprawiedliwy sędzio! ty każdego
Sprawnie oddzielasz wedle zasług jego.
Jeśli się człowiek zły nie pohamuje,
Pan swój miecz ostry, pan łuk natężony
Na ręku trzyma i strzały gotuje
Śmiertelne: zapadł w zazdrość człowiek płony,
Niesprawiedliwość nosi, kłam urodzi,
Dół pod nim kopie, a sam weń ugodzi.
Sam się upęta w chytrem sidle swojem,
Nań się obalą wszystkie jego złości —
A ja podparty miłosierdziem twojem,
Próżen i troski i niebezpieczności,
Sąd sprawiedliwy i twe imię, Panie!
Wyznawać będę, póki duszy stanie.

(Jan Kochanowski).


b) Psalm 9.

Ciebie będę, Boże prawy,
Całem sercem wyznawał,
Twoje wszytkie dziwne sprawy
Będę światu podawał;

Będę wesół w twej obronie,
Będę wszechnajświętszemu
Przy łagodnej śpiewał stronie
Imieniowi twojemu.

Nieprzyjaciel mój strwożony
Podał tył nieuczciwy,
I padł strachem ogarniony,
Widząc twój wzrok straszliwy;

Ty litujesz krzywdy mojej,
Tyś kwoli niewinności
Zasiadł na stolicy swojej,
Sędzio sprawiedliwości!

Przepadli ziemię przeklęci
Na twe słowa fukliwe,
Wytarłeś z ludzkiej pamięci
Ich imiona chlubliwe.

Zły człowiecze! spustoszyłeś
Pola nieprzerodzone,
Zwojowałeś, wywróciłeś
Miasta pięknie sadzone.

Ich pamięć pospołu z nimi
Na wieki zaginęła,
Ale pańska moc wiecznymi
Czasy będzie słynęła.

On stolicę swą narządził,
On ludzkie nieprawości
I wszystek świat będzie sądził
Podług sprawiedliwości.

On jest ucieczka ubogich,
On dodaje ratunku
Położonym w krzywdach srogich
I w żałośnym frasunku.


Wszyscy, którzy go poznali,
Jemu niechaj ufają;
Nigdy się nie oszukali,
Którzy w nim ufność mają.

Mieszkającemu śpiewajcie
Na wysokim Syonie;
Jego moc opowiadajcie
Narodom w każdej stronie.

Pomścił się Pan sprawiedliwy
Krwie niewinnej rozlania,
Usłyszał płacz żałobliwy
I ubogich wołania.

Użyj nade mną litości,
Boże nieogarniony!
Patrz w jakiej niebezpieczności
Jestem dziś położony.

Chciej mię z mąk srogich wybawić,
Śmierci nieubłaganej,
Abych twe sprawy mógł sławić
W cerkwi twojej wybranej.

Jam smutny tak lamentował,
A tyś usłyszał w niebie,
Teraz się będę radował,
Mając obrońcę z ciebie.

W tym się dole potopili,
Który sami kopali,
W tem się sidle połowili,
Które sami stawiali.

Nie darmo Bóg sprawiedliwy,
Po wszystkie wieki słynie,
Uplótł się człowiek zdradliwy
W swoich rąk własnych czynie.

Upad wisi nad grzesznymi,
Upad nieuchroniony,
Nad narody przeklętymi,
Kędy Bóg zapomniony.

Nie na wieki Pan przebaczy
Upadłego człowieka.
Ich nadzieja (tak Pan raczy),
Ważna będzie od wieka.

Powstań, wieczny nasz obrońca!
Nie daj się zmocnić złemu,
Twój sąd niech będzie do końca
Światu jawny wszystkiemu.

Ogarnij strachem pogany,
Niech się ludźmi być znają,
Którzy dziś mogą być pany,
Jutro z chudym zrównają.

(J. Kochanowski).


c) Psalm 15.

Kto będzie w twojem mieszkaniu przebywał?
Kto będzie twego pałacu świętego,
Wieczny mój Boże! wesela zażywał?

Człowiek niewinny, człowiek uprzejmego
Serca, który sprawiedliwość miłuje,
Który nie mówi słowa fałszywego,

Który bliźniego swego nie szacuje,
Nie szuka z cudzą szkodą swej korzyści
Przeciw obmowcom sąsiada ratuje,

Ma niepobożne ludzie w nienawiści,
Dobrym, gdzie może, pomocy dodawa,
A co przyrzecze, by najciężej, ziści,

Pieniędzy w lichwę nikomu nie dawa,
Nie bierze darów przeciw niewinnemu:
Kto się tak rządzi, kto przy tem zostawa,

Śmiele niech ufa pokojowi swemu.

(Jan Kochanowski).


d) Psalm 93.

Pan chce królować, odział się zacnością,
Okrył się męstwem wszystek i dzielnością;
Pan, przez którego krąg nieporuszony
Ziemski stworzony.
Stolica jego od początku świata
Jest założona, a on wszystkie lata
Uprzedził; ale i wieków nie stanie,
A on zostanie.
Niech huczą rzeki, niechaj głośne wały
Swym gęstym szykiem uderzają w skały;
Groźniejszy morza i wszech nawałności
Bóg z wysokości.
Chybić nie może, co ty kiedy swojem
Słowem wyrzeczesz; przeto w domu twoim
Wieczna powaga, wieczna cześć zostanie
Prawdziwy Panie!

(Jan Kochanowski).


e) Psalm 104 (w skróceniu).

Duszo! śpiewaj Panu pieśń: O, nieograniczony
Nieba i ziemie sprawco! wielceś uwielbiony!
Ciebie obeszła wkoło cześć i wieczna chwała,
Ciebie jasność jako płaszcz ozdobny odziała,
Tyś niebo jako namiot rozbił ręką swoją,
Nad niem wody za twojem rozrządzeniem stoją;
Chmury — twój wóz; twe konie — wiatry nieścignione
Duchy — posłańce; słudzy — gromy zapalone.
Twym rozumem tak wiernie ziemia usadzona,
Że na wieki nie będzie nigdy poruszona;
Na tej jako powłoka przepaści leżały,
A góry niezmierzone wody zakrywały; —
Ale skoroś rzekł słowo, a niebo zagrzmiało,
Wody spadły, a morze na dół uciekało,
Skały ku górze poszły, pola rozciągnione
Opanowały miejsca przez cię naznaczone.
Ty z pałaców swych świętych, ojcze uwielbiony!
Spuszczasz na nizką ziemię deszcz nieprzepłacony,
A ona nieprzebranej łaski twojej syta
Wszystkiego wszystkim starczy; stąd trawa obfita
Bydłu ku pożywieniu; stąd zioła ogrodne
I wszelki rodzaj zboża, stąd wino łagodne,
Dobrej myśli naczynie, stąd chleb, który snadnie
Siłę twierdzi, stąd olej, po którym twarz gładnie...
Kiedy rękę otworzysz, wszyscy nasyceni,
A kiedy twarz odwrócisz, wszyscy zasmuceni;
Jeśli im ducha weźmiesz, w proch się wnet obrócą,
Jeśli im ducha natchniesz, na świat się zaś wrócą.

Pan, który kiedy pojrzy, ziemia drży; Pan, który
Kiedy ręką gór dotknie, dymem pójdą góry.
Dokąd mi tedy mego żywota dostanie,
Głos mój Panu i lutnia śpiewać nie przestanie.

(Jan Kochanowski).

VIII. Izajasz o zburzeniu Tyru.

Kwilcie okręty morskie, bo już Tyr zburzony!
Kędyż są szańce jego i wysokie baszty,
I jak cedry Libanu wznosząco się maszty,
I lud jego niezliczony?
Mówiłoś pyszne miasto — i czas niedaleki: —
„Dochodem moim morze, a żniwem są rzeki,
Port mój głęboki pod skały tej spadem
Narodów składem“.
O pyszny grodzie! dziś w żałobnym kirze
Umilkły pienia twe głośne;
Jak niegdyś o Egipcie, tak później o Tyrze
Powieści będą żałośne.
Z jakąż na ludy patrzałeś pogardą,
Ślepy w dostatków wytworze;
Bóg, chcąc ukarać zuchwałość twą hardą.
Dłoń swą wyciągnął na morze.
I zadrżały królestwa, rozsiadły się góry,
Chwieją się twierdze i warowne mury,
Chwieją się, chylą.... ciężkich głazów brzemię
Pada na ziemię.
Kwilcie okręty morskie, bo już Tyru niéma,
Już napróżno chciwemi szukać go oczyma.

(J. U. Niemcewicz).

IX. Tren Jeremiasza.

Dziedzictwo nasze przeszło do obcych,
A domy nasze do cudzoziemców.
Sierotyśmy bez ojca, matki nasze wdowy.
Wody nasze za pieniądze pijemy,
Drwa nasze za pieniądze kupujemy.
Na ciele swem ślady kaźni nosimy,
A odpocząć nam nie dają.
Do Egipcyan ręce wyciągamy i Assura,
Żebyśmy się mogli nasycić chlebem.
Ojcowie nasi zgrzeszyli — niemasz ich,
A my nieprawości ich ponosimy.

Niewolnicy panują nad nami,
A niemasz, ktoby nas z ich ręki wybawił.
Godniejsi z pośród nas ręką ich są powieszeni,
A i osób sędziwych uczcić nie potrafią.
Sędziowie po bramach już nie siadają,
Młodzieńcy zaprzestali pieśni swoich.
Ustało wesele serca naszego,
Pląsanie nasze w kwilenie się obróciło,
Spadła korona z głowy naszej!...

(Ig. Radliński).

X. Tren z czasów niewoli babilońskiej. (Psalm 137).

Siedząc po nizkich brzegach babilońskiej wody,
A na piękne syońskie wspominając grody,
Co nam inszego czynić jedno płakać smutnie,
Powieszawszy po wierzbach niepotrzebne lutnie?
Lecz poganin niebaczny w tej naszej żałobie,
Przedsię piosnkę Syóńską każe śpiewać sobie.
Przebóg! jako to ma być, aby pieśni pańskich,
Głos kiedy miał być słyszan w krainach pogańskich.
Jeślibym cię zapomniał, o kraino święta!
Niech moja swej nauki ręka zapamięta,
Niechaj mi język uschnie, kiedy cię przepomnię,
Kiedy cię na początku wesela nie wspomnię.
Pomni, wszechmocny Panie! co nam wyrządzali
Edomczycy, jako w nasz ciężki dzień wołali:
Zgubcie ten zły naród, ogniem miasto spalcie,
A ich mury do gruntu samego rozwalcie.
Ale i ty Babilon, strzeż dobrze swej głowy,
Bo już wisi nad tobą upadek gotowy.
Szczęśliwy, który-ć za nas odmierzy twe winy,
A o skalę roztrąci twe nieszczęsne syny!

(J. Kochanowski).

XI. Tenże tren w przetworzeniu K. Ujejskiego.

Płyną rzeki babilońskie, płyną, szumią w dal,
Wiatr powiewa brzeżną trzciną, nami chwieje żal
Nad wodami my usiedli o chlebie żebraczym:
Ziemio święta! matko nasza! kiedyż cię obaczym?

Tu na wierzbach długowłosych śród zielonych szarf,
Pokruszone wiszą struny od milczących harf;
Niechaj milczą stare harfy o strunach dziesięciu,
Niechaj nigdy w niewolnika nie zabrzmią objęciu!


Z głośnym śmiechem idą ludzie po wodę przez błoń:
„Hej harfiarze, syny wraże, z prochu wznieście skroń,
Zawtórujcie nam pieśniami do naszej swawoli!“
— Jakoż szukać wam wesela u tych, co w niewoli?

Jeruzalem! Jeruzalem! biedna ziemio ty!
Gdy twej męce nie poświęcę każdej mojej łzy,
Jeśli ciebie nie ogarnę swym synowskim żalem,
To mię przeklnij i zapomnij, matko Jeruzalem!

Niech me oczy robak stoczy, niech w nie pluje czerń,
Niech ma ręka w ogniu pęka, niech krzy się jak cierń,
Niech mój język jak gadzina przyschnie do gardziela —
Jeśli zaprę twych boleści dla chwili wesela.

Edomczyku! ty, co w krzyku niemowląt i żon
Ucztowałeś i pląsałeś przy połysku łon,
Ty, coś wołał, by nam Syon spustoszyć do gruntu,
A odporne miecze nasze zwał mieczami buntu —

Pomnij w trwodze, że na drodze twych zwycięstw i chwał,
Jak lew zcicha, kiedy czyha, nasz Bóg będzie stał.
I coś zdziałał, toć z nagrodą odda sądem bożym,
I co spadło na nas deszczem, spadnie na cię morzem.

Chwila jeszcze, a już będziem błogosławić tym,
Co nad grobem twym rozwieszą pożarowy dym,
Z ramion matek wyrwią śpiące dzieciąteczek głowy,
I ze zgrzytem roztrzaskają o brzeg granitowy!


Świat klasyczny.

1. HELLENOWIE (GRECY).

I. Homer.
A. Iliada.
Po wezwaniu Muzy, ażeby opiewała klęski Achejczyków, wskutek gniewu najdzielniejszego bohatera Achillesa wynikłe, poeta podaje powód tego gniewu. W jednej ze swych wycieczek wojennych Achejczycy (Danaje), oblegający Ilion (Troję), zabrali w niewolę córkę Chryzesa, kapłana Apollinowego, i oddali ją naczelnemu wodzowi swemu, Agamemnonowi. Chryzes przybył do obozu i błagał Achejczyków o wydanie córki, ofiarując bogaty okup; lecz Agamemnon próśb nie wysłuchał i groźnie Chryzesa z niczem odprawił. Ten uprosił Apollina, ażeby Achejczyków ognistemi swemi strzałami poraził. Apollo:

Wysłuchał go łaskawie, zstąpił gniewny z nieba,
Z łukiem swoim, kołczanem; na ramionach strzały
W bystrym biegu strasznemi szczęki przerażały.
Idzie jak noc posępny: siadł zdala, łuk spina;
Leci strzała i świszcząc powietrze rozcina.
Okropnym brzmiąc łuk jękiem, psy strzela i muły;
Wnet zgubne jego razy Achiwy poczuły.
Palą się bezprzestannie smutne trupów stosy.
Przez dziewięć dni na wojsko śmiertelne szły ciosy.

(Fr. Ks. Dmochowski).
Dnia dziesiątego Achilles z natchnienia bogini Hery (Junony), której żal było miłych jej Achejczyków, zwołuje lud cały dla narady nad zapobieżeniem klęsce. Wieszczek Kalchas objaśnia przyczynę nieszczęścia: była nią obraza Chryzesa; ażeby ją usunąć, trzeba Chryzejdę zwrócić ojcu i przebłagać Apollina. Agamemnon uczynić tego nie chce; powstaje kłótnia między nim a Achillesem, który zdanie Kalchasa popierał.

Nie myśl, boski Achillu, że w pole się dam wyprowadzić.
Chociażeś dzielny, lecz mnie nie oszukasz, nie otumanisz,
Chcesz więc sam się jedynie radować nagrodą zaszczytną,
Mnie zaś każesz Chryzejdy się pozbyć, z niczem pozostać.
Albo mi wnet Achajanie uczynią zadość i wynajdą
Inną nagrodę i sercu ucieszną i tej-że wartości,
Lub gdy nie, to zabiorę ją sam, poniewoli ją wezmę.
Twoją, Achillu, Odysa lub Telamończyka nagrodę
Wezmę do siebie, a ten się rozgniewa, do kogo przybędę.

Ale to wszystko i później możemy ogadać, a teraz
Okręt szybko żaglowny na boskie morze ściągniemy,
Zaopatrzymy w wioślarzy go tęgich, postawim w okręcie
Całą ofiarę i córkę Chryzesa obliczem nadobną
Wwiedziem na okręt, a z was, przewodnicy narodu, ktokolwiek
Będzie prowadził: Odysej, czy Ajaks, czy Idomoneus,
Albo, Achillu, i ty, wojowniku najsroższy ze wszystkich,
Iżby ofiarą przejednać Apolla w dal godzącego“.
Patrząc w niego z pod oka odpowie mu boski Achilles:
„Biada mi z tobą, człowieku bezwstydny, za zyskiem goniący!
Czemuż-to Achejczykowie, rozkazom twoim ulegli,
Poszli w kraje dalekie i boje okrutne staczają?
Wszak nie pożeglowałem w okrętach za krzywdę się własną
Pomścić; nie zawinili mi nic oszczepnicy Trojanie;
Nigdy-bo nie porywali mi koni, ni bydła mojego.
Ani we Ftyi[46] mężami słynącej, twardo-skibiastej
Nie stratowali mi zbóż, bo przegrodą im stoi za wiele
Gór ocienionych lasami i morze rozlewa się szumne; —
Aleśmy szli, niegodziwcze, za tobą na twoją uciechę,
Odwet Menelajowi i tobie, psie, na Trojanach
Zdobyć; a ty ani dbasz, nie kłopoczesz zgoła się o to;
Jeszcze wygrażasz mi dziś, że nagrodę zaszczytną mi wydrzesz,
Którą mi dali synowie achejscy za trudy bojowe!..
Alboż byłem choć raz jednakowo z tobą nagrodzon?
Wszak ile-kroć dobędziemy u Trojan grodu ludnego,
Choć wśród walk uporczywych ma dłoń dokazała najwięcej;
Gdy do podziału przychodzi, to zawsze o wiele cenniejszą
Ty otrzymujesz nagrodę, a ja, poprzestając na małem,
Wracam pomiędzy okręty, znużony trudami w utarczkach
To też w krzyworufiastych okrętach do Ftyi odpłynę.
Lepiej mi teraz do domu wyruszyć; a tego nie będzie,
Żebyś tu skarby i łup nagromadzał, mną pogardzając“.
Na to rzekł mu Atryda[47] potężny, wódz nad wodzami;
„Wracaj-że sobie do domu, gdy dusza-ć skłania; co do mnie,
Płakać po tobie nie będę, bo innych dość pozostanie,
Którzy oddadzą mi cześć, a szczególniej Kronida[48] opatrzny.
Znienawidzony mi jesteś pomiędzy mężami wszystkimi:
Najprzyjemniejsza ci kłótnia, zatargi i bójki zacięte;
Moc zaś twoja potężna od boga samego nadana.
Jedź-że wraz z okrętami i z towarzyszami do domu,
Rządź tam Mirmidonami; zupełnie o ciebie tu nie dbam;
Twój zaś gniew lekceważę i słuchaj co-ć zapowiadam:
Jako mię jasny Apollo pozbawił córki Chryzesa,
Wraz ją w swoim okręcie i z towarzyszami swoimi
Wyślę, lecz sam do twojego namiotu się udam i porwę

Twoję nagrodę, Bryzejdę dorodną, ażebyś to poznał,
Żem potężniejszy od ciebie i aby nikt się nie waży!
Lżyć mię podobnie, jak ty mię zelżyłeś, i równać się ze mną“.
Rzekł, a zgroza porwała Pelejdę [49]; we wnętrzu mu serce
W piersi kosmatej wahało się w myślach, azaliby miecza
Z pochwy ostrego z za pasa nie dobyć, uderzyć odważnie,
Całą gromadę rozpędzić i śmiercią ukarać Atrydę;
Czy też gniew pohamować na razie w duszy wzburzonej.
Tak już w sercu i w duszy rozważał i miecz obosieczny
Z pochwy wyciągał, gdy Pallas-Atena, bogini nadbiegła
Z niebios (Hera ją białoramienna wysłała czemprędzej,
Która obydwu zarówno miłując, troszczyła się o nich).
Z tyłu Pelejdy stanąwszy, za włos go płowy ujęła:
Jemu samemu widoczna, dla innych niedostrzeżona.
Zląkł się boski Achilles, obejrzał się w tył i odrazu
Poznał Pallas-Atenę, jarzące się oczy spostrzegłszy;
Do niej się tedy odwrócił i rzekł polotnemi słowami:
„Córko Egidowładcy[50], Kronidy, po coś tu przyszła?
Iżby syna Atreuszowego zuchwalstwo podziwiać?
Więc zapowiadam i sądzę, że słowo się moje uiści:
Wnet on życiem zapłaci za swoją pychę bezmierną“.
Rzekł, a płomienno-oka Atena, bogini, odpowie:
„Gniew twój wstrzymać przychodzę, jeżeli usłuchać mię zechcesz;
Z niebios mię Hera białoramienna wysłała czemprędzej,
Która i ciebie i jego miłuje i troszczy się o was.
Bójki, Pelejdo, zaniechaj, nie imaj dłonią oręża,
Jeno go teraz okrutnie zwymyślaj, co dusza zapragnie,
Ja zaś powiem ci to, co wypełni się najniezawodniej:
Zbliży się czas, a zniewagę ci oni dzisiejszą po stokroć
Będą zmuszeni nagrodzić; powstrzymaj się tedy, Pelejdo!“
Na to znów szybkonogi Achilles odezwał się do niej:
„Trzeba mi, widzę, usłuchać, boginie, rozkazu waszego,
Lepiej to będzie, pomimo że złość napełniła mi duszę;
Boć kto bogom posłuszny, i oni na niego łaskawi“.
Rzekł i dłonią żylastą za srebrną trzymając głowicę,
Miecz pchnął wielki do pochwy, za dość rozkazowi Ateny
Czyniąc; a już uleciała bogini na Olimp wysoki
Między niebiany, na dworzec Kronidy Egidowładcy.
Wtenczas syn Peleusza na Agamemnona wybuchnął
Znowu i bluzgał na niego słowami, bo gniew go porywał:
„Ach, ty pijaku, ze psimi oczyma, a z duszą zajęczą!
Wziął-żeś broń gdy chadzali na bitwy synowie achejscy?
Szedł-żeś z przodownikami śmiałymi choć raz na zasadzkę?
Nigdy; męstwa ci braknie; jak śmierci — wroga się lękasz;
Przeto-ć, tchórzu, dogodniej w przestronnym obozie achejskim

Dary zaszczytne drugiemu wydzierać, że-ć stanął oporem. Ciemiężycielu, tyranie, samymi podłymi dowodzisz;
Gdyby nie to, po ostatni-byś raz poswawolił, Atrydo.
Ja zaś mówię ci wręcz i zaklinam się wielkiem zaklęciem,
Oto patrz: na to berło, co już nie rozliści się nigdy,
Nie rozgałęzi się wcale, bo pień mu w górach pozostał,
I nie zakwitnie, bo spiż je obłupił z liścia i z kory;
Dziś je w ręku trzymają synowie achejscy, sędziowie
Ustanowieni stróżami zakonu przez boga samego;
Więc też wielka przysięga: nadejdzie czas i okropnym
Klęskom ulegną Danaje i wtenczas wspomną Achilla,
Przyjdą go błagać o pomoc, gdy mężów i wielu i dzielnych
Padnie od dłoni Hektora, pogromcy; bo sam nie potrafisz
Zguby odwrócić i w sercu się gniewem na siebie samego
Będziesz udręczał, żeś godnie pierwszego z Danajów nie uczcił“.
To rzekł syn Peleusza, i berłem cisnął o ziemię
Pięknem, złoto-gwiaździstem i usiadł znowu na miejscu.

Agamemnon i Achilles, pomimo wdania się sędziwego Nestora, któremu »słodsze od miodu samego z języka słowo płynęło«, rozchodzą się w gniewie. Agamemnon odsyła córkę Chryzesowi, ale Achillesową brankę Bryzejdę zabiera. Achilles skarży się swej matce Tetydzie, a ta u Zeusa wyjednywa przyrzeczenie, że same nieszczęścia dotykać będą Achejczyków, dopóki syna jej nie przebłagają. Z powodu tego przyrzeczenia powstaje na Olimpie kłótnia między Zeusem a jego żoną Herą, zażegnana w końcu żartobliwemi słowy i zachowaniem się kulawego Hefesta (Wulkana).
(Pieśń II—VI). Agamemnon, chcąc wypróbować wojsko, zwoławszy je, udaje, że chciałby porzucić walkę i wrócić do ojczyzny; podobało się to większości, ale Odysej, z porady Ateny, powstrzymuje tłum prośbami i groźbami; przy pomocy Nestora udaje mu się wlać przekonanie w Achejczyków, iż Ilion niebawem zdobędą. Agamemnon zapowiada bitwę. Przy tej sposobności przedstawia poeta poczet okrętów, plemion helleńskich i ich wodzów, uczestniczących w oblężeniu Ilionu. Gdy przyszło do walki, los jej miał być rozstrzygnięty pojedynkiem między Menelausem a Parysem (Aleksandrem); Parys został pokonany, ale go Afrodyta potajemnie uniosła z pola. — Wówczas z poduszczenia Ateny jeden z Trojańczyków (Pender) ciska strzałą w Menelausa i tym sposobem układ zrywa. Zawzięta wszczyna się bitwa, w której i bogowie czynny biorą udział. Poeta opiewa męstwo Achejczyków, a szczególniej czyny Dyomeda, co nawet bogów (Afrodytę, Aresa) ranami z pola bitwy płoszy, i chwilowo zmusza Trojan do ucieczki. Tych jednak powstrzymuje Hektor, wysyłając Glauka, by stawił czolo Dyomedowi, sam zaś każe odprawić w Troi nabożeństwo dla uproszenia opieki i łaski bogów; poczem wychodząc już z miasta, spotyka przy bramie Scejskiej żonę swą Andromachę z synkiem Astyanaksem, i jakby w przeczucia zgonu z nią się żegna:

On też, ojciec, uśmiecha się teraz, na syna się patrząc;
A zaś cna Andromacha we łzach podchodzi do niego,
Dłonią za dłoń uchwyciwszy, odzywa się pierwsza i mówi:
„Ach, nieopatrzny, odwaga cię zgubi! Czyż to ci nie żal
Swego dziecięcia i mnie nieszczęśliwej, co wkrótce po tobie
Wdową tu będę, bo wnet cię zabiją synowie achejscy,
Wpadłszy na ciebie gromadą; o, niech mię ziemia pochłonie
Raczej, niż ciebie-bym miała utracić; bo żadnej pociechy
Mnie nie zostanie, gdy ty przeznaczeniu srogiemu ulegniesz,
Jeno żałoba. Straciłam i ojca i matkę dostojną;
Zgładził ojca mojego Achilles do boga podobny;

Zniósł on gród Cylijczyków[51], siedlisko mnogiego narodu,
Tebę wysokobramiastą, i zabił sam Eetyona[52];
Nie zdjął zbroi mu jednak, bo strach ogarniał go wielki;
W całym bogatym rynsztunku na stosie go spalił,
Tamże mogiłę usypał, a nimfy, mieszkanki parowów,
Z Egidowładcy zrodzone, brzostami w krąg osadziły.
Ze mną siedmiu też braci chowało się w domu u ojca,
Wszyscy w dniu tymże samym w Hadesa[53] zeszli krainę;
Wszystkich on, szybkonogi Achilles do boga podobny,
Tam pozabijał przy owcach i wołach powolnie kroczących.
Matkę zaś moję, królowę u stóp lesistego Plakosu[54]
Tutaj sprowadził pod mur Ilioński z innemi łupami;
Rychło co prawda uwolnił, przyjąwszy okup niezmierny;
Lecz ją w domu ojcowskim Artemis, łucznica[55], zabiła.
Ty więc teraz, Hektorze, zostałeś mi ojcem i matką,
Bratem zostałeś kochanym i tyś mi mąż poślubiony;
Więc się ulituj nade mną, nie odchodź, stań tu na baszcie,
Żony swej wdową nie uczyń, a swego dziecka sierotą.
Wojsko tuż koło muru uszykuj na wzgórzu figowem;
Tam-bo ściana dostępna i łatwo do miasta się dostać.
Już trzy razy tamtędy starali się przejść wojownicy:
Ajaks jeden i drugi, przesławny Idomeneus,
Dwaj Atrydowie i syn Tydeusza, Dyomed potężny;
Bądź ich ktoś doprowadzał wyroków bożych świadomy,
Bądź ich własna ku temu odwaga wzbudziła i pchnęła“.
Na to lśniący się hełmem, wyniosły odezwał się Hektor
„Żono, to samo i mnie niepokoi, lecz wstydby mi było
Straszny w obliczu Trojan i szatopowłocznych Trojanek,
Jeślibym tutaj zdaleka od walki jak tchórz się pozostał;
Dusza-by nie dozwoliła, bom przywykł być znakomitym
Zawsze i z przodownikami samymi stawać do boju,
Ojcu sławę uczciwą zdobywać i sobie samemu.
Dobrze to samo i ja przewiduję i w duszy i w sercu;
Zbliży się dzień ostateczny zagłady Ilionu świętego,
Zginie i Pryam, przesławny oszczepnik, i naród Pryama.
Ależ nie tak mię zatrważa narodu dola nieszczęsna,
Nie tak króla Pryama i matki, Hekuby czcigodnej,
Nie tak braci rodzonych, choć oni i liczni i dzielni
Runą głowami w kurzawę, zmiażdżeni wrogów potęgą —
Ile twoja, gdy który Achejczyk w śpiż uzbrojony
Porwie cię łzami zalaną i dnia swobody pozbawi.
Gdybyś miała w Argosie u krosien cudzych siadywać,
Wodę z Messeju[56] lub z Hiperei[56] dla pani swej nosić,

Rada-nie-rada, zmuszona atoli przez twardą konieczność;
Wtenczas powie niejeden, ktokolwiek we łzach cię obaczy:
Patrz, oto żona Hektora, co był z chyżokonnych wszech Trojan
Najwaleczniejszy, gdy baszt Ilionu świętego bronili.
Tak niezawodnie powiedzą i żałość tobie tem większa,
Jeślibyś męża nie miała, co mógłby swobodę powrócić.
Wpierw niech śmierć mię uchwyci i ziemia pokryje mogiłą,
Zanim o twojej niedoli się dowiem i płaczu o twoim“.
Rzekł i do syna ramiona wyciągnął Hektor świetlisty;
Ale cofnęło się dziecko do niańki w fałd opasanej,
Tuli się z płaczem, widoku się ojca swojego przeląkłszy:
Straszy je zbroja błyszcząca i chochoł z włosia końskiego
Potrząsający się groźnie na szczycie pięknego szyszaka.
Na to zaśmieli się: ojciec kochany i matka czcigodna;
Zdjął więc Hektor świetlisty przyłbicę z głowy śpiżową,
Połyskująca się pięknie, położył ostrożnie na ziemi,
Poczem dziecko całuje kochane, kołysząc na ręku.
Modli się głośno do Zeusa i innych bogów wieczystych:
„Zeusie i inni bogowie, dozwólcie, niechże i syn ten —
Krew z krwi mojej — podobnie jak ja w Ilionie panuje,
Również niepokonany, na boje Trojan niech wodzi.
O nim niechaj powiedzą: od ojca syn doskonalszy,
Kiedy powróci z utarczki, a niosąc zbroję skrwawioną
Z wroga, którego zagładził, niech serce matczyne pociesza“.
To powiedziawszy, do rąk swojej żonie kochanej oddaje
Dziecko najdroższe; przytula je ona do łona wonnego,
Poprzez łzy się uśmiecha. I litość zdjęła Hektora,
To też głaszcze ją ręką i znowu odzywa się do niej:
„Ach, bóg z tobą, kobieto! żałością się w duszy nie unoś;
Nikt-bo mnie do Hadesa nie ześle wbrew przeznaczeniu;
Swej zaś Doli, o wierzaj, nie uszedł żaden śmiertelnik,
Czy on tchórzliwy, czy dzielny, jak skoro na świat się narodził.
Wracaj-że, miła do domu i pilnuj swoich zatrudnień
Zwykłych: kądzieli i krosien, a każ i swym służebnicom
Siąść do roboty; a wojną mężowie kłopotać się będą,
Wszyscy mieszkańcy Ilionu, a ja między nimi najbardziej“.
Tak powiedziawszy, na głowie osadził hełm ugrzywiony
Hektor świetlisty; a jego małżonka do domu powraca,
Lecz oglądając się ciągle i łzy wylewając gorąco.

(Pieśń VII—XV). Hektor wraz z Parysem wyszedłszy na pole bitwy, strachem przejmują Achejczyków. Losem wybrany Ajaks Telamończyk, staje do pojedynku z Hektorem, a gdy siły okazują się równe, za nastaniem nocy, przerywają walkę, wzajem się obdarzywszy. W dniach następnych Achejczycy ciągłe ponoszą klęski, tak że Agamemnon, już nie z udania, ale na seryo o ucieczce przemyśla, od czego odwodzą go Dyomed i Nestor, którzy radzą wyprawić do Achillesa posłów z darami, ażeby go przebłagać. Myśl ta została urzeczywistniona, lecz skutku nie osiągnęła. Staje do walki sam Agamemnon i z początku wielką rzeź wśród Trojan sprawia, a Hektora aż do murów Ilionu przypiera; następnie jednak wskutek dzielności Hektora i zręcznie wypuszczonych strzał Parysa, muszą się Achejczycy cofnąć do okrętów, dokąd za nimi śpieszą Trojanie. Bogowie, pomimo zakazu Zeusa, pomagają to jednej to drugiej stronie walczących, a gdy Achejczykom zagrażało wytępienie, Hera uśpiła małżonka na górze Idzie, a wówczas Posejdon (Neptun) dopomógł dzielnie swoim ulubieńcom, którzy Trojan z okrętów wypędzają. Zeus, obudziwszy się i zobaczywszy rozproszenie Trojan, powstrzymuje Posejdona a pozwala Apollinowi dopomódz pognębionym; Hektor ciężko poprzednio ranny, teraz przezeń uzdrowiony, wpada znów na okręty i groz ich spaleniem.
(Pieśń XVI—XVII). Gdy już Achejczycy w największem znajdowali się niebezpieczeństwie, Achilles daje się uprosić przyjacielowi swemu, Patroklowi, by mu w jego zbroi pozwolił walczyć z Trojanami. Sam widok zbroi Achillesa przeraził Trojan. Patroklos dokazuje cudów męstwa, wielu dzielnych mężów zabija, w końcu jednak, wskutek: wmieszania się Apollina do walki, zostaje pokonany przez Hektora, który zdejmuje z niego zbroję. Toczy się zawzięta walka około trupa Patrokla i z powodu koni Achillesa. Menelaj odznacza się tu największą dzielnością, a obok niego oba Ajaksowie. Achejczycy w gorszem atoli znajdują się położeniu i posyłają do Achillesa z wieścią o śmierci jego ukochanego przyjaciela. Bohater opłakuje go, a pragnąc śmierć jego pomścić, udaje się do matki swej Tetydy z prośbą, by mu nową zbroję u Hefesta wyjednała, co ta uczynić przyrzeka. Jakoż wzleciała na Olimp, gdzie w domu Hefesta przyjaźnie została przyjętą. Gdy Hefestowi o jej odwiedzinach doniesiono, za raz porzucił robotę:

.... Wstał od kowadła jak drab: okopcony, niezgrabny,
Szedł utykając, golenie co krok uginały się pod nim.
Miechy usuwa na stronę od ognia, a inne narzędzia,
Które mu w pracy służyły, w szkatułę srebrną poskładał.
Zaczem myje się gąbką, oblicze obciera i ręce,
Szyję obciera żylastą i pierś porośniętą włosami;
Potem, w szatę się odział i wziąwszy kij — swoje berło,
Wyszedł drzwiami, kulejąc, a z nim też dwie służebnice
Idą, całe ze złota, a żywe, do dziewcząt podobne;
Mając bo one i duszę w osierdziu i mowę i siłę,
Ponauczały się dobrze od bogów prac rozmaitych.
Szły zaś, pana swojego wspierając.

Hefest, dowiedziawszy się od Tetydy, o co idzie, z całem spółczuciem nad jej bolesną dolą, przyobiecał spełnić żądanie i natychmiast zabrał się do roboty. Podajemy tu opis tej roboty, który później niejednokrotnie poeci różnych narodów (u nas Mickiewicz w opisie serwisu) naśladowali.

.... Zostawił Tetydę i ruszył do miechów:
Zwraca je wszystkie do ognia i każe społem pracować.
Tak więc miechy w dwadzieścia topników dąć poczynają
Z całym wysiłkiem i żar rozperzyły odrazu ogromny.
Bądź też dopomagały mu w pracy, bądź ustawały,
Według życzenia Hefesta i jak wymagała robota.
On zaś cyny do tygli narzucał i miedzi niezłomnej,
Tudzież srebra i złota cennego; następnie kowadło
Ciężkie, ogromne osadził na pniu i w rękę ujmuje
Prawą młot niepożyty, a w lewą bierze obcęgi.
Najpierw tarczę mu zbija i wielką i szczelnie spojoną,
Przyozdabiając ją pięknie: i rąbkiem w krąg ją otacza
Trójkarbowanym, świetlistym, i pas wysrebrzony przytwierdza.
Tarcza z pięciu złożyła się warstw, a na wierzchu wytworzył
Moc rozmaitych śliczności z nieporównanym pomysłem.

Tam więc ziemia wydana i niebo wydane i morze,
Słońce niespracowane i odmieniający się księżyc;
Tam też wszystkie i znaki niebieskie, co strop uwieńczają:
Więc i Plejady [57], Hyady[58] i Oryon [59] w całej potędze;
Więc Niedźwiedzica północna, u ludzi Wozem nazwana,
Która się kręci na miejscu i wciąż Oryona podgląda:
Jedna — jedyna śród gwiazd w Oceanie się nigdy nie kąpie.
Tam też grody wyrzeźbił, siedliska narodu gwarnego,
Dwa: okazałe, rozległe; a w jednym — wesela i gody:
Oblubienice z komnaty przy blasku pochodni płonących
Wyprowadzają na miasto i śpiew się rozlega weselny.
Młodzież puściła się w tan: chorowody zatacza przy lutniach
Mile dźwięczących i fletów odgłosie. Kobiety w domostwach
Stoją na przyzbie we drzwiach: przypatruje się każda z podziwem.
A zaś w rynku zgromadził się lud, bo spór się wywiązał:
Męże się dwaj pokłócili niezmiernie o grzywnę należną
Za zabitego człowieka: i ten z nich wobec narodu
Mówi, że wszystko wypłacił, a ten mu wręcz nie przyznaje.
Przed rozjemcami stanęli, ażeby spór załagodzić.
Lud z dwóch stron przytakuje, obadwaj mają obrońców.
Lecz heroldowie hamują pospólstwo: a w świętym okręgu
Na wygładzonych kamieniach zasiedli sędziowie sławetni:
Berło przyjmując do rąk po kolei od głośnych heroldów,
Jeden po drugim powstaje z kamienia i zakon wygłasza.
Dwa zaś złota talenty w okręgu złożono pośrodku,
Wynagrodzenie dla tego, kto słuszność wskaże najlepiej.
Tam zaś wokoło grodu drugiego zebrały się wojska
Dwa, połyskując zbrojami. Połowy wszystkiego bogactwa,
Jakie się w grodzie szeroko-budownym znajduje w domostwach,
Dopominały się wrogi, a nie — to grozili zburzeniem;
Lecz się nie godzą mężowie i poszli zbrojne w zasadzkę:
A zaś na murze obronnym kochane ich żony stanęły,
Dzieci podrosłe i starcy sędziwi, ojcowie narodu.
Wszczęła się waśń: a dowodzi Atena i Ares okrutnik:
Złoci i ona i on i odziani szatami złotemi;
Piękni i rośli i zbrojni w oręże jak bogom przystało:
Najokazalsi oboje: mężowie byli drobniejsi.
Gdy wiec tamci dotarli do miejsc na zasadzkę dogodnych:
Tuż koło rzeki w dolinie, gdzie było dla stad pojowisko:
Pozaczajali się wnet, uzbrojeni w spiż płomienisty.
A niedaleko od wojska stanęło dwóch czatowników,
Którzy czekali w ukryciu na owce i bydło rogate.
Toż niezadługo zbliżyły się stada: pasterze przygnali
Dwaj, przygrywając na fletach, zasadzki się nie domyślając.
Ci zaś, skoro ich ujrzą, czemprędzej rzucają się na nich:

Bydło zajmują rogate i owiec stado rozległe
Pięknych, białowełnistych, zabili pasterzy obydwóch.
Lecz gdy męże zamieszkę i krzyk posłyszeli przy stadach,
Siedząc w obozowisku na radzie: to żywo dopadli
Wiatro-polotnych rumaków i wkrótce dotarli do miejsca.
Tak tam srogi zawiązał się bój na pobrzeżu strumienia:
Jedni na drugich włóczniami śmigają dwustronno-kutemi;
Kłótnia szaleje i Groza bojowa, a Śmierć, okrutnica,
Jednych — życia odrazu pozbawia, innych dobija,
Innych wlecze za nogi, poległych w zgiełku okropnym.
Na niej szata czerwieni się cała od krwi wojowników:
Tłumy ścierają się, walczą, a każdy jak żyw wyrzeźbiony:
Tamci i ci wyrywają poległych i ciągną do siebie.
Tam też rolę przedstawia: rodzajną, pulchną, rozległą,
Przeorywaną potrzykroć, a na niej liczni rataje
Orzą jarzmami i tam i napowrót raz koło razu.
Do tych, którzy z powrotem do miedzy dociągną polowej,
Zaraz zbliża się człowiek i czarkę wina słodkiego
Daje każdemu do ręki, a ci, pokrzepiwszy się, nazad
Bruzdę kierują, do krańca drugiego ochoczo zdążając.
Ziemia za nimi zupełnie jak gdyby świeżo zorana
Czerni się, chociaż ze złota, tak była udana przedziwnie.
Tamże przedstawia i łan rozbujany kłosami, a na nim
Żną, uwijając się, żeńce, błyskając sierpami ostremi:
Tu więc garść koło garści, jak nasiał, pada na rżysko;
Tam zaś snopy wiązacze stawiają, powrósłem je wiążąc.
Trzech zaś takich wiązaczy się krząta, a tuż poza nimi
Garście zbierają chłopaki wyrostki i znoszą w naręczach
Jeden za drugim; śród nich i gospodarz stoi na polu:
W ręce ma kij; poglądając w milczeniu, raduje się w duszy.
Zaś na uboczu, gdzie dąb, heroldowie wieczerzę gotują.
Wołu dużego sprawianiem zajęci; a znowu niewiasty
Warzą posiłek dla żeńców i krup zasypują jęczmiennych.
Dalej winnicę przedstawił z winoroślami bujnemi:
Złotą, prześliczną: na pniach winogrona dojrzałe się czernią
Srebrne, pozatykane rzędami paliki przy krzewach.
Rowkiem ze stali niebieskiej otoczył ją w krąg i ogrodził
Płotkiem ze srebra białego, a środkiem drożynę wyżłobił,
Kędy przechodzą zbieracze, bo właśnie czas winobrania.
Tam więc chłopcy i dziewki dorodne z wesołą pustotą
Niosą piękne koszyki z winogronami słodkiemi;
Idzie z niemi pośrodku młodzieniec, na dźwięcznej im lutni
Mile przygrywa i śpiewa rozkoszną Linusa piosenkę
Głosem srebrzystym; a za nim w dźwięk, rozlatując się wkoło,
Wśród i okrzyków raźnych poskoków gromadka podąża.
Tam też stado i bydła wyrzeźbił wysoko-rogiego:
Krowy niektóre ze złota, a inne ze srebra wytworzył.
Rankiem z obory wygnano na paszę bydełko rykliwe

Podle rzeczułki szemrzącej, pośrodku chwiejącej się trzciny.
Tam i pasterze ze złota ulani przybyli za bydłem
Czterej; z nimi przybiegło i dziewięć psów chyżonogich.
Lecz dwa lwy okrutniki pomiędzy krowami na przedzie
Byka porwały, mrukliwca; a ten pazurami szarpany
Ryczy okropnie: pasterze i psy dobiegają na pomoc.
Lwy zaś skórę na byku ogromnym zębami rozdarłszy,
Ssą już krew, wywlekają wnętrzności; napróżno pasterze
Do nich z krzykiem podbiegną i psami szczują napróżno.
Zbrakło odwagi i psom do łupieżców z zębami doskoczyć;
Lecz ujadając, przybliżą się nieco i znów uciekają.
Tam też wygon przedstawił przestawny bóg-rękodzielnik:
Stado się owiec wełnistych rozległo w pięknej równinie:
Widać zagrody i stójła i szatry z dachem słomianym.
Tam i chorowód drobniutko wyraził bóg-rękodzielnik,
Zgoła ten sam, jaki niegdyś w Knosie szeroko-budownej
Pięknowarkoczej Arjadnie wykonał Dedalos dowcipny.
Tu więc chłopcy, a tam przynoszące dobytek dziewczęta
Tańczą, w kole stanąwszy, za dłonie się dłońmi trzymając.
Dziewki przybrane w osłony leciuchne, a chłopcy w kaftanach
Pięknych, utkanych misternie, jak gdyby oliwa błysczących.
Dziewki z kraśnemi wieńcami na głowach, a dziarscy młodzianie
Z puginałami złotemi u boków na pasach srebrzystych.
Tak też puszczają się w tan i wirują nogami zwinnemi.
Lekko i raźno, jak koło garncarskie przygodne do ręki,
Kiedy przysiądzie się zdun wypróbować, czy kręci się gładko,
Potem się znowu rozwiną i tańczą rzędami naprzeciw.
Rzesza i liczna i gwarna obległa ponętny chorowód,
Każdy z upodobaniem się patrzy; a boski im pieśniarz
Gra, pobrzękując na lirze; a dwa sowizdrzały pośrodku
W kole się kręcą i w dźwięk wyskakują za głosem pieśniarza.
Tam też rzekę Ocean przedstawił w całej potędze
W krąg przy otoku puklerza, wybornie w śpiż okutego.
Gdy zaś tarczę mu zbił i ogromną i szczelnie spojoną:
Skuł mu także i pancerz od blasku płomienia świetniejszy,
Skuł mu także i hełm: okazały, do głowy stosowny,
Cztero-pałączny; osadził na szczycie i grzywę złocistą.
Skuł też nagolennice mu piękne z blachy cynowej.
Gdy zaś cały rynsztunek ukończył bóg-rękodzielnik;
W dłonie go wziąwszy, położył przed matką boskiego Achilla.
Ta zaś wnet uleciała jak sokół z Olimpu śnieżnego,
Niosąc zbroję synowi błyszczącą — Hefesta podarek.

(Pieśń XIX—XXIV). Otrzymawszy od matki zbroję, Achilles zwołuje zebranie, na którem oświadcza, że zapomina gniewu swego. Agamemnon wyznaje swą winę i ofiaruje dary bogate, zwraca Bryzejdę. Achilles nastaje na potrzebę natychmiastowej walki, ale musi uledz perswazyi Odyseja, iż wojsko winno się pokrzepić. Gdy inni jedzą i piją, Achilles wstrzymuje się od wszystkiego, bo przysiągł, że nie tknie jadła ni napoju, póki nie pomści przyjaciela. Bogowie tymczasem, otrzymawszy pozwolenie Zeusa, stają po stronie swoich ulubieńców; Achejczykom pomagać mają: Hera, Atena, Posejdon, Hermes, Hefest; Trojanom: Ares, Apollo, Dyana, Latona, Afrodyta i boska rzeka Ksantos. Gdy przyszło do walki, staje najprzód Eneasz przeciwko Achillesowi; gdy był w niebezpieczeństwie, Posejdon skrywa go w chmurze; podobnie Apollo uprowadza Hektora; mnóstwo natomiast Trojan ginie z ręki Achillesa, Wreszcie oba wojska cofają się, Trojanie kryją się za mury twierdzy; na polu pozostaje tylko Hektor, którego napróżno rodzice przywołują do miasta. Wprawdzie gdy ujrzał naprzeciw siebie Achillesa, mimowoli uciekał i trzykrotnie obiegł Ilion, ścigany przez bohatera achejskiego, ale następnie złudzony przez Atenę, która wzięła na siebie postać jego brata Deifoba, staje do walki nierównej, gdyż Achillesowi bogini dopomagała, a łudziła Hektora. Obrońca Ilionu pragnął przed ostatecznem starciem się wejść w układ z Achillesem, żeby, kto zwycięży, zadowolnił się zdjęciem zbroi, lecz ciało oddał do pochowania tym, do których należał. Achilles nie chciał o żadnym słyszeć układzie; w śmierci Hektora chce pomścić wszystkich poległych Achejczyków, a zwłaszcza Patrokla.

 
Rzekł, i dzidę rozmachnął, aż rwała się sama,
Cień posnuła za sobą. Zoczył syn Pryama,
Przysiada, umknął śmierci, a miedziana strzała
Przemknęła się łyszcząco, w ziemię zagrzebała;
Tedy, tajna przed wodzom, co nad trojańskiemi
Hetmanił zastępami, wydarłszy grot z ziemi
Pallas do Achillesa prawicy go niesie.
— „Chybiłeś, mówi Hektor, kłamco, Achillesie,
Bóg ci wróżył mą dolę; chciałeś, by na hasła
Zręczne, lecz chytre, męskość już we mnie wygasła?
Nie: w grzbiecie zbiega dzida twoja nie uwięźnie;
Wstępnym bojem mierz w piersi, niech w piersiach uwięźnie,
W imię losów; lecz strzeż się i ty, krwi przelewco.
Ach! bodajbym grot w tobie utopił po drzewco,
Raźniej po trupie zbójcy snułyby się boje;
Ty jesteś najstraszniejszy pogromca na Troję“,
Wraz dzidę długo-ciemną do lotu wypręży;
Drgnęła: nie chybia, padła na jądro pawęży,
I odpadła; aż wściekłość Hektora pochwyca,
Że mu rękę zawiodła marna latawica,
Niema drugiej; i smutek i strach go przenika;
Głośno woła Dejfoba, biało-pawężnika,
— „Włóczni, bracie“; lecz brat go nie słyszy z daleka!
Zrozumiał on, i w tęsknym duchu tak wyrzeka:
— „Więc na bogów wezwanie już stoję nad grobem.
Kiedym wierzył, że walczę pospołu z Dejfobem,
To on w zamku — więc zwiodło bóstwo z sowiem okiem:
Tylko śmierć przy mnie stoi, nie zdala: pod bokiem;
I niema już ucieczki — snać takie skazanie
Chmurowłdcy i syna o srebrnym kołczanie,
A bronili, i chętnie, od grotów powodzi;
Dziś Mojra, bóstwo zgonu, już po mnie przychodzi;
Lecz nie legnę tchórzliwie, w nierozgłośnej ciszy:
Pierw czyn spełnię, o którym potomność zasłyszy“.
Umilkł, z nabiedrnej pochwy toczony miecz chwyta,
Krępem, dwusiecznem ostrzem łysnął Pryamita;

Wspina się, a wypręża, niby orzeł górny,
Szybujący nad polem przez szlak szarochmurny
Na zająca, lub jagnię drżące bez ochrony:
Z takim to ogniem Hektor trząsł miecz wytoczony.
Sroży się i Achilles: w krew wzionął bezmierną,
Dziką pomstę, pierś tarczą otula misterną;
Spuszcza szyszak o czterech pałąkach, a lśniwa
Złocista po przyłbicy promienieje grzywa,
Snuta w kuźni Hefesta, i w gąszcz się rozsłania.
Jak ów świetny o zmroku, w chwilach mlekobrania
Hesper, gwiazda nad gwiazdy, lśniąca z niebokręgu;
Tak lśni się dzida, którą Achilles w napręgu
Męską dłonią rozmachnął, śledząc, kędy snadnie
W piękne ciało Hektora jej żądło zapadnie.
Lecz zdarty z Patroklesa, wraz z łupem żywota
Puklerz, przed śmiercią wszystkie pozamykał wrota,
Krom pogranicza szyi i kluczowej kości:
Tam tylko duszy groził pocisk śmiertelności:
Tam wymierzył Achilles — wnet dzida zajadła
Grotem zabójczym w szyję młodziana zapadła.
Jeszcze nie przegryzł krtani jesion kuty miedzią,
Jeszcze Hektor przedzgonną jęknął odpowiedzią:
Leżał w pyle — a ten się pastwą rozwesela:
— „Głupcze, mówi, zabiłeś mego przyjaciela
I żyć chciałeś? nie marząc, że kędyś, samotny
U lotnych dybie łodzi, za tryumf sromotny,
Mściciel możniejszy: otóż zgiął tobie kolano!
Ptastwo, psy, spasie twoją krwią, w pyle zbrukaną.
A Patrokla pogrzebią łzami Achejczycy?
Na to mdlejący Hektor, potrząśca przyłbicy:
„Błagam na cześć, na duszę, krew twych rodzicieli,
Nie daj mną przy korabiu sycić psom gardzieli:
Bierz bryły złotolite, bierz kruszcu dostatki,
Nie poskąpi dłoń ojca, dłoń dostojnej matki;
Wróć zwłoki gniazdu, niechaj pośmiertne ich członki
Stosem uczczą Iliońscy męże i małżonki“.
Na to mu Rączobiegi chmurząc brew i oczy:
Nie proś na rodzicielską krew, porodzie smoczy:
Obym ja się tu wścieknął, serce twoje strawił,
Żywcem pożarł pierś twoją.... takeś mnie zakrwawił.
Nie! ruja psów na włókna trupią głowę potnie.
Choćby dziesięciokrotnie i dwudziestokrotnie
Suli złoto, a jeszcze domiar przyrzekali,
A sam Pryam pergamski rozkazał na szali
Z kruszcem zważyć i kruszcem tym wykupić ciebie;
I wtedy nie zapłacze na twoim pogrzebie
Matka dostojna, co cię powiła: na kłaki
Wszystko ciało rozdarte, psy pożrą i ptaki“.

Na to lśniąco-hełmaty konając odpowie:
— „Poznaję cię, jak znałem; że w tobie bogowie
Pierś ukuli z żelaza; anim tuszył sobie
Litości; lecz pamiętaj! oby w czarnej dobie,
Brat z Febem, choć mocarza, w pomściwej spółżądzy
Nie zgubili cię kiedyś u scejskich wrzeciądzy“.
Aż i śmierć na te słowa dobiegała kresu,
Z członków młodziuchna dusza schodzi do Hadesu,
Litując się mąk ciała — i zeszła w zamgławiu;
A ten do umarłego, jeszcze drwiąc, przemawia:
— „Konajże — a ja przyjmę śmiertelne wyzwanie;
W on dzień, gdy tak orzeknie Zeus i wspóniebianie“.
Umilkł, z przebitej szyi wyjął grot miedziany,
Z ramion zdziera mu tarczę: krew trysnęła z rany;
Zbiega się czerń, zdumiewa nad lśniąco-hełmatym,
Rosłym mężem, obliczów jego majestatem.
A że bliznę miał każdy, co teraz się tłoczy,
Więc pogwarzali, wzajem patrząc sobie w oczy:
— „O! zmiękł, i bardzo; jużci nie taki zawzięty,
Nie ów Hektor, co ogniem prażył nam okręty“.

(Feliks Jezierski).
Gdy ciało włóczone wkoło Ilionu przez srogiego zwycięzcę ujrzano z wieży nad bramą scejską, Trojanki w płacz uderzyły; matka mianowicie Hekuba i żona Andromacha najżałośniejsze zawiodły skargi. Przytaczamy słowa żony:

„Biedna ja! Biedny Hektor! Więc srogie niebiosy
Dla obojga jednakie przeznaczyły losy!
Nad rodem naszym gwiazda świeciła taż sama,
Gdym w Tebach na świat przyszła, ty w domu Pryama.
Wychowała mię ojca ręka dobroczynna:
Za cóżem mu to życie nieszczęśliwe winna!
Mężu! ty już w podziemne śmierci jedziesz kraje,
A w płaczu wiernym wdowa po tobie zostaje,
Dzieckiem jest syn, któregoś na świat wydał ze mną:
Nie będziecie wy sobie pomocą wzajemną,
Ni ty jego młodości, ni on twej siwiźnie.
Niech się nawet z tej wojny okrutnie wyśliznie,
W ilu się pracach, w ilu nieszczęściach ubiedzi!
Dobro jego łakomi wydrą mu sąsiedzi.
Ach! na cóż nie wystawia dziecka stan sierocy!
U przyjaciół ojcowskich żądając pomocy,
Idzie z twarzą spuszczoną, z mokremi oczyma,
Tego za płaszcz, drugiego za kraj szaty trzyma:
Ktoś przytknie do ust flaszę, tknięty jego skargi,
Lecz nie ochłodzi, ledwie odwilży mu wargi.
Drugi, co pod rodziców cieniem szczęsny rośnie,
Uderza go rękami, słowem zelży sprośnie:
Pójdź precz, rzeknie, twój ojciec nie ucztuje z nami
Przyjdzie do matki wdowy mój syn zlany łzami,

Dawniej obeldze takiej nigdy nie podpadał,
Szpik czysty na kolanach swego ojca zjadał.
A gdy mu przerwał jego igraszki dziecięce,
Wtedy troskliwa mamka wziąwszy go na ręce,
Położyła w kolebce, miękkim słanej puchem,
I rozkosz snu jej lekkim pomnażała ruchem,
Dziś cierpienie i nędza dla niego w podziele:
Imię Astyjanaksa nie wesprze go wiele,
Które, czcząc ojca, dali synowi mieszkańce.
Boś ty, Hektorze, Troi sam ocalał szańce,
Psy pożrą twoje ciało, paszcze we krwi zbroczą,
A resztę zwłok na brzegu robaki roztoczą.
I na cóż się więc przyda twój sprzęt tak bogaty?
Na co od niewiast ślicznie sporządzone szaty?
Ogniom je dam, bo więcej nie ozdobią ciebie,
Nawet nie są przydatne na twoim pogrzebie:
Niechajże w oczach Trojan, ku twej służą chwale“.
Tak płakała, — niewiasty dzieliły jej żale.

(F. Dmochowski).
Achilles urządza wspaniały pogrzeb Patroklowi; a potem przez dni kilka włóczy trupa Hektorowego wkoło jego mogiły. Na tę zniewagę żali się wśród niebian Apollo, który utrzymał dotychczas ciało swego ulubieńca w całej świeżości. Zeus tedy rozkazuje matce Achillesa, ażeby go odwiodła od tej srogości i skłoniła do oddania ciała ojcu za złożeniem okupu; równocześnie zaś wysyła Irydę do Pryama, ażeby się udał do obozu Achejczyków po ciało syna. Pryam, w nocy, w tajemnicy przed Hekubą, ażeby go od przedsięwzięcia nie wstrzymała, przygotowując się do drogi i złożywszy bogom ofiary, po otrzymaniu wieszczby pomyślnej wyrusza do obozu, przeprowadzany przez zesłanego naumyślnie z Olimpu Hermesa, który go szczęśliwie dowiódł do namiotu Achilla, który, wraz z dwoma towarzyszami, do syta wypiwszy i zjadłszy,

Właśnie wieczerzę ukończył i stół był jeszcze nakryty.
Wszedł zaś Pryam sędziwy znienacka, zbliżywszy się prędko,
Objął dłońmi kolana Achilla i ręce całuje
Groźne, mężozabójcze, co wielu mu synów zgładziły,
Jak więc mąż, pokuszony do zbrodni — człowieka nieszczęsny
Zabił w kraju ojczystym — u obcych ochrony szukając,
Wchodzi do domu możnego, a wszyscy nań patrzą z podziwem;
Tak też zdziwił się boski Achilles, Pryama ujrzawszy;
Dziwią się też towarzysze: ten w tego, ten w tego pogląda.
On zaś, Pryam, i mówić poczyna, błagając o litość:
„Wspomnij ojca swojego, Achillu, do boga podobny,
Mego współrówieśnika u proga starości nieszczęsnej:
Może i jego podobnież ościennych grodów mieszkańcy
Krzywdzą, a klęski i zguby odwrócić nie masz nikomu;
Lecz twój ojciec kochany, żeś żyw, gdy słyszy o tobie,
To ma w duszy pociechę, i syna spodziewa się co dzień
W progach powitać ojczystych z powrotem z walki okropnej;
Ja zaś w żalu bez granic: wydałem synów najtęższych
W całej Troadzie rozległej, a dziś nie oglądam żadnego.
Pięć-dziesięciu ich miałem, gdy przyszli z wojną Danaje:

Z nich dziewiętnastu z jednego się łona na świat ukazało,
Resztę zrodziły mi inne niewiasty w mojem domostwie.
Wielu ich Wojna okrutna na ziemię z nóg powaliła:
Został jeden, jedyny: obrońca narodu i miasta,
Hektor; zabiłeś i tego, gdy mężnie za swoję ojczyznę
Walczył. Po niego to wszedłem pomiędzy okręty achejskie,
Trupa u ciebie wyżebrać; przyniosłem okup ogromny.
Bój-że się boga, Achillu, ulituj się mojej niedoli,
Wspomnij ojca swojego, ja-m jeszcze godniejszy litości:
Zniosłem, czego śmiertelnik dotychczas żaden nie przeniósł:
Do twych rąk dziociobójczych nieszczęsny usta przyciskam“.
Temi słowami tęsknotę mu w duszy za ojcem rozbudził.
Starca Achilles, za ręce ująwszy, odsuwa łagodnie.
Tęsknić poczęli obadwaj i ten za Hektorem pogromcą
Żale rozgłośne zawodzi u stóp rozciągniony Achilla,
Ten zaś płacze za ojcem i znowu Patrokla wspomina
Ukochanego i jęk się rozlega po całem domostwie.
Lecz gdy zgoła dosyta wypłakał się boski Achilles,
Gdy ochłonęły mu członki i serce z żalu gorzkiego,
Powstał z krzesła i starca rękoma z ziemi podźwignął,
Zdjęty litością nad głową sędziwą i brodą sędziwą.
Pierwszy do niego się ozwał i rzekł polotnemi słowami:
„Ha, nieboraku, o, wieleż to w duszy boleści przeniosłeś!
Jak to, sam odważyłeś się wejść do okrętów achejskich?
Stanąć w oczy mężowi, który tak wielu, tak dzielnych
Synów ci zgładził? zaprawdę, że serce w tobie z żelaza.
Ależ przecie uspokój się, usiądź, w duszy się naszej
Dajmy srogiej ukoić żałobie pomimo nieszczęścia;
Nic nam smutek oziębły nie może dobrego przysporzyć.
Postanowili wieczyści bogowie ludziom nieszczęsnym
Żywot pełen utrapień; bez trosk oni sami są tylko.
Dwa też dzbany u Zeusa Kronidy stoją w domostwie:
Z nich zaś daje z jednego Niedolę, a Szczęście z drugiego.
Komu potrosze udzieli z obydwóch Zeus, gromowładca,
Temu i w życiu przydarzą się smutki i dobro przydarzy;
Sponiewierany zaś tem, kto Niedolę jeno pozyska:
Nędza na świecie go bożym trawiąca wciąż napastuje;
Tułacz, znienawidzony bogów i ludzi zarówno.
Tak też ojca mojego, Peleja, darami świetnemi
Od urodzenia darzyli bogowie: i słynął w narodzie
Błogosławieństwem, dostatkiem i wśród Mirmidonów królował;
Jemu, śmiertelnikowi, boginię dali za żonę;
Ale mu bóg i niedoli udzielił, bo oto w domostwie
Nie masz synów u niego, by po nim władztwo objęli.
Jeden mu zrodził się tylko, i to krótkowieczny, i teraz
Nie ma podpory na starość, bo ja, swój kraj opuściwszy,
W Troi osiadłem na twoje i twoich dzieci nieszczęście.
Starcze, w błogosławieństwa, zaprawdę i ty opływałeś:

Tam wśród wszystkich mieszkańców Lezbosu, Makara siedziby,
Dalej, po kresy frygijskie i nieprzemierzony Helespont
Wszędy słynąłeś i swojem bogactwem i dziećmi swojemi;
Lecz gdy biedę zesłali na ciebie mieszkańcy niebiosów,
Wciąż masz walkę u grodu okropną i mężów zabójstwa.
Ochłoń z żalu, Pryamie, nadarmo w duszy się nie dręcz;
Nic ci z tego nie przyjdzie, choć będziesz najbardziej wyrzekał:
Syna mężnego nie wskrzesisz, a sobie przymnażasz niedolę“.
Na to bogu podobny, sędziwy odezwał się Pryam:
„Chcesz, bym siadł, wychowanku Zeusowy? nie siądę, dopókąd
Syn mój niepogrzebany w namiocie twoim spoczywa.
Oddaj, niechaj me oczy go ujrzą i dary bogate
Przyjmij, które przyniosłem, a niechaj ci służą, i obyś
Szczęśliw wrócił do ojców krainy, skoro dozwalasz
Żyć mi nieszczęśliwemu i słońca się cieszyć jasnością“.
Znów zaś rzekł szybkonogi Achilles, z pod oka się patrząc:
„Starcze, nie gniewaj mię teraz: już przedtem postanowiłem
Oddać tobie Hektora, bo miałem od Zeusa posłańca,
Matkę, swą rodzicielkę, córę staruszka morskiego.
Wiem też, w duszy odrazu postrzegłem, że ciebie, Pryamie,
Ktoś z mieszkańców Olimpu w okręty wprowadził achejskie.
Nie śmiał żaden-by mąż, choćby w kwiecie żywota swojego,
Wejść do obozu, bo czujnej-by straży pewno nie uszedł,
Ani zapory odsunął u bramy naszego domostwa.
Więc w mej duszy bolesnej udręczeń głębszych nie wzbudzaj,
Abym, starcze, na ciebie pod swoją się strzechą nie targnął,
Mimo, że błagasz litości, i Zeusa nie zgwałcił zakonu“.
Tak odpowiedział; zatrwożył się Pryam i słowa usłuchał.
Syn zaś Peleuszowy, jak lew, ku drzwiom poskoczywszy,
Wyszedł z izby, a z nim poskoczyli dwaj towarzysze,
Automedon i mężny Alkimos, których w drużynie
Teraz Achilles po zgonie Patrokla najbardziej polubił.
Ci z pod szlemion rumaki i muły żywo odprzęgli;
Zaczém Pryamowego zwiastuna wwodzą do izby,
Tam go sadzają na krześle, a sami z wozu kutego
Wynagrodzenie zdejmują niezmierne za głowę Hektora.
Dwie jednakowoż opończe i szatę cienko utkaną
Pozostawili, by zwłoki odziane godziwie wyprawić.
Więc służebnice przyzwawszy, kazali myć i namaścić
Ciało Hektora; na stronie atoli, by Pryam nie ujrzał,
Aby go z wielkiej żałości na widok syna nie porwał
Gniew: nie powstrzymałby wtedy się syn Peleusza — Achilles:
Mógłby się rzucić na starca i Zeusa zgwałcić wyroki.
Gdy zaś trupa umyły i wskroś namaściły oliwą,
W szatę oblekły i pięknie utkaną okryły opończą
Wziął go potém Achilles i sam na marach położył.
Zaczem dwaj towarzysze na wóz polerowny zanieśli.
Jęknął syn Peleusza, Patrokla boskiego wzywając:

„Menetyjczyku, jeżeli się dowiesz, to nie miej urazy
Tam w Hadesowej krainie, żem ojcu Hektora mężnego
Wydał; znakomitemi darami wykupił go przecież.
Z nich zaś znowu i tobie udzielę, co godzi się tylko“.
Wyrzekł boski Achilles i znów do namiotu powrócił.
Siadł zaś w krześle misternej roboty, gdzie siedział i przedtem,
Tuż koło ściany namiotu naprzeciw Pryama i wyrzekł:
Masz już, czego pragnąłeś, wydałem ci syna, Pryamie.
Leży na marach, a skoro się zorza rozbłyśnie poranna,
Ujrzysz go sam i zabierzesz. Teraz wieczerzę zgotujmy:
Wszak pięknowłosa Nioba i ta pamiętała o chlebie,
Gdy dwanaścioro jej dzieci kochanych zmarło w domostwie:
Córek sześć urodziwych i sześciu synów młodzieńców.
Tych pozabijał Apollo strzałami z łuku srebrnego,
Tamte — Artemis, bogini hałaśna, zemstą pałając:
Gdyż z pięknowłosą Latoną Nioba śmiała się równać.
— Dwoje zrodziła, bogini, a ja dwanaścioro zrodziłam
Tak wychwalała się, one też dwoje zabiły jej wszystkie.
Pozabijane przez dziewięć się dni przewalały; nie było
Komu pochować, bo ludzi w kamienie Kronida pozmieniał.
W dniu pogrzebali dziewiątym dopiero bogowie niebiescy.
Owoż jadła i ona, gdy płakać sił nie stawało,
Dziś w samotności pomiędzy skałami śród gór Sypilijskich,
Gdzie, powiadają, boginki siedzibę sobie obrały,
Nimfy i tany rozkoszne zawodzą u fal Acheloja:
Tam, choć w głaz obrócona, za, dziećmi płacze swojemi...
To też, boski Pryamie, o chlebie i my pamiętajmy:
Dosyć się jeszcze napłaczesz i później za synem kochanym,
Do Ilionu zawiózłszy; oblejesz go łez strumieniami“.
Rzekł szybkonogi Achilles i wstawszy, barana białego
Zabił; współtowarzysze ze skóry obdarli, sprawili
Zręcznie, porozdzielali na sztuki, na rożny wsadzili,
Potem piekli nad ogniom i z rożnów pozdejmowali.
Automedon, powoźnik, na stole chleb porozkładał
W pięknie plecionych koszykach, a mięso podzielił Achilles,
Dłońmi sięgają mężowie po przygotowany posiłek,
A gdy każdy i wypił i podjadł, ile zapragnął:
Pryam, sędziwy Dardańczyk, podziwiać jął Achillesa,
Jego urodę i wzrost, bo niebianom się zdawał podobny;
Ze swej strony Achilles nawzajem Pryama podziwiał,
Patrząc w zacne oblicze i słowa mądrego słuchając,
Gdy zaś naradowali się sobą dowoli obadwaj,
Wtenczas bogu podobny, sędziwy odezwał się Pryam:
„Miły Zeusowi Achillu, przygotuj łoże mi teraz,
Abym wypoczął i błogodawczego snu zakosztował;
Jeszcze bo oczy się moje pod brwiami i razu nie zwarły,
Odkąd syn mój ducha wyzionął pod twoim oszczepem;
Żale bez przerwy zawodząc i trawiąc się bólem niezmiernym.

W prochu się brudnym tarzałem w domostwie pośrodku dziedzińca;
Dziś zaś strawę przyjąłem do ust i zgasiłem pragnienie
Winem, pociechą dla serca, a wpierw nie tknąłem niczego“.
Rzekł; zaś wnet towarzyszom i sługom kazał Achilles
Łoże zgotować w przedsionku: pięknemi derami je zasłać,
Wydzierganemi purpurą, rozłożyć kobierce ozdobne,
Na wierzch zaś kędzierzawe, otulne rozciągnąć opończe.
Wyszły sługi z komory, pochodnie w ręku trzymając,
I uwinąwszy się prędko, usłały łoża obydwóm.
Wtenczas z boga zrodzony Achilles odezwał się żartem:
„Kładź się, starcze kochany, w przedsionku, bo mógłby tu który
Z rajców achejskich przypadkiem zawitać; oni i w nocy
Do mnie często na radę przychodzą; przywykli do tego.
Niech zaś któryby z nich cię obaczył śród nocy pochmurnej:
Agamemnona Atrydę-by wnet uwiadomił, a wtenczas
Niecoby trudniej ci było odzyskać zwłoki synowskie.
Ależ powiedz mi jeszcze, Pryamie, prawdę rzetelną,
Ile dni potrzebujesz na pogrzeb Hektora boskiego,
Abym wiedział, jak długo mi czekać i wojsko wstrzymywać“.
Na to bogu podobny, sędziwy odezwał się Pryam:
„Jeśli naprawdę zezwolisz Hektora uczciwie pochować,
Łaskę, Achillu, tem samem i dla mnie wielką wyświadczysz.
Wszakże w grodzie zamknięci jesteśmy, a drzewo z odległych
Gór potrzebujem sprowadzać, Trojanie zaś strachem są zdjęci.
Przez dni dziewięć-bym chciał opłakiwać syna w domostwie,
Dnia dziesiątego pogrzebać i ucztę wyprawić ludowi,
Jedenastego mogiłę-by wznieść umarłemu wypadło,
A dwunastego do boju stawajmy, gdy taka konieczność“.
Na toż znowu mu rzekł szybkonogi, boski Achilles:
„Zgoda, niechaj się stanie jak rzekłeś, Pryamie sędziwy,
Przez ten cały się czas, jako żądasz, powstrzymam od walki“.

(S. Mleczko).
Opisem pogrzebu Hektora kończy się epopeja. (Całkowitych przekładów Iliady mamy sześć: F. Ks. Dmochowskiego (1801, 2-e wyd. 1805, 3-e wyd. 1827), Jacka Przybylskiego (l814), Stanisława Staszica (1815), Pawła Popiela (1880), Augustyna Szmurły (1887), Stanisława Mleczki (1894). Poszczególne pieśni tłómaczyli: Jan Kochanowski, S. Nagurczewski, Juliusz Słowacki, Józef Szujski, F. Balzer, Fr. Jezierski, Jan Czubek).

Odyseja.

Wszyscy uczestnicy wyprawy trojańskiej dawno już wrócili do domu, tylko Odysej marnieje w niewoli u nimfy Kalipso, która chce go koniecznie zatrzymać przy sobie, biorąc za małżonka. Tymczasem na wyspie Itace okoliczni panowie, pewni, że Odysej już nie żyje, zalecają się natrętnie wiernej jego żonie Penelopie i, nie zważając ani na nią, ani na dorastającego jej syna Telemacha, gospodarzą swawolnie w domu królewskim, dopóki jednego z nich nie wybierze za męża. Wreszcie lituje się nad Odysejem Atena i, korzystając z nieobecności Posejdona, nieprzejednanego wroga jego, prosi Zeusa, żeby się ujął za nieszczęśliwym jeńcem. Zeus przychyla się do prośby córki, czem zachęcona Atena pośpiesza do Itaki, namawia Telemacha do wyruszenia na poszukiwanie ojca i pod postacią Mentora towarzyszy mu w podróży. Telemak odwiedza Nestora w Pylos i Menelausa w Sparcie; Menelaus powtarza mu opowieść Proteusza, według której ojciec jego siedzi zapewne w niewoli u nimfy Kalipso na bezludnej wyspie Ogigii. Zalotnicy, zauważywszy nieobecność Telemacha, dowiadują się, co uczynił, i postanawiają zgładzić go, gdy będzie wracał, i w tym celu urządzają na morzu zasadzkę. Pod ten czas Odysej, uwolniony na rozkaz Zeusa przez nimfę, buduje sobie tratwę, a gdy powiał wiatr pomyślny, puszcza się na morze.

I tak dni siedemnaście pruł bezbrzeżne tonie:
W następnym ujrzał góry feackie w oddali,
Gdyż Feacy najbliżej tych tam stron mieszkali —
I te góry on widział jak tarczę zamgloną.
Właśnie od Etyopów, gdzie go tak raczono
Wracający Posejdon ze Solymskiej góry
Ujrzał, jak Odys płynął — i wnet gniewu chmury
Wybiegły mu na czoło, wstrząsł się, i sierdziście:
„Oho! — rzekł — coś innego bogi oczywiście
Myślą zrobić z Odysem; znać, żem nie był z niemi!
Bo już się do Feaków zbliża, gdzie z długiemi
Nędzami swych przeznaczeń kończąc, do Itaki
Wróci; lecz czekaj, jeszcze dam ci się we znaki!“
Rzekł, i bałwany wzruszył; chmur zgromadził nawał,
Trójzębem rozkaz wiatrom, jakie są, wydawał,
Aby dęły zaciekle; w tuman ląd i morze
Gęsty obwinął — że się stała noc na dworze;
Zerwał się i dął Eurus, Not, toż Zefir wściekły,
Toż mrożący Boreasz — i przestwór wód siekły.
A w Odysie zadrżało serce, drżą kolana:
Westchnąwszy, w sobie rzekła dusza niezłamana:
„Biada mi! czegoż ja tu nie dożyję jeszcze!
Nimfy słowa, jak widzę, sprawdzają się wieszcze:
Gdy przed powrotem do dom, mówiła, że w biédzie
Będę wielkiej na morzu. Ot do tego idzie!
Cóż tu chmur na niebieskie stropy Zews napędza;
Jak morze wzdyma; a jak wicher każdy, by jędza
Szaleje! — Teraz pewnie kres mój ostateczny.
Trzy, czterykroć szczęśliwy każdy Grek waleczny,
Co legł pod Troją, walcząc za swoje Atrydy.
Czemużem nie legł z nimi; czemu ostrzem dzidy
Nie przepędził mię który, kiedym bronił trupa
Pelida, a mnie grotmi parła Trojan kupa!
Byłbym pogrzeb miał piękny, w Achai — bym słynął —
Gdy teraz tak nędzną śmiercią będę ginął!“
Mówił to — wtem spiętrzony bałwan się nań rzucił
Wściekle, z góry w łódź lunął, zakręcił, przewrócił...

A i jego z pomostu zmiotło; ster mu z pięści
Wyrwało; a masztowe drzewo na dwie części
Zgruchotane, runęło wichrem, co szaleje
I co jednym podmuchem zdarł żagle i reje...
Długo nurzał się w głębi Odys, choć co siły
Chciał wzbić się ponad wały, które go topiły.
Lecz darmo! Od Kalipsy suknie dane darem,
Nasiąknięte, ciągnęły na dno swym ciężarem.
Przecież wybił się na wierzch: morską wodę usty
Wypluł — z czaszki się lała całemi upusty.
Wżdy w tej trwodze o tratwie nie zapomniał wcale:
Dopadł do niej, przez wzdęte przebiwszy się fale,
I od śmierci niechybnej był uratowany.
Tam i sam statkiem jego miotały bałwany;
Jak Boreasz w jesieni suche osty miecie
Polem, a to splątane trzymają się przecie.
Tak i tratwą wichura tu i owdzie miota:
Boreasz ją na pastwę posyła do Nota,
Eur cisnął Zefirowi, by ją ścigał dalej....

Po niejakiej chwili znowu

Lądowstrzęsca Posejdon słał nań wał spiętrzony,
Ogrom jego rósł nad nim i lunął nań z góry —
A jako wicher plewy rozmiata i wióry
Z kupy, i tu i owdzie po polu je pędzi —
Tak rozmiótł jego tratwę. Odysej krawędzi
Belki uczepion, siedział jak na koniu na niéj.
Z darowanych przez nimfę wyzuł się ubrani...
Potom w nurt skoczył, fale rozcinał ramieniem
I raźnie płynął. — Widzi to morskich bóg toni,
Chmurnie głową potrząsa i te słowa roni:
„Płyńże, płyń! przez te wały przebijaj się w trudzie,
Póki się nie dostaniesz między zbożne ludzie —
Myślę, że ci tą biedą dałem się we znaki!“
To rzekłszy, biczem zaciął grzywiaste rumaki
I do Egeów przybył, gdzie miał gmach wspaniały.
Wtem Atenę już inne myśli podleciały.
Nagle wiatry, co dęły, naraz w kluby bierze,
Ucisza je i każe iść na swoje leże;
Li Boreasza pędzi, by wiał jego drogą
I fale łamał przed nim, póki na ląd nogą
Feacki on nie stąpi, ocalon z rozbicia.
Tak przez dwa dni, dwie straszne noce broniąc życia
Od fal napaści, z morzem bił się bez ustanku;
Aż gdy w dniu trzecim zorza zeszła o poranku,
Naraz wiatr ucichł; niebios pogodne błękity
Odbijała wód szyba — a on falą wzbity
W górę, mógł już wyraźnie brzeg lądu rozpoznać.

Radość to, jakiej dziatwa może tylko doznać,
Gdy jej ojciec, gorączką śmiertelną trapiony,
Już-już kona, okrutnie męczon przez demony...
Naraz wraca do zdrowia; niebo gwoli dzieci
Uzdrawia go — taż radość w oczach mu zaświeci,
Gdy ujrzał ląd i lasu rąbek. Więc dołoży
Rąk i nóg, by do brzegu dobił się tem skorzej.

Wydostawszy się na ląd, Odysej znajduje gościnny przytułek u Alkinoja, króla Feaków. Alkinoj na wiecu postanawia odesłać rozbitka do domu, a tymczasem wyprawia dla niego ucztę, na której ślepy pieśniarz domowy Demodok opiewa spór Odyseja z Achillesem. Alkinoj dostrzegł wzruszenie gościa i zaproponował biesiadnikom szermierki gimnastyczne.

Rzekł i wyszedł, a za nim wyszła gości rzesza.
Keryks dźwięczną formingę na kołku zawiesza,
A pieśniarza za rękę wyprowadza z sali,
Wiedzie drogą, po której kniaziowie zdążali,
Idący na szermierskie patrzeć się igrzyska.
I tak szli wśród wielkiego gminu zbiegowiska
Aż na plac. Tam w zapasy z sobą wystąpili
Co najprzedniejsi z paniąt. Zaraz się schwycili
Akroneos, Okialos, dalej Elatreus,
Nautej, Prymnej, Achialos, z nimi Eretmeus,
Anabezynoj, Pontej; Prorej wyzwał Tona,
Amfial, syn Polimeja, co zrodzon z Tektona,
I Euryal, waleczny jak Ares, bóg wojny;
Toż Naubolides, wzrostem, kształtem tak przystojny,
Jak żaden — chyba tylko Laodam jedyny.
Wreszcie Alkinoosa dziarskie, rosłe syny:
Laodamos, toż Kalios, Klitonej, w zawody
Spróbują, kto do mety dobiegnie z nich wprzódy.
Od miejsca aż do kresu wytknięto im gony.
Kopną się: i biegł z nimi polem kurz wzniecony,
Alić wszystkich Klitonej pozostawił w tyle;
Jak dwa muły sprzęg wołów prześcigną — o tyle
On swych braci przegonił i przypadł do celu.
W twardych zapasach siłę sterało tam wielu;
Zaś Euryal szermierzy co najlepszych pobił;
Amfialos najbujniejszy skok ze wszystkich zrobił;
W miotaniu kręgiem jeden Elatrej miał szczęście;
Laodamos najkrzepszy z wszystkich był na pięście.
Gdy widok tych tam igrzysk serca już nasycił,
Syn Alkina Laodam te słowa pochwycił:
„Sam tu moi! Spytajcie ot gościa, czy zna się
Na szermierce? czy szermierz? kształtem zacny zda się;
Bo te lędźwie, te łydy, te żylaste bary,
Kark gruby, pierś wypukła mówią, że chłop jary
I ognisty; lecz widać, że zjadła go nędza;
Woda morska to ponoś najzjadliwsza jędza

I najtęższego chłopa naraz z nóg obala“.
Na to wyszła odpowiedź ta z ust Euryala:
„Trafnieś rzekł, Laodamie; jeśliś tak ochoczy,
Idź sam do niego, powtórz mu to samo w oczy“.
Więc gdy syn Alkinoja usłyszał zachętę,
Przedarł się do Odysa przez tłumy ściśnięte.
„Gościu! pójdź z nami, w szrankach spróbuj się — powiada —
Jeśli umiesz; lecz pewnie tyś szermierz nielada.
Jakaż piękniejsza sława człeka wyżej wzbije,
Jak gdy rąk i nóg siłą przeciwnika zbije?
Więc spróbuj i te myśli chmurno strząśnij z duszy.
Odeślem cię niebawem — okręt twój wyruszy
Przygotowan w przystani, czeladź też gotowa“.
Na to przebiegły Odys odparł mu w te słowa:
„Czemu mnie wyzywacie? czy z urągowiska?
Moje troski mi bliższe, niżli te igrzyska,
Bom się dużo nacierpiał i tak się wciąż biedzę,
Że jeśli w zgromadzeniu waszem tutaj siedzę,
To wciąż rwę się do domu i błagam w tęsknocie
Króla i lud, niech radzą o moim powrocie“.
Na to Euryal tak mu z przekąsem odrzecze:
„Zaprawdę, tobie z oczu nie patrzy, człowiecze,
Byś się znał na szermierskich, szlachetnych zabawach.
Z tycheś raczej, co żywot swój trawią na nawach.
Możeś patron okrętu, włóczęga kupczący,
Stróż ładugi, towary sam dozorujący
Łapigrosz! Wcale miny nie masz na szermierza“.
Odysej na to wzrokiem ukośnie go zmierza:
„Nie znam cię, lecz źle mówisz, jak młokos zuchwały!
Wiedz, że bogi nie wszystko naraz wszystkim dały,
Tak urodę, jak rozum, jak wymowę świetną;
Toż niejeden, co postać wziął lichą i szpetną,
Otrzymał z łaski bogów taki dar mówienia,
Że gmin się nim zachwyca, gdy bez zająknienia
Tnie wdzięcznie i poprostu — podziwia go mnóstwo;
Idącego przez miasto tłum wita jak bóstwo!
Inny znów, chociaż kształtem niebianom podobny,
Nie potrafi się w sposób wysłowić nadobny.
Toż i ty, taki śliczny, że nawet bogowie,
Piękniejszego nie stworzą — a pustki masz w głowie.
Głupiem słowem aż do dna rozdarłeś mi serce —
Choć mogę ci zaręczyć, żem nie fryc w szermierce,
Jakeś twierdził. Jam niegdyś z pierwszymi się mierzył,
Pókim młodości mojej i ramionom wierzył.
Dzisiaj troski przysiadły; cierpiałem zbyt wiele
W bitwach z ludźmi, toż morskie zjadły mię topiele.
Lecz i dziś niezłomnego znajdziesz zapaśnika
We umie, tak mię twa mowa boli i dotyka“.

Rzekł to — i jak był w chlenie[60], wstał i wziął do ręki
Krąg ciężki i nabity i nie tak maleńki,
Jak te, które Feakom służą do zabawy.
Zamłyńcował nim, cisnął szparko z ręki prawej,
Aż warknął — aż i głowy pochylą Feaki
Do ziem, te zawołane na morzach flisaki.
Tak głaz huczał i dalej poza metę padnie
Puszczon z ręki. Atena, gdzie upadł, znak kładnie
I przemieniona w człeka, ku niemu się zwraca:
„Cudzoziemcze! i ślepy, co rękami maca,
Znalazłby głaz twój; z wszystkich najdalej on leży
Niezmieszany z innemi. O, niech się nie mierzy
Nikt tu z tobą; zwycięstwo zawsze jest przy tobie!“

Zwycięstwem tem podbija sobie Odyseusz Feaków: w dowód uznania i czci składają mu kosztowne upominki. Podczas wieczerzy Odyseusz prosi Demodoka, aby zaśpiewał o koniu drewnianym,

a gęślarz boskiem nuż śpiewać natchnieniem,
Jak jedni, na burtowne wsiadłszy już okręty,
Odbijali, gdy obóz trawił pożar wszczęty;
Jak inni wraz z Odysem przesławnym Achaje
W koniu siedzą, przez Trojan oblężeni zgraje —
Bo wróg sam tego konia wciągnął był do grodu.
A tak, gdy wkoło mnóstwo radziło narodu
Nad tym koniem, trojakie dając o nim zdanie:
Raz, aby gmach wydrążny dać na porąbanie;
Znów, by z murów zamkowych strącić go na skały;
Lub dla bogów zachować pomnik okazały —
Co się też wkrótce spełnić miało w rzeczy samej,
Bo Troi przeznaczeniem runąć, jeśli w bramy
Swe wpuści konia, w którym tylu tam heroi
Greckich siedziało, skrytych na zagładę Troi.
Dalej śpiewał, jak Grecy po mieście hulali,
Gdy się z brzucha zdradnego konia wysypali:
Jak na mury zamkowe leźli ci i owi;
Jak Odys w Deifoba dworzec, Aresowi
Podobien, wpadł z Atrydą Menelem we dwójkę;
Jak twardą mu tam przyszło z wrogiem stoczyć bójkę;
Jak go zmógł, bo Atena wsparła go ramieniem.
Tak śpiewał boski piewca. Odys z rozrzewnieniem
Słuchał go; łzy mu z powiek lunęły nawałem —
Tak zawodzi niewiasta nad mężowskiem ciałem,
Zabitem pod murami, co je piersią bronił,
By dzień hańby od dzieci i miasta odgonił...
Ona widząc, jak z śmiercią męczy się, jak kona,
Obejmuje go, wyje... a tu rozjuszona
Kupa wrogów włóczniami plecy jej okłada,

I wlecze w jasyr, gdzie ją trud czeka i biada,
Gdzie ból rozpaczy krasę z lic kwitnących wyssie...
Taki ból łzy wyciskał i tobie, Odyssie!

Alkinoj pyta gościa o przyczynę wzruszenia, o jego nazwisko i koleje. Odyseusz wyjawia, kim jest, i opowiada swoje przygody od chwili, gdy wypłynął z pod zdobytej Troi. Zapędzony burzą na nieznane morze, miał ciężką przeprawę z dzikim jednookim cyklopem, którego przez ciekawość chciał poznać i w tym celu, wziąwszy z sobą dwunastu ludzi, zapas wina i żywności, wysiadł na ląd i wszedł do jego groty. Nie zastali w niej olbrzyma; snać trzodę pognał na pastwisko. Na widok ogromnych zapasów serów, mnóstwa jagniąt i koźląt towarzysze srodze się napierali,

Bym dał im nabrać serów i drapnąć. Znów drudzy
Chcą na okręt gnać z obór ten dobytek cudzy,
Potem rozwinąć żagle i umykać cwałem.
Puszczam to mimo uszu (czemuż nie słuchałem!)
Chciało mi się go poznać, być jak gość podjętym —
Lepiej było się nigdy nie spotkać z przeklętym!

Cyklop wrócił dopiero nad wieczorem, wpędził trzodę do jaskini i zawalił wnijście ogromnym głazem, którego nie udźwignęłyby dwadzieścia dwa wozy czterokołowe. Wreszcie spostrzegł przerażonych gości i srogim głosem spytał, co za jedni i skąd przybywają? Nie zrobiła na nim wrażenia odpowiedź, że są greccy zwycięzcy zpod Troi, ani napomknienie, że Zeus czuwa nad podróżnymi.

Jędzon milcząc jął oczyma strzelać
I ręce wyciągnąwszy tam, gdzie stała czeladź,
Dwóch pochwycił i o ziemię cisnął, jak szczenięty —
Aż z czaszek mózg na ziem bryznął rozpryśnięty;
On zaś w sztuki podarłszy ciała, na wieczerzę
Pożarł ich, jak lew górski; a nawet się bierze
Do trzewiów, szpik wysysa i ogryza kości.

Po takiej wieczerzy usnął, a Odyseusz w pierwszej chwili chciał go zabić, ale zaniechał tego zamiaru, gdy przypomniał sobie, że nie byłoby komu odwalić kamienia, którym było zawalone wnijście. Nazajutrz rano

Dwóch ludzi znów mi porwał, sprawił do śniadania,
A zżarłszy ich, swą trzodę z jaskini wygania.
Jak nic głaz ów odsunął i znowu zastawił,
Rzekłbyś, że się z przykrywką u kołczana bawił.
I wielkolud gwizdając poszedł z trzodą swoją
W góry... a mnie tysiączne zamiary się roją
Do zemsty; byle pomoc dała mi Pallada!
Z wszystkich jednak najlepszą ta zdała się rada:
Pod obórką znalazłem drzewo jakieś duże
Z oliwnika ucięte; snać, nim zeń wystruże
Maczugę, chciał wysuszyć i rzucił ten kawał...
Drąg ten długości masztu, grubości masztowej,
Uciąłem był na sążeń; zachęcając słowy
Mych ludzi, aby kół ten do gładka siekierą
Ociosali; do czego rączo się zabierą.
Jam zaś koniec zaciosał i w ognistym żarze,

Ażeby hartu nabrał, osmalić go każę.
Poczem ożóg ten w mierzwę przed wzrokiem cyklopa
Skryłem, albowiem mierzwy była pełna szopa.
Schowawszy, wzywam czeladź, by losem ciągnęła,
Którym z nich padnie ze mną zabrać się do dzieła
I ożóg wbić mu w ślepie, zawiercić co siły,
Gdy spać będzie; i losy na czterech trafiły,
Których sobie życzyłem; ja sam byłem piąty.
O zmroku wrócił cyklop w domowe zakąty...
Głaz uchylon, gdy z paszy wracały bydlęta,
Teraz spuścił i brama szczelnie już zamknięta.
Zasiadł więc i jął kozy i owce beczące
Doić, lub pod nie sadzać jagnięta ssać chcące.
Z pracą gdy się uporał prędko, znowu bierze
Dwu naszych i sporządza sobie z nich wieczerzę.
Widząc to, jam się zbliżył doń o kroków parę
I rzekłem, niosąc w ręku wina pełną czarę:
„Pij, cyklopie! po mięsie ludzkiem wino służy!
Pij duszkiem — tego wina miałem zapas duży
Na statku; lecz w rozbiciu dla ciebiem ocalił
Ten bukłak, abyś mojej biedy się użalił
I odesłał do domu. Lecz cóż! tobą miota
Gniew taki, że nikomu nie przyjdzie ochota
Z śmiertelnych, próg twej jamy przestąpić bezpiecznie.
Oj cyklopie! tyś ze mną obszedł się niegrzecznie!“
Tak rzekłem; on wziął czaszę, wychylił do spodu,
I smakując, o drugą prosił tego miodu:
„Nalej jeszcze i gadaj, jak cię zowią, brachu,
Abym wet za wet mógł cię ugościć w mym gmachu?“..
Tak mówił — a jam pełną podał mu ochotnie;
I tak trzykroć nalaną, pił głupiec trzykrotnie.
Lecz gdy mocniej ów napój jął mu łeb zawracać,
Zacząłem pochlebnemi słowy zlekka macać:
„Chcesz wiedzieć? więc ci powiem, jakie miano noszę;
Toż wzajem o gościniec obiecany proszę.
Nikt — to moje nazwisko; Niktem woła matka,
Woła rodzony ojciec i woła czeladka“.
Rzekłem — a na to jędzon odrzekł: „Słuchaj, bratku!
Nikt zjedzon będzie; jednak zjem go na ostatku.
A tych tam pierwej pożrę — ot masz podarunek!“
Ledwo rzekł, runął na wznak; powalił go trunek.
Grzbietem tarzał się w kurzu; sen ciężki kamieniem
Przygniótł go, z paszczy wino lało się strumieniem,
Mięs kęsy wycharkiwał gardłem pijaczysko.
Wraz toż kół wydobywszy, wsadziłem w ognisko
Ostrzem, i serca druhów krzepiłem, by który
W samej chwili działania nie wlazł gdzie do dziury.
Już też i kół oliwny, acz mokry, w tym żarze

Rozgrzał się i na ostrzu płomień się pokaże.
Więc wyciągam go szybko; przy mnie moje zuchy
Stali tuż i bóg jakiś dodał im otuchy:
Bo razem pochwyciwszy, cyklopowi w oko
Wbili go; jam na ożóg wdrapał się wysoko
I kręcił — tak jak świder okrętową belkę,
Gdy jeden nim kieruje, a drudzy za szelkę
Z dołu ciągną — on leci pędem wirującym —
Tak i my tym ożogiem, jak żar pałującym,
Wiercim w ślepiu, aż ostrze krwią się zakurzyło;
Rzęsy, brew szczotkowatą zarzewie spaliło,
Wszystkie włókna trzeszczały, skwarząc się w źrenicy...
Jako kowal siekierę, ukutą w kuźnicy,
Kładzie w wodę do hartu, straszny syk powstaje,
Przez co mistrz swej robocie trwałą dzielność daje —
Tak syczało cyklopskie oko pod ożogiem...
Srodze zawył, aż wyciem odtętniła srogiem
Pieczara. My ze strachu wleźli w kąt głęboko.
Cyklop z oka kół wyrwał zbryzgany posoką
I od siebie precz cisnął w zajadłej wściekłości
I jął na gwałt cyklopy wołać, co w blizkości
Mieszkali po pieczarach skał wietrznych. Ci, owi,
Usłyszawszy krzyk wielki, w pomoc cyklopowi
Przybiegli i jaskinię obiegłszy dokoła,
Pytali, co się stało i po co ich woła?
„Polifemie! co tobie, że w tej nocy ciemnej
Tak wyjesz i nam spędzasz z powiek sen przyjemny?
Czy ci jaki śmiertelnik skoty twoje kradnie?
Czy samego morduje gwałtem albo zdradnie?“
Polifem na to z jamy tak im odpowiada:
Nikt mnie zdradą morduje; to nie gwałt lecz zdrada“.
Oni na to: „Jeżeli ciebie tu w jaskini
Nikt zdradą nie morduje, ni gwałtu nie czyni,
Toś chory z Zeusa woli, nic ci nie pomożem —
Módl się do ojca twego, który włada morzem“.

Oślepiając Polifema, Odyseusz ratuje się od śmierci, ale ściąga na siebie gniew Posejdona. Teraz zaczyna się prawdziwa niedola. Eol, bóg wiatrów, rozkazuje Zefirowi pędzić statki Odyseusza do domu, a inne wiatry dał mu w miechu zamknięte; ale gdy już zbliżał się do Itaki, usnął znużony, a jego towarzysze, mniemając, że w mięchu znajdują się skarby, rozwiązują go, aby je obejrzeć... Wymykają się wiatry i odrzucają nawy napowrót do wyspy Eola. Odpędzony przez Eola, który poznał, że nad nim ciąży gniew bogów, dopłynął tułacz do kraju Lestrygonów; ci ludożercy zatapiają jego nawy prócz tej, na której znajdował się sam Odyseusz. Na wyspie Eei czarodziejka Kirke zamienia towarzyszów jego w wieprzki; na szczęście Odyseusz pozyskuje miłość czarodziejki, wyzwala swoich i po rocznym u niej pobycie udaje się do krainy zmarłych, żeby tam od wieszcza Tejrezyasza dowiedzieć się swojej przyszłości. Tu, u wnijścia do Erebu zarzyna dla uczczenia zmarłych kozła i barana; do ich krwi tłoczą się dusze, a Odyseusz poznaje w ciżbie swoją matkę, Agamemnona, Achillesa i t. d. Tejrezyasz oznajmia mu, że po wielu przygodach wróci do domu, ale sam jeden. Odyseusz widzi w głębi Hadesu sędzię Minosa, udręczenia Tytyosa, Tantala, Syzyfa, poczem wraca na wyspę Eeję, a stąd przepłynąwszy obok wyspy Syren, pomiędzy Scyllą i Charybdą, które mu porwały sześciu ludzi, zawija do wyspy Trynakii, na której pasą się woły, poświęcone Heliosowi. Pomimo przestróg Odyseusza czeladź zabija woły; to też zaledwie statek puścił się w dalszą drogę, burza go rozbija, wszyscy toną i tylko Odyseusz wydostaje się na wyspę Ogigię, na której lat siedm przesiedział w niewoli u nimfy Kalipso.
Wysłuchawszy tej opowieści, Alkinoj odsyła Odyseusza do Itaki. Tu Atena dla bezpieczeństwa przemienia go w żebraka, okrytego łachmanami. Odyseusz posuwa się zwolna w głąb wyspy, ku miastu i przybywa do zagrody swojego pastucha nierogacizny Eumeja. Ten przyjmuje wędrownego dziada gościnnie, ubolewa przed nim nad losem zaginionego pana i skarży się na karygodną swawolę zalotników; gdy zaś usłyszał z ust gościa, że Odyseusz może powrócić, odrzekł:

„Nie myśl, starcze, że żona albo syn uwierzy
W to, co o nim donoszą przybłędy podróżne;
Tacy bowiem za kłamstwa i pochlebstwa próżne
Chcą gościnne przyjęcie wyłudzić w swej biédzie.
Toż gdy który włóczęga do Itaki przydzie,
Prosto sunie do pani i bajki jej gada;
Ona go podejmuje, o szczegóły bada;
Wzdycha za każdem słowem, łzy jej strugą cieką,
Jak zwyczaj u żon, którym mąż zginął daleko.
I ty mógłbyś jej bajkę zanieść tak uwitą,
Za coby cię chitonem i chleną okryto.
Ależ on, jej małżonek, dawno już umarły,
A psy i ptaki ciało z kości mu obżarły,
Lub zjadły ryby morskie; a kilka piszczeli,
Na brzeg rzuconych, gdzieś tam na piasku się bieli.
Niema go! swych przyjaciół zostawił w żałobie;
Mnie w największej! bo gdzieżbym znalazł pana sobie
Tak dobrego?

Nazajutrz do zagrody pastucha, prosto z nawy, którą tylko co szczęśliwie z wycieczki powrócił, przybywa Telemach i wysyła Eumeja do matki, żeby ją uspokoił. Po odejściu Eumeja Atena przywraca Odyseuszowi własną jego postać i ten daje się poznać synowi.

Młodzianek w zachwycie
Do serca cisnął ojca, łez wylewał strugi.
Rozbolał się, rozrzewnił tak jeden jak drugi;
Obaj głośno szlochali, kwiląc jakby ptaki,
Jastrzębie albo sępy, kiedy im chłopaki
Z gniazd wydrą nieudolne do lotu pisklęta:
Tak kwilili zawodząc oba niebożęta,
Że i słońceby zaszło, oni nie przestali...

Wtajemniczony w plan przyszłej walki z zalotnikami, Telemach udaje się do dworca królewskiego, a wkrótce potem, przemieniony znów w dziada, podąża do niego i Odyseusz w towarzystwie Eumeja. Biesiadujący zalotnicy oburzają się na żebraka, łają go i potrącają. Odyseusz znosi to cierpliwie, a wieczorem po rozejściu się biesiadników, wezwany do Penelopy, ma jej zakomunikować wieści o mężu. Wierna mężowi Penelopa żali się przed nim na swoją dolę i przykre położenie wobec zalotników.

„Powiem ci, że woń cnoty, urodę bogatą
Wydarli mi niebianie odtąd, gdy pod Troję

Szli Argeje, a z nimi Odys, szczęście moje.
Niechby on był powrócił i żył razem ze mną,
Sławąbym zajaśniała nie taką nikczemną!
Dziś z tęsknoty usycham, a różnych klęsk mnóstwo
Wciąż zsyła na mnie jakieś nieprzyjazne bóstwo.
Ilu bowiem władyków mieszka w tej tu stronie
Na lesistym Zakincie, Samie, Dulichionie,
I tych, którzy w słonecznej Itace rej wodzą, —
Wszyscy drą się do ręki mojej i dom głodzą.
Przeto mało się troskam o biednych żebrzących,
Lub cudzych, lub heroldów ludowi służących —
Jedno pamięci męża łzy moje poświęcam
I ciągle się natrętnym zalotom wykręcam.
Aż niebo mię natchnęło myślą wybiegliwą,
Żem na krosnach w mej izbie cieniutkie przędziwo
Nałożyła, by utkać ogromną oponę. —
I tak rzekłam do gachów: Chcecie mieć za żonę,
Mnie, wdowę po Odysie, młodzi oblubieńcy!
To czekajcie ze ślubem ni dłużej, ni więcéj,
Aż się zwinę z zaczętą na krosnach robotą!
Przędza w niweczby poszła — a mnie idzie o to,
Aby miał piękny całun Laertes mój stary,
Gdy go w czarnej godzinie śmierć weźmie na mary.
Toż szydziłyby ze mnie achajskie kobiéty,
Gdyby pan taki wielki leżał nieokryty.
Tak rzekłam wybiegliwie — i zmiękły ich serca.
Odtąd dniem pracowałam około kobierca,
Prując nocą przy żagwiach, com za dnia utkała;
Tak-em ich przez trzy roki wciąż oszukiwała.

Lecz niepoczciwe sługi zdradziły tajemnicę gachom i Penelopa musi nareszcie wybór wśród nich uczynić. Odyseusz pociesza ją zapowiedzią, że mąż wkrótce powróci, bo wiadomo mu z pewnością, że teraz gości u Feaków.

Roztropna Penelopa odrzekła mu słowy:
„Oby się twe spełniły, gościu, obietnice!
A tak cię udaruję, przyjaźnią zaszczycę,
Że każdy, co cię spotka, zazdrością zapała.
Lecz już wiem, co się stanie, jakbym przeczuwała:
Ani Odys nie wróci, ni ciebie w twe strony
Odeślą — bo ten dom nasz już osierocony.
Niema w nim Odyseja! Gdy on gospodarzył,
I gościa przyjąć umiał i hojnie obdarzył.

Mimo to wzruszona pomyślnemi wiadomościami królowa każe Euryklei, niegdyś piastunce Odysa, umyć nogi tułaczowi.

A starka miednik wraz przyniosła śliczny
Do nóg mycia i wlała w niego zdrój kryniczny,
Przymieszawszy coś wrzątku. Odys przy ognisku

Usiadł, lecz się odwrócił w ciemność od połysku,
Bowiem pomyślał sobie, że przy tem nóg myciu
Blizna, jaką ma, łatwo podpadnie odkryciu...
Właśnie starka tę bliznę pod dłonią spotyka —
A poznawszy — jak miała nogę jego w ręku,
Tak puściła — ta w miednik upadła i brzęku
Narobiwszy, naczynie z wodą przechybnęła.
Ona trwogą zadrżała, radością spłonęła,
Głos jej zastygł, a łzy się cisną — lecz wzruszenie
Przeszło... i już podbródek głaszcząc mu pieszczenie,
Rzekła: „Synu! Tyś Odys; jam ciebie, mój panie,
Nie mogła pierwej poznać, aż ot po tej ranie“.
I w stronę Penelopy wzrok jej promieniący
Znać dawał, że to mąż jej, Odys wracający.
Lecz królowa na migi te nie uważała,
Gdyż Atena gdzieindziej myśl jej skierowała.

Na szczęście udało się królowi uspokoić Eurykleję i skłonić ją do zachowania tajemnicy. Nazajutrz Penelopa z natchnienia Ateny zjawia się w komnacie biesiadnej, z której Telemach uprzątnął już wszelki oręż, i oznajmia zalotnikom, że zdecydowała się przyjąć za męża tego z nich, kto naciągnie łuk Odyseusza i strzałę z niego przepędzi przez ucha dwunastu siekier. Propozycya zostaje przyjęta, ale nikt łuku napiąć nie może. Odyseusz ujmuje łuk i, napiąwszy go bez trudu, z popisu wychodzi zwycięsko. Wówczas, mając już zapewnioną sobie pomoc Eumeja i drugiego wiernego pastucha, daje znak Telemachowi, że nadeszła chwila stanowczej rozprawy. Telemach z mieczem zbliża się do ojca i staje obok niego w progu. Odrzuciwszy łachmany i wysypawszy strzały z kołczanu, Odysej wskoczył na próg i w Antynoosa puścił „gorzką strzałę“,

Właśnie gdy ten po czaszę złocistą, dwuuszną
Sięgał, i już ją ręką schwyciwszy posłuszną,
Chciał do ust podnieść; umrzeć ani mu się śniło.
Któżby myślał przy godach, gdzie ich tylu było,
By się tam ktoś odważył, choćby jak waleczny,
Zgotować mu los czarny i wtrącić w cień wieczny?
Lecz Odys weń zmierzywszy, trafił w samo gardło,
Że aż przez kark żeleźce nawskroś się przedarło,
Czasza z rąk się wyślizła, gdy padał ukosem;
I zaraz promień czarnej krwi buchnął mu nosem.
Precz od siebie kopnęły stół drgające nogi,
Że się wywrócił; misy zasłały podłogi,
Chleb i mięsiwo w kurzu brudnym się zwalało.
Widząc gachy, jak padał, krzykiem izbę całą
Napełnili, ze swoich zerwali się stołków,
I przebiegając izbę od kołka do kołków,
Szukali po wszech ścianach w zajadłym ukropie —
Lecz ani jednej tarczy nie było, ni kopje,
Więc grożąc, Odyseja karali słowami:
„Na złeć wyjdzie, włóczęgo, żeś śmiał zadrzeć z nami!
Ale sztuka do razu; pójdziesz wnet do ojców
Za zabójstwo pierwszego z itackich mołojców.
Żywot twój policzony; sępy cię tu zjedzą!“

Tak mu grozili w szale; bo iście nie wiedzą,
Czy zabił go umyślnie. Głupcy ani marzą,
Że skrzydła bliskiej śmierci nad nimi się ważą.
Na to Odys — i przebił ich źrenicą swoją:
„Psy jakieś, myśleliście, żem poległ pod Troją?
Że nie wrócę? Więc dalej rej wodzić po domu....
Jakby bogi nie mogły tych szaleństw ukrócić,
Jakby wam język ludzki mógł przepuścić płazem!
Lecz dosyć — wyrok śmierci padł na wszystkich razem“.
To rzekł; a blady przestrach ogarnął zbytniki;
Ten i ów radby umknąć z tej zabijatyki.
Sam tylko Eurymachos zdobył się na słowo:
„Jeśliś itacki Odys, wracający zdrowo,
Słusznie karcisz za gwałty te nasze Achiwy,
Za te w zamku i włościach wyprawiane dziwy.
Lecz sprawca tych bezeceństw przed tobą tu leży,
Antynoj — on nas ciągle kusił do grabieży.
Nie tyle o żeniaczkę widać mu chodziło,
Jak o większe, to z wolą Kronjona nie było.
Owóż chciał on sam królem zostać nad Itaką,
A syna twego sprzątnąć śmiercią ladajaką.
Ma już, na co zarobił! A więc zlitujże się
Nad nami; każdy chętnie, co porwał, odniesie;
Za to, cośmy najedli, napili z tych stołów,
Każdy ci przyprowadzi po dwadzieścia wołów,
A dla zgody dołożym, co chcesz: miedzi, złota,
Póki cię nie zjednamy — gniew twój nie dziwota!“

Odyseusz odrzuca zgodę i wszystkim zapowiada zagładę. Wówczas Eurymach zachęca towarzyszów do napaści na wroga

I zaraz dobył obosieczny, miedny
Koncerz, i z podniesionym na Odysa bieżał
Z srogim krzykiem; a Odys właśnie co wymierzał
Łuk swój i w same piersi celował pociskiem,
Że aż w głębi wątroby uwiązł mu ze wszystkiem.
Ręka miecz wypuściła — on sam runął krwawy
Przez stół i na podłogę pozrzucał potrawy
Z dwuuszną czaszą; wił się, czołem tłukł po ziemi,
W bólach konania kopiąc nogami obiemi,
Zwalił stołek i oczy nocą się powlekły.
Wnet też i Amfinomos wyskoczył jak wściekły
Przeciwko Odysowi z wzniesionym brzeszczotem,
By go z drzwi wyparować; lecz Telemach lotem
Zabiegł mu; w same plecy, pomiędzy ramiona
Wraził kopię.

Śmiertelna walka toczy się z obustronną zaciętością. Nareszcie Atena potrzęsła

Egidą ludobójczą i jakby ukropem
Zwarzyła serca gachów. Popłoch na nich pada;

Uciekają po izbie niby wołów stada,
Kiedy na nich rój bąków siądzie nielitośny
I tnie żądłem, co bywa w dniach przydłuższych wiosny;
Ci zaś jak krzywodziobe, szponiaste sokoły,
Gdy z gór lecą na ptastwo polować w padoły...
Tak i oni, te gachy goniąc w całej izbie,
Zabijali każdego; czasem tylko w ciżbie
Jęk był głuchy, gdy czaszka zgrzytnęła zrąbana,
A podłoga dymiła, krwi strugą zalana.

(Lucyan Siemieński).
Pokonawszy wreszcie zalotników i ukarawszy śmiercią niewierne służące, Odyseusz daje się poznać Penelopie, która za sprawą Ateny całą tę morderczą walkę przespała. Małżonkowie zwierzają się ze swych przygód i cierpień. Nazajutrz Odyseusz udaje się za miasto do sędziwego ojca Laertesa, który zwątpiwszy już o powrocie syna, zgnębiony jego utratą, resztę życia trawił w wiejskiej zagrodzie na pielęgnowaniu drzew owocowych. Gdy się obaj cieszą, tłum mieszkańców, zbuntowanych przez ojca Antynoosa, napada na zagrodę. Ale Odyseusz z garstką wiernych uderza na nich i wsparty przez Atenę, odnosi zwycięstwo; walka kończy się pojednaniem króla z swoim ludem.
(Całkowitych przekładów Odysei na język polski mamy cztery: Jacka Przybylskiego 1815, Klemensa Żukowskiego 1846, Antoniego Bronikowskiego 1859, Lucyana Siemieńskiego 1874, drugie wydanie 1877, trzecie wyd. 1882. Niektóre pieśni tłómaczyli Fr. Ks. Dmochowski, Wincenty Szmaczniński).

C) Hymn do Apollina.
We wstępie maluje poeta potęgę boga słońca, na którego spojrzenie powstają inni bogowie a nawet Zeus gromowładny, tylko matka Apollina

Sama Latona, z nim razem złączona
Na syna swego wejście nie powstaje,
I łuk, co wzniosłe nosiły ramiona,
Zdejmuje z niego; jej kołczan oddaje,
Spuszcza cięciwę, co zbyt natężona,
I co strzał płytkich jeszcze pozostaje.

Wszystko to składa za złotym filarem,
A wtem Zeus syna zasila nektarem.
Wówczas dopiero siadają bogowie,
A matka z syna swojego się cieszy.
Ciebie uwielbiam i szczęśliwą zowię,
Wzniosła Latono, wpośród niebian rzeszy.

Dnia pogodnego sprawco wielowładny!
Jak cię uwielbiać godnie, Apollinie?
Z ciebie rytm płynie dotkliwy i składny;
Tyś uczył, jak wieść, paść trzody w dolinie
Gór miłośniku! gdzie przystęp niesnadny,
Bierzesz spoczynek w cienistej krzewinie.

Miłe ci w chłodzie takowe siedliska,
Gdzie zdrój szumiący z opoki wytryska.

Następnie opiewa niebezpieczeństwa i trudy, na jakie narażona była Latona z powodu prześladowania jej przez zazdrosną Herę. Nigdzie przytułku znaleść nie mogła, wreszcie wyspa Delos posępna i dzika dała się ubłagać i przyjęła Latonę. Tu się urodził Apollin pod opieką bogiń Rei i Temidy, która napoiła niemowlę nektarem z Olimpu przyniesionym.

Skoro napoju tego zakosztował
Potargał więzy, a zdziwione bogi
Czekały, z nimi jak będzie obcował.
On widząc orszak wkoło siebie mnogi,
Rzekł: „Odtąd ludziom będę prorokował,
Będę uśmierzał żale, zmniejszał trwogi,
Dajcie mi lutnię do słodkiego grania,
Kołczan, łuk, strzały, znamię panowania“.

Szedł, a wiatr igrał z włosy, co spadały;
Trzymał grot w ręku; smutne okolice
Delosu wdzięczną postać przywdziewały,
Delosu, co ma ścieśnione granice;
A czego inne pobliższe żądały,
Chlubny, iż bóstwa osiągnie świątnicę,
Nad inne wyspy iż został wzniesiony,
Przez Apollina za wolą Latony.

Świątynia, na wyspie Delos założona, ściąga ku sobie tłumy pobożnych pielgrzymów. Poeta nie zapomina i o sobie, mówiąc:

Pozdrawiam ciebie, Dyano, Latono,
I ciebie, wielkie bóstwo, Apollinie!
Delos! jeżeli przyjmiesz na twe łono
Przychodnia, który do ciebie zapłynie
I będzie pytał: kogo tu mieszczono,
Kto był u ciebie, co pieśniami słynie?
Powiedz: przyszedł tu był niegdyś zdaleka,
Z gór Chijos, nędzny i ślepy kaleka.

Miłe nam dotąd i w pamięci trwają
Pieśni, które tu, będąc u nas, śpiewał;
Dotąd je chętnie nasi powtarzają;
I czego on się może nie spodziewał
Pochwały jego nigdy nie ustają.
Przychodzień, choćby na to się zdumiewał,
Gdy pieśń usłyszy, zdumienie uśmierzy,
Westchnie i waszej powieści uwierzy.

Przedstawia dalej poeta wstąpienie Apollina na Olimp i powszechne wśród bogów rozradowanie pod wpływem jego czarownych pieśni. Wspomniawszy potem w krótkości o wędrówkach Apollina po Grecyi, zatrzymuje się dłużej nad dziejami świątyni w Delfach, którą on sam dźwignął, a zabiwszy straszliwego potwora Pytona, zesłanego przez zawistną wciąż Herę, dzieła dokonał i sprowadził do Delf Kreteńczyków, dążących do Pylos, przemieniwszy się w delfina i łódź ich do wybranej przez siebie miejscowości skierowawszy. Mieli oni zostać kapłanami świątyni, której wieszczby zasłynęły po całej Helladzie. Gdy im wolę swoję objawił,

.....Posłuszni rozkazom żeglarze
Natychmiast żagle okrętu spuścili,
Bóstwu, co ściśle nagradza i karze,
Naprędce z darnia ołtarz postawili:
Mąki, owoce, kwiaty, nabiał, w darze,
Miotając w ogień, bóstwu poświęcili.
Sprawiwszy ucztę, przez onej ciąg cały
Apollinowe śpiewali pochwały.

Szli zatem w górę ku bożej świątnicy;
Im strzałolotny Apollo przodkował;
Śpiewali jego pieśni ofiarnicy,
On tony dawał i dźwięki wskazował.
Choć ciężki przystęp wzniosłej okolicy,
Bożą się sprawą żaden nie zmordował.
Wskazał wspaniałość przybytku swojego;
A wódz kreteński tak mówił do niego:

„O wielowładny! któryś nas prowadził,
Powiedz, jak dalsze mamy pędzić życie“.
Rzekł strzałonośny: „Na tom was osadził,
Byście mych darów użyli obficie,
Lud, który będzie do mnie się gromadził,
Wielkiemi tłumy śpieszący ujrzycie;
Wszystkich przyjmować wy będziecie sami,
Których świątnicy czynię strażnikami.

„Przyjmujcie trwożnych, troskliwych, zbłąkanych,
Niech ulgę w waszej dobroci uczują,
Miejsce to czynię pociechą stroskanych,
Błędni niech miły spoczynek znajdują.
Niech słyną Delfy w wieszczbach pożądanych,
A te w umysłach waszych niech wiekują!“
Ten wyrok dałeś, bóstwo wiekopomne!
Nigdy ja pochwał twoich nie zapomnę.

(Ignacy Krasicki).

D) Żabo-mysza wojna (Batrachomyomachia)
(Poemat żartobliwy; autorem jest podobno Pigres).

Mysz ścigana przez kota, przybiegłszy nad jezioro, wdaje się z żabą (Odmipyskiem) w rozmowę o wzajemnym trybie życia, a zaproszona przez żabę wsiada na jej grzbiet i płynie do jej siedziby. Wtem ujrzawszy węża, zapomina żaba o swoim gościu i zanurza się w wodę. Tonącą spostrzega mysz inna i donosi towarzyszkom o tym wypadku. Król myszy Gryzander, ojciec owej nieszczęśliwej, zwołuje zebranie i tak przemawia:

„Przyjaciele, jakkolwiek ja jestem najbardziej skrzywdzony
Przez nikczemny czyn żab, to morderstwo każdego dotyka.
Ach! nieszczęśliwy ja ojciec, już wszystkich trzech synów straciłem.
Najstarszego udusił drapieżny kot, wróg nasz najsroższy,
Koło nory pojmawszy; drugiego znów nienawistni
Ludzie do zguby przywiedli, przeciwko nam wynalazłszy
Sztuką tajemną fortel drewniany, który zowią pułapką,
Rodu mojego zagładą. Pozostał trzeci najmilszy
Dla mnie, a także, dla matki czcigodnej, i tego utopił
Niecny Odmipysk, zawiódłszy na głębię... Dalej, do broni!
Śmiało na nich natrzyjmy, przywdziawszy misterne pancerze“.

Myszy na rozkaz króla, robią przygotowania do boju:

Najprzód zbroją swe nogi w bezpieczne nagolenniki,
Sztucznie zrobione z łupiny zielonych bobów. Te boby
Sami wojacy umyślnie spożyli na nocnej wycieczce.
Dalej biorą pancerze, ze skóry kociej uszyte;
Tarcze były z przykrywek od lampy, zaś szpilki sążniste
Kopje zastępowały, Aresa[61] broń miedziolitą.
Wreszcie hełmy wkładają, zrobione z łupiny orzecha.

Wysyłają następnie herolda do żab z wypowiedzeniem wojny. Odmipysk nakazuje poddanym swoim przysposobić się do walki:

Najprzód nagolenniki zbijają z liści ślazowych,
Potem wkładają pancerze z pięknej zielonej boćwiny,
Tarcze były kunsztownie zrobione z liści kapusty;
Każdy u boku niósł miecz obosieczny i ostry jak żądło,
Zaś skorupy najlepszych ślimaków za hełmy służyły.

Gdy już zastępy zbrojne gotowe były do boju, Zeus na zebraniu bogów, zwracając się do Ateny, wyraził przypuszczenie, że ona zapewne sprzyjać zechce myszom, które licznie się po jej świątyniach gromadzą, zwabione wonią tłustości i innych przysmaków ofiarnych. Atena wszakże odparła:

„Ojcze mój, w żadnym wypadku nie mogłabym myszom pomagać
W ich tarapatach, gdyż wielu szkód są sprawcami,
Wieńce niszcząc w świątyni i lampy dla tłustej oliwy.
Lecz najbardziej się martwię tem, co niedawno zrobiły,
Na nic pogryzłszy mi suknię nadzwyczaj mozolnie utkaną
Z wątku doborowego....
Żabom też nie mam ochoty najmniejszej pomagać, bo również
Są-to stworzenia nieznośne. Niedawno na przykład wróciłam
Z wojny okropnie zmęczona i snu spragniona słodkiego;
Wtedy takie kwakanie podniosły, że oka zmrużyć nie mogłam,
Wreszcie pierwsze zapiały koguty i promień zabłysnął poranny“.

(Z. Straszewicz).
Na wniosek Ateny, bogowie postanawiają nie mieszać się do walki, grzmotem tylko dając hasło rozpoczęcia bitwy. Dzielnie się popisywały oba zastępy, wielu z obu stron poległo, lecz gdy Gryzander ranił śmiertelnie Odmipyska, a na żaby się zawziął najmężniejszy z pomiędzy myszy Szarpacz niezwalczony, Zeusa zdjęła litość i zamierzył wysłać Aresa na pomoc żabom; lecz Ares nie sądzi, ażeby albo on albo Pallada mogły odwrócić zagładę ziemnowodnych, potrzeba na to albo całej potęgi bogów, albo piorunu. Zeus ciska piorun, lecz zawzięty zastęp myszy nie dał się odstraszyć; naciera on z całą gwałtownością. Wówczas Zeus zesłał żabom pomocników: były to raki:

Nożyce mają ostre, a pazury krzywe,
Grzbiet twardy, wąsy długie, tyłem zawsze idą.
Napróżno na nie myszy nacierają dzidą;
Dzida pęka na rakach niezwalczonych bronią.
Nakoniec żab zwycięscy ucieczką się chronią...
Tak skończyła się walka z jednego dnia końcem.

(B. Kiciński).
(Pierwszy przekład Batrachomyomachii na język polski p. t. „Żabo-mysza wojna“ dał Paweł Zaborowski, Kraków, 1588, drugi — Jacek Przybylski, Kraków, 1789 z tekstem greckim obok, trzeci — Bruno Kiciński, Lwów 1813, Warszawa 1841 w „Antologii greckiej“; czwarty — Zygmunt Straszewicz, w „Wędrowcu“ 1885, N. 31, 32; są tu własne dodatki tłómacza, ale ton bardzo szczęśliwie pochwycony).

II. HEZYOD.

A) Teogonia.
Jest to urywek tylko obszernego poematu o pochodzeniu bogów wedle wyobrażeń helleńskich. Poeta rozpoczyna od wskazania siedziby i znaczenia Muz, które obdarzyły go darem wieszczym tak, że poznał, co było, co jest i co będzie; one też kazały mu wieczny ród „szczęśliwych“ opiewać, wzywając ich na początku i na końcu swej pieśni. Wylicza tedy dziewięć Muz i określa ich pochodzenie, a zarazem ich dobroczynną działalność:

Kogo córy wielkiego Zeusa uczcić raczą
Z boskich chowanków, królów, skoro go zobaczą
Na świat przychodzącego, wraz jemu najwcześniej
Wylewają na język dary słodkiej Pieśni.
Z jego ust pełny strumień słów łagodnych płynie,
On zwróci na się oczy wszystkich ludzi w gminie,
On w spraw sądzeniu prawdę od fałszu rozróżni,
Prędko umorzy kłótnie, mówiąc najostróżniéj.
Przeto też najmędrszymi są królowie owi,
Co skrzywdzonemu prawa wracają ludowi.
Szczęśliwy i bezpieczen bywa król takowy,
Przystępny, mówi wszystkim uprzejmemi słowy;

A gdy idzie przez miasto, rzesza ludu mnoga,
Z chętnem uszanowaniem wielbi go jak boga;
On zaś przewyższa wszystkie stany zgromadzone
Wznioślejszy przez duszę, niźli przez koronę.
....................
Kogo kochają Muzy, ten już jest poetą;
Słodki głos z warg mu płynie słuchany z zaletą.
Bo gdy się kto zasmuci ciężko utroskany,
Ból w sercu cierpiąc z świeżo zadanej mu rany;
Niech poeta, ofiarnik Muz pamiętne dzieje
Z winną pochwałą ludzi starożytnych pieje,
Albo szczęśliwych bogów hymnem wielbić pocznie,
Co z Olimpu świat cały sprawują widocznie:
Wraz tamten w niepamięci topi swe kłopoty,
Zapomina do szczętu bólu i zgryzoty;
Bo ten jest nieśmiertelnych bogiń dar, iż skoro
Słucha pieśni, wraz wszystko złe od niego biorą.

Wezwawszy tedy Muz, opiewa poeta potomków Chaosu i Gei (Ziemi), Tytanów, Uranosa i Kronosa, narodziny Mojr (Park), Olbrzymów i Afrodyty, dzieci Nocy, Zwady, Pontu i długi szereg cór Nereusza, dzieci i wnuki Okeanosa, przywileje rzeki Styksu z jej potomstwem, wielką władzę Hekaty, oszukanie Kronosa przez ukrycie Zeusa przed jego żarłocznością, losy synów Japeta, a mianowicie Prometeusza, utworzenie Pandory, od której, wedle Hezyoda, pochodzi ród niewieści i przyczyna wszech nieszczęść:

Obłudne wpośród mężów śmiertelnych kobiety,
Nie pociechy w ubóstwie, lecz zbytku podniety!
A jak pszczoły szerszeniów w pokryte pszczelniki
Pochowawszy, złych robót karmią uczestniki,
Same aż do zachodu słońca przez dni całe
Śpieszno robiąc i plastry układając białe;
Szerszenie zaś, co wewnątrz pszczelników wstają,
Miody cudzej roboty do żołądków tkają:
Tak równe złe śmiertelni męże od Jowisza
Wzięli — kobietę — przykrych robót towarzysza...
Szczęśliwy, komu dobre śluby są zdarzone,
Iż pojął i wstydliwą i roztropną żonę!
Dlatego złe od wieków dobremu zrównywa.
Lecz jak dola owego bardzo nieszczęśliwa,
Co mu się złego rodu niewiasta dostanie,
Żyje, karmiąc w wnętrznościach wieczne utroskanie.
Tysiąc kłopotów myśl mu i serce kaleczy,
A jego złego żadne lekarstwo nie zleczy...

Następnie przedstawia poeta walkę Zeusa (Jowisza) z Tytanami, walkę, w której uwolnieni przez Zeusa z otchłani olbrzymi: Kottos, Bryarej i Giges najdzielniejszymi stali mu się pomocnikami, zwycięstwo na jego stronę przechylając:

Codzień się stron obydwóch pasowały siły.
Więcej niż przez lat dziesięć bitwy się toczyły.
Nie było widać żadnej w pokłóconych zgody,

Ni się kończyły jednym i drugim zawody,
A zawsze się jednaki koniec wojny jawił.
Lecz gdy im Jowisz wszystko dogodnie zastawił:
Nektar i ambrozyją, czem bogowie sami
Żyją, z porosłemi się uczują sercami.
Rzekł zaś bogów i ludzi Ojciec słowom takiem
Do sytych ambrozyi i nektaru smakiem:
„Słuchajcie mnie, cne dzieci Urana i Ziemi!
„Niech się wam dziś otworzę z myślami mojemi!
„Już jedni przeciw drugim walcząc ostro wzajem
„Codziennie o królestwo cios sobie zadajem.
„Chcą królować Kronidzi, chcą bogi — Tytany,
„Dotąd zaś i wy i my nie mamy wygranej.
„Lecz których siła wielka i niezwyciężona.
„Wy pokażcie na wojnie Tytanom ramiona.
„Pamiętni przyjacielskiej usługi, jeżeli
„Czujecie, jak niedawno wieleście cierpieli,
„Z jakiegoście więzienia do światła wrócili,
„Bośmy was naszą radą z ciemności dobyli“.
Tak rzekł: jemu zaś Kottos ogromny odpowie:
„Szczęśliwy! to, co wiemy, wspominasz w twej mowie.
„Znamy to, że celujesz między bogów tłumem
„Sercem odważnem i że celujesz rozumem,
„Potężny Nieśmiertelnych skrzywdzonych mścicielu!
„Ty ich od klęsk okropnych ocaliłeś wielu.
„I my sami winniśmy twojej roztropności,
„Że znów wyrwani z przykrych więzów i ciemności,
„Wiele niespodziewanych nieszczęść wycierpiawszy,
„Powracamy, Kronosa synu najłaskawszy!
„Więc teraz, królu! na twej polegając radzie,
„Stałym umysłem ciebie bronić będziem w zwadzie,
„W najmocniejszych utarczkach zwalczymy Tytany,
„Żeby ci rząd najwyższy świata był przyznany“.
Tak rzekł — a wszystkie bogi, plemię, Kronidowe,
Wysłuchawszy Kottosa, pochwaliły mowę.
Wraz wszyscy pożądali spotkać się najjawniej,
Kto mocniejszy, — daleko usilniej, niż dawniej.
Wraz był powszechny pożar wojny obudzony,
Gromadno przeciw sobie wstały obie strony.
Był i kobiet i mężczyzn w dzień ów zapał srogi,
Ruszyli się Kronidzi i Tytany bogi,
Wszyscy, — ruszyli i ci z ramiony silnemi,
Co ich Jowisz z Erebu wydobył z pod ziemi.
A ci byli potężni, bystrzy, srodzy męże,
Mający ręce trwalsze nad wszelkie oręże.
Każdemu razem sto rąk z ramion wyrastało,
I na karku pięćdziesiąt głów razem sterczało.
A ogromnością członków hartownych straszyli.

Tacy przeciw Tytanom wtenczas się stawili!...
A niemniej im groziły i dobrane bronie, —
Bo skałami przesilne uzbroili dłonie.
Tytany z drugiej strony pułki szykowały
Skwapliwie, czyniąc i rąk i sił przekaz śmiały.
Wtedy niezmierna burza morska zaryczała,
Echo głośno po ziemi rozległej huczała —
I szerokie niebiosa gruchem się ozwały,
Chwiał się z podwalinami długi Olimp cały.
Gdy już między bogami przyszło do poswaru,
Straszne wstrząśnienie doszło ciemnego Tartaru,
I szelestny nóg tęten i zmieszane chrzęsty
Nieustanne — i grotów przesilnych mach gęsty,
I szczękliwe pocisków miotania, — a głosy
Śmielących z dwóch stron poszły w gwiaździste niebiosy.
Gdy na siebie z hałasem lecą, — w ową chwilę,
Nie mógł już dłużej Jowisz powściągać się w sile.
Bo rozjątrzony w sercu trząsł się z gniewu cały,
A wszystkie mu się bronie z ręku wydzierały.
Szedł z Nieba i z Olimpu, a ustawnie błyskał —
I z silnej dłoni z grzmotem pioruny wyciskał
Szybko, gęste zaś zewsząd rozpuszczał postrzały,
A wokoło nich święte płomienie latały.
Ryczały zapalone rodzajne równiny,
Trzeszczały ogniem lasu gęstego czupryny.
Na ziemi i na morzu tliły się pożary,
Ogarnęły Tytanów ziemskich ciepłe pary.
Zewsząd się łuny oko rażące zabłysły,
I w boskiem się powietrzu szeroko rozprysły,
A wzroku najbystrzejszej pozbawiał źrenicy
Jary oświt pioruna i mig błyskawicy.

Już pożar i Chaosa niezmiernego ima,
Zdał się uszami słyszeć i widzieć oczyma;
Tak ku sobie czynili niegdyś szybkie skoki.
Z największym rumem Ziemia i Uran wysoki!
Ziemia się rozstąpiła; — a Uran spadł z góry.
Tak rum wydały bogów zaczepne napory!
Pył i kurzawę wzbudził tłum wiatrów wichrzący
I grzmot, i błyskawica, i piorun gorący.
Przeraźliwe Jowisza potężnego groty
Rozniosły w obu stronach wrzawy i łoskoty.
Rozlegał się niezmierny chrzęst strasznego boju,
Wysilało się męstwo harcujących roju.

Nachyliła się bitwa, zaczęły rozżarcie
Pasować się dwie strony przez mocne natarcie.
Dokonali Tytanów bój najznamieniciéj:
Kottos, Bryar i Giges, utarczek niesyci.

Ci z rąk silnych po trzysta głazów wyrzucili,
I prędko pociskami Tytanów zaćmili.
A zwalonych tęgiemi dybami wiązali,
I pod ziemię ich, choć tak mężnych, postrącali.
Tak nizko, jak wysoko jest do nieba z góry.
Bo równe dzielą Tartar od ziemi przestwory.
I z Nieba przez dni dziewięć i nocy kowadło
Lecąc — dziewiątegoby na ziemię upadło,
I znów przez dni i nocy dziewięć, kiedy spadnie
Z ziemi, stanie w Tartarze dziewiątego na dnie.

Mroczny Tartar ma obwód dokoła miedziany,
A u szyi od Nocy trzykroć jest oblany.
Na wierzchu zaś ciężary z korzeńmi wrosłemi
Leżą płonnego morza i rodzajnej ziemi.
Tu w ciemnicach ukryte są bogi — Tytany
Na rozkaz od Jowisza chmurozbiorcy dany.
Skąd wychodzić nie wolno; bo są opasane
Murem, a Posejdon dał w wrotach drzwi miedziane.

(Jacek Przybylski).
Po opisie walki z Tytanami, przedstawia Hezyod walkę Zeusa ze stugłowym potworem Tyfonem, a dalej wylicza potomstwo Zeusowe i niektórych bogiń. Na zapowiedzi, że poeta zamierza opiewać najgłośniejsze w świecie kobiety, urywa się Teogonia.
(Polski przekład wszystkich dziś istniejących utworów Hezyoda dał Jacek Przybylski: „Hezyoda Askrejczyka dzieła dochowane wszystkie, to jest: 1. Teogonia, 2. Tarcza Herkulesa, 3. Roboty i dnie“ Kraków, 1790, str. 122).

B) Prace i dnie.
Jest to poemat nauczający w formie przemowy do brata poety, Persesa, który przy podziale majątku rodzicielskiego wziął sobie część większą i lepszą. Hezyod rozróżnia dwa rodzaje zazdrości: jedna staje się powodem walk i nienawiści, druga pobudza do spółubiegania się szlachetnego za pośrednictwem coraz to usilniejszej pracy. Potem przedstawia początek złego na świecie z powodu stworzenia Pandory (zob. „Teogonię“) i opisuje pięć pokoleń ludzkich na ziemi: złote, srebrne, miedziane, bohaterskie i żelazne, w którem jemu samemu żyć wypadło, a na które się żali, potępiając zepsute obyczaje, zwłaszcza zaś niesprawiedliwość sędziów. Opisuje dalej korzyści wynikające z pracy i oszczędności, sposób obchodzenia się z przyjaciółmi. Naucza następnie, kiedy orać i siać, drzewo ścinać, narzędzia rolnicze sporządzać, bydło chować, na zimę się zaopatrywać, z pola sprzątać, wino zbierać itd. Dodaje przestrogi co do obierania żony i prawidła postępowania moralnego. Przy końcu wymienia dni dobre i złe, jako ludziom pomocne lub szkodliwe. Przytaczamy tu kilka wyjątków, zawierających przepisy postępowania.

Dwoma sposoby nabyć można mienie:
Jeden jest wszystkim cenny nieskończenie,
Drugi zaś zbrodni blizki, i ten właśnie
Wznieca o miedze wpośród sąsiad waśnie,
Skąd więc silniejsi bracia słabszych gniotą.

Ludzie przemożnej nienawidzą pięści,
Lecz że bogowie tak chcą mieć, najczęściéj
Uległość zbójcom jest z potrzeby cnotą.
Pierwszy zaś sposób, którym się bogacą
Czystego ducha ludzie, każdy zdoła
Takiego użyć, bo on będąc zgoła
Siły i woli płodem, zwie się pracą.
Tę Zeus w korzeniu traw przed ziemską dziatwą
Głęboko schował, by nie była łatwą, —
Choć widząc taki, co w lenistwie pości,
Że pracowity korzyść odniósł w żniwie,
Jeśli nie z cnoty, tedy choć z zazdrości
Zechce, jak tamten, wspomódz się godziwie...
Zmysłom to naszym skryły sądy boże,
Jak mało człeku do wyżycia starczy.
Nieraz dniem jednym pracy gospodarczéj
Rokby się cały dał opędzić może —
Wtedybyś gnuśnie trawił byt wesoły.
Lecz pługby zbutwiał, zleniwiały woły, —
Więc bardzo mądrze działa Zeus, jeżeli
Z nami się wiedzą swą niezawsze dzieli...
................
Gdybym mógł wybór zrobić, tobym pono
Wcale nie istnieć wolał, albo wprzódy
Istnieć niż dzisiaj. Cóż? gdy mi znaczono
Żyć wśród żelaznej wieku tego grudy,
Kędy dzień każdy nowym znojem gniecie,
Noc ku bezprawiom kusi, te zaś wszędzie
Dosięga mściwa bogów dłoń — a przecie
Prędzej czy później kres i temu będzie!
Skończą dni swoje nędzni ludzie owi,
Którzy tyloma językami gwarzą.
Skoro szron skrzepnie nad ich zbladłą twarzą,
By nie zawadzał dłużej dziad wnukowi,
Władca go bogów niby kłos położy...
Aliści po nich będzie jeszcze gorzéj!
Nie wstąpią już-ci w ślad swych ojców dzieci —
Miła uprzejmość wprędce precz odleci —
Brat bratu obcym stanie się, druhowie
Wrogami sobie, starych rodzicieli
Syn własny z domu wygnać się ośmieli,
Bezbożnie sądząc, że się bóg nie dowie
O tem opatrzny. Ni bezpieczny będzie
Od swych sąsiadów kto na własnej grzędzie.
Przystojność wszelką, godność, cześć zdeptawszy,
Ludzie wytartem czołem będą bili
Przed tym, kto wziętość swą przez czyn najkrwawszy
Przywłaszczyć sobie zdoła. Od tej chwili

Żegnaj powago, cnoto, prawdo, wstydzie!
Drwiąc z swej ofiary zdrajca przodom idzie —
Urąga kłamstwo wszelkiej dobrej wierze —
Krzywoprzysięzca wieniec chwały bierze —
Chciwość i zazdrość wszelką własność ślini
Strutemi jady. Wtedy to bogini
Siostrzana cnocie, nieśmiertelne piękno,
Nemezys, w śnieżne spowinięta szaty,
Z padołu tego, wzbiwszy lot skrzydlaty,
Odleci w nieba blask....
O mój Persesie! w osobliwszym wstręcie
Miej nadużycie siły. Niech zwierz krwawy,
Któremu obce szlachetności sprawy,
Pomiędzy sobą zjada się zawzięcie.
Nie tak ma czynić ten, któremu w łono
Przeczucie prawa z wiedzą cnót włożono.
On niech nietylko sam się broić wstyda,
Lecz, jeśli jeszcze drugim cnoty szlaki
Wskazuje z serca, to zaprawdę taki
Błogosławiony! Iść tam, gdzie ohyda
U celu dyszy, rzecz nietrudna przecie:
Co krok napotkasz nieprawości kwiecie
Z trującą wonią, skarby i zaszczyty
Tuż pod twą ręką, a gościniec bity
Pochyło zbiega. Za to tam, gdzie doma
Sumienia spokój, mając znój na czele,
Przebywa skromny, jest do niego stroma
Droga i na niej przeszkód bardzo wiele.
Lecz w tem bezdrożu, byleś pierwsze na niem
Postawił kroki, szlak ci się uprości.
Najdoskonalszy człowiek mojem zdaniem
Jest taki, który boskiej się mądrości
W działaniu każdem wieść za rękę daje,
Który tak wdrożył swoje obyczaje,
Że, niźli jakie przedsięwzięcie zacznie,
Jego następstwa wprzód rozważa bacznie.
Prawym jest, który prawej rady słucha;
Lecz ten, co ani sam jest mądry z ducha,
Ni mądrej rady przyjąć rad rękojmię,
Czyż wart współczucia, gdy mu nędza dojmie?
Persesie bracie! słuchaj rady brata!
Pracuj — a za to spotka cię zapłata,
Że na sytości brak się nie poskarzysz.
Bo głód próżniaka tylko jest towarzysz —
A próżniak równie bogów, jak i naszéj
Pogardy godzien! niby istność licha
Trutnia, co wprawdzie żądłem on nie straszy,
Lecz za to cudzą pracą brzuch zapycha.

Ma pracowity wielką cześć u ludzi,
Także od niebios jest kochany szczerze —
Sam od nikogo żadnych łask nie bierze
I jeszcze gnuśnych iść swym śladem budzi...
Wolne od zmazy miej, Persesie drogi,
Serce, i równo z brzaskiem, w skrusze ducha
Obiatą hojną czcij codziennie bogi, —
I także kiedy noc nadchodzi głucha.
Często do skromnej w domu twym biesiady
Wzywaj też druhy twoje i sąsiady,
A najszczególniej tych, co w trudnej chwili
Uprzejmie tobie pomódz pośpieszyli.
Skarbem jest dobry sąsiad, lecz od złego,
Jak od zarazy, niech cię bogi strzegą!
Jeśli ci dobrze z uczynnością braci,
Braciom od siebie czyń w tej samej mierze —
Nawet gdy przyjdzie czas, gdy dług się płaci,
Dobrze jest, jeśli miarę człek przebierze.
Tych kochać mniej, którym jesteś miły,
I serce twoje chętnie niech wymienia
Dary darami — prawem przyrodzenia
Cnota w hojności czerpie błogie siły.
Kto ma przyjemność dawać, już z tej miary
Sam w sobie nosi nagrodzenie swoje —
Kto zaś nie dawać rad, lecz chwytać dary,
Wstyd ma i ciągle z tego niepokoje.

(Felicyan Faleński).
(Prócz Przybylskiego, tłómaczył na polski poemat powyższy Ignacy Krasicki prozą pod tytuł.: „Roboty i dni“. Zob. „Dzieła“ jego wyd. warsz. 1878, t. III., str. 267—278. Urywki podał F. Faleński w swoich Przekładach z obcych poetów“. Warszawa 1878).

III. Kallinos.
Do broni!

Więc kiedyż się ockniesz do chrobrego czynu,
Gnuśna młodzi? — Podłego nie wstydzisz się gminu,
Gnijąc w słodkiem marzeniu, że to pokój blogi,
Gdy kraj cały objęły wojenne pożogi?
....................
I konając, wrogowi mignij kopją w oczy.
Chwała wielka mężowi,co krwawy bój toczy
Za kraj ojczysty, dziatki i małżonkę ślubną.
Śmierć zaś — wtedy się zjawi, kiedy nitkę zgubną
Wysnuje Mojra. A więc, hej wiara, do broni!

W górę kopje, tarcz niechaj lwie serce zasłoni,
I tak pędźcie odważnie na bojowe tany.
Bo człowiek nie uniknie śmierci obiecanej,
Choćby miał przodków nawet pomiędzy niebiany.
Tchórz wojennej unika wrzawy, kopij łomu:
Śmierć go nieunikniona namaca i w domu.
Tchórz umrze — nikt w ojczyźnie nie poczuje straty.
Umrze bohater — płacze biedny i bogaty.
Śmierć jego cały naród żałobą okryje;
Jak półboga rodacy wielbią, póki żyje.
Jakby na wieżę patrzy nań rzesza zdumiona,
Bo w czem wielu się poci, sam jeden dokona.

(J. Czubek).

IV. Tyrteusz.
a) Naprzód!

Mężosławnej, o dzieci, spartańskiej
Tej krainy, swym ojcom podobni,
Na lewicy oparłszy tarcz dzielną,
Wręcz dzidą odważnie uderzcie,
Nie żałując dla kraju krwi swojej:
Nie rodzime to Sparcie uczucie.

(A. Walicki).


b) Pobudka bojowa.

Chwała temu, co walcząc za ojczyste łany,
Bohaterem na czele legnie pokonany;
A hańba wieczna temu, co matce ojczyźnie
Poda tyły i chleba żebrze na obczyźnie,
Co z starą matką, ojcem, z dziatkami na grzbiecie
I ze ślubną małżonką włóczy się po świecie.
Niemiły gość, zaprawdę, kędykolwiek przydzie,
Kto się podda ubóstwu i sromotnej biédzie;
Plami ród, własną piękność taki tułacz kala,
I wszelkie złe i hańba wszelka nań się zwala.
Więc gdy nigdzie wygnańca życzliwość nie spotka,
Ni cześć, ni litość ludzka, ni pociecha słodka,
Walczmy mężnie za drogą ojczyznę i dziatki,
I krwi naszej, gdy trzeba, wylejmy ostatki.
Walczcie dzielnie, młodzieńcy! ramię do ramienia!
A bójcie się ucieczki, bójcie pohańbienia!
Nabierzcie ducha! Śmiało się stawcie potrzebie,
Myślcie, jak gromić wroga, nie ratować siebie.
A starszych towarzyszów, co im w członkach stawy

Wiek zwątlił, nie odbieżcie wśród krwawej rozprawy.
Hańbaby była, gdyby pośród dzielnej wiary
Przed młodszymi druhami legł wojownik stary,
Co ma brodę i włosy srebrzy szron siwizny,
Leżał w kurzu, konając, wierny syn ojczyzny,
Wstyd krwią oblany ręką zasłaniając oku —
O, jakże pali hańba takiego widoku!
Gdyby tak nagi leżał! — Młodym zaś przystoi
Wszystko, póki urocze kwiecie młodość stroi:
Bohater — dziw dla mężów, ulubieniec dziewic,
Póki żyw — gdy polegnie, piękny jak królewic.
Więc stójcie jak mur, w ziemię niech wryje się noga,
We wargę zatopi ząb! — Tak czekajcie wroga!

(J. Czubek).

V. Mimnermos.
I.

My jak liście, gdy wiosny kwiatorodna pora
Ożyje, kiedy słońca znów błyśnie oblicze,
Radujem się młodości kwiatem do wieczora,
Ni rozkosze od bogów ważąc, ni słodycze.
W tem Kery[62] czarne zeszły; ta starości nici
Ciężkiej, trudnej piastuje, a tamta śmierć trzyma.
I póki słońca promień po ziemi nam świeci,
Póty owoc przez chwilę pieścimy oczyma;
Lecz gdy pora pogody zejdzie z swej koleje,
Wtedy śmierć pożądańsza niż pasmo żywota.
I zewsząd troska spada; człek nędzą więdnieje
I trwogi niezliczone kołaczą we wrota:
Ten żałuje swych dziatek, boleść serce krwawi
I z tęsknym żalem w ziemię do Hadesu schodzi;
Innemu ciężki umysł chorobą się trawi.
Każdego swój od Zeusa pocisk zła ugodzi.

(A. Walicki).


II.

Życież to, gdy odwróci lice Kiprys[63] złota?
Bywaj, śmierci! gdy zmierzchnie miłośna ochota,
Rozkosz tajnie kradziona i słodkie szeptanie,
Co nam wonią potrząsa żywota zaranie.
Bo gdy się już raz starość zgarbiona przywlecze,
Człowiek zrobi się lepszy, lecz krasa uciecze:
W sercu ciągle kłopoty i troskę masz wieczną,

Już wesoło nie patrzysz na światłość słoneczną,
Biedny cel kpin niewieścich, pośmiewisko dziatek:
Oj, ciężkiż nam bóg, ciężki dał życia ostatek.


III.

Wnet drżę i pot gorący ciecze mi po ciele,
Gdy na młodości spojrzę urok i wesele,
Tak piękne, tak rozkoszne! — Oby dłużej trwało!
Lecz nie — młodości kwiecie trwa przez chwilkę małą,
Jak piękna mara senna; tuż zaraz się skrada
Starość zgięta we dwoje, ciężka, drżąca, blada,
Miru i czci pozbawia, krasę z lica ściera,
Bystrość oka osłabia i rozum odbiera.

(J. Czubek).

VI. Safona.
a) Hymn do Afrodyty.

Na promiennym tronie usłysz me wołanie,
Afrodyto, Zeusa córo, dziewico;
Cna bogini, nad męką miej zmiłowanie,
Nad serca mego tęsknicą.

Zejdź ku umie, niebiańska, jak to nieraz bywa,
Kiedy od twego ojca z wysokości
Łaskawie się do mnie zniżasz, urodziwa,
Skoro twej wzywam litości.

Biali ptaszkowie wpośród wesołej psoty
Skrzydełek swoich, z słonecznej krainy
Ciągnęły z tobą twój rydwan jasny, złoty,
Na czarne, ziemskie niziny.

W lot byłaś przy umie i pytasz mnie, bogini,
Siejąc z twych oczu uśmiechy i blaski:
„Coż to serce twoje tak strwożonem czyni,
Że mojej aż wzywasz łaski?

Jakiemże pragnieniem miłosnem pierś wzbiera,
Kogo pożąda serce gorejące,
Od jakiejż to wzgardy dusza ci umiera
I skargi roni płaczące?

On cię unika? więc zaraz ścigać będzie,
Hardy był? teraz on cię będzie błagać,
W miejsce nienawiści miłość go posiędzie,
Choćbyś ty miała się wzdragać“.


Przybądź więc znowu i rozprosz czarne cienie,
Które mi biedne moje serce gniotą,
Nakarm tęsknicę, ucisz moje pragnienie,
Ratuj, błagam cię o to.

(A. Szczepański).
b) Życzenie.

Lubię rozkoszne blaski; więc gdy piękność złota
Zgaśnie dla mnie — o Hadzie! otwieraj swe wrota.


c) Matczyne skarby.

Moja śliczna dzieweczka
Ma urodę kwiateczka.
Gdybyście mi dawali
Wszystko złoto, co w fali
Rzeka Hermos przetoczy,
Gdyby Lesbos uroczy —
Czybym ją też sprzedała?
Nie dałabym, nie dała!


d) Tęsknota.

Już ja moja pani matko,
Przy krosienkach siedzę rzadko;
Mnie za chłopcem rwie tęsknota,
Mnie już zmogła Kiprys złota.


e) Złoto i cnota.

Zły towarzysz złoto,
Gdy nie w parze z cnotą;
Wielkie szczęście twoje,
Gdyś posiadł oboje.


f) Pieśń weselna.

Jabłuszko się słodziutkie czerwieni wysoko,
Pewnie go sadowników nie dostrzegło oko;
Oj, dobrze sadownicy widzieli, widzieli,
Tylko dostać nie mogli, choć chcieli, choć chcieli.

(J. Czubek).

VII. Alceusz (Alkaios).
a) Prośba do Zeusa.

O dżdżysty Zeusie, co w ciemnych obłokach
Utwarzasz burze i szumisz w potokach,
Zniszcz nawałnice i pioruny szkodne,
A oszczędź wina słodkie i łagodne,
Które nas swoją ubóstwianą władzą,
W krainy marzeń przyjemnych prowadzą.


b) Zachęta do picia.

Zwilż płuca winem, zgaś pragnienia wrzące,
Nim w złej godzinie błyśnie gwiazd tysiące.

(B. Kiciński).

c) Na frasunek.

Smutkom się nie daj, bo to złe pany;
Strapieniem nic nie wskóramy.
Hej, Bakchu! wina: na takie rany
Wino najlepsze balsamy.


d) Po pogromie.

Idź i powiedz, niech usłyszy
Każdy z moich towarzyszy,
Że Alceusz (Alkaios) z boju wrócił,
Ale w polu tarcz porzucił.
Poszła w łupy — trudna rada,
Dziś się cieszy nią Pallada.

(J. Czubek).

VIII. Erynna.
Do siły.

Cześć tobie, siło! o Aresa córo!
W złotej przepasce błyszcząca wspaniale,
Ty, co panujesz nad Olimpu górą
W niezłomnej chwale.

Ty z przeznaczeniem w jednej stoisz wadze,
Z ciebie początek bierze królów sława,
Kiedy przy tobie wspierająca władzę
Odwaga stawa.

Wskazujesz drogi tym, co ziemskie łono,
I tym, co morze śmiałym prują trudem,
I ty śmiałością rządzisz niewzruszoną
Nad miejskim ludem.

Najpotężniejsza! Pęta kruszysz nagle
I zmienne życia naznaczasz koleje,
I sam wiatr nawet, wzdymający żagle,
Jak ty chcesz, wieje.

Ty, najmężniejsza! bohaterów godnych
I wojowników niezrównanych rodzisz,
Ty do zbierania Demetry[64] łask płodnych
Ludzi przywodzisz.

(B. Kiciński).

IX. Teognis.
a) Obcowanie.

Zapisz to sobie w sercu: z złymi obcowania
Unikaj, niech twe serce ku dobrym się skłania.
Z dobrymi pij i ucztuj, do nich się przysiadaj,
By się dobrym podobać, pracę sobie zadaj.
Od dobrych zawsze zyskasz, od podłych zaś tłumu
I nic się nie nauczysz i zbędziesz rozumu.
Więc z dobrymi wciąż obcuj, a z czasem się ziści,
Że ma rada rzetelne przynosi korzyści.


b) Nowi ludzie.

Gród, Kirnie[65], jak gród — ten sam; ludzie — nie ci sami.
Motłoch, co prawa nie znał, gardził zakonami,
Ci, co wpierw kozie skóry włożywszy na bary,
Niby trwożne jelenie przebiegali jary,
Dziś to szlachta, o Kirnie! a szlachta chłopieje:
O, jakże boli patrzeć na to, co się dzieje!
Oszukują się wzajem, hołdując obłudzie:
Ni to gmin, ni to szlachta — oto nowi ludzie.


c) Ciężar nędzy.

Męża dobrego, Kirnie, strasznie gnębi nędza,
Gorzej, niż ciężka zmora, niż starości jędza.
By przed nią uciec, rzuć się w ocean głęboki,
Albo w przepaść bezdenną ze skały wysokiej.
O, bo człowiek ubogi, niedolą znękany,
I ręce ma związane i język spętany.


d) Dar wieszcza.

Skrzydła ci, Kirnie, dałem, na których nad góry,
Nad lądy i nad morza bezmierne lazury
Bez trudu się uniesiesz; na każdem weselu,
Na każdej będziesz uczcie, żyjąc w ustach wielu.
Chóry pięknych młodzieńców przy dźwiękach lirenki
Śpiewać o tobie będą czarowne piosenki.
A kiedy wreszcie zejdziesz w podziemne otchłanie,
W kraje Hada, gdzie wieczny płacz i narzekanie,
I wtenczas, wtenczas nawet twa pamięć nie zginie:
Twe imię w ustach późnych pokoleń zasłynie.
Zwiedzać będziesz Hellady kraje i ostrowia,
Rybnego morza głuche przebywszy pustkowia,

Ni statkiem, ni rumakiem; zaniosą cię dźwięki
Mej pieśni — dar, com dostał z Muz nadobnych ręki.
W późne wieki potomne żyć będziesz — bez końca,
Póki pieśni na ziemi, — póki ziemi, słońca.


e) Zadanie wieszcza.

Kto u Muz przyjął służby i posiadł rozumy,
Ten niech swej wiedzy ziarna rzuca między tłumy;
Jedno waż, drugie wskazuj, trzeciemu daj życie:
Na nic się nie zda mądrość, co się chowa skrycie.


f) Najdroższy skarb.

Na Sycylję mię niegdyś zagnała niedola,
Widziałem eubejskie winnice i pola,
I trzciny Eurotu, dumnej Sparty wieże,
I wszędzie mię, wygnańca, przywitano szczerze.
Mnie — wszędzie było smutno pomiędzy obcemi:
Ach! bo nam nie zastąpi nic ojczystej ziemi.


g) Używaj światka, póki służą latka.

Mądrą radę dam ludziom: używać żywota,
Póki wiek służy, młodość nie przeminie złota,
Póki w głowie myśl świeża, w sercu chęć użycia:
Bogowie jedną ludziom dają wiosnę życia.
Śmiertelnikom śmiertelne zasądzono losy:
Przykra starość wnet garbi i chwyta za włosy.


h) Póki czas.

Gdy się człowiek pogrąży w Erebu otchłanie,
Pod berło Persefony gdy się raz dostanie,
Nie dla niego już słodkie Dyoniza[66] dary,
Przepadły już na wieki lutni, piosnek czary.
Więc kiedy tak, hejże! biesiady, rozkosze!
Póki lekkie kolana, głowę prosto noszę.


i) Miłość

Szaleć z miłości — dobrze, dobrze się ocucić,
Głowę zaś łatwiej sobie, niż komu zawrócić.
Tysiące trosk ma miłość, tysiące słodyczy,
Jednak posiada urok jakiś tajemniczy.


k) Jeszcze miłość.

Kiterejo,[67] zdrad pełna, tobie Zeus na szkodę
Taką cześć dał na niebie i taka urodę;
Ludziom nawet rozsądnym zawracasz ty głowy,
I mędrcy i siłacze noszą twe okowy.


l) Rezygnacya.

Znoś, o serce, pocichu i najgorsze losy,
Gmin tylko małoduszny w rozpaczy rwie włosy.
Jękiem nie zwiększaj złego, co się zmienić nie da,
Bo przyjaciół zasmucisz, a wrogów czereda
Hymn tryumfu podniesie. Człowiek nie uciecze
Wyroku, jaki bóstwo nań w niebie wyrzecze,
Nawet choćby się rzucił w ocean głęboki,
Lub się zapadł pod ziemię w Tartarejskie mroki.

(J. Czubek).
(Z XVI jeszcze wieku mamy przekład gnomicznych wierszy tego poety, wydany p. n. „Wybranych zdań Teognidesa Megareńczyka księga. Wilno 1592“. Tłómaczenia dokonał Stanisław Kołakowski. Część przełożył prozą I. Krasicki: „Maksymy Teognisa z Megary“. Zob. obszerny artykuł Aleksandra Walickiego: „Zjawienie się nowych rodzajów poezyi w literaturze greckiej: O poezyi elegicznej“, Athenaeum Kraszewskiego r. 1844, t. V, str. 57—126).

X. Anakreon.
a) O sobie.

Chciałem śpiewać o Atrydach;
O Kadmusie chciałem śpiewać:
Lutnia wszakże Erosowi
Pieśń pochwalną chce wygrywać.
Odmieniłem struny lutni,
Odmieniłem lutnię całą:
Chciałem śpiewać trud Herakla,
Lecz znów z lutni: Eros! grało.
Taki widać duch już wieszcza.
Bohatery, bądźcie zdrowi,
Lutnia moja musi śpiewać,
Będzie śpiewać Erosowi.

(J. Szujski).


b) Miłość wieszcza.

Kruchej bułki odrobina,
A do tego czasza wina —
I po mojem wnet śniadaniu.
Teraz wezmę lutnię z ściany,
Polinebrze mej kochanej
Pieśń zanucę o kochaniu.


c) Przed bitwą.

Przynieś wina, przynieś wody,
Skroń mi kwiatem wieńcz różowym;
Bo się puścić chcę w zawody,
Bić z Erosem wartogłowym.


d) Skarga.

Moje włosy — ach! już białe,
Moja broda — ach! już siwa,
Zębów rzędy już niecałe:
Gdzie ma młodość, gdzie szczęśliwa?
I jasności tej słonecznej
Już mi wiele nie sądzono;
I płacz bierze mię serdeczny,
Bo mi straszne ziemi łono.
Ach! bo straszna, straszna droga
W loch okropny i daleki,
I jak łatwo schodzi noga,
Tak nie wróci już na wieki.


e) Przy pełnym.

Kto mi przy pełnym wciąż o bojach prawi
I łzawej wojnie, nie jest mój druh;
Lecz Afrodyty czar, Muzy kto sławi
I żarty płodzi, ten u mnie zuch.


f) Pieśń biesiadna.

Niech przyniesie dzban chłopczyna,
Bo chcę ciągnąć pełne łyki;
Niech dwie części leje wina,
Wody cztery da poniki.
Niech radością serce wzbierze,
Niech pohulam znów, a szczerze.
Ale precz niesforne krzyki,
Jakie lubi Scyta dziki,
Gdy się spije bez pamięci:
Nam gdy w głowie się zakręci,
Czar piosenki niech się święci.

(J. Czubek).

XI. Anakreontyki.
a) Obraz kochanki.

Hej malarzu nad malarze!
Znasz rodyjskie malowanie,
Znasz malować ludzkie twarze:
Wymaluj mi me kochanie.

Jej tu niema, więc z mej mowy
Maluj powab po powabie:
Maluj włos jej hebanowy,
Maluj miękki jak jedwabie.

Po warkoczach rozlej wonie,
Jeśli pędzel twój podoła;
Niżej piękne maluj skronie,
Mleczny marmur maluj czoła.

Bądź uważny w brwi wyrazie, —
Nie dziel, nie łącz zbyt niebacznie,
Lecz jak u niej, tak w obrazie
Niech zlewają się nieznacznie.

Oczom dając wyraz szczery,
Pierwsze z ognia daj podkłady;
Na to tęskność wlej Kitery,
Na wierzch mądrość włóż Pallady.

Barwa lica niechaj będzie
Róża z mlekiem zlana w mierze;
Niech na ustach Pejto[68] siędzie,
Że całować chętka bierze.

Dołek, co tam w bródkę wryty,
Śnieżne ramion jej marmury
Niechaj zajmą trzy Charyty, —
Całą postać skryj w purpurze.

Przez purpurę białość łona
Niech przegląda, niech migota —
Dość, malarzu: ach, to ona!
Tylko co nie zaszczebiota.


b) Nauka.

Pchasz regułki mi do głowy,
Subtelne wywody,
Po co mi te próżne mowy,
Po co te zachody!

Do dna ty mię ucz wychylać,
Ucz osładzać życie;
Ucz mię zgrabnie się przymilać
Złotej Afrodycie.
Włos mój siwy — więc niech piję:
Wina, przyjacielu!
Dzisiaj żyję, jutro gniję —
I już po weselu.


c) Lek na troski.

Piję wino, napój boski:
Zasypiają czarne troski.
Po co płacze, po co trudy,
Przykre troski, długie nudy?
Chcę, czy nie chcę, umrzeć muszę;
Po co więc umartwiać duszę?
Raczej słodkie pijmy czary,
Nadobnego Bakcha dary:
Kiedy pijem napój boski,
Zasypiają czarne troski.


d) Hola!

Hola, hola dziewczę młode!
Nie gardź memi dary,
Choć masz młodość i urodę,
Jam siwy i stary.
Wszak i oko barwność ceni,
Zachwyca się wieńcem,
Gdy lilijki biel się żeni
Z rożyczki rumieńcem.

(J. Czubek).


e) Starość — radość.

Często mi mówią kobiéty:
„Staryś, Anakreonie,
Włos twój już szronem okryty,
A w zmarszczkach twarz i skronie“.
Co mnie włos siwy obchodzi,
Gdy mnie jeszcze siła krzepi;
Starcowi bawić się godzi,
Im bliższa śmierć, tem lepiej.


f) Pogrom.

Ten Frygów, ów Teban boje —
Ja głoszę wyprawy moje.
Nie w konnicy, nie w piechocie,
Ani walczyłem na flocie;
Alem godzien chlubnej wzmianki,
Walcząc z oczami kochanki.

(B. Kiciński).


g) Czemu piję?

Pije ziemia czarna,
Drzewa deszcze piją,
Oceanu fale
Z chmur powietrznych żyją;
Słońce pije morze,
Księżyc pije słońce:
Czemuż ja mam nie pić,
Gdy gardło pragnące?

(J. Szujski).

XII. Symonides z wyspy Ceos (Keos).
a) Termopile.

O jakże wielki, szczęsny, wspaniały
Los termopilskich rycerzy:
Ich grób — świątynia, łzy — pomnik chwały,
Żal ziomków — wawrzyn wciąż świeży.


Grób taki z wieków drwi poniewiery,
Rdzy nie zaszkodzą mu jady;
Na grobie, w którym śpią bohatery,
Usiadła chwała Hellady.

Świadkiem Leonid, Sparty król dzielny,
Co w pilskiej[69] poległ cieśninie:
Grób mu ocenia laur nieśmiertelny,
I pamięć o nim nie zginie.


b) Maratońskim rycerzom (nagrobek).

Pod Maratonem Aten bohatery mężne
Stanęli murem w obronie Hellady,
I walcząc, porazili na głowę potężne
Medów od złota kapiące gromady.


c) Termopilskim rycerzom (nagrobek).

Przechodniu! powiedz Sparcie: tu leżym, jej syny,
Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny.


d) Leonidasowi (nagrobek).

Zwierz najmocniejszy na tym grobie leży;
W nim najmocniejszy spoczywa z rycerzy.


e) Gorgonie (nagrobek).

Ostatnie słowa rzekła do kochanej matki
Gorgo, z płaczem ją czule objąwszy ramiony:
„Żyj i na lepszą dolę chowaj ojcu dziatki,
Będziesz miała podpory w starości zgarbionej“.


f) Cnota.

Między ludźmi chodzą słuchy:
Cnota na skale mieszka wysoko,
Sama jedna w ciszy głuchej,
Rzadko ją widzi śmiertelne oko.
Kto nad siły się utrudzi,
Ubiedzi, lejąc śmiertelne poty;
Kto bohaterem wśród ludzi:
Ten tylko ujrzy oblicze cnoty.


g) Los człowieka.

Ach! jakże słabi są ludzie.
Troska ich nęka niesyta;

Krótki czas znoją się w trudzie,
A śmierć nad karkiem niezbyta.
Wszyscy jej łupem, nie pomogą modły:
Śmierć nie przebiera, szlachetnyś, czyś podły.


h) Skarga Danai.

Gdy malowaną arką ciosaną
Ciskała morska nawała,
W niebo szumiącą ciskając pianą,
Padła, ze strachu drżąc cała;
Łzami zalana dziecię porywa,
Perseja tuli do łona
I tak się smutna, kwiląc, odzywa:
„Matka-ż ja biedna, strapiona!
Ty śpisz spokojnie, śpisz, dziecię drogie,
W przeklętej skrzyni kowanej,
Śmieszki na liczku igrają błogie,
A wkoło czarne tumany,
A na twych bujnych kędziorków kaskadzie
Burza ci słone pocałunki kładzie.

Straszno — dla ciebie świeci słoneczko;
Wichr wyje — nie słyszysz wycia:
Jak mi się śmieje lube ciałeczko
Z purpurowego powicia!
Gdyby ci serce trapiła trwoga,
Skłoniłbyś ku mnie swe uszko,
Słuchał, co mówi matka nieboga —
Śpij tylko, śpij, moja duszko!
Ach, żeby tylko i burza spała,
Spała i w sercu mem troska;
Żeby odmianę jaką zesłała,
O Zeusie, wola twa boska!
A jeślim grzeszne w trwodze o dziecinę
Wyrzekła słowo, Zeusie! odpuść winę“.

(J. Czubek).

XIII. Bakchilides.
a) Pieśń o pokoju.

Pokój szafarzem dóbr niezliczonych,
Szafarzem miodowych pieni;
Tam na ołtarzach cudnie rzeźbionych,
W słupie czerwonych płomieni
Palą się bogom rogate woły

I udźce owiec wełnistych;
Taniec, muzyka, śpiew brzmi wesoły,
Chłopców i dziewic śpiew czystych.

Szary pajączek sieć rozpościera
Po rękojeściach z żelaza;
Brzeszczot i kopij groty pożera
Rdzy czerwonawa zaraza.
Nie słychać grzmotu śpiżowej tuby,
Powieka słodko się zlepia;
Sen się nie płoszy przedwcześnie luby,
Co serce tak mi pokrzepia.
Gdzie okiem rzucić, zabawy głośne,
Młódź pieśni nuci radosne...


b) Droga do szczęścia.

Jeden kres ludziom — jeden szlak prosty
Prowadzi w szczęścia krainę:
Umieć omijać głogi i osty,
Wesołą zachować minę.

Lecz komu brzęczy strach za uszyma,
Troska o jutro wciąż nęka,
Dla tego szczęścia w życiu już niéma
I serce z bolu mu pęka.


c) Sny winne.

Czar luby działa zrodzon w puharze:
Do serca słodka Kiprys kołata,
Co z Dyonizem przebywa w parze,
I troski pędzi gdzieś na kraj świata:
Więc jaki taki burzy już grody
I już licznemi włada narody:
Złotem mu błyszczą pyszne komnaty,
A statki wiozą przez morze szklane
Zboże z Egiptu, towar bogaty —
Takie sny miewa serce pijane.


d) Czem chata bogata.

Niema u nas mięsiw, złota,
Ni purpury, ni kobierca;
Lecz jest szczera Muz ochota,
Są życzliwe bratnie serca,
I beockie też puhary
Rozdzielają słodkie czary.

(J. Czubek).



XIV. Pindar.
a) Oda Olimpijska na cześć Azopicha z Orchomenu.
Azopich, syn Kleudama, zwycięzca w pieszych wyścigach na igrzyskach olimpijskich w r. 475, był rodem z miasta Orchomenu w Beocyi, siedziby starożytnego rodu Miniów, który najwięcej dostarczył ochotników do wyprawy Argonautów. Odę odśpiewał w Orchomenie chór młodzieńców, wprowadzając uroczyście Azopicha do świątyni dla złożenia Charytom dziękczynnej ofiary za odniesione zwycięstwo. Poeta wzywa najprzód Charyty jako opiekunki Orchomenu i dawczynie wszelkich powabów życia na ziemi i w niebie, żeby raczyły wejrzeć na uroczysty pochód ku ich czci urządzony, potem poleca Echu śpieszyć do Hadesu i oznajmić nieżyjącemu już Kleudamowi o zwycięstwie syna.
Strofa I.

Mieszkająca w kropionej Cefizem krainie,
Kędy wam poryżają tłumy wiatronogie,
O świetnej Orchomeny szanowne władczynie,
Starożytnych Miniów opiekunki błogie!
Zwróćcie ku nam, Charyty, wejrzenia dziewicze!
Z wami dla błędnego świata
Miła oku piękność zlata,
Płyną nęty i słodycze!
Czy kto mądry, czy gładki, czy świetny na ziemi,
Takiegoście darami podniosły waszemi.
Bez Charyt same bogów gromady
Nie zaczną tańca, ani biesiady;
One i na niebie
W swych dzierżą łaski prawicach,
A przy ozdobnym w złoty łuk Febie,
Na boskich siedząc stolicach,
Zwracają swe serca stale
Wieczystej ku rodzica olimpskiego chwale.

Strofa II.

Nieśmiertelna Aglajo! i ty śpiewom rada,
Eufrozyno! grzmiącego niebowładcy córy!
Talijo, której sercu słodko pieśń przypada,
Wejrzcie na lot tej pompy w pełnem szczęściu skory:
Owo struny lidyjskiej harmonja tkliwa
Błagalne przerzuca tony,
Owo głos chóru pieszczony
Azopicha wykrzykiwa!
Wszak za waszym starownym przewodem, boginie,
Gród Miniów gałązką Olimpijską słynie!
Kędy się czarną zamknęła strzechą
Podziemna Pani, śpiesz, lotne Echo,
Słać wieść żądaną
Kleudamowi o synie:

Że mu na sławnej pizańskiej dolinie
Zwycięzcy stopą, ubrano
W nieśmiertelne warkocz młody
Modrawej skrzydła nagrody.


b) Oda Pityjska na cześć Hierona, tyrana Syrakuzańskiego.

W odzie tej, napisanej z okazyi zwycięstwa Hierona w wyścigach wozowych na igrzyskach pityjskich (470 r.), poeta opiewa najpierw potęgę muzyki (t. j. pieśni z muzyką i tańcem), która czarem swoim podbija wszystko, co dobre; tylko złość nie odczuwa słodyczy. Tak właśnie olbrzym Tyfeusz, który targnął się na bogów, przywalony Sycylią, ogień przez Etnę wyrzuca. U stóp tej góry, zostającej pod opieką Zeusa, założył Hieron osadę Etnę i zostawszy zwycięzcą na igrzyskach pityjskich, kazał się za Etnejczyka obwołać. Jak żeglarze, wypływając na morze, z pomyślnego wiatru wróżą sobie szczęśliwą podróż, podobnież ten dowód łaski monarszej zapowiada nowo-założonemu miastu świetną przyszłość. Oby Apollo, rozdawca laurów pityjskich, miał je także w swej opiece. W dalszym ciągu opiewa Pindar zasługę Hierona w okazaniu pomocy miastu Kumom (470 r.), zagrożonemu od Tyrenów (Etrusków), a że wyprawa ta wypadła podczas choroby króla, stąd porównywa go do chorego Filokteta, który zapewnił Hellenom zwycięstwo nad Troją. To też i Hieronowi za odparcie barbarzyńców Zeus w przyszłości sprzyjać będzie we wszystkich jego zamiarach. Niechże więc cieszy się zwycięstwem ojca Dynomen, ustanowiony królem w Etnie, której założyciel, pomny na pochodzenie jej mieszkańców od Hylosa, nadał ustawę dorycką. Oby tylko Zeus raczył ziścić pragnienia króla, a spokoju Etny nie zamącą ani Tyrenowie, ani Fenikowie (Kartagińczycy). Wreszcie, zestawiwszy zwycięstwo pod Kumami ze zwycięstwami pod Salaminą, Platejami i Himerą, Pindar kończy odę, przypominając Hieronowi obowiązki dobrego króla, i radzi mu oglądać się na sąd potomności; jeżeli chce, żeby go pieśń opiewała, niech naśladuje przykład Krezusa, który był hojnym opiekunem nauk, a nie okrutnika Falarysa, którego pamięci wiecznie ludzkość złorzeczyć będzie.
Oda, odśpiewana prawdopodobnie w Etnie, podczas uroczystej biesiady w pałacu Dynomena, miała — jak się zdaje — na celu pobudzić Hierona do zamiłowania pokoju, do krzewienia muzyki i pożytecznych kunsztów, do rzetelności w słowie, do ostrożności w wyborze przyjaciół i do oglądania się na sławę u potomnych. Hieron bowiem był kłótliwy, podejrzliwy, samowolny, nastawał na życie krewnych i wogóle nie miał przymiotów dobrego władcy.

Strofa I.

Złota lutni! Apollina
I czarnowłosych dziewięci
Urodziwej cór Pamięci
Dzierżawo dłoni jedyna!
Idzie taniec po twej woli,
Biesiadniczej wódz swawoli.
I śpiewak k’ twemu skinieniu
Czarujące głosy zmienia,
Kiedy w wstępnem uderzeniu
Zaczniesz chór wiodące pienia.
Wiecznego ognia trójząb piorunowy
Na twe zwycięskie składa gniew namowy:
A goniec Zeusa[70] na berło świetne
Powietrznych wolny mozołów,
Snem przechylone skrzydło szlachetne
Opuścił mocarz sokołów.

Antystrofa I.

W słodkie mu oko ująwszy zamknienia,
Oblałaś zgiętą głowę czarniawym obłokiem:
On zczarowany na twe uderzenia
Marzy, kark falnym poruszając tokiem.
Sam Ares, gwałt zębatej odepchnąwszy włócznie,
Twardego znoje ducha miękkim snem wypocznie:
Bo twe harmonijne strzały[71],
Pchnięte sztuką Muz i Feba,
Śród nieśmiertelnego nieba
Cieszą władców wiecznej chwały.

Epodon I.

A czego Zeus potężny nie pokochał w świecie,
Głos Pierydy uczonej
Popędzi w nieznane strony
Po krnąbrnej mórz topieli, po stepach rozmiecie.
Tak w stękającym Erebie
Leży Tyfeusz stugłowy[72],
Co panującym na niebie
Zbójczemi groził okowy.
Tego przesławna, wieściami stara,
Niegdyś cylicka karmiła pieczara:
Dziś czoło wynurzone nad szklane poziomy[73],
Co je fala przy Kumie słonym pasem ściska,
I sykulskich ziem ogromy
Kosmate gną mu piersiska:
A wzrostem dumna
Niebios kolumna,
Wieczna śniegów karmicielka,
Etna dociska.

Strofa. II.

Kiedy pierzchliwe z gardzieli głębokiej
Niedostępnych pożarów buchają potoki:
W dzień gęstych dymów wąż bury
W Olimpu drze się sklepienie;
W noc iskrzące głazów chmury
Skrzydlatym płomień polotem
Z błyskiem i grzmotem
Na morze żenie.
Tak straszne z piersi on potwór zuchwały
Stopionych brył ciska wały!
Potworne oku te dziwy!
Dziw dla słuchu, gdy świadki zatwierdzą bez sporu,

Antystrofa II.

Jak w Etnie olbrzym straszliwy
Pieczary zaległ denne, splótł się u otworu;
A łoże stalowemi zjeżone sztylety
Przebija mu ciężkie grzbiety!
Oby się tobie, Zeusie, podobać na wieki!
Tobie, co nad tym wierzchołem
Chleborodnej ziemi czołem
Rozlewasz promień opieki!
Twej świętej góry nazwiskiem
Uczcił sadźca[74] sławny
Jaśniejący w dole blizkim
Gród Etny niedawny.
Już ją zwyciężył głosiciel przed świata obliczem,
Ku chwale wiekopomnych powołał mieszkańców,
Gdy na kręgu pityjskim kołem zawodniczem
Doleciał Hiero krańców.

Epodon II.

Biegącym na pławnym dębie
Przez wełnistego szumne Posejdona głębie
Pierwsza radość, na wstępie żaglowi pogonny
Gdy w piersi wydmuch zagniecie:
Bo z bijącym promieniem nadziei niepłonnéj
Błogo łódka przybije ku żądanej mecie;
W takim i Etny los płynie pędzie:
Stanie w pierwszych grodów rzędzie,
A lotnym koniem, wieńcami
I biesiadnemi śpiewami
W późne wieki głośna będzie!
Licejski Febie! Delijskiej ziemicy
Władco dobroczynny!
Któremu na Parnasie kastalskiej krynicy
Podoba się szelest płynny;
I to nam zdarz łaskawie, a z życzliwej chęci
Płodną w męże krainę w twojej złóż pamięci:

Strofa III.

Bo cnót śmiertelnych wyższe zawody
Pod bogów leżą skinieniem:
I męską piersią wieczyście młody,
I czarujący natchnieniem,
I krasomówca poradny
Z ich dłoni wybiegł wszechwładnéj.
Lecz biorąc wielkość Hierona śpiewać,
Czyliż się nie mam spodziewać,

Że oszczep ten miedzioszczęki[75],
Z silnej mej wyparty ręki,
Acz lotu nie wypędzi poza cel w zakresie,
Przecież wespół bieżące wystrzały przeniesie?
O bogdajby przyszłość cała
Wieniec na jego pańskie zataczała chęci!
Błogą mu gwiazdą jaśniała,
Trudy mętnej pomrokiem zwarła niepamięci.

Antystrofa III.

Niech wspomni dzielne zapały,
Kiedy z orężem dolatując chwały,
Wsparty na bogach, sercem niezłomny,
Odzierżał władzę, jakiej zdumieni
Nie znali jeszcze Helleni,
Potęgi laur wiekopomny.
Nawet dziś zmarłe wskrzeszając przykłady,
Szedł na boje choremi Filokteta ślady,
Gdy ktoś pochlebca[76], głuchy na królewskie bole,
Odsłonił mu zwycięstw pole.
Głoszą, że na lemnejskim stanęli ostrowie,
Równi bogom danajskich zastępów królowie,
Śledzący wieczną raną niknącego męża,
Co Alcyda łuk natęża,
Śmiertelnie kuszę napina,
Peanta syna[77].

Epodon III.

Ten Pryamową łukiem zwalił Troję,
Skończył Achajów długoletnie znoje,
Acz słabemi stąpał kroki;
Ale tak chciały wyroki!
Równą bóg dźwigacz[78] dla Hierona
Zgotował przyszłość i chwałę:
Wielkiego serca pomysły śmiałe
Krzepkiem ramieniem dokona!
Posłuchaj, Muzo! nowemu panu
Zwycięstwo zabrzmi rydwanu,
Laury ojcowskie cnym potomkom znośne:
Dalej więc Dynomenowi,
Walecznej Etny królowi,
Wynajdźmy hymny radośne,

Strofa IV.

Dla którego gród ów młody
Wzrósł, pędem wieków niestarty,
Na zakonie Hyla[79] wsparty,
Złotemi jasny swobody.
Wiecznie na prawach, jakie dał Egymi[80],
Chcą żyć Pamfila[81] i Herkula syny,
Blizcy skałami twardej podwaliny,
Na której się Tajget wygarbił olbrzymi.
Z śnieżnego Pindu stopa ich spłynęła
Na amiklejskie posady,
Tam żyły białokonnym bliźniakom[82] sąsiady,
A sława ich oszczepu z postrachem kwitnęła.

Antystrofa IV.

Skiń czołem, Zeusie, niech równe dole
Zlane na grody, zlane na króle,
Kędy Anemas[83] bystry prąd leje,
Niekłamiący głos opieje!
Wszak twoim wyrokom gwoli
Najwyższy z Syrakuz króli
Synowi berło poruczył,
Narody szczęścia nauczył;
Lecz błagam cię, synu Krona,
Niech w pociszonej dziedzinie
Fenik i butnych wściekłość Tyrrenów zamkniona
Pod Syrakuzy nie płynie.
Niech na pogromcze wejrzawszy Kumy
Ściśnie zęba, spłaszczy dumy.

Epodon IV.

Tam im wódz syrakuski, harde zgiąwszy głowy,
Na dno morskie z bystrych łodzi
Zepchnął kwiat naczelnej młodzi
I niesione Heladzie potargał okowy.
W Atenach do lutni tonu
Przydam chwałę Salaminy,
Pośród Lakonów krainy
Zabrzmię laurem Cyteronu.
Ogłoszę, jak w wolnej ziemi
Potomkowie wschodu ciemni
Z łuki krzywemi
Padli nikczemni!

Nad zwycięskiemi Himery wody
Uniosę skrzydłem mej ody
Do wiecznych gwiazd chwałę czynów
Dzielnych Dynomena synów[84],
Co śród słonej morza flagi
Zamknęli imię Kartagi.

Strofa V.

Lecz kończmy szybkie pochwały;
Zręcznej ogniwem krótkości wiązane,
Mniej drżą na obmów postrzały,
Mniejszą pociągną naganę.
Ciężki przesyt pośpieszną zbyt ciekawość strudza:
Do serc zawistnych niesnadnie
I nie bez goryczy wpadnie
Ozdoba cudza.
Jednak, mądry Hieronie,
Znając, jak zawiść wyższa od litości podłéj,
Kochaj poddanych, bierz w ojcowskie dłonie
Sternicze łodzi narodowej jodły.
Stałą pamięcią myśl o tem,
Co jest pięknem, co godziwem:
Na kowadle niekłamliwem
Hartuj język prawdy młotem.

Antystrofa V.

Bo jeśli błąd karli spłodzisz,
Lud go przekuje w olbrzyma:
Tysiąc świadków w straży-ć trzyma,
Bo ty ich losem dowodzisz:
Chcesz-li zachować duszę w blasku przyrodzonym,
Pozyskać chlubne wieści, być u świata czczonym,
Nie ściskaj prawicy hojnej,
Nieś krajowi wsparcie winne,
Roztocz, sterniku dostojny,
Łask twych żagle wiatropłynne.
Brzydź się spodloną pochlebców zgrają,
Co słabość królów zdradzają.

Epodon V.

Sama tylko zmarłych sława
Niepomna koron i tronów,
Śmiertelną pamięć poddawa
Pod sądy piór i bardonów.
Nie zgasną Kreza dobroczynne cnoty!
Lecz ciebie, okrutniku!
Coś w miedzianym skwarzył byku
Pokrewne niebu istoty,

Wieczne, Falarysie, wszędzie
Przekleństwo dościgać będzie;
Nigdy ku tobie żadna
Nie westchnie radość biesiadna,
Nigdy dla ciebie w dłoni młodzieńczej
Boska lutnia nie zabrzęczy:
Bo pierwsze dobro, gdy dola słodka,
Drugie, gdy sława jest z nami;
A kogo razem oboje spotka,
Ten się posadził z bogami.

(J. Wiernikowski).


XV. Eschilos.
A) Prometeusz w okowach.
Na scenę, wyobrażającą dziki, nadmorski krajobraz w Kolchidzie, Przemoc i Gwałt wprowadzają skrępowanego Prometeusza; Hefajst, posłuszny rozkazowi Zeusa, przykuwa go wbrew swojej woli do skały. Zostawiony sam sobie Prometeusz wybucha skargami na krzywdę, jaką mu Zeus wyrządził. Skargi te przerywa przybycie chóru Okeanid. Wyraża on Prometeuszowi swoje żywe współczucie i zapytuje o przyczynę okrutnego wyroku. Wśród wyrazów oburzenia na tyranię i niewdzięczność Zeusa, któremu do obalenia Kronosa dopomógł, opowiada Prometeusz, że ściągnął na siebie gniew jego, wykradając z nieba ogień i wbrew jego zakazowi udzielając go ludziom, których prócz tego wielu pożytecznych rzeczy nauczył. Chór, dowiedziawszy się, że uwolnienie Prometeusza zależy od samowoli Zeusa, radzi bohaterowi upokorzyć się. Prometeusz odrzuca z dumą tę radę, bo nie ukorzy się przed wrogiem, tem bardziej że to nie zmieni jego losu; przyjdzie wszakże czas, że Zeus dla własnego ocalenia będzie go musiał uwolnić, a zmusi go do tego jego własny potomek. Dyalog ten przerywa najprzód Okeanos, przybywający na chwilę dla wyrażenia rzekomego współczucia, następnie Iona, kochanka Zeusa, ścigana przez mściwą Herę. Prometeusz wieści jej przyszłe niedole i oznajmia, że z pokolenia urodzi się dla niego wybawca. Tymczasem Zeus, zaniepokojony napomknieniami nieugiętego przeciwnika, radby uniknąć grożącego mu niebezpieczeństwa; śle więc Hermesa, żeby od Prometeusza zasięgnął dokładniejszych wyjaśnień.

Hermes  (przybywa). Do ciebie, mędrku, bogom nienawistny,
Bluźnierco bogów, ludzi dobroczyńco,
Złodzieju ognia, przemówić przychodzę.
Pan niebios każe ci wyznać natychmiast:
Co wiesz o przyszłych jego związkach, co wiesz
O tym, co z tronu ma zrzucić Kronjona?
Mów wszystko, szczerze mów i bez ogródek,
Nic chciej, bym dwakroć przychodził do ciebie,
Wszak wiesz, że Zeusa niełatwo złagodzić.
Prometeusz.  Pyszałkowata, nadęta twa mowa
Zdradza, żeś bogów nikczemnym służalcem.
Świeżoście niebios złoty gród opadli,
I już bez troski chcecie się rozgaszczać?!
Czyżem nie widział, jak dwóch samowładców
Z wyżyny jego spadało na głowę?
Czyliż nie widzę, że pan twój tą drogą

Prędzej, haniebniej, niż tamci, poleci?
Albo, czyż myślisz, że gnę kark mój hardy,
Że drżę przed nowych bogów pokoleniem?
Do tego braknie wiele — wszystko braknie!
Ty zaś powracaj, skąd idziesz! niczego
Nie usłyszawszy, coś się chciał dowiedzieć!
Hermes.   Wiesz, dokąd upór ciebie zaprowadził.
Prometeusz.   Wiedz, żebym nie chciał zamienić mych męczarń
Na twoją służbę. Wolę być tu stróżem
Skalnych granitów, niż tam Zeusa woźnym!
Przeciw zuchwalstwu waszemu — zuchwalstwo.
Hermes.   Los twój wygodnym zdawać ci się musi.
Prometeusz.   Wrogom życzyłbym tej losu wygody,
A że należysz do nich, życzę tobie.
Hermes.   Czyś i mnie losów twych przypisał winę?
Prometeusz.   Wszystkich was bogów, wszystkich nienawidzę,
Boście za dobre złem mi odpłacili.
Hermes.   Niemała widzęć choroba opadła.
Prometeusz.   Jeśli chorobą jest nienawiść wrogów.
Hermes.   Któżby zniósł ciebie, gdybyś był szczęśliwym?
Prometeusz.   Biada!
Hermes.   Z ust twoich dziwne słowo padło.
Prometeusz.   Czasu potęga wszystkiego nauczy.
Hermes.   Ciebie rozsądnym być nie nauczyła.
Prometeusz.   Zaiste, dałem dowód, mówiąc z tobą.
Hermes.   A więc Zeusowi nie chcesz odpowiedzieć?
Prometeusz.   Dłużny mu jestem, mam płacić mu za co?
Hermes.   Jako z chłopięcia szydzisz ze mnie.
Prometeusz.   Jesteś
Bo też chłopięciem, głupszym od chłopięcia,
Myśląc, że złamię tajemnicę moją.
Niema męczarni i niema podstępu,
Coby mi z głębin łona ją wydarła,
Nim te haniebne popękają więzy.
Niech z wyżyn spadnie piorun jego jasny
W wichrach śnieżystych, wśród drgań poruszonej
Z posad swych ziemi, niech się świat w kawały
Spęka! napróżno! pierś ma milczeć będzie.
Nie będzie wiedział, kto go z tronu zwali.
Hermes.   Bacz, czy to twojem może być zbawieniem.
Prometeusz.   Baczyć nie trzeba, gdzie postanowiono.
Hermes.   To spojrzyj w otchłań twej nędzy bez końca.
Prometeusz.   Próżno mnie próżnych zlewasz słów powodzią.
Strach mi niewieściej nie wdroży natury,
Nienawistnego błagać nie potrafię
Rąk łamaniami i płaczem niewieścim,
By mnie uwolnił. Nie! nigdy, przenigdy!

Hermes.  Mowy me próżne, zmiękczyć cię nie zdołam.
Jak rumak nowo wędzidłem ściągnięty,
Gryziesz wędzidło, ściskasz je zębami,
A dęba stając, rwiesz lejce za sobą,
Bezsilność twoja gwałtownym cię czyni,
Boć upór siłą nazwać się nie może.
Jeśli mojego nie słuchasz rozkazu,
Wiedz, jaki nieszczęść wichr na ciebie czyha,
Jaka cię nędzy oczekuje fala.
Najprzód Zeus rodzic pioruna płomieniem
Granit tej skały napoły rozpłata,
A ciało twoje, zmiażdżone w szczelinie,
W odwieczną ciemność Hadesu pogrąży.
Po długich czasów powolnym upływie
Ujrzysz znów światło. Wtedy, orzeł Zeusa
Straszny ogromnem na cię skrzydłem zleci
I szarpać będzie szczątki twego ciała.
Gość nieproszony, żarłok całodzienny,
Czarną się twoją paść będzie wątrobą,
I nie myśl, nie myśl o końcu tej męki,
Chyba kto z bogów zastąpić cię zechce
I w czarne Hadu ponurzyć się głębie.
To usłyszawszy, radź teraz o sobie,
Boć groźną prawdą jest moja zapowiedź.
Nie umią kłamać święte Zeusa usta,
Co rzekł, wykona. Tobie zaś roztropność
Niech od uporu gorszą się nie zdaje.
Chór.  Poczestne słowo, zda się, Hermes niesie,
Lepsza-ć roztropność pono od uporu,
Posłuchaj! hańbą zaciekłość mądremu.
Prometeusz.  Nic mi nowego twa mowa nie wieści,
Od wroga cierpieć nie ujmuje cześci.
Niechże więc we mnie piorun rozczochrany
Godzi, powietrze niechaj uragany
Szarpią, niech burza z posad ziemię ruszy,
Niech fal wyjąca drogi gwiazd opryska,
Ciało me biedne, które skała skruszy,
Niech w Tartarosa bezdenną głębinę.
Rwący przeznaczeń prąd ciska;
Ja nieśmiertelny! nie zginę!
Hermes.  Tu groźny przykład, jak szaleństwa ramię
Rozsądek w mowach i uczynkach łamie.
Cóż mu brakuje do szaleństwa miary,
Cóżby nie czynił, gdyby uszedł kary?
Lecz wy, dziewice, co litości rosą
Chcecie nieść ulgę strasznym jego losom,
Odlećcie! daleko odlećcie skrzydłami,
Do ojca powróćcie wy groty,

Nim niebo złotymi rozplenię błyskami,
Nim Zeusa przerażą was grzmoty!
Chór.   Nie takie podawaj mi rady,
Nie chciej, bym była nikczemną.
Co cierpieć ma, niech cierpi ze mną!
Ohydy większej od zdrady
Nie znam; ominąć ohydę,
Chętnie do Hadu z nim idę.
Hermes.   Pogonicie za waszą więc zgubą,
Nie mówiąc, że Zeus wam przyczyną,
Same ku męczarń głębinom,
Ślepotą wiedzione grubą,
Lecicie, jak sarna leci
W zdradziecko rozpięte sieci.

(Hermes odchodzi. Błyskawice. Grzmoty).

Prometeusz.   Ha! czynem już staje się słowo,
Ziemia drga,
Huczy grzmot po skałach,
O ognistych błyskawice strzałach
Świat w szatę odziały ogniową;
Wicher gra,
Gęste pędzi piasku uragany!
Do walki zburzone powstają żywioły,
Morze bije o niebiosów ściany,
Niebo z falą miesza się pospoły!
Takim na mnie idzie Zeus tumanem,
Abym zadrżał i uznał go panem.
O matko moja, o święte powietrze,
Co jasnem światłem cały świat przenika,
Patrzajcie, jaka krzywda mnie spotyka!

(J. Szujski).

Na tem kończy się tragedya.


B) Oresteja.
a) Agamemnon.
Scena wyobraża plac przed pałacem królewskim w Argos. Strażnik, stojący na wieży pałacowej, uskarża się, że od lat wielu z rozkazu Klitemnestry wygląda sygnałów, mających zwiastować o zdobyciu Troi, ale napróżno, a tymczasem w domu królewskim knuje się coś niedobrego... Wtem spostrzega upragniony sygnał i uradowany, że doczeka się jeszcze powrotu kochanego pana, zbiega do pałacu, żeby zanieść Klitemnestrze pożądaną nowinę. Na opróżnioną scenę wchodzi chór starców argiwskich. Chór ten, pełen smutnych przeczuć, w długim śpiewie przypomina sobie, że właśnie dziesięć lat upływa, jak Agamemnon odpłynął pod Troję, i wyraża obawę o przyszłość swego króla, bo ten naraził się bogom, zarzynając im w ofierze córkę swą Ifigenię.

O, niech mnie dzisiaj smutek omyli,
Co w duszy się wszczął bez powodu,
W blasku tym przyszłość zawita szczęśliwa:
O to się modli argiwskich Synów starszyzna sędziwa.

Od Klitemnestry dowiaduje się chór, że Troja zdobyta. Widzi on w tem dowód sprawiedliwej kary bogów za porwanie Heleny; ale to samo utwierdza w nim obawę, że i Agamemnonowi nie ujdzie bezkarnie szafowanie krwią i życiem poddanych dla płochej żony Menelaja.
Strofa 3.

Boć lubi Ares, wśród bitw kurzawy
Nad umarłemi wznieść oszczep krwawy
I liczyć trupy pochmurny,
Lubi tęskniącym matkom z pod Troi
Smętne popioły, miast synów w zbroi,
W sztucznie rzeźbione słać urny.
Aż płacz się zacznie i lament, jak owo
Jeden padł w bojach wsławiony
Wielce, a drugi jedynaka głową
Cudzej przypłacił grzech żony,
Aż z smutku zawiść powstanie
I głowy Atrydów dosięże,
Że dla nich najlepsi męże
W Hadesu poszli otchłanie.

Antystrofa 3.

A ciężka władcom zawiść ludowa,
Pod wolą ludu gnie się ich głowa,
A bogów źrenica cicha
Srogo się patrzy na skroń w koronie,
Jeśli krwią ludu zlane ma dłonie!
Dlatego wiem, że tam czyha
Niemała troska na starość moją;
Że na szczęśliwych Furje się zbroją,
Że grom Zeusowy drga niecierpliwie,
By na zwycięzców uderzyć w gniewie!
Wiem, i mierności oddany cały,
Od obcej wolen swawoli,
Nie chcę zasiadać wśród króli,
Tryumfu nie pragnę, ni chwały!

Goniec Agamemnona, poprzedzający przybycie króla, opowiada Klitemnestrze i chórowi szczegóły zdobycia Troi. Klitemnestra udaje radość z powrotu męża.

Długom z radości wołała szczęśliwa,
Gdym pierwszy płomień wieści zobaczyła,
Że Troja u stóp małżonka w ruinach...
Więc, myślę tylko, jako najwytworniej

Wracającego przyjąć męża doma.
Bo czyż świetniejszy dzień kiedy niewieście,
Jak gdy otwiera bramy domu swego,
Dokąd mąż wraca za pomocą bożą?

A zwracając się do gońca, mówi:

Więc idź, niech wraca utęsknion do miasta!
A powiedz, żonę że zastanie wierną,
Jako charcicę, co drzwi pana strzeże,
Nieprzyjaciołom wrogą, a powolną
I słuchającą pana rozkazania,
Co nie zaznała tak z innym rozkoszy
Ani złej sławy, jako rdzy żelazo.

Chór uspokaja się i z radością wita Agamemnona, który wjeżdża na scenę na tryumfalnym wozie; za nim jako branka postępuje Kasandra. Klitemnestra przyjmuje męża przemową:

Męże rodacy, starszyzno argiwska,
Nie wstyd mnie miłość mą ku małżonkowi
Wyznać przed wami. Bo czas wstyd zaciera,
A co wam powiem, nie od innych wzięłam,
Lecz własnej duszy opowiem cierpienia,
Gdy pod Iljonem był mój mąż kochany.
Już być niewieście samej bez małżonka,
Samotnej domu, wielkieć to nieszczęście:
Cóż, gdy co chwila inną wieść jej niosą
Straszliwej treści, którą wnet wieść druga
Okropniejszego jeszcze spędza dźwięku!
Gybyż ran tyle odebrał on w boju,
Jako ich fama zaniesie do domu,
Jużby był pewnie dziurawy, jak sito;
A tyle razy gdyby zginął w bitwie,
Ile to trwożne rozgłoszą języki,
Jużby jak Gerjon chlubił się trójciały
Potrójnym grobem w łonie matki — ziemi,
Coby trzy jego pogrzebał postacie.
Gniew mnie już bierze na to! I dlatego
Już raz niejeden gwałtem mi ze szyi
Morderczą szarfę zdjęto, zrozpaczonej.
Że zaś tu syna nie widzisz twojego,
Słodką małżeńskiej stałości rękojmię,
Jakby godziło się dzisiaj, toć powiem:
Druh twój po mieczu wziął go: wziął Strofejos,
Władca focyjski. On mi to przełożył
Niebezpieczeństwo: jakoś ty pod Troją
Życia niepewien, jak radę argiwską
Łatwo pospólstwa rozruch zrzucić może,

Który ma zwyczaj na silnych się zrywać.
Widzisz, że niema zdrady w tym uczynku...
Lecz mnie nieszczęsnej źrenice pobladły
Od łez strumieni, że łza nie została...
Oczy osłabły od nocy bezsennych,
Gdym haseł twoich szukała po niebie,
A z snu mnie budził komara brzęk cichy,
Bom więcej nieszczęść widziała nad tobą,
Niżli ich było, niż ich trzeba było,
Aby się nigdy nie zwarła powieka,
Lecz dziś mi nie żal wszystkich moich cierpień,
Bo widzę ciebie i nazywam ciebie
Pasterzem owiec i sterem okrętu
Zbawczym, kolumną domu granitową.
Nazywam ciebie jedynakiem rodu,
Ziemią, co szczęściem śmieje się żeglarzom,
Dniem najśliczniejszym po burzy ponurej,
Źródłem napoju wędrowcom spragnionym!
Warteś zaprawdę wszystkich nazwisk owych,
Coś wyszedł szczęśnie tak ze wszystkich trudów,
A zazdrość niechaj precz od nas odlata!
Wieleśmy, wiele cierpieli, o luba
Głowo małżonka! lecz teraz zejdź z wozu,
Ale nie tykaj ziemi, schodząc z niego,
Boś mi ty Troi powrócił pogromcą!
Wy niewolnice! czemu nie kładziecie
Złotych kobierców pod króla sandały?
Purpurą ścieżkę wysłać aż do domu,
Niespodziewanych tak się uczcić godzi!

(Na stronie).

A reszty myśl ma, sprzysięgła z bogami,
Co nie zasnęła w mej duszy, dokona.
Agamemnon.   Córo Ledowa! Stróżko mego domu,
Cudownie rzekłaś o mej niebytności
Długiemi słowy. Aleć się nie chwalmy
Sami, lecz niechaj inni nas pochwalą.
Toć mnie dziś przyjmij niewieścią miłością,
Lecz nie chciej, jak przed królem barbarzyńskim
Przypadać do nóg z niewolnicy krzykiem.
Ni mi kobierców nie ściel ty pod nogi,
Bo budzą zazdrość. Bogów czcić kobiercem!
Jam ci śmiertelny, więc bałbym się srodze
Kwiaty kobierca podeptać nogami.
Czcij mnie, lecz człeka we mnie czcij, nie boga!
Wszakże ma sława i tak się rozniesie
Bez tych kobierców, a nad wszystkie sławy

Najpierwszym darem niebios umysł prosty.
Szczęsny, co w szczęściu wiek żywota spędzi.
A gdybym wszędzie tak postąpił sobie,
O moją przyszłość byłbym spokojniejszy.

Na usilne jednak prośby żony Agamemnon odchodzi do pałacu po kobiercach, a Klitemnestra, postępując za nim, mówi do siebie:

Ale ty, Zeusie, opiekunie czynu,
Ty bądź dziś przy mnie i wspieraj twą sprawę.

Po odejściu króla chór dziwi się, że go nie opuszczają trwożne przeczucia.
Strofa.

Czemuż to jeszcze
Dziwnej obawy
Biorą mnie dreszcze?
Wyroczni krwawej
Czemu mnie straszą wieści?
O czemu raczej
Luba otucha,
Rozegnawszy te mary boleści,
Nie najdzie ducha?
Wszakże już dawno, jak iljońskie floty,
Skrzydlate szparkiemi wiosły,
Na wojen srogie obroty
Argiwską młodzież poniosły.

Antystrofa.

A choć własnemi
Patrzę oczami
Na powrót króla do ziemi,
To duch pieśniami
Erynij[85] pieje;
A z mojej duszy
Głos ich straszliwy
Nielitościwie spycha nadzieję
I radość głuszy.
A serc przeczucie omylnem nie bywa,
Obawy nie kłamie drżenie,
Bogi! dłoń wasza szczęśliwa
Odwlecze chyba spełnienie!

Tymczasem Kasandrę, zostawioną na scenie, napada szał wieszczenia. Wieszczym duchem odgaduje ona dawne zbrodnie, dokonane w domu Atrydów, i coraz wyraźniej widzi, jak Klitemnestra zamorduje męża, a wreszcie i ją, brankę; ale jednocześnie zapowiada i zemstę.

Lecz nie! nie zginiem bez zemsty od bogów,
Bo w ślady nasze pójdzie mściciel wielki,
Co ojca śmiercią macierzy odkupi.

Tułacz bezdomy, wygnaniec tej ziemi,
Wróci, by spełnić zbrodni domu miarkę,
Wróci, a w dom go nie przyjmą rodzica,
Co wtedy będzie w zimnym już spał grobie...

Po odejściu Kasandry chór, zaniepokojony jej wieszczbami, zdaje się godzić z myślą, że Agamemnonowi zagraża śmierć z rąk żony.

Wiecznie pragną szczęścia śmiertelnicy,
Każdy do swej woła je świetlicy,
A niebezpieczny doma to gość.
Ot i Atryda, co z woli bogów
Zwyciężcą wraca do swoich progów,
Jeśli swych ojców odpłaci złość,
Jeżeli padnie krwawą ofiarą:
Któż uwierzy, że póki żywota,
Szczęścia się jego nić utrzyma złota,
Co senną tak pierzcha marą...
Agamemnon   (za sceną). Och! och! śmiertelną odebrałem ranę.
Półchór 1.   Cicho! ktoś wola o ranie śmiertelnej.
Agamemnon   (za sceną).} Och! och! raz drugi cios mnie śmierci trafił.
Półchór 2.   To jest jęk króla — zbrodnia się snać stała.
Radźmyż więc z sobą, co czynić należy.
Półchór 1.   Ja podam radę: należy okrzykiem
Zwołać natychmiast przed pałac mieszkańców.
Półchór 2.   Jabym zaś radził wpaść zaraz do domu
I na gorącym ich napaść uczynku.
Półchór 1.   I ja podzielam tę radę i mówię:
Trzeba coś działać. Zwlekać nie należy.
Półchór 2.   Lecz i ostrożność potrzebna, bo zwykle
Taki początek tyranidy bywa.
Półchór 1.   My tu zwlekamy, a oni na hańbę
Naszą nie dają swym usypiać dłoniom.
Półchór 2.   Nie wiem, co mowa pomoże do rady.
Kto czyni, ton się naradza zarazem.
Półchór 1.   I ja tak myślę, boć mową zaiste
Raz zabitego nie wskrzesimy nigdy.
Półchór 2.   Jeśli tak będzie, mamyż dom ten stary
Rzucić na pastwę bezczelnym książętom?
Półchór 1.   Nie! umrzeć raczej, niżli znieść rzecz taką.
Stokroć — bo milsza śmierć od tyranidy.
Półchór 2.   Ale czy z jęków tych wolno nam wnosić,
Że król w istocie doma jest zabity.
Półchór 1.   Mówić to wolno, co się wie dokładnie:
Inna przypuszczać jest, a inna wiedzieć.
Półchór 2.   Temu to zdaniu dank mój oddać muszę:
Należy wiedzieć, jak się ma Atryda.

(Z pałacu wychodzi Klitemnestra z siekierą na ramieniu. Słudzy wynoszą za nią przykryte zwłoki Agamemnona i Kasandry).

Klitemnestra.   Nie wstyd mnie będzie wyrzec rzecz przeciwną
Temu, com wprzódy z potrzeby mówiła.
Tak bo rad każdy nienawistnych sobie,
Co go przyjaciół oszukują mianem,
W nierozgmatwane złego pędzić sieci,
By się z nich nigdy dobyć nie zdołali...
Przybył zwycięstwem napuszon po latach,
Jakby się wspierał na zbrodniach spełnionych,
Alem go zmogła — jawnie to wyznaję —
Że drgnąć mi nie mógł, ni śmierci wyminąć.
Sieć nań rzuciłam, jak na potwór morski,
Gęstą, zgmatwaną — z bogactw naszych składu.
Podwójnym ciosem uderzam w kark dumny,
I z dwoma jęki padł o ziem trafiony,
A upadłemu trzeci cios dodaję,
Bogu Hadesu na chlubę i radość...
Cieszcie się, starcy, cieszcie, kiedy chcecie,
Ja chluby krzykiem zawiodę po domu:
Bo jeśli wolno zmarłym nieść ofiarę,
Tom ją poniosła...

Mówiąc to, Klitemnestra daje do zrozumienia chórowi, że zabijając męża, pomściła na nim śmierć Ifigenii i ukarała go za złamanie wiary małżeńskiej dla Kasandry. Chór nie uznaje jej racyi i grozi karą.

Klitemnestra.   A ja na Hades klnę się dziś przed tobą,
Na Atę[86] czarną, na Erynje klnę się,
Które mą córkę pomściły, a którym
Męża mojego zabiłam w ofiarę:
Progu mojego nie najdzie strach blady,
Ni rozpacz, póki Egist, co mnie kocha,
Ogień u mego ogniska zażega.
Na nim się wesprę, jak na tarczy silnej.

Istotnie po chwili przybywa na scenę Egist, otoczony strażą, i wśród pogróżek oznajmia chórowi, że on teraz razem z Klitemnestrą, której do spisku na życie Agamemnona dopomagał, obejmuje władzę. Chór ulega przywłaszczycielowi w nadziei, że przybędzie kiedyś mściciel — Orestes.
b) Ofiarnice.
Scena ta sama, co w Agamemnonie, tylko opodal grobowiec Agamemnona. Do grobowca zbliża się Orest w towarzystwie Piladesa.

Hermesie, władco! co z ojca wyroków
Rządzisz Hadesem, usłysz me błagania:
Oto cię proszę o pomoc, o wsparcie,
Tułacz, do własnych wracający progów.

A ty, mój ojcze, słuchaj z grobu głębi
Synowskiej mowy i ślubów synowskich.
Otom ja przybył z dalekiej krainy,
Od Strofiosa, druha twego w boju,
Co mnie wychował i mówił dziecięciu
O twoich czynach i o twojej śmierci,
A był mnie razem ojcem i macierzą.
Otom tu przybył uczcić twe popioły
Częścią pogrzebną i dom twój oczyścić,
Gdy zechcą bogi, od hańby i wstydu,
I znowu chwalę wrócić mu królewską,
Abyś spokojnie mógł odpocząć w Hadzie...
A władca Hermes i Loksyasz[87] potężny,
Co mnie tak radził z delfickiej stolicy,
Niechaj zamysłom moim błogosławi...

Monolog ten przerywa ukazanie się chóru dziewic pałacowych, na których czele postępuje siostra Oresta — Elektra. Orest usuwa się za grobowiec, a chór podstępuje ku niemu; z pieśni jego okazuje się, że ubiegłej nocy zaniepokoił Klitemnestrę sen złowieszczy. Śle więc córkę, żeby ofiarą na grobie Agamemnona przebłagać cień męża i odwrócić nieszczęście. Ale Elektra, źle traktowana przez matkę, pamięta jej zbrodnię, natomiast płacze po ojcu.

Dziewy służebne, wierne domu sługi,
Wysłane ze mną do tego obrzędu,
Dajcie mnie radę, co mam rzec za słowo,
Jaką modlitwę wznieść ku ojca cieniom,
Lejąc obiatę na jego grobowiec?
Czy powiem może, że wdowa żałosna
Niesie ofiarę drogiemu mężowi?
Nie! Na to nie mam odwagi. Nie mogę
Dobyć tchu z piersi, aby to powiedzieć!...
W tem was o radę proszę, o służebne!...
Chór.   Grób twego ojca dla mnie jest ołtarzem,
Więc powiem szczerze, co mi serce każe.
Elektra.   Więc mów, jak uczcić mogiłę kochaną?
Chór.   Módl szczęścia dla tych, co ojcu wiernemi.
Elektra.   Lecz kogoż nazwę wiernym rodzicowi?
Chór.   Tego, ktokolwiek wrogiem jest Egista.
Elektra.   Z całego serca modły za tych niosę.
Chór.   Myśl ci poddałam, więc dalej idź w modłach.
Elektra.   Kogoż na drugiem miejscu mam położyć?
Chór.   Wspomnij Oresta, choć go niema doma.
Elektra.   Myśl mi zaprawdę podałaś najlepszą.
Chór.   A pomnij strasznej zbrodni wykonawców.
Elektra.   Coż mam powiedzieć? Rozum mnie odbiega.
Chór.   Błagaj którego z demonów lub ludzi.

Elektra.   Na sędzię wołać mam, czy na mściciela?
Chór.   Tak! na mściciela! aby wyrzec krótko.
Elektra.   Czy żądać zemsty nie obraża bogów?
Chór.   Czy zło ziem płacić — grzechem jest i winą?
Elektra.   Hermesie cieniów! zwołaj do mej modły
Duchy podziemne, świadki ojca mordu,
Ziemicę przyzwij, wszechmatkę stworzenia,
Co wszystko rodząc, wszystko w łonie chowa,
I ojca mego, któremu przynoszę
Cieniom święcony napój ofiarniczy,
Niech się zlitują nademną, nad bratem,
I niech do władzy przywrócą nas w domu,
Boć w hańbę pchnęła nas macierz rodzona,
Z mordercą ojca sromotnie związana.
Jam jest miast sługi. Orest wydziedziczon
Tuła się w świecie. Domowym dobytkiem
Bezczelnie przybysz zbrodniczy swawoli.
Więc niechaj Orest powróci szczęśliwie,
Błagam cię, ojcze, a ja nic nie żądam,
Prócz, żebym była cnotliwszą od matki
I ręki czynem bezbożnym nie tknęła.
To dla nas modlę — ale im, lecz wrogom,
Wrogom mściciela wieszczę za krew twoją!...

Wtem, lejąc ofiarę, spostrzega pukiel włosów, który Orest byt sobie uciął i na grobowcu złożył; gdy miotana niepewnością nie wie, co włosy te znaczą, Orest, przekonawszy się dostatecznie o usposobieniu siostry, wychodzi zza grobowca i daje się jej poznać. Wyjawia on jej cel swojego przybycia, a Elektra opowiada mu szczegółowo o śmierci ojca i swojej niedoli. Opłakawszy zgon rodzica, umawiają się oboje, jak zemsty dokonać. Elektra wraca do pałacu, a Orest z Piladesem, żeby się tam dostać, uciekają się do podstępu: stają przed pałacem jako posłowie ze zmyśloną wiadomością od Strofiosa, że Orest umarł. Klitemnestra wpuszcza ich do środka i śle Kilisę, mamkę Oresta, żeby sprowadziła Egista dla wysłuchania pożądanej nowiny. Kilisa, opłakując śmierć wychowanka, oburza się przed chórem na Klitemnestrę, że lubo udaje smutek, cieszy się ze śmierci syna. Po odejściu Kilisy na miasto chór zanosi modły do bogów o powodzenie mścicieli.
Strofa 1.

Olimpu bogów
Władco wszechmożny,
Pomagaj tej sprawie
Tej sprawie pobożnej.
Obrońcy tych progów
Błogosław, błogosław łaskawie!

Antystrofa 1.

W jarzmie cierpienia
Sierota dziecię
Wolny kark gniecie.
Użycz wytchnienia!
Niech nie usycha
Bez rodzinnego dachu cienia.

Strofa 2.

I was, o bogi,
Pańskiej świetlicy
Przychylne bogi,
Wołam w tęsknicy
Niech przebłagana, niech krwią winną zmyta,
Zbrodnia już nigdy w ten dom nie zawita.

Antystrofa 2.

Ty zaś, o panie Delfów pieczary,
Zrządź, niechaj stanie
Pan ze krwi starej
Na tronie ojców i wzrok swój łaskawy
Rzuci na ciemność upadku niesławy...

Epodon (do Oresta).

Ale ty, synu,
Do dzieła, do czynu,
Ty nabierz ducha!
Słyszysz! jęk ojca dolata do ucha.
Odpowiedz mu głosem godnym.
Bądź mu synem nieodrodnym!
Spełnij przeznaczeń wyroki!
Nabierz serca Perseusza.
Oto wola Had głęboki!
Oto wola drogich dusza!
Mścij się jako kochający.
Niech płynie krwi struga różowa,
Niech winna upada głowa.

Tymczasem przybywa Egist i wchodzi do pałacu; po chwili daje się słyszeć rozpaczny głos jego, a na scenę wypada z komnat niewieścich zaalarmowana Klitemnestra. Wchodzi też Orest i Pilades.

Orest.   Teraz na ciebie kolej; tamten gotów.
Klitemn.   A więc zginąłeś, Egiście mój drogi!
Orest.   Kochasz więc tego męża. Spocznij przy nim,
Abyś zmarłego nie smuciła zdradą.
Klitemn.   Stój, stój, mój synu! i pierś tę uszanuj,
Przy którejś drobnem usypiał dziecięciem
I ssałeś pokarm usty dziecinnemi.
Orest.   Piladzie! mamże zabić matkę swoją?
Pilades.   Gdzież wieszczby Feba, gdzie twoje przysięgi?
Niechaj świat cały wrogiem tobie będzie,
Ale nie bogi, bogi nieśmiertelne.
Orest.   Dobrze mi radzisz, pójdę za twą radą.
(do Klitemn).   Idź za tym trupem i padnij w krwi twojej...
Klitemn.   Jam cię karmiła swem mlekiem za młodu,
Pozwól spokojne doczekać starości.

Orest.   W mym domu ojca ma żyć morderczyni!?
Klitemn.   Synu mój, temu winno przeznaczenie.
Orest.   Toż przeznaczenie cię teraz dosięga.
Klitemn.   Czy cię nie lęka macierzy przekleństwo?
Orest.   Jakaś ty matka, coś mnie w świat rzuciła!
Klitemn.   Czy cię druh — rycerz nie chował troskliwie?
Orest.   Syna wolnego rodzica sprzedałaś!
Klitemn.   Gdzież jest zapłata, com wzięła za ciebie?
Orest.   Wstydzę się twoją odkrywać sromotę.
Klitemn.   Mów, ale mówiąc ojca win nie przemilcz!
Orest.   Nie bluźń na ojca — on walczył pod Troją.
Klitemn.   Ciężko dalekiej od męża niewieście.
Orest.   Wieść trudów męża winna ją spokoić.
Klitemn.   Więc ty chcesz zabić twą matkę, o synu!
Orest.   Sama mord spełniasz na sobie, niewiasto.
Klitemn.   Jakże odpędzisz Furje matki mordu?
Orest.   A ojca mordu jak Furje odpędzę?
Klitemn.   Daremnie widzę nad mym grobem płaczę.
Orest.   Los ojca mego przyczyną twej śmierci.
Klitemn.   Wężam zrodziła — wężam wychowała.
Orest.   Spełnia się sen twój, bojaźń twa nie marna!
Giń od niezbożnej ręki, jakoś ojca
Niezbożną niegdyś ręką ugodziła.

Z temi słowy uprowadza ją do pałacu. Po chwili wychodzi z niego i w przemowie do chóru tłómaczy się z pobudek, dla których matkę swą zabił. Uczuwa jednak wprędce, że zaczynają go dręczyć Furye; napół nieprzytomny, domyśla się, że popełnił zbrodnię, zadając śmierć Klitemnestrze, i zbiega ze sceny, ażeby szukać opieki Apollina, który go do matkobójstwa skłonił.
c) Eumenidy.
Przez otwarte drzwi świątyni delfickiej widać Oresta, trzymającego się znaku środka ziemi, i śpiące na krzesłach Eumenidy czyli Furye. Apollo z Hermesem zbliża się do Oresta, uspakaja go i obiecuje być jego obrońcą, ale radzi mu uciec się do Aten pod opiekę Pallady. Zaledwie Orest odszedł pod opieką Hermesa, a Apollo zasiadł na swym tronie, ukazuje się duch Klitemnestry i robi wyrzuty Furyom:

Śpicie? ha! śpicie? Wobec mojej sprawy
Sen dozwolony? Wśród umarłych rzeszy
Bogiń korowód pomścić się nie śpieszy
Tej, która sama ma na ręce krwawej
Ślad mężobójstwa... Mnie zhańbić nie wina!
A przeciem padła z ręki mego syna....
Uciekł wam z dłoni bezsilnej i starej,
Jak jeleń przedarł sieci waszej gęstwie,
Po odniesionem szydząc z was zwycięstwie.
Lecz ja was wołam, ja was ze snu ruszę...

Eumenidy mruczą i zaczynają się poruszać.

Jak pies myśliwski skomlisz w marze sennej,
Zamiast się zerwać zębami wściekłemi!
Wstań! Niech cię dłużej nie trzyma kamienny
Sen! Gdzieś do wnętrza zaszarp się ostremi
Pazury! Skruchy oćwicz biodra biczem!
Goń! goń kapiącem od krwi go obliczem.
Żarem oddechu wysusz mu jelita,
Niech pada marny, niech zębami zgrzyta,
Niech wyciągnięty gonitwą się kruszy.

Eumenidy budzą się, spostrzegają ucieczkę ofiary i czynią Apollinowi wyrzuty, że sprzyja matkobójcy:

I ty, wieszczu, o ty, Apollinie,
Hańbie dajesz twą złotą świątynię,
Czcząc śmiertelnych mimo prawa boże,
Stare Mojry[88] deptając nogami!
Gardzę tobą i twemi mocami:
Nie ustąpię, gdzie rękę położę....
Niema kąta, gdziebym nie dopadła,
Niema kąta na ziemi, ni w Hadzie;
Na kim matka krwawą dłoń układła,
Zginąć musi w swej zbrodni szkaradzie.

Apollo groźnemi słowy każe im opuścić świątynię.

Eumenidy.   Daj przyjść do słowa, władco Apollinie!...
Oddam ci słuszność: współwinny nie jesteś,
Na tobie cała tego mordu wina.
Apollo.   Jakim sposobem? Tobym chciał usłyszeć.
Eumenidy.   Tyś sam go zbroił w oszczep matkobójczy.
Apollo.   Morderstwo ojca wymagało pomsty.
Eumenidy.   A teraz matki morderstwo osłaniasz.
Apollo.   By się oczyścił, przyjść mu tu kazałem.
Eumenidy.   Lecz nas wyganiasz, jego towarzyszki.
Apollo.   Świątynia moja dla was niedostępna.
Eumenidy.   Przecież z bożego przyszłyśmy rozkazu.
Apollo.  Jakiż to rozkaz? jaka to powinność?
Eumenidy.   Powinność święta gonić matkobójcę.
Apollo.   Zabójcę matki, co mężobójczynią?
Eumenidy.   Nie ma się krwawić syn matki morderstwem
Apollo.   Więc niczem tobie związek uświęcony
Zeusa i Hery ślub małżonków dwojga?
Więc niczem tobie Kiprydy rozkazy,
Wszelkiej rozkoszy dawczyni na ziemi?
Świętym jest związek męża i niewiasty,
Świętszym ślub taki od przysięgi świętej.
Lecz ty nie karzesz, ty go nie dochodzisz,

Choć rozerwany morderstwem, ty wściekła
Tylko Oresta umiesz prześladować.
Sprawiedliwości nie widzę w tej sprawie,
Więc pod Pallady poddam ją rozsądek.
Eumenidy.   Nie puszczę nigdy, nie puszczę Oresta.
Apollo.   Goń za nim dalej; pogonisz napróżno.
Eumenidy.   Czci mojej takiem nie ubliżaj słowem.
Apollo.   Wzgardziłbym iście taką czcią nazawsze.
Eumenidy.   Tak! zwą cię wielkim przy tronie Zeusowym.
Lecz mnie krew matki, krew pędzi przelana,
I nieznużona za tą krwią pogonię.
Apollo.   Ja zaś na pomoc pośpieszę mężowi,
Co mej opieki pożądał i straży...
Kto w tem niepilny, bóg-li, czy śmiertelny,
Na srogą zemstę bogów się odważy.

Scena się zmienia. Eumenidy, węsząc ślady matkobójcy, odnajdują Oresta w świątyni Pallady w Atenach. Orest oznajmia im, że oczyściwszy się ofiarą, oddaje się pod opiekę Pallady.

Eumenidy.   Próżno Apolla i próżno Pallady
Wołasz. Na wściekłość naszą niema rady.
Nie! nie! nie zaznasz rozkoszy spokoju,
Blada ofiaro, z Erynjami w boju!
Mojąś ty pastwą, żertwą jesteś moją,
Ofiary próżne, słowa nie dostoją!
Żyw będziesz naszym: żyw w wieczystym grobie,
Gdy straszną klątwy pieśń zanucim tobie...
O, macierzy moja, o Pranocy!
Coś zrodziła nas na świata strach,
Pod Apolla stopą w krwawych łzach
Mamż upadać w hańbie i niemocy?
Maż mi z ręki uchodzić zwierzyna
Matkobójcy, matkobójcy syna?
Nie! oplączmy go pieśni rytmani,
Co miesza zmysły, co rozum odbiera.
Strasznej pieśni chłostany strunami,
Niech w szaleństwie zbrodniczy umiera.
Mojry dały z wiecznego wyrobu
Świętych węzłów Erynjom straż,
Mężobójców kazały na oku,
Ojcobójców mieć na oku twarz.
Na dno piekieł puszczać oko wieszcze,
Na dnie piekieł nie przebaczać jeszcze.
Nie! oplączmy go pieśni rytmami,
Co miesza zmysły, co rozum odbiera,
Strasznej pieśni chłostany strunami,
Niech w szaleństwie zbrodniczy umiera...

Przybywa Atena. Orest powiada jej, kto jest, co uczynił i błaga o opiekę i sąd. Atena nie uznaje za właściwe wyrokować sama w tak zawiłej sprawie i dla jej rozstrzygnięcia ustanawia sąd przysięgłych — Areopag, który ma być instytucyą stałą. Eumenidy widzą w pomyśle Ateny zamach na bezpieczeństwo publiczne.

Wszystko obalą bogów prawa nowe,
Jeśli matkobójca śmiało
Przed sądem podnosić ma głowę.
Co będzie dzieci trzymało,
Rodziców chronić co będzie,
Jeżeli pójdzie na sędzie,
Co z góry przeklętem bywało?
Drżeć będą wkoło przelękłe sąsiady,
Gdy mordu wołanie usłyszą;
W krwi upadnie mordowany, blady,
Bezprawia otoczon ciszą.
W trop za zmarłym nie pójdziem Menady,
Wolno puścim zabójstwa szkarady —
Bogi nowe niech skutek przypiszą...

Występują sędziowie; przybywa i Apollo jako obrońca Oresta. Atena zagaja sąd Eumenidy jako oskarżycielki zapytują Oresta:

Odpowiedz naprzód, czy zabiłeś matkę?
Orest.   Nigdy nie chciałem przeczyć tego czynu.
Eumen.   Tożto podobno wygrałyśmy sprawę!
Orest.   Nie chełp się próżno, aż koniec jej będzie.
Eumen.   Więc powiedz jeszcze, jak matkę zabiłeś?
Orest.   Głowę odciąłem mieczem od tułowia.
Eumen.   Z czyjej namowy było to i rady?
Orest.   Z wyroku boga, który mi poświadczy.
Eumen.   Bóg wieszczy chciał mieć ciebie matkobójcą?
Orest.   I wyrok jego dziś mnie jeszcze trzyma.
Eumen.   Powiesz inaczej, gdy cię sąd potępi.
Orest.   Grób mego ojca będzie mi pomocą.
Eumen.   Nie dufaj grobom, ty, coś grób otworzył.
Orest.   Dwukrotną zbrodnią splamiła się matka.
Eumen.   Gdzie ta dwukrotność? Słyszałabym rada.
Orest.   Męża mordując, ojca mi zabiła.
Eumen.   Ale ty żywy, gdy ona nieżywa!
Orest.   Czemuście żywej nie prześladowały?
Eumen.   Nie była jednej krwi z swoim małżonkiem...
Orest.   Ha! ty, Apollo, świadcz mi, ty wiesz jeden,
Czym sprawiedliwie krew matki przelewał?...
Apollo.   Rado ateńska! wieszcz boży, niemylny,
Powiem wam prawdę samą, prawdę świętą.
Nigdym nie wieszczył nic, czyli to mężom,
Czyli niewiastom, czy miastom, czy ludom,
Coby nie było z ojca Zeusa woli.
To z wieszczb wam moich uczyć się przystoi,

Jako objawień boga nad bogami,
Ponad piekielne wyższego przysięgi.

W obronie swej Apollo dowodzi, że ojciec więcej waży niż matka, i powołuje się na samą Atenę, która zawdzięcza swoje istnienie tylko Zeusowi. Po wysłuchaniu stron obydwóch Atena zwraca się do sędziów:

Wstańcie, zdań waszych rzucajcie kamienie,
Jako wam każe przysięga, sumienie...
Eumen.   I ja dam rade: strzeżcie się, sędziowie,
W czemkolwiek czci nam gościnnej ubliżyć.
Apollo.   Ja wam czcić Zeusa wieszczbę nakazuję,
Zeusową wieszczbą każda moja bywa.
Eumen.   Niepowolany mieszasz się do sądu,
A stroną będąc, wieszczyć już nie możesz.
Apollo.   Może mój ojciec pomylił się w sądzie,
Gdy Iksyona oczyścił od zbrodni?
Eumen.   Rzekłeś, co prawda. Wiedz, że pokrzywdzone
Krajowi strasznie damy się we znaki.
Apollo.   Przecież zwyciężę, a ty pośród bogów
Nowych i starych utracisz cześć twoją...
Eumen.   Kiedy sędziwe poniewierasz młodszy,
Czekam wyroku, co sprawę rozsądzi,
I gniew mój słuszny wstrzymuję do czasu.
Atena.   Mnie z prawa winno służyć rozstrzygnięcie
Tego wyroku, więc z góry zapowiem,
Że Orest wolny przy głosów równości...
Wysypcie z urny już kamienne głosy.
Orest.   O Febie wielki! jakiż los mnie czeka?
Eumen.   O czarna nocy, patrzaj, co się dzieje!
Orest.   Śmierć z reki kata lub światło żywota!
Eumen.   Hańba się nasza z czcią wieczystą waży...

Ilość głosów okazuje się równa i Orest uwolniony odchodzi do Argos, błogosławiąc mądrość i sprawiedliwość Pallady i Ateńczyków.

Eumen.   Ha! młodszego rodu bogi! wy co władzę nam wydarli,
Co praświata depcząc prawa, w świecie dzisiaj się rozparli,
Zbezcześcili nas nieszczęsne, poterali naszą głowę,
Na zgniecione wy porządki stanowicie tutaj nowe,
Że na ziemię mojej hańby z krwawych serc trucizna broczy!

Ha! z trucizny nierodzajnych niech się porost mchów roztoczy,
Niech podgryzie łanów bujność, niech w śmiertelnych wód krawędzie
Jad się zbierze, co zarazę między ludźmi szerzyć będzie.
Zemsta ludziom! ziemi zemsta! co z nas szydzić się ośmiela,
Głód i mór ją niechaj trapi, śmierć i noc niech ja zaściela!

Pallada łagodzi rozsrożone Eumenidy obietnicą wystawienia im w Atenach świątyni; przejednane obiecaną czcią odchodzą, życząc miastu pomyślności i przyrzekając mu swoją opiekę.

Bywaj mi zdrowe miasto raz jeszcze,
Młodzieńce, ojce i dziady,
Dzieci, niewiasty i bogi wieszcze,
Gród zajmujący Pallady.
Dopóki dochowasz mi cześci,
Nie bój się, nie bój boleści,
Nie bój nieszczęścia, ni zdrady.

(Józef Szujski).

XVI. Sofokles.
A) Edyp król.
W Tebach rozpostarła się zaraza. Lud modli się do bogów o odwrócenie klęski. Król, który posłał brata żony, Kreona, do Delf po wyrocznię o sposób przebłagania bogów, wychodzi na scenę i mówi do chóru Tebańczyków:

O biedne dzieci! wiem ja, co się dzieje,
Wiem, co was do mnie tu po prośbie wiedzie!
Cierpicie wszyscy, lecz w tej wspólnej biedzie
Nikt z was odemnie srożej nie boleje.
Każdy z was bowiem w dzisiejszej potrzebie
Na własną jeno niedolę narzeka;
Ale ja cierpię nietylko za siebie,
Lecz za każdego w mem państwie człowieka.
Więc żałość wasza bynajmniej nie we śnie
Pogrążonego mnie tu zaskoczyła.
O! nie; ja-m jęczał długo i boleśnie
I myślą przebiegł dróg gatunków siła...
Jedna mi tylko została nadzieja:
Więc wraz wysłałem do świątyni Feba
Brata mej żony, syna Menojkeja,
Kreona, aby spytał, co potrzeba
Działać na dobie, jakie czynić śluby,
Iżby ojczyznę ratować od zguby.
Gdy zaś dni liczę jego oddalenia,
Ciężki niepokój w duszy mej się jawi;
Nie takie-ć długie moje polecenia;
Cóż on więc robi, przecz tak długo bawi?
Ale zaprawdę, powróci raz przecie!
Więc słowa boże gdy zważę, w umyśle,
To byłbym człekiem najgorszym na świecie,
Gdybym się do nich nie stosował ściśle.

Przybywa Kreon i donosi, że według wyroczni Teby powinny się oczyścić od krwi przelanej, powinny ukarać lub wygnać zabójcę poprzedniego króla, Laja. Edyp czyni wszystko, co może, ażeby dojść, kto był tym zabójcą, i z góry straszny nań wygłasza wyrok:

Tego człowieka nikt ani w gościnę
Przyjmie do siebie, ani doń zagada,
I do rąk wody dać mu się nie waży,
Ni u ofiarnych stanie z nim ołtarzy
Ni mu dozwoli kroku do swych progów.

Postanawia wezwać wieszczbiarza, Tyrezyasza. Ten z początku nie chce dawać jasnych odpowiedzi, ale obrażony podejrzeniem, w samym Edypie winowajcę wskazuje. Król ani na chwilę nie przypuszcza takiej możliwości, i sądzi, że to Kreon z żądzy władzy namówił wieszczka do takiego postępku. Kreon upewnia Edypa, że nie powodują nim bynajmniej przypisane mu pobudki, ale król nie pozbywa się podejrzeń i tylko żonie jego Jokaście udaje się ocalić życie bratu. Zostawszy z mężem sama, stara się go przekonać, że całe zamieszanie wynikło ze słów wieszczka i doradza nie wierzyć mu wcale. Ale słowa Jokasty rzucają w duszę Edypa pierwszy zarodek przypuszczenia, że on-to właśnie zabił Laja.

Jokasta.   Słuchaj mię, mężu! porzuć niepotrzebne troski;
Wiedz, że nie ma nikogo między śmiertelnemi,
Coby sztukę wróżenia posiadał na ziemi.
I wraz ci na to dowód przytoczę niedługi.
W wyroczni, nie powiadam, że przez Apollina,
Było przepowiedzianem, lecz przez jego sługi,
Iż przeznaczeniem Laja — zginąć z ręki syna.
Którego ja porodzę. A tu wieść powiada,
Że go zabili jacyś obcy rozbójnicy
Tam, kędy na trzy ścieżki droga się rozkłada.
Chłopiec miał ledwie trzy dni, gdy go służebnicy
Z rozkazu ojca wziąwszy, nożęta związali
I on na pustej górze złożon jest w oddali.
A więc się nie ziściły Apollina słowa.
Iż on własnego ojca zabójcą się stanie
I próżna była o to obawa Lajowa,
Chociaż takie wyroczni było wówczas zdanie.
Więc i tobie daremny ta rzecz kłopot sprawia;
Bo co bóg chce objawić, to on sam objawia.
Edyp.   Co ty mówisz? co słyszę! żono nieszczęśliwa!
Jakąż trwogą twa mowa duszę mą przeszywa!
Jokasta.   Cóż to za nowy przestrach na ciebie napada?
Edyp.   Z twych słów się pokazuje, że Laja zabili
Tam, gdzie się na trzy drogi gościniec rozkłada?
Jokasta.   Tak mówiono i mówią nawet do tej chwili.
Edyp.   A jak się zowie miejsce, na którem on zginął?
Jokasta.   Ziemia, na której zginął, zowie się Focydą;
W miejscu, kędy dwie drogi z Delf i Daulji idą.
Edyp.   A od tego wypadku długi czas upłynął?
Jokasta.   Nim się poczęło u nas twoje panowanie
Nieco wprzód ogłoszono to po ziemi naszej.
Edyp.   Jakiego Laj był wieku, jakich kształtów ciała?
Jokasta.   Był wzrostu wysokiego, włos jego białawy,
A podobny do ciebie z twarzy i postawy.

Edyp.   Biadaż mnie nieszczęsnemu! toż ja nieświadomy
Sam na siebie rzuciłem strasznych przekleństw gromy...
A przez kogo te wieści do was się dostały?
Jokasta.   Przez jednego służalca, który uszedł cały.
Edyp.   Czy ten człowiek w tym dworze dotąd pozostaje?
Jokasta.   Nie; bo kiedy powrócił i po Laja zgonie,
Widząc, że rządy kraju powierzono tobie,
Błagał mnie, pochwyciwszy moje ręce obie,
Że chce wyjść z tego grodu w najdalsze ustronie.
Ja posłałam go na wieś, by pasł nasze trzody,
Ale ten wierny sługa większej wart nagrody.
Edyp.   Czy nie mógłby on prędko przedemnie się stawić?
Jokasta.   Owszem. Lecz gwoli jakiej wołasz go potrzebie?
Edyp.   Och! wszystko mi się zdaje, że co on ma zjawić,
Tegom się ja aż nadto wywiedział od ciebie.
Jokasta.   On przyjdzie, lecz tymczasem i ja-m warta przecie,
Byś mi powierzył troskę, która duszę-ć gniecie,
Edyp.   Powiem ci, byś wiedziała, z jakim niepokojem
Oczekuję, na wieści. Jestże kto na świecie
Z kimbym chętniej cierpieniem podzielił się mojem!
Ojciec mój był z Koryntu, Polibem go zwano,
A matka rodem z Dorys, Meropa jej miano.
Ja byłem pierwszym mężem wśród mego narodu
Na ziemi koryntyjskiej, gdy raz mię spotkało
Zdarzenie, które mogło zdziwić mię niemało,
Chociaż się przez nie martwić nie miałem powodu.
Oto podczas biesiady ktoś, rozgrzany winem,
Przymówił mi, że jestem podrzuconym synem;
A to mnie tak obeszło, żem ledwie mógł przeżyć
Ten jeden dzień! Nazajutrz zaś idę co żywo
Zapytać się rodziców, czy mam w to uwierzyć.
Lecz i ich gniew ogarnia na tę wieść kłamliwą.
Odpowiedź ich na chwilę mój niepokój głuszy,
Lecz słów raz wyrzeczonych zapomnieć nie mogę;
Ten cios nazbyt głęboko utkwił w mojej duszy.
Więc bez wiedzy rodziców do Delf idę w drogę;
Lecz Feb bynajmniej nie ma pytań mych na pieczy,
Jedno wróży mi straszne, niesłychane rzeczy:
Że w kazirodztwie z matką me lata przeżyję,
Że hańba ludzka będzie mych dzieci udziałem,
Że rodzonego ojca nareszcie zabiję.
Przerażony wróżbami, jakie usłyszałem,
Uciekam coraz dalej od korynckiej ziemi
I mierząc jej odległość gwiazdy jedynemi,
Idę z kraju do kraju, dbały tylko o to,
Aby przed wywróżoną schronić się sromotą.
I tak idąc bez przerwy, w onem miejscu staję,
Gdzie Laj zginął, jak z mowy twojej się wydaje.

Powiem ci prawdę, żono; gdym wszedł na te szlaki,
Gdzie potrójny gościniec we trzy strony wiedzie,
Aliści idzie woźny, a za nim mąż taki,
Jakiego opisałaś tuż na wozie jedzie.
Uważam, że i starzec i woźnica społem
Chcą mię spędzić precz z drogi, którą iść począłem;
Wtedy ja gniewem o to uniesiony srodze,
Woźnicę-m napastnika powalił na ziemię,
A starzec postrzegając, że k’niemu podchodzę,
Dwakroć bodźcem na konie ciął mię w samo ciemię.
Ale miał też za swoje, choć nie w równej mierze;
Bo gdy kijem go za to z tej reki uderzę,
Wraz w wozu na wznak pada, a ja w tejże chwili
Morduję wszystkich, którzy mu towarzyszyli.
Jeśli więc co wspólnego ma ten nieznajomy
Z zabitym Lajem, jest-że czyj los równie srogi?
Mogą-li kogo bardziej nienawidzić bogi!
Obcy i swoi zamkną przedemną swe domy,
Nikt do mnie nie przemówi słowa w mieście całem.
Ja sam ten straszny wyrok na siebie wydałem.
Muszęż tedy wygnańcem opuścić te strony;
A nie wolno mi nawet widzieć się z mojemi,
Nie wolno nogą stąpić do rodzinnej ziemi,
Bo tam mam zostać mężem mej matki rodzonej
Bo tam, niestety, Polib, jak w wyrokach stoi,
Mój rodzic i karmiciel, zginie z ręki mojej
I czyż nie słuszna twierdzić, że klęsk takich siła
Jakieś chyba zawzięte bóstwo na mnie zsyła.
Lecz bogi sprawiedliwe! nie dopuśćcie przecie,
Abym ja miał dnia tego doczekać na świecie!
Niech ja wyłączon będę wprzód z śmiertelnych grona,
Nim ta sprośna ohyda na mnie się dokona!

W duszy Edypa jest jeszcze nadzieja, że nie on był zabójcą Laja, gdyż według opowiadania żony, tłum go zamordował; oczekuje więc niecierpliwie przybycia pasterza, jedynego świadka z owych czasów. Jokasta tem stara się pocieszyć męża, że zabójcą Laja miał być własny syn jego. Wtem przybywa goniec z Koryntu z wieścią o śmierci Poliba; to na chwilę przejmuje króla radością i pobudza do wypowiedzenia słów wątpliwości co do prawdy wieszczb dawanych w świątyniach, ale niebawem wpada znowu w smutek, gdyż Meropa jeszcze żyje; nie chce więc wracać do Koryntu, do czego nakłonić go się stara Goniec, opowiadając, że Polib nie był wcale jego ojcem, że Edypa znaleziono dzieckiem na górze Kiteronie z przekłótemi nogami. Niewolnik, od którego on (Goniec) wziął chłopca, żyje dotąd, to ten sam, który był świadkiem śmierci Laja. Jokasta słuchając tych wyjaśnień, domyśliła się już strasznej prawdy, lecz radaby odwieść męża od dalszego wywiadywania się: „Dość już i tego, co ja cierpię“ — powiada ona i oddala się wołając: biada tobie, biadał Nadchodzi Pasterz, w którym Goniec poznaje owego niewolnika, co mu oddal dziecko, ale ten z przestrachu wypiera się wszystkiego, tak że Edyp zmuszony jest do użycia groźby śmierci, ażeby wymusić wyznanie.

Sługa.   Miał on być synem Laja; ale wreszcie, kto wie!
Żona twoja, Jokasta, najlepiej ci powie.

Edyp.   Ona-ć je dała?
Sługa.   Ona.
Edyp.   A w jakim zamiarze?
Sługa.   Sądziła, że mu życie odjąć się poważę.
Edyp.  Jakto! rodzona matka! co mówisz, na bogi!
Sługa.   Złowieszcze ją wyrocznie nabawiały trwogi.
Edyp.   Jakie?
Sługa.   Że on rodzica zabije.
Edyp.   A czemu
Ty to dziecię starcowi powierzyłeś temu?
Sługa.   Litość mnie nad niem zdjęła; sądziłem, że chłopca Weźmie do swej ojczyzny, a to ziemia obca.
On zaś go ku nieszczęściu zachował wielkiemu:
Bo jeżeli on prawdę o tobie wyrzeka,
To niema biedniejszego od ciebie człowieka.
Edyp.   Wszystko już wyszło, przebóg, z tajemniczej matni! O, światło! ja cię widzę dziś po raz ostatni:
Poczęcie, ojcobójstwo, kazirodna sprawa.
Zgubiony-m! Ja najświętsze pogwałciłem prawa!

Chór skarży się przejmująco na dolę ludzką, stawiając nieszczęsnego Edypa za przykład:
Strofa 1.

Przebóg! przebóg! ludzki płodzie,
Jakżeż marną dola twa!
Najszczęśliwszy mąż w narodzie
Pozór tylko szczęścia zna!
I ten ledwie przed oczyma
Jego błyśnie, już go niéma.
Twoja dola nieszczęśliwa
Tę mi prawdę dziś wykrywa;
Tak, Edypie, mówię śmiało,
Szczęsnych ludzi nie bywało.

Antystrofa 1.

Wielką myślą tyś na szczyty
Najwyższego szczęścia wzbity.
Gościła tu dziewa sprośna[89],
Zbrojna szpony drapieżnemi,
Z tajemniczych wierszy głośna...
Tyś ją sprzątnął z naszej ziemi
I kraj własnem broniąc ciałem,
Przeciw śmierci stanął wałem.
Stąd to ziemia nasza cała
Królem swoim cię wybrała.
Chlubneż było twe, o panie!
W wielkich Tebach królowanie!

Strofa 2.

A dzisiaj, jest-że drugi kto,
Co przewyższył nędzę twą?
By sroższe klęski, brzydszy kał
Ze dni żywota wysnuć miał?
O, cny Edypie, myślę wciąż,
Żeś ty, jak syn i jako mąż
Na jednem łonie składał głowę!

Antystrofa 2.

Lecz czas na wszystko czujny ma wzgląd;
Jemu się jawną stała twa wina,

On to sam wydal surowy sąd,
Na ślub, co z matką połączył syna.
O synu Laja! złorzeczę chwili,
Gdyśmy cię pierwszy raz zobaczyli,
Jęczę nad tobą, gorzkie łzy leję.
Bo jeśli prawdę powiedzieć mam,
To ty w nas tchnąłeś życia nadzieję,
I ty też oczy zamknąłeś nam.

Z pałacu wybiega Poseł z wieścią o strasznej scenie, jaka się rozegrała we wnętrzu. Edyp szuka swej żony i matki zarazem.

Pod jego pięścią pękły i drzwi i zawiasy.
Jakby wiedzion przez kogo, wpada do łożnicy.
Tam widzimy niewiastę zwieszoną w pętlicy;
Co gdy on wreszcie zoczył, ryknął jak szalony
I odczepił pętlicę od szyi swej żony.
A kiedy już jej ciało spoczęło na ziemi,
Straszliwy obraz stanął przed oczy naszemi.
On złote sprzączki z płaszcza Jokasty obrywa
Wbija je sobie w oczy i tak się odzywa:
„Oczy, z których pożytek był mi w życiu mały;
Bo od klęsk nie ustrzegły, zbrodni nie widziały,
Niech odtąd na nich wieczne ciemności osiędą,
Niech odtąd i ci dla nich niewidzialni będą,
Co bodaj zawsze byli ode mnie zdaleka
I ci, na których dusza z upragnieniem czeka“.
Tak on mówiąc, powieki targa z całej siły;
Wraz zakrwawione oczy lice mu zrosiły,
Lecz nie sama krew tylko sączyła z oprawy,
Jeszcze jakiś deszcz czarny i niby grad krwawy.

Wychodzi wreszcie oślepiony już król z pałacu, by z ludem się pożegnać i Teby opuścić nazawsze. W rozmowie z chórem objaśnia powód, który go skłonił do wydarcia sobie oczu, nie zaś życia.

Ja-m uczynił, co byłem powinien uczynić;
Niemasz czemu przyganiać ni za co mnie winić;
Widzący, czyżbym w Hadzie mógł spojrzeć pogodnie
W oczy ojcu mojemu i mojej rodzicy,
Przeciw którym spełniłem dwie okrutne zbrodnie,
Jakich nawet nie zmaże sama śmierć w pętlicy?
Lecz przyjemnie byłoby, powiecie mi może
Popatrzyć się na dzieci, pocieszyć się niemi;
Nie, ja nie mógłbym na nie już spojrzeć na ziemi:
Ni na gród, ni na mury, ni na chramy boże.
Które-m sam sobie zamknął, sam między Tebany,
Rozkazując, by zbrodzień z kraju był wygnany.
I dziś jak bezbożnika każdy mię przeklina,
I bogi zwą nieczystym Lajowego syna!

Gdy więc wszem wobec zbrodnie me się ukazały,
Jakże mógłbym na ziomków wzrok podnosić śmiały?
O, nie! ja chciałbym jeszcze źródła słuchu stłumić
I ciało me odrętwić, ażeby już wtedy
Być i ślepym i głuchym i nic nie rozumiéć;
Bo nic czuć swych nieszczęść to jeszcze pół biedy.
Czemuż mnie, Kiteronie! schroniły twe szczyty,
Albo czemuś mi zaraz nie odebrał życia,
By ród mój nigdy, nigdy nie wyszedł z ukrycia!
O, Polibie, Koryncie! dworcu znamienity,
Który ojcowskim zwałem! jakąż mnie plugawą
Pod pięknemi pozory karmiliście strawą?
Dziś ja i ród mój bogom i ludziom niemiły.
O! potrójne rozdroże, posępna dolino!
Lesie! w którym trzy ścieżki schodzą się i giną,
Co krew mojego ojca z ręki mej wypiły,
Pamiętacież ówczesne me zbrodnie i ową
Którą-m spełnił przyszedłszy za ziemię Kadmową?...[90]
Lecz dość już; co wspominać takie sprośne czyny?
Dalej, przebóg! wypędźcie mnie precz z swej krainy
Wydrzyjcie życie, rzućcie gdzie w morze głęboko,
By mnie już nigdy ludzkie nie widziało oko.
Zbliżcie się, nie lękajcie dotknąć bezbożnika,
Bo ta plaga mnie tylko jednego dotyka.

W rozmowie z Kreonem, największe spółczucie okazującym biednemu, poleca pogrzebanie zwłok Jokasty i opiekę nad córkami, Antygoną i Ismeną, które mu przy prowadzono.

Ja tu żyw nie postanę już w ojcowskiem mieście,
Lecz pójdę mieszkać w góry, na szczyt Kiteronu,
Gdzie mi za życia, z woli rodzica i matki,
Grób był przeznaczon; tam ja doczekam się zgonu,
Choć wiem, że mnie choroba i inne wypadki
Nie zmogą, bobym śmierci nie był wyrwan przecie,
Gdyby mnie coś gorszego nie czekało w świecie.
Teraz niechaj się spełni moje przeznaczenie.
Co się tyczy mych dzieci to tylko nadmienię,
Że synów moich[91] tobie nie zlecam, Kreonie.
Oni męże, chleb znajdą w każdej świata stronie.
Ale-m dwie biedne córki zostawił na ziemi;
One zawsze siadały u mojego stołu,
Z niemi każdy kawałek dzieliłem pospołu.
Och! ty mię teraz wyręcz i czuwaj nad niemi;
Pozwól ich dotknąć ręką: o błagam cię o to!

Pozwól popłakać razem nad wspólną zgryzotą.
Królu! bracie szlachetny! spełnij me żądanie,
I pozwól mi rękami dotknąć je koleją;
Wzdy mi się będzie zdawać, że ja patrzę na nie.
Lecz co słyszę? toż one podobno łzy leją!
Czy to wy, drogie dzieci? czyli ja się mylę?
Kreon.  Nie mylisz się; ja właśnie przyjść im dozwoliłem,
Wiedząc, ile przybycie ich będzie ci miłem.
Edyp.  Bądź szczęśliwym, bodaj cię za ten czyn wspaniały
Bóstwa w lepszej opiece niżeli mnie miały.
Gdzież jesteście, o, córki! o, mój płodzie miły!
Przyjdźcież, te bratnie ręce przybliżcie ku sobie,
Które ojcu waszemu oczy wyłupiły.
Ja dziś płaczę nad wami; choć ślepy-m, lecz przecie
Czuję to, jak wam przykro żyć będzie na świecie.
Czy zgromadzenie ludu, czy krajowe święto —
To wy, zamiast zabawy, powracać będziecie
Do domu z twarzą na wskroś łzami przesiąkniętą.
A przyjdzie pora za mąż, któż z obywateli
Znajdzie się, biedne córy, i kto się ośmieli
Przyjąć udział w tej całej hańbie i ohydzie,
Jaka na mnie i na was z urodzenia idzie?
Takie wyrzuty codzień będziecie słyszały.
I któż was, biedne dzieci, zechce wziąć za żony?
Nikt! Bezpłodne dziewictwo to wasz widok cały.
Teraz dla nich, Kreonie, tyś ojciec jedyny.
Strzeż od opuszczenia i od żebraniny,
Aby się nie tułały, boć to krewne twoje.
Przyrzeknij i daj rękę, o, mężu wspaniały!
Dzieci, ja chciałbym jeszcze radzić wam w niedoli,
Lecz gdy mię wiek wasz młody pojąć nie dozwoli,
To życzę: niech wam zawżdy dni żywota biegą
Spokojniej i szczęśliwiej niż ojca waszego.

Odchodzącego Edypa żegna Chór, zwracając się do widzów z przestrogą:

Patrzajcie, to Edyp! Patrzajcie, Tebanie,
Co odgadł wiersz Sfinksa, mąż dzielny i prawy;
Niejeden mu szczęścia zazdrościł i sławy,
A dzisiaj w klęsk jakich zepchnięty otchłanie!
I stąd wam nauka, że nigdy człowieka
Nie można szczęśliwym mianować, aż wtedy,
Gdy on już ostatnich dni życia doczeka,
Nie wiedząc, nie znając, co nędze i biedy.

(Kazimierz Kaszewski).

B) Antygona.
W prologu tragedyi występują córki nieszczęsnego Edypa: Antygona i Ismena. Pierwsza przedstawia siostrze zamiar pogrzebania ciała brata swego Polinika, który naprowadziwszy wrogów na Teby, zginął w pojedynku z Eteoklem, swym bratem. Z rozkazu króla tebańskiego Kreona, wuja zmarłych, Eteokles miał doznać zaszczytu pogrzebu, gdy Polinik, jako zdrajca kraju, miał się stać łupem zwierząt drapieżnych niepochowany. Antygona wyżej stawiając wiekuiste prawo rodzinne, nad prawo wydane przez władcę doczesnego, z miłości ku bratu, wiedząc, że się na karę naraża, chce uczcić ciało jego pogrzebem i namawia ku temu Ismenę, ale ta odmawia jej spółudziału i przypomina jej groźbę wuja a zarazem króla, jeśli rozkaz jego nie zostanie spełniony. Antygona, trwa w swym zamiarze, twierdząc, że chociażby los obszedł się z nią jak najsrożej, „pięknéj śmierci“ nie pozbawi jej przecież. Po ich odejściu Chór, złożony ze starców tebańskich, opiewa skutki bolesnej bratobójczej walki między synami Edypa. Wtedy występuje Kreon i wyjaśnia wobec Chóru powody znanego już rozporządzenia:

Mężowie! bóstwa, co długo kraj cały
Burzami siekły, dziś mu spokój dały.
Ja-m was dlatego wezwał przed innemi,
Bo wiem, że wyście każdej życia chwili
Dzielnem ramieniem tron Laja[92] chronili;
Póżniej Edypa, gdy władał w tej ziemi,
A później z równą wiernością i chwałą
Wspierali synów, gdy ojca nie stało.
A kiedy wspólne wywiodły ich losy
Do boju, w którym przez dwa niecne ciosy
Razem z ich życiom zginęła i zwada;
Więc tron i władza mnie, po krwi, przypada.
Nie wprzód człowieka człowiek zmierzyć umie
Po jego duszy, sercu i rozumie,
Aż się u rządów z myśli swych wygada.
Co do mnie wszakże, ja rządów sternika,
Co rad cnych ludzi w żadnej nie ma cenie,
Owszem ich usta postrachem zamyka,
Najgorszym człekiem mieniłem i mienię.
A ten, co dobro druha ma na straży
Więcej niż kraju, nic u umie nie waży.
Świadczę się Zeusem wszechwidzącym, jako
Sam pierwszy wydam przed wami wszelaką
Zdradę, grożącą ojczyźnie; jej wrogi
Nigdy do uczuć mych nie znajdą drogi.
Ja-m dobrze świadom, że dola szczęśliwa
Wszystkich nas z dobra ojczyzny wypływa,
I że, gdy szczęściem cały kraj zasłynie,
To nam na wiernej nie zbędzie drużynie.
Takie zasady państwo nasze wzmogą.
Takich ja zasad postępując drogą,
To, względem synów Edypa, ziomkowie!
Dla powszechnego pożytku stanowię:

Eteokl, który przy obronie kraju
Legł, dzielnie walcząc, śmiercią bohatera,
Niechaj ma pogrzeb, niechaj cześć odbiera
W świętych obiatach, według obyczaju.
Ale brat jego, ów Polinik srogi,
Ten zbieg z wygnania, co wyciągnął w pole,
By spalić miasto z domowemi bogi,
Wypić krew bratnią, narzucić niewolę:
Tego nie uczci ni łza, ni mogiła.
Owszem mój rozkaz miastu zapowiada,
By leżał nagi, jako zdobycz miła
Dla psów żarłocznych, dla ptaków biesiada.
Tak chcę. — I za mnie nigdy nie ujrzycie,
By zły był z dobrym porównan w zaszczycie;
Lecz prawy kraju syn, zawsze i wszędzie,
Żyw czy umarły, kochanym mi będzie.

W tem wbiega Strażnik, który pilnował ciała Polinika, donosząc z trwogą a starając się zrzucić z siebie wszelkią odpowiedzialność, że trup został pogrzebany niewiadomym sposobem. Chór lękliwie wypowiada przypuszczenie, że sprawcami są tu może sami bogowie; ale skarcony przez Kreona, milknie i słucha wywodu króla, który się domyśla, że pewnie niechętni mu w państwie straż przekupili:

Siła klęsk ciąży na ludziach, a przecie
Klęska pieniędzy najzgubniejsza w świecie!
Bo pieniądz grody i strzechy pustoszy,
Pieniądz i z prawych serc uczciwość płoszy,
Uczy podstępem osiągać złe cele,
Czynów haniebnych dopuszczać się śmiele.
Lecz sprawiedliwość takich nie prześlepi,
Których do złego widok zysku krzepi.

Zapowiada więc, że strażnicy strasznemi mękami odpowiedzą za zniknięcie trupa, jeżeli sprawcy nie odnajdą. Chór śpiewa pieśń o potędze człowieka, dopóki jest prawom bożym posłuszny i rozumem się rządzi; rozwija też w końcu motyw podany przez króla:
Strofa 1.

Wiele jest dziwów, a przecie
Człowiek - największy dziw w świecie.
On-to w siną głębię mórz
Oślep się rzuca, nie zważa,
Czy go pęd ryczących burz
Po drżących prądach wytarza.
On wielkiej bogini — Ziemi
Nieśmiertelnej, niezmęczonej
Rok w rok pługami konnemi
Pruje brzemię w różne strony.

Antystrofa 1.

W jego rozstawione sieci
Ród leciuchny ptasząt leci:
Człowieka przemyślny um
Chwyta w splątane pętlice
I leśnych zwierząt tłum
I wód łuskate dziedzice.
Człowieka wola łagodzi
Najdziksze potwory gór
W jego jarzmie milczkiem chodzi
I koń grzywiasty i tur.

Strofa 2.

Człowieka darem — słowa grom
W człowieku górnej myśli dom,
A w myślach swych badawczy człek
Przyszłości nawet odgadł bieg.

Ni on się zlęknie mrozów tchu,
Ni ciosów gradu, ani dżdżu
I sama niemoc przed nim pada;
Z śmiercią mu tylko trudna rada.

Antystrofa II.

Olbrzymia ludzkiej myśli potęga
Na podziw wielkich celów dosięga;
Lecz człek, swawolny w działaniu swem,
Chwieje się między dobrem i złem.
A kto podepcze prawa ojczyste,
Kto na domowe porwie się bogi,
Tego przekleństwo ściga wieczyste,
Tego ojczyzna rzuci za progi.
O, bodaj taki nigdy pospołu
Nie dzielił ze mną myśli, ni stołu.

Strażnik zadowolony, że kary uniknie, prowadzi Antygonę przed króla, opowiadając o jej wysiłkach, by zmieciony już przez strażników piasek z ciała Polinika na nowo na nie nagarnąć. Następuje świetna rozmowa pomiędzy Antygoną a Kreonem:

Kreon.   Jakżeś ty prawom sprzeciwić się śmiała?
Antygona.   Bo to nie Zeus mi ogłosił je przecie,
Ni Sprawiedliwość, co zasiada w świecie
Podziemnych bogów, których rzecz jedynie
Uświęcać prawa w śmiertelnych dziedzinie.
Więc nie sądziłam, ażeby uchwały
Twoje, zawarte w śmiertelnika słowie,
Tym niepisanym prawom górowały,
Którym niezłomność nadali bogowie,
Których nie od dziś, nie od wczoraj wątek:
Żyją, choć nie wie nikt, gdzie ich początek.
Miałażbym, ziemskim ulegając trwogom
Przez wzgląd na ludzi, narażać się bogom?
Nie! sama wszakże wiedziałam dokładnie,
Że i bez ciebie umrzeć mi wypadnie;
A iż przyśpieszam chwilę śmierci mojej,
To mi za rozkosz i za korzyść stoi,
Bo kogo srogi, jak mnie, ból pożera
Przez całe życie, ten wesół umiera.
A więc nie trwożę się groźby twojemi;
Lecz gdybym wspólnej matki naszej syna
Bez czci grobowej odeszła na ziemi,
Wtedy-by trwogą przejęła mię wina.
Mniemasz, że działam w szale, bezprzytomnie?
Ej, sam szalony, kto tak myśli o mnie.
Chór.   Dzielny duch ojca odrodził się w córze:
Oboje równo niebaczni na burze.
Kreon.   O! i najtrwalszy duch za czasem pęknie:
Przecież żelazo ma twardość nie lada,
A patrz, jak w ogniu kruszy się i mięknie.
Najdzikszych koni rozhukane stada
Słabe wędzidła spokojnie prowadzą.
Jak śmie być hardym ten, kto jest pod władzą!
Ona wiedziała, że mnie już znieważa

Lekceważeniem mojej woli prawej,
A teraz jeszcze zniewagę powtarza.
Śmiejąc się, pyszniąc z gorszącej niesławy.
To gdyby jej się zwycięstwo udało,
Ją, nie mnie mężem zwać-by można śmiało.
Ale czy ona krewna mi przez siostrę,
Czy bodaj bliższą niewiastą w rodzinie,
Zawsze jej kara przykładna nie minie.
Ja na nie obie pomsty dłoń rozpostrę,
Bo i Ismena, jej siostrzyczka miła,
Do tej się sprawy, ręczę, przyłożyła.
Wołać ją tutaj! Ja dobrze wiedziałem,
Że ona jakimś opętana szalem,
A szał, niepokój zdradza i dowodzi,
Że ktoś pociemku w zdrożne cele godzi.
Ja zaś najbardziej potępiam człowieka,
Co w piękne słówka brzydki czyn obleka.
Antygona.   Czegóż chcesz więcej! zabij! ja-m gotowa.
Kreon.   Nic nie chcę więcej, to dość... ani słowa.
Antygona.   Więc przestań mówić, bo próżna twa mowa —
I próżno drażnią zobopólne słowa.
Cokolwiek powiesz, wielka dla mnie chwała,
Żem brata ze czcią w grobie pochowała;
I każdyby mnie chwalił z mego dzieła,
Tylko że bojaźń usta im zamknęła.
Bo król przy innych i tę moc dziedziczy,
Że każdy mówi, jak on sobie życzy.
Kreon.   Jedna tak sądzisz pomiędzy Tebany.
Antygona.   Nie; ale głos ich milczy zestrachany.
Kreon.   Jak śmiesz od innych różnego być zdania?
Antygona.   Jakież to prawo brata czcić zabrania?
Kreon.   Nie również blizkim Eteokl jest tobie?
Antygona.   Z jednych rodziców był mi równie bratem.
Kreon.   Czcić jego wroga nie godzi się zatem.
Antygona.   Eteokl za to nie gniewa się w grobie.
Kreon.   Lecz ty go we czci równasz z bezbożnikiem.
Antygona.   Toż on był bratem, nie zaś niewolnikiem.
Kreon.   Ten ziemię niszczył, tamten bronił ziemi.
Antygona.   Każdemu równe śmierć nadaje prawa.
Kreon.   Zdrożna rzecz — w prawie równać złych z dobremi.
Antygona.   Kto wie, jak Hades prawo to uznawa.
Kreon.   Wróg i po śmierci druhem się nie stanie.
Antygona.   Mnie nie nienawiść modłą, lecz kochanie.
Kreon.   Kochaj zdrowa, lecz na tamtym świecie:
Ja żywy nie dam władać tu kobiecie.

Przyprowadzają Ismenę, która, chociaż poprzednio odwodziła Antygonę od sprzeciwianiu się prawu, teraz z miłości siostrzanej chce los jej podzielić, lecz zostaje przez nią trochę szorstko odsunięta.

Kreon.   Czyś brała udział w występnym pogrzebie?
Ismena.   Owszem, niech tylko siostra mi zezwoli,
Przyjmuję udział w jej czynie i doli.
Antygona.   Nie; Słuszność za złe wzięłaby to w niebie;
Wszak tyś nie chciała, odepchnęłam ciebie.
Ismena.   Lecz kiedy widzę cię w takiej opale,
Dzielić twej kaźni nie wstydzę się wcale.
Antygona.   Oj! wie to Hades i piekieł bogowie,
Że mi ten niczem, czyja miłość w słowie.
Ismena.   O! nie sądź, siostro, że mi braknie siły
Umrzeć wraz z tobą u brata mogiły.
Antygona.   Po co umierać? dosyć mego zgonu.
Co się domagasz nie swojego plonu!
Ismena.   Cóż, gdy cię stracę, życie mi osłodzi?
Antygona.   Ty żyj, ja-m duszą umarła za młodu;
I dziś jam tylko sługą zmarłych braci.
Kreon.   Z tych dwu-tu dziewek ta dziś rozum traci
A tamta, widzę, nie miała go z rodu.
Ismena.   Królu, gdy człowiek z losem złym się biedzi,
Najtęższy rozum w miejscu nie dosiedzi.
Kreon.   Twój odbiegł, skoro chcesz ginąć ze złemi.
Ismena.   Bez siostry, cóż mi po życiu na ziemi?
Kreon.   Trudno, od dzisiaj już jej życie kona.
Ismena.   Wszak to twojego syna narzeczona!

Kreon drwi sobie z tego, że syn jego utraci narzeczoną i coraz zacieklejszym się staje, zapominając o własnych słowach poprzednio wypowiedzianych o potrzebie radzenia się ludzi zacnych. Ma też ciężką rozprawę z synem Hemonem, który mu je w sposób dotkliwy przypomnieć widzi się zmuszonym.

Kreon.  Na to o dzieci każdy prosi bogów,
W domu wszystkiego synowi udziela,
By ten był wrogiem dla ojcowskich wrogów,
A tak jak ojciec wielbił przyjaciela.
Kto zasię dzieci niesforne napłodzi,
To sobie ukuł kajdany na nogi
I śmiech zeń wielki pójdzie między wrogi.
Niech cię więc, synu, z rozsądku nie zwodzi
Rozkoszy żądza: odpędź jej podniety.
..............
Kto dobrym rządem w domu swym zasłynie,
Temu i z rządów kraju będzie sława.
Lecz kto w uporze swoim zatwardziały,
Łamiąc swawolnie rządowe uchwały,
Jeszcze zwierzchnikom przeczyć się ośmiela;
Ten mieć nie będzie ze mnie przyjaciela.
Kogo najwyższą zaszczycono władzą,
Tego się woli niech wszyscy poddadzą,
Czy to, co każe, jest małe czy wielkie,
Słuszne, niesłuszne, jednem słowem wszelkie.

Kto tego pilnie strzeże w swym rozumie,
Ten umie władać i ulegać umie;
A gdy go rozkaz wezwie na bój krwawy,
Dotrwa w obronie sprzymierzonej sprawy.
Lecz gdzież złe większe znajdziesz od niezgody?
Ona-to niszczy rodziny i grody,
I płosząc wojska wiedzie do niesławy;
A ci, co w miejscu przebyli wytrwalej,
Przez posłuszeństwo ratunek zyskali.
Słuchajmyż władzy postanoweń raczej,
Niż tego, co się kobiecie majaczy:
Wielka-bo mężom byłaby niesława,
Gdyby niewieście rządzić miały prawa.
Hemon.  Tak, ojcze! między darami bożemi
Rozum najwyższem jest dobrem na ziemi,
Nie przeczę temu, coś mówił w tej chwili,
Ani znam takich, coby zaprzeczyli;
Lecz czemuż drugi nie ma rzec słów prawdy?
Niech co chce będzie, ty nie sięgniesz zawdy
W to, co o tobie kto myśli znienacka,
Bo nikt na ciebie nie wyrwie się słowy:
Twarz twoja trwogą przejmuje człowieka.
Ale ja chwytam ich te ciche mowy.
Słyszałem w mieście narzekania słowa:
Że najzacniejsza z wszystkich białogłowa
Nie dozwoliła, by braterskie ciało
Pastwą się ptaków, dzikich zwierząt stało.
Więc za pobożność godną złotej chluby,
Ma się stać winną kary i zaguby.
Tak oni szepczą. Mnie zaś to obchodzi
Najwięcej, co się z twym pożytkiem godzi;
Bo cóż za obraz dla dzieci wspaniały:
Widzieć rodzica w całym blasku chwały:
Więc nie trwaj, ojcze, w niewczesnym uporze,
Iż twój li rozum coś znaczy i może;
Bo i sam przyznasz, że ci, co w swej dumie
O własnym tylko trzymają rozumie,
Swoim zdolnościom hołdują i mowie,
Że ci najczęściej mają pustki w głowie.
A mąż im jaśniej spoziera w głąb rzeczy,
Tem więcej słucha i nie zawsze przeczy.
Gdy zamieć trzęsie drzewami, to owo,
Które się ugnie, przetrzyma ją zdrowo;
Inne, chcąc sprostać własnem wysileniem
Naciskom burzy, wali się z korzeniem.
A żeglarz, jeśli, choć go wicher nagli,
Nie wstrzyma biegu i nie zwinie żagli;
To łódka jego chwieje się, rozpada,

A on na szczątki, ratując się, siada.
Więc lepiej, ojcze, porzuć ten gniew — radzę —
I do umysłu daj przystęp rozwadze;
Bo ja tak sądzę w mym młodym rozumie:
Dobrze-to, jeśli człowiek samodzielnie
Zaradzić sobie w każdym razie umie;
Jeśli przeciwnie (a mówiąc rzetelnie,
To traf najczęstszy), więc niechaj już lepiéj
Cudzym rozumem swój rozum pokrzepi.
Chór.   I cóż ty na to, co on mówi, panie!
Zdaje się, oba słuszne macie zdanie.
Kreon.   Na starość dla mnie hańba niesłychana,
Bym miał się żywić radami młodziana.
Hemon.   Ja-ć źle nie radzę; i cóż stąd, żem młody?
Nie na wiek zważaj, ale na dowody.
Kreon.   Chcesz ze mnie zrobić złych ludzi czciciela?
Hemon.   Tej przecie rady nikt ci nie udziela.
Kreon.   Toż tej twa luba uległa chorobie.
Hemon.   Cała Teb ludność sprzeciwia się tobie.
Kreon.   Ludność mi tedy ma dawać rozkazy?
Hemon.   Widzisz, jak młode są twoje wyrazy!
Kreon.   Któż tedy prócz mnie w tej krainie włada?
Hemon.   Gdzie jeden rządzi, tam wolności biada!
Kreon.   Prawo od władcy kraj zależnym czyni.
Hemon.   Będziesz ty wkrótce władał tu... w pustyni.
Kreon.   Tak o kobietę chodzi mu: o wstydzie!
Hemon.   Czyś ty kobieta? — mnie o ciebie idzie.
Kreon.   Ojcu śmiesz przeczyć, niegodziwy synu!
Hemon.   Bo się dopuścić chcesz zdrożnego czynu.
Kreon.   Zdrożnego? strzegąc me prawa od wrogów?
Hemon.   Nie; ty je depcesz, gwałcąc prawa bogów,
Kreon.   O sługo babi! o wyrodne dziecię!
Hemon.   Sługą występku nie nazwiesz mnie przecie!
Kreon.   Słowa twe za nią więc walczą jedynie?
Hemon.   Za ciebie, za mnie, za bogi podziemne.
Kreon.   Żywą zaślubić chęci twe daremne.
Hemon.   Jeśli ma zginąć, to nie sama zginie.
Kreon.   Jeszcze śmiesz z groźbą wyjeżdżać, zuchwalcze!
Hemon.   Z groźbą?... że przeciw niesłuszności walczę?
Kreon.   Sam bezrozumny, mnie chcesz uczyć ninie?
Hemon.   Gdybyś mi nie był ojcem, rzekłbym śmiało,
Że ci rozumu dziś właśnie nie stało.
Kreon.   Sługo niewieści, męczysz mię zbyt srogo.
Hemon.   Chcesz mówić, ale nie słuchać nikogo.
Kreon.   Czy tak?... Przez Olimp! to już przeszło miarę.
Ta ci obelga nie ujdzie bezkarnie!
Zaraz mi tam tę sprowadzić poczwarę,
Niech w oczach gacha poniesie męczarnie!

Hemon.   Nie! Ja nie będę świadkiem jej męczeństwa,
I ty mnie już tu nie ujrzysz na ziemi.
Sam tu pozostań z przyjaciółmi swemi,
Co radzi znoszą twoje okrucieństwa.

Po odejściu Hemona, Kreon skazuje Antygonę na zamknięciu w podziemnej jaskini, tyle jej tylko pozostawiając pożywienia, według ustawy, ile starczyć może na dzień jeden. Chór zawodzi pieśń o potędze miłości.
Strofa.

Miłości! twoja potęga
Niezłomna wszędzie dosięga.
Urok na licach dziewicy
W wieśniaczej składasz świetlicy;
Na morskie zstępujesz tonie;
Każdego moc twa owionie:
Bóg nieśmiertelny na niebie,
Na ziemi człowiek nietrwały,
Nie ustrzegą się od ciebie:
Przeszyjesz ich swemi strzały.
A w kogo padnie twój strzał,
Tym zaraz owłada szał.

Antystrofa.

Przez cię nawet męże godni
Idą oślep drogą zbrodni.
Ot i dziś przez ciebie właśnie
W całym rodzie dzikie waśnie.
Lecz któż oprzeć się ośmieli,
Gdy weń wzrok dziewicy strzeli?
U przybytków nawet prawa,
Pośród władców, miłość stawa.
Afrodyta-to bogini
Takie z ludzi żarty czyni.
Dusza, wbrew prawu, wzburzona
Łez w oku wstrzymać nie może
Gdy widzę, jak Antygona
Na śmiertelne dąży łoże.

Wchodzi Antygona, wiedząc już o wyroku, żegna ziemię rodzinną i młodość swoją:
Strofa.

Tebańska drużyno bratnia!
Otóż ma podróż ostatnia,
Otóż na słońca promienie
Ostatnie rzucam wejrzenie.
Żywą mię Hades zabierze
Na Acheronu wybrzeże.
Nie dla mnie ślubne już stroje,
Godowe chóry - nie moje,
Tam, tam Acheron zdaleka,
Narzeczony mój mnie czeka.

Antystrofa.

Słyszałam kiedyś o córze
Tantala, która stąd słynie
Że we frygijskiej krainie,
Na Sypilowej tam górze
W zwojach niby bluszczu cała
Stoi w głazie zamartwiała[93]).
I czoło jej — wieść powiada —
Wieczystym śniegiem pokryte,
A z oczu w krople obfite
Łza po łzie na piersi spada.
Tak i mnie dłoń przeznaczenia
Uśpi w powłoce z kamienia.

Wpada Kreon wściekły, że jeszcze rozkazu jego nie wykonano; powtarza go więc z naciskiem.

Antygona.   O zimne grobowisko! podziemna tajnico!
O ślubne łoże! wieczna, więzienna strażnico!
Gdzie ja mam się połączyć z moich krewnych gronem,
Których liczba największa Persefony plonem!

Ja umieram ostatnia, nędzna męczennica
Wprzód, nim mnie Przeznaczenia wskazała prawica.
Lecz ojcze, matko, bracie! to przynajmniej tuszę,
Że wam przybyciem mojem rozraduję duszę:
Bom ja mą własną ręką myła wasze ciała,
Ja-m też czystą obiatę na wasz grób wylała,
Ja gdybym miała męża, gdybym miała dziecie,
To pogrzebać ich nigdy nie śmiałabym przecie,
Gdyby mi tego władców wzbraniały wyroki.
Dziś pochowałam brata: dlaczego, spytacie? ...
Mąż?... Znalazłby się drugi po jednego stracie.
Gdybym straciła syna, innyby się zrodził
Z innego męża, coby boleść mą osłodził;
Lecz gdy rodzice moi zeszli z tego świata;
Toć już przecie nie mogę spodziewać się brata.
A żem cię, miły bracie, pochowała godnie,
Więc mię Kreon oskarżył o okropną zbrodnię,
Samowolnym wyrokiem skazał na katusze;
I mnie z pośrodku ziomków gwałtem pochwycono,
I ja w dziewiczej szacie zejść ze świata muszę,
Nie znając, co za rozkosz być matką i żoną.
Opuszczona od wszystkich, sama, nieszczęśliwa!
Do jaskini umarłych wloką mię za żywa.
W czem ja wam przewiniłam, nieśmiertelne bogi!
Lecz i do was ja próżno wznoszę okrzyk trwogi,
Gdy mnie za czyn pobożny, tu pod waszem okiem
Karzą, jak bezbożnicę, śmiertelnym wyrokiem!
Ha! jeżeli bogowie uznają mą winę,
Więc dobrze: niech się spełni moich cierpień miara,
Lecz jeśli ja niewinnie z rąk mych katów ginę,
To życzę, by ich sroższa nie dotknęła kara...
Rodzinna ziemio, o Teby moje!
Bogi ojczyste! tebańscy woje!
Patrzcie, zaświadczcie, jak ginę marnie,
Na co mi wyszła troskliwość bratnia,
Od jakich ludzi znoszę męczarnie,
Ja, waszych królów córa ostatnia!

Zjawia się niewidomy wieszczbiarz Tyrezyasz i opowiada Kreonowi objawy gniewu bożego z powodu niepogrzebania ciała Polinikowego; lecz zacięty władca pomawia go o przekupstwo. Wówczas wieszczek przepowiada nieszczęścia, jakie spadną na Kreona, i odchodzi w gniewie. Naglony przez Chór chce w końcu Kreon odwołać swe wyroki i pośpiesza uwolnić Antygonę, niestety! zapóźno. Poseł opowiada Chórowi, jaką Kreon ujrzał scenę w jaskini:

Posłuszni rozkazowi pół-żywego króla
Idziemy w głąb pieczary: patrzym, Antygona
Wisi, wstęgą z przepaski lnianej okręcona,
A przy niej klęczy Hemon, do piersi przytula,

Zanosi się od płaczu nad zgonem swej lubéj.
Przeklina srogość ojca i nieszczęsne śluby.
Westchnął Kreon głęboko, zobaczywszy syna,
Zbliża się i w te słowa, jęcząc upomina:
„Co ty czynisz nieszczęsny! jakie masz zamiary?
Nie gub się, synu, błagam, wynijdź z tej pieczary!“
A Hemon na to dzikie wlepił weń źrenice
I nic nie odpowiedział i plunął mu w lice;
Pochwycił miecz dwusieczny; ojciec byłby nie żył,
Szczęściem w porę się cofnął; miecz w stronę uderzył.
Wtedy on już na siebie całą wściekłość zionie,
Utyka na ostrz miecza, topi go w swem łonie:
Krew bryzga, a on czując, że w nim życie kona
Pochwycił narzeczoną w mdlejące ramiona...
Leżą więc we wzajemnym uścisku ujęci,
I Hades w domu śmierci wieczny ślub ich święci.

Posłyszawszy opowiadanie, matka Hemona, Eurydyka, również sama sobie śmierć zadaje. Kreon, zrozpaczony, woła do Chóru:

Kreon.   Uprowadźcież stąd już przecie
Nieszczęsnego, co w szaleństwie
Zabił żonę, zabił dziecię!
O ja w życia dziś męczeństwie
Nie mam spojrzeć już na kogo,
Nie wiem, jaką pójść mam drogą.
Wszystko poszło tam, pod ziemię!
O zwodniczeż życia brzemię!
Nad mą głową straszne gromy
Los rozwiesił niewidomy.

Chór.   Gdy cios bólu ugodzi w człowieka,
Tem znośniejszy, im krócej dopieka.
Na toż rozum — to szczęście — ma z nieba,
By posłusznym był bogom, jak trzeba.

A kto słowem się pysznem porywa,
Za tym w ślady kaźń idzie straszliwa;
Wtedy pozna rozsądku zalety
I żałuje, lecz późno, niestety!

(K. Kaszewski).

C) Filoktet.
W tragedyi tej odmalowane są wybornie trzy charaktery: przebiegłego Odyseja, szlachetnego Neoptolema oraz zgorzkniałego i zdziczałego długim pobytem na samotnej wyspie Filokteta. Udając się na wyprawę trojańską, wodzowie Greków zatrzymali się, z rozkazu wyroczni, na pustej wyspie dla złożenia ofiary Atenie na ołtarzu, na którym niegdyś Herakles składał również obiaty Filoktet, który był na wyprawie z Heraklesem, wyszukując teraz owego ołtarza wśród zarośli, ukąszony został przez żmiję,
skutkiem czego była straszliwa rana, wydająca woń odrażającą. Odysej, w porozumieniu z głównymi wodzami, odprowadził Filokteta na bezludny brzeg wyspy Lemnos i tam go podstępnie pozostawił. Lat dziesięć nieszczęśliwy tu przebył, Gdy oblężenie Troi szło uporczywie, wyrocznia oznajmiła, że Troja zdobytą być może tylko przy pomocy strzał Heraklesa, znajdujących się u Filokteta. Odyseja wysłano na Lemnos, ażeby strzały owe wydostał. Przewiduje on, że sam we własnej osobie nie potrafi nakłonić Filokteta, któremu taką krzywdę wyrządził, więc bierze sobie do pomocy syna Achillesowego, Neoptolema, który nie był zgoła znany Filoktetowi a wspomnieniem ojca mógł poruszyć dawnego jego przyjaciela. Płyną więc do Lemnos w towarzystwie drużyny, stanowiącej Chór tragedyi. W prologu Odysej wykłada Neoptolemowi stan rzeczy pod Troją, pouczając go, jak ma sobie postąpić z Filoktetem, ażeby go podstępem zwabić na okręt. Neoptolem, jako prawy młodzian, wzdryga się na myśl o całym szeregu kłamstw, które mu nasuwa przebiegły towarzysz, ale gdy mu Odysej wystawił niepodobieństwo załatwienia sprawy w inny sposób, zgadza się, lubo niechętnie, odegrać wstrętną sobie rolę. Odysej naturalnie trzyma się na uboczu, ażeby nie budzić podejrzeń samotnego wygnańca i nie narazić się na śmiertelne strzały. Chór pozostawszy sam z Neoptolemem, ubolewa nad losem Filokteteta, który

Sam, samotny wśród swych łez!
Towarzyszem jogo zwierz
Cętkowany lub kudłaty.
Godzien on litości wszelkiéj,
Bo i głód go nęka srodze
I ból mu doskwiera w nodze
I niepokój dręczy wielki.
Echem głośnem jego żal
Brzmi i idzie z dali w dal.

Gdy się ukazał Filoktet wynędzniały, w łachmanach, bosy, powłóczący nogą i gdy się dowiedział od Neoptolema, że ma przed sobą syna Achilla, wybucha skargą na swe losy i opowiada dziesięcioletnie swe męki. Neoptolem, z porady Odyseja, udaje, że ani nazwiska ani przygód Filokteta nie zna.

Filoktet.  O nienawistny bogom! o ja nieszczęśliwy!
Zatem wieść nieszczęść nie doszła do domu,
W całej Helladzie one nieznane nikomu!
A ci, co porzucili mnie tutaj nikczemnie,
Śmieją się gdzieś w milczeniu; gdy choroba we mnie
Wre i z każdym dniem sroższej wciąż nabiera siły.
O dziecię! o ty synu Achillesa miły!
Ja-m jest ten, który, jeśli rzecz ta ci jest znana,
Przyszedł do posiadania Heraklesa broni;
Zowią mnie Filoktetem, jestem syn Peana,
Którego dwaj wodzowie[94] i król Kafalonji[95]
Najbezwstydniej znęcili w te bezludne strony,
Bym tu skonał z boleści, jako ukąszony
Żądłem zabójczej żmii. — W takim stanie oni,
Samego porzuciwszy, odpłynęli w chwili,
Gdy z morskiej Chryzy tutaj na statkach przybyli.

Ja, ciągłem kołysaniem statku umęczony,
Zasnąłem na wybrzeżu w skale wydrążonéj;
Co widząc ci, z radością odemnie odlecą,
Nędznemu wygnańcowi zostawiwszy nieco
Drobiazgów, łachman jakiś i posiłek mały.
Oby im kiedyś losy wszystko to oddały!
Domyśl się, synu, jako było dla mnie miłem
Przebudzenie się ze snu, gdy ci byli w drodze!
Ilem gorzkich lez wylał, jak-em jęczał srodze,
Widząc, że wszystkie statki, na których przybyłem,
Znikły, a na tem miejscu nie było nikogo,
Coby mi radził, pomógł na chorobę srogą.
Gdzie spojrzę, nic nie mogę znaleść prócz boleści —
I tej było już tyle, co się w człeku zmieści.
Dzień schodził za dniem; wreszcie musiał przemysł własny
Zaradzać mym potrzebom w tej pieczarze ciasnéj.
Tak oto, synu, ten łuk przynosił mi jadło,
Bijąc lotne gołębie, któremi się żywię;
I kiedy pomknie strzała, biegnąc po cięciwie,
Wlokę, nieszczęsny, nogę, by podjąć, co padło,
A jeżeli spragniony potrzebuję wody,
Lub, jak w porze zimowej, gdy zalegną lody,
Potrzeba drew urąbać; ja sam nieszczęśliwy,
Czołgam się, by zaradzić. Ognia tu nie było;
Nuż tłuc kamień o kamień, by wydostać siłą
Ukryty płom, któremu zawdzięczam, żem żywy;
Boć z ogniem i poddaszem ta moja jaskinia
Daje mi wszystko, tylko zdrowia nie przyczynia.
Teraz dowiedz się więcej o całym ostrowie:
Do niego żaden żeglarz z chęcią nie zawinie,
Bo ni portu nie znajdzie, ni siądzie w gościnie,
Ni żadnego tu zysku nie mają majtkowie,
Roztropni ludzie tędy nie żeglują wcale;
Chyba wbrew woli kogoś zapędzą tu fale...
Więc jeżeli z przymusu kto tutaj zagości,
Darzy mię dobrem słowem, litując się da mi
Trochę odzieży, albo kruszynę żywności.
Ale mnie ani słuchać nie chcą, jeśli komu
Wspomnę, by mię stąd zabrał i zawiózł do domu.
Taki zabójczy żywot dziesięć lat już pędzę,
Karmiąc złe, co mię trawi, cierpiąc głód i nędzę!

Neoptolem podając się za skrzywdzonego przez Atrydów i Odyseja, łatwo zyskuje sobie ufność biednego wygnańca, w którym gorycz przeciw tymże osobom wpijała się w dusze; przez lat dziesięć, Dowiedziawszy się o śmierci najdzielniejszych mężów, a o pomyślnem życiu przewrotnych lub tchórzów, woła sarkastycznie:

Tak być musiało; gdy dotąd nic złego
Wzdy nic zginęło, bo je bóstwa strzegą;

Gdy złe przewrotne, z radością ich siła
Dobywa, z Hadu a cne tam posyła.
Co o tem trzymać? Chwalić je?.. Toż chwalę;
Lecz bóstwa złemi zdają mi się wcale.

Pozyskawszy ufność, dostaje też i łuk i owe sławne strzały Heraklesowe; a więc osiąga cel zamierzony; ale wtem Filoktet doznaje ataku cierpienia, który kończy się omdleniem i snem.

Filoktet.  Już ból się zbliża... Nieszczęśliweż życie!
Nie uciekajcie! widzicie, widzicie!
Królu Itaki! oby w twojem łonie
Zawrzał ból, który ja cierpię w tej chwili.
Wodzowie wojska, o! Agamemnonie,
O! Menelaju! obyście żywili
Ten żar tak długo, jak on we mnie płonie!
O! śmierci, śmierci codzień upragniona,
Przecz nie przybywasz na moje wołanie?
O! zacny synu, ujmij mnie w ramiona,
I spal mnie, spal mnie, szlachetny młodzianie,
Lemnejskim ogniem; tak jak moje ręce
Potomka Zeusa[96] spaliły...

Podczas snu Filokteta, Neoptolem wzruszony jego cierpieniami, nie chce podstępem zdobytej broni zabierać i uciekać, lecz pragnie samego Filokteta zawieść do Troi; postanawia mu więc odkryć prawdą i uzyskać jego przyzwolenie. Po przebudzeniu się nieszczęśliwego wszczyna się między nimi następna rozmowa:

Neopt.  Więc nic nie kryję: popłyniesz do Troi,
Gdzie z Atrydami grecka flota stoi.
Filokt.  Przebóg! co mówisz?
Neopt.  Nie jęcz-że daremnie
Lecz wprzód wysłuchaj.
Filokt.  Co chcesz zrobić zemną?
Neopt.  Chcę naprzód z twojej wygoić cię rany,
A potem z tobą burzyć Troi ściany.
Filokt.  Takież istotnie są twoje żądania?
Neopt.  Ciężka konieczność do tego mnie skłania,
Lecz ty się przeto nie gniewaj daremnie.
Filokt.  Zgubiony jestem, nieszczęśliwy, zdrada!
Gościu, ty, gościu! czemu godzisz we mnie?
Oddaj mi łuk mój jaknajprędzej.
Neopt.  Biada,
Nie mogę! Dobrem, powinnością moją
Jest tym ulegać, co na czele stoją.
Filokt.  Wszechzgrozo! ogniu, gotujący zbrodnię!
Coś ze mną zrobił? Oszukał niegodnie,
I nie wstyd tobie, że błagam zbolały,
Na klęczkach ciebie? Z tym łukiem i strzały

Życieś mi wydarł. Błagam, synu drogi,
Zwróć mi broń moją. Przez ojczyste bogi,
Nie bierz mi życia... Biada! ja daremnie
Wołam; on oczy odwraca odemnie,
Milczy, jakgdyby nie chciał oddać broni.
Zatoki! góry! goście tej ustroni,
Zwierzęta górskie! o, urwiste skały!
Coście tu zwykłych żalów mych słuchały,
Wam i obecną skargę moją zwierzę,
Bo niema duszy, którejbym mógł szczerze
Zjawić, co sprawił mi syn Achillowy.
Na wiarę dotknął ręką ręki mojej
A wziął Herakla łuk święty i chce go
Wydać Argiwom. Jak męża silnego
Ima mnie siłą; nie widzi, żem trupem,
Że widmo, dymu cień będzie mu łupem.
Co mówisz?... Milczysz?... Więc już ja na świecie
Niczem nie jestem! Znowu do mej skały
Dwudrzwiowej wrócę, bezbronny, zgłodniały?
A gdy mi łuk mój posługi nie czyni,
To ja samotny uschnę w tej jaskini;
Ni skrzydlatego ptaka nie ubiję,
Ani zwierzęcia, co na górach żyje;
Tych, z których żyłem, żywnością się stanę,
Polować będą na mnie polowane;
Za śmierć ja śmiercią zapłacę...
Nie klnę cię jeszcze... może zmienisz zdanie,
Jeśli nie zmienisz, przepadnij, młodzianie.

Wpada Odysej i zamierza zrazu użyć przemocy, chcąc zabrać wygnańca na okręt, potem pozostawia Filokteta i tylko z łukiem, będącym u Neoptolema, uchodzi; ale młodzieniec nie mógł przenieść na sobie tej krzywdy wyrządzonej nieszczęśliwemu, więc stoczywszy z Odysejem walkę na słowa, wraca do Filokteta, wraca mu łuk i zachęca, żeby dobrowolnie popłynął do Troi, ale gdy widzi w nim niczem niezwalczony wstręt do Atrydów i Odyseja, obiecuje odwieźć go na rodzinną wyspę Skiros. Zbierają się tedy do drogi, gdy w obłoku ognistym zstępuje między nich Herakles, z oznajmieniem woli Zeusa, żeby Filoktet popłynął do Troi, gdzie ma zabić Parysa. Filoktet poddaje się wyrokowi bóstwa i żegna się z miejscem swego dziesięcioletniego wygnania:

Pieczaro! coś mi użyczała schrony,
Mokrych łąk nimfy! fale, których piana
Świszczącym wiatrem z południa miotana
Wilżyła głowę mą, gdym spał znużony
Wewnątrz pieczary, Hermesowa skało,
Od której echo jęk mój odbijało,
Żegnam was! Żegnam, o likijskie zdroje,
Których opuścić nigdy nic myślałem,
Bądź zdrowa, Lemnos, otoczona wałem
Morskich odmętów! Spraw, abym pod Troję

Szczęśliwie przybył, dokąd prze mnie siła
Wielkich wyroków i przyjaciół rada,
I bóstwo, co nam te przygody zsyła,
A wszemi rzeczy nieodzownie włada.

(K. Kaszewski).
(Wszystkie tragedye Sofoklesa w pięknym przekładzie wierszowanym dał nam Kazimierz Kaszewski. Warszawa 1888. Filologicznie wierne tłómaczenie Z. Węglewskiego wyszło w Poznaniu 1875. Pojedyńcze tragedye tłómaczyli: Eliaszewicz, W. Smaczniński, A. Malecki, A. Mierzyński, Jan Czubek).

XVII. Eurypides.
1) Hekaba.
Tragedya rozgrywa się na morskiem wybrzeżu w Tracyi, gdzie zatrzymali się Grecy, wracający z pod Troi; na przedzie namioty branek trojańskich. W prologu ukazuje się duch Polidora, najmłodszego syna Pryama. Opowiada on, że Pryam, przewidując upadek Troi, wysłał go ze znacznymi skarbami do Polimestora, króla Tracyi, żeby go w ten sposób od zagłady ocalić; gdy jednak Troja została zdobyta, przeniewierczy Polimestor zamordował wychowanka, skarby jego przywłaszczył sobie, a zwłoki rzucił w morze. Żeby dostąpić czci pogrzebowej, uprosił Polidor bogów podziemnych, iż ciało wyrzucą na brzeg morskie bałwany i w ten sposób wpadnie ono w ręce matki, znajdującej się tu w liczbie branek trojańskich. Nieszczęśliwa Hekaba dowie się jednocześnie, że Grecy dla uczczenia Achillesa, postanowili na radzie poświęcić mu na ofiarę jej córkę Poliksenę, zagarniętą także w niewolę. To oznajmiwszy, duch Polidora znika, a na scenie ukazuje się Hekaba, otoczona brankami, stanowiącemi chór. Hekaba zwierza się im z niepokoju, jakiego ją nabawił sen złowieszczy, zdający się zapowiadać śmierć Polikseny i Polidora. Co do Polikseny, chór potwierdza jej obawy, bo już doszły do niego wieści o postanowieniu Greków. Przerażona tem Hekaba wywołuje z namiotu córkę i wśród łkań wyjawia jej straszną wiadomość. Poliksena biada nie tyle nad sobą, co nad nieszczęśliwą matką.

Och! biada!
Już tyle klęsk zniosłaś, co życia wdzięk chłoną,
Rodzico nieszczęsna, ścigana zgryzotą,
A oto znów demon cię dręczy sromotą
Okropną i niewysłowioną.
Już córka nie twoja i już biedna w niewoli
Starości wraz z tobą biedną nie przeboli.
By sarnę, co w górach się chowa, za młodu
Nieszczęsną mnie zoczysz nieszczęsna z uścisku
Swojego wydartą i ostrzem pocisku
Przeszytą, w podziemne ciemności do grodu
Hadesu wysłaną, gdzie biedna, och! w gronie
Umarłych mam spocząć po zgonie!
Ach! ciebie, rodzico, i nędzne twe życie
Opłakać im trzeba w lamencie okwicie.

Na moje bo życie dlaczegoż się skarżyć?
Na krzywdę i hańbę przecz płaczliwym głosem
Narzekać, gdy oto śmierć ma mię obdarzyć
Szczęśliwszym, niż życie to, losem!

Dalsze narzekania przerywa Odyseusz. Przybył on oznajmić uchwałę Greków i zabrać Poliksenę. Hekaba zwraca się do niego z prośbą, aby wpłynął na zmianę wyroku i w tym celu przypomina mu, jak mu ongi wyświadczyła dobrodziejstwo, gdy przebrany wszedł do Troi na zwiady, a ona go poznała.

Hekaba.   Kiedyś w mojej był mocy, cóż wówczas prawiłeś?
Odys.   Sadziłem się na słówka, aby ujść zagłady.
Hekaba.   A ja cię ocaliłam, wyprawiwszy z miasta.
Odys.   Że dziś oglądam jeszcze blask słońca na niebie.
Hekaba.   Czyż nie dowodzisz złości przez sprawy obecne? Bo sam przyznajesz zacność uczynku mojego,
A nie wypłacasz mi się dobrem, lecz niecnością.
O plemię niewdzięczników, co o względy gminu
Stoicie, było mi was nie poznać, was, którzy
Krzywdzicie lekkomyślnie przyjaciół, byleby
Gminowi wasze mowy przypadły do myśli.
Jakimże gmin wywodem chytrym nakłoniony
Na tę dziewicę oto wydał wyrok śmierci?
Czy bieda pchnęła go do mordowania ludzi
Na grobie, gdzie pójść winien buhaj na ofiarę?
Czy Achil, pragnąc śmiercią ukarać na odwet
Tych, którzy go zabili, słusznie zamorduje
Tę, która krzywdy żadnej mu nie wyrządziła?
Winien był żądać, aby śmierć zadać Helenie,
Bo ona go zabiła, zawiódłszy do Troi.
Jeżeli zaś ofiarą paść ma wyborowa
Branka przedniej piękności, nie na nas to godzi.
Najwięcej Tyndaryda[97] z wdzięków ciała słynie,
A krzywd się dopuściła nie mniej przecie, niż my!
Dotychczas wywodami słuszności szermuję;
Lecz czem ci wywzajemnić się trzeba, gdyż błagam,
Posłuchaj! Jak przyznałaś, dotknąłeś się ręki
I policzka zgrzybiałej mnie na klęczkach[98]; teraz
Ja twoich się dotykam rąk i twojej brody —
I równej za ówczesny czyn żądając łaski,
Błagam cię: nie wydzieraj z rąk mi córki mojej!
Niech żyje! Toć już dosyć ofiar grób pochłonął.
Ona rozkoszą moją, przy niej zapominam
O niedoli, za wielu ona mi pociechą,
Ona ojczyzną, niańką, strażą i podporą.
Nie powinien, kto rządzi, żądać podłych rzeczy,
Ani szczęśliwy w szczęściu swojem się bezpieczyć.

Szczęśliwa byłam niegdyś, już nie jestem teraz;
Wszystko szczęście mi w jednej zabrano godzinie.
Oblicze drogie! wiek mój uszanujże przecie!
Litości! do Achejów rzeszy obozowej
Powróć i w głos przestrzegaj, że gdyby niewiasty,
Które przedtem, porwawszy je z świętych ołtarzy,
Zostawili przy życiu z litości, obecnie
Zamordowali, ściągną na siebie nienawiść.
Toć i u was jednaką wymierza się kara
Zbrodniarzom, czy krew pana czy sługi przeleją.
Choćbyś niezręcznie prawił, wygrasz dla wziętości;
Bo gdy możni i ludzie z gminu przemawiają,
Mowa ich, choć ta sama, nierówny wpływ miewa.

Usłyszawszy odmowną odpowiedź Odyseusza, Hekaba zwraca się do Polikseny:

O córko, próżno gadam, na wiatr słowa moje
Poszły rozwiane, ciebie nie dźwignęły z toni,
Może silniejsze niż ja ty sprawisz wrażenie!
Pokwap się i, by słowik z gardziołki, snuj jęki
Na wszystkie tony, aby ocalić swe życie.
Przypadnij że do kolan Odyseja z płaczem
I wzrusz go. Nie zabraknie ci wątku. Toć dzieci
On ma; to broń nań, by się twej doli litował.
Poliksena.  Widzę, pod odzieniem chowasz, Odyseju,
Prawicę i odemnie odwracasz oblicze,
By brody się nie dotknąć twojej. — Nie trwóż sobą!
Nie narzucę się tobie wraz z błagaczów bogiem[99]
Pójdę, pójdę tam, dokąd konieczność mnie wzywa,
I umrzeć chcę. Inaczej pokazałoby się,
Żem tchórzliwa i życie to wysoko cenię.
A na co żyć mi? Ranek mi życia upłynął
W tym czasie, kiedy Frygią całą władał rodzic;
W błogiej nadziei potem rosłam wychowana
Dla królów i zazdrości niemałej przedmiotem
Będąc, przy czyjem siądę ognisku domowem.
Królową ja nieszczęsna byłam w oczach niewiast
Idejskich, podziwiana śród dziewic i bogom
Podobna, gdyby nie to, żem śmierci podległa.
A dalej mogę dostać się do domu pana.
Surowego, za pieniądz nabyta na własność.
Ten Hektora i tylu innych dzielnych braci
Siostrę do mełcia zboża zechce użyć gwałtem,
Lub postawi przy krosnach, lub przez opłakany
Dzień długi każe biednej zamiatać pokoje...
Nie! dobrowolnie ciało oddam Hadesowi

I światło dnia pożegnam z spokojnym umysłem.
Więc prowadź mnie i zabij, Odyseju. Ducha
Nie łudzi już nadzieja wcale, ani krzepi
Myśl, żebym jeszcze kiedy żywot wiodła szczęsny.
Ty czynem mnie ni słowem nie wstrzymuj i drogi
Nie zastępuj mi, matko! Owszem, życz mi zgonu
Wczesnego, nim sromoty dożyję niegodnej...
Hekaba.   Piękne wyrzekłaś słowo, lecz nie bez przyprawy
Bolesnej, moja córko! — Jeśli zaś Pelidzie
Oddać cześć tę należy i jeśli wam trzeba
Zarzutu ujść, Odysie, niech żyje ma córka,
Mnie do Achillowego zaprowadź kurhanu,
Mnie zgładźcie bez litości! Ja zrodziłam tego,
Który pociskiem z łuku zmiótł syna Tetydy.
Odys.   Nie twej, staruszko, śmierci Achilla duch żąda
Od Achejów; nie, onej tylko się domaga.
Hekaba.   Więc z córką mnie pospołu przynajmniej zabijcie.
W dwójnasób tak posoki płynem się napiją
Ziemia i zgasły, który sobie wyprasza.
Odys.   Dosyć, że córka padnie. Przecz dodać do mordu
Mord! Obyśmy i tego nie potrzebowali!
Hekaba.   Koniecznie umrzeć muszę razem z córką moją.
Odys.   Co? Nie wiem o tem, żebym miał panów nad sobą.
Hekaba.   Jak dęby bluszcz, tak koło córki się oplotę.
Odys.   Zaniechasz przedsięwzięcia, powolna mędrszemu.
Hekaba.   Nie, dobrowolnie nigdy nie puszczę mej córki.
Odys.   A ja bez córki twojej stąd się nie oddalę.
Poliks.   Posłuchaj mnie, rodzico, a ty się nie gniewaj
I przebacz, Laertyado, słuszne skargi matki.
Och! nie śmiej z zwycięzcami bojować nieboga!
Chcesz-li runąć na ziemię, chcesz-li krwią z ran zbroczyć
Sędziwe ciało swoje, gwałtem odpychana,
I znieść obelgę, gdy cię młodzieńcze ramiona
Potrącą? Tego doznasz. Nie! to się nie godzi.
Matko droga! niech doznam rąk twoich pieszczoty,
Niechaj lice przycisnę do twojego lica,
Bo już nigdy, ostatni raz dzisiaj oglądam
Krąg słońca promienisty. Więc na pożegnanie
Posłuchaj słów ostatnich twej córki. Och! matko!
O rodzicielko moja! już schodzę do grobu.
Hekaba.   A ja mam żyć w niewoli, córko, na tej ziemi?
Poliks.   Nie wiem, co ślub, co hymen, a powinnam przecie —
Hekaba.   Ach! nieszczęsnaś ty, córko! nieboga ja matka.
Poliks.   Tam w Hadu grodzie spocznę z tobą rozłączona.
Hekaba.   Cóż uczynię? ach biada! jakiż zgon mnie czeka!
Poliks.   Córka wolnego męża, umrę niewolnicą!
Hekaba.   A ja po pięćdziesięciu dzieci moich zgonie!
Poliks.   Cóż Hektorowi powiem, cóż ojcu od ciebie?

Hekaba.   Oznajm, żem najnędzniejszą istotą na świecie.
Poliks.   Bądź zdrowa, matko, i ty, Kasandro, bądź zdrowa!
Hekaba.   Niech zdrowiem inni cieszą się, ale nie matka.
Poliks.   Bądź zdrów u jezdnych Traków, bracie Polidorze!
Hekaba.   Jeśli żyje; lecz wątpię. Zewsząd złe się wali.
Poliks.   Żyje i konającej tobie zamknie oczy.
Hekaba.   Udręczenie zabiło mnie, nim śmierć nadeszła.
Poliks.   Wiedź mię, Odysie, głowę zakrywszy rańtuchem,
Bo słysząc żal rodzicy, przed śmiercią me serce
Rozpada się — a matkę nęka córki skarga!
O światło! jeszcze promień twój powitać mogę!

Po odejściu Polikseny Hekaba mdleje i przychodzi do zmysłów dopiero na głos herolda Taltybiosa, który przybywa jej oznajmić, żeby się zajęła pogrzebaniem zarzezanej córki. Hekaba, wysłuchawszy szczegółowej opowieści o mężnym zgonie Polikseny, rozkazuje słudze przynieść z morza wody do obmycia zwłok. Sługa wraca na scenę z martwem ciałem Polidora, które pod jej nogi bałwan morski wyrzucił. Hekaba domyśla się, kto i dlaczego wydarł jej syna i gdy przybywa Agamemnon, żeby się dowiedzieć, dla czego zwleka z pogrzebem córki, — ona nie odpowiadając na jego pytania i łaknąc zemsty, myśli zużytkować go do jej wykonania.

Hekaba.   Co tu począć? Czy do kolan
Przypaść Agamemnona, lub milczkiem znieść klęskę?
Agam.   Przecz jęczysz, odwróciwszy twarz od mojej twarzy,
I nie mówisz, kto to jest[100] i co się tu stało?
Hekaba.   (na stronie) A gdy mnie niewolnicą i nieprzyjaciółką
Mieniąc, odepchnie, bólu tem sobie przyczynię!
Agam.   Nie jestem wieszczem, abym życzenia twej duszy
Mógł odgadnąć, nie słysząc ich z ust twych wyraźnie.
Hekaba.   (na stronie) Może nieprzyjaznego upatruję ducha
W onym mylnie: on może zawiścią nie dyszy!
Agam.   Nuż chcesz, bym nic nie wiedział o tem, nasze chęci
Zgadzają się; ja także nie chcę nic usłyszeć.
Hekaba.   (na stronie) Bez męża tego pomścić niepodobna śmierci
Dzieci moich? więc czemuż namyślam się jeszcze?
Uda się lub nie uda, odważyć się trzeba.
Agamemnonie! u nóg twoich błagam ciebie,
Dotykając prawicy twej szczęsnej i brody.
Agam.   Czego pragniesz? azali wolności zażywać
Do końca życia? tego dostąpisz z łatwością.
Hekaba.   Nie o to chodzi. Byle ukarać zbrodniarzy,
Przez cale życie dźwigać chcę jarzmo niewoli.
Agam.   O jakąż tedy pomoc zamyślasz mnie prosić?
Hekaba.   Nie o taką, zaiste, jaką myślisz, królu!
Widzisz trupa, którego oblewam tu łzami?

I przedstawiwszy mu całą sprawę z Polidorem, tak dalej mówi:

Lecz słuchaj, czemu plackiem padłam do twych kolan.
Cierpliwie zniosę krzywdy, jeśli zdaniem twojem

Cierpię je zasłużenie; inaczej daj pomoc,
Mszcząc się na przyjacielu mym najbezbożniejszym,
Co przed bogami w ziemi i w niebie obawy
Nie mając, tak bezbożnej zbrodni się dopuścił.
On, który często u mnie przy gościnnym stole
Siedząc, najmilszym bywał gościem w liczbie gości
I doznał wszelkich względów należnych, on, mówię,
Zabił syna i, kiedy już życie mu wydarł,
Nic uczcił nawet grobem, lecz puścił na morze.
My iście, niewolnice i słabe istoty,
Lecz bogów rządy silne, ich zakon potężny.
Wierzyć w bogów ten zakon uczy nas i on nam
Stanowi, co w tem życiu słuszne i niesłuszne.
Pod twoją on opieką. Jeżeli zagładzie
Ulegnie i nie wezmą w zapłacie ci kary,
Co gości zabijają i depczą zuchwale
Świątynie bogów, wówczas w rodzie ludzkim niema
Nic już trwałego wcale. Na hańbę to przeto
Podawszy, miej wzgląd na mnie i litość nademną!
Jak malarz stań i wejrzyj na mnie z oddalenia
I zapatrz się dokładnie na złe, co mnie dręczy![101]
Oto ja sługa twoja, niegdyś pani można,
Niegdyś w dzieci bogata, dziś stara, bezdzietna,
Bezdoma, opuszczona, z niewiast najbiedniejsza!

(Agamemnon odwraca się).

Och! biada mi! dokąd ze unosi cię noga?
Widocznie nie nie wskóram. Ach biada mi biednej!
Przecz śmiertelni wnikamy, jak słuszna, we wszystkie
Umiejętności z trudem, a sztuki namowy,
Co jodynie sercami ludzi powoduje,
Gruntowniej za zapłatą nikt z nas się nie stara
Nauczyć się, abyśmy ludzi nastroili
Gwoli sobie i oraz dopięli swojego.
Któż może jeszcze łudzić się szczęścia nadzieją?
Tak liczne miałam dzieci; nie mam ich już teraz,
Ja sama branka doli zażywam sromotnej,
A tam widzę ot! kłęby dymu ponad miastem!
Może niedorzeczności dowodem to będzie,
Wmieszać w tę rzecz Cyprydę. Przyzywam ją jednak.
Przy tobie się znajduje, królu, córka moja,
Wieszczka, którą Kasandrą lud Frygów nazywa.
Jakież jej życzliwości swojej dasz dowody?...
Słuchaj dalej: zmarłego tu oto oglądasz.

Gdy uczcisz go, cześć oddasz krewniakowi swemu.
Jedno mi tylko jeszcze trzeba dodać słowo.
Oby rękom tym, włosom, stopom i ramionom
Dała sztuka Dedala[102] lub cud boga mowę,
Aby wszystkie do kolan twoich padłszy z płaczem,
Społem natarły na cię rozlicznych próśb brzmieniem!
Władarzu, najjaśniejszy świeczniku w Helladzie!
Wysłuchaj mnie, mnie starej podaj dłoń mściciela!
Chociaż ona nikczemna, wysłuchaj ją przecie!...

Agamemnon obiecuje jej ułatwić zwabienie Polimestora wraz z dziećmi, żeby się na nim przy pomocy branek zemściła, a nadto przyrzeka wpływem swoim powstrzymać Greków, gdyby chcieli nieść pomoc wiarołomcy Z tą obietnicą odchodzi, a po chwili, którą wypełnia śpiew chóru o ostatniej nocy spędzonej w Troi, przybywa z synami Polimestor. Hekaba, tłumiąc w sobie uczucie żalu i zemsty, zapytuje go o zdrowie Polidora i jego skarby, a otrzymawszy bezczelną odpowiedź, że syn zdrów i skarby nienaruszone, oznajmia mu, że ma w namiocie nieco skarbów, które chciałaby, żeby także dla Polidora przechował. Dla ich zabrania wchodzi za nią Polimestor z synami do namiotu... Po chwili wypada z niego Hekaba i Trojanki, a za niemi wypełza oślepiony Polimestor

Polimestor.   Dokąd pobiegnę? gdzie nogi postawię?
Którędy kroki skieruję niebogi?
Jak ślad wytropię, pełznąc czworonogi,
Wsparty na dłoni, by zwierz leśny prawie?
Po której, o tej albo też po owéj
Puszczę się ścieżce, Troi białogłowy
Chcąc schwytać, moje zabójczynie srogie?
Niebogie Frygów podwiki, niebogie!
Ha! gdzież przeklęte i na którą stronę
Pierzchły i w kątach pokryły się one?
Obyś źrenice zakrwawione w oku
Ciemnem wyleczył, Heljosie, i wzroku
Światło przywrócił! Ha! cyt! cyt! stąpanie
Słyszę tych niewiast ciche. Kiedyż na nie
Wpadłszy, ich kośćmi i mięsem się najem...

Na jego okrzyki wściekłości przybywa Agamemnon. Polimestor oskarża Hekabę, że przy pomocy Trojanek zabiła mu dzieci, a jemu samemu wyłupiła oczy; żeby zaś sędziego na swoją stronę korzystnie usposobić, tłómaczy się, że zabił Polidora z pobudek politycznych, dla bezpieczeństwa Greków i swego. Hekaba zbija jego tłómaczenie i przekonywa go, że popełnił szkaradną zbrodnię jedynie powodowany chciwością. Agamemnon przyznaje jej słuszność i zemstę jej pochwala.
2) Ifigenia w Taurydzie.
Do Taurydy w towarzystwie Piladesa przybywa Orest, ażeby stosownie do polecenia Apollina ze świątyni Artemidy wykraść obraz bóstwa, bo tym czynem dostąpi uwolnienia od Erynij, które go dręczą za zabicie Klitemnestry. Schwytani jako
cudzoziemcy, mają według miejscowego obyczaju być złożeni na ofiarę bogini. Kapłanką, która odpowiedniemi obrzędami przygotowuje ofiary na śmierć, jest Ifigenia, uratowana niegdyś cudem przez boginię zpod noża ofiarnego w Aulidzie i uniesiona do Taurydy. Tu żyje od lat wielu, stęskniona do ojczyzny i do rodziny, o której nie ma żadnych wiadomości. Nie wie ona, kto są dwaj Grecy, których ma poświęcić na rzeź, powiedziano jej tylko, że jeden drugiego nazwał Piladesem, ale i to imię jest jej nieznane. Po raz pierwszy przystąpi ona obojętnie do spełnienia przykrego obowiązku, bo ostatniej nocy miała sen, z którego wnioskuje, że Orest już nie żyje. Ujrzawszy jednak przed sobą jeńców, ubolewa nad ich losem.

Orest.   Przecz narzekasz i, gdy nas obydwóch śmierć czeka,
Utyskujesz, niewiasto, ktokolwiek ty jesteś?
Niemądry mojem zdaniem, kto, gdy mu śmierć grozi,
Płaczem jękliwym chce strach przed śmiercią zagłuszyć,
Choć zbawienia spodziewać się nie może. Złe więc
Podwójne on z jednego płodzi, bo się wyda
Z głupoty, a wżdy umrze. Niech los, co chce, zrządzi,
A ty nas nie opłakuj! Znany kraju tego
Zwyczaj ofiarowania ludzi nas nie trwoży.
Ifig.   Powiedzcie, który z was dwóch zwany Piladesem
Po imieniu? To najprzód chciałabym usłyszeć.
Orest.   Ten tu, gdy wiedzieć o tem przyjemność ci sprawia.
Ifig.   Któryż kraj w ziemi greckiej jest jego ojczyzną?
Orest.   Na cóż się przyda tobie dowiedzieć się tego?
Ifig.   Czyście bracia i matka was jedna zrodziła?
Orest.   Nie urodzenie, miłość nas z sobą zbratała.
Ifig.   A tobie jakież imię nadał twój rodziciel?
Orest.   Powinienem właściwie zwać się nieszczęśnikiem.
Ifig.   Nie do tego pytaniem zmierzam; to zdaj na los!
Orest.   Nie doznam szydu, kiedy umrę bezimiennie.
Ifig.   Czemu odmawiasz tego? czy tak dumnym jesteś?
Orest.   Zabijesz na ofiarę ciało me, nie imię.
Ifig.   Nie nazwiesz-li też grodu, który twą ojczyzną?
Orest.   Mam umrzeć; nie przyniosą zysku twe pytania.
Ifig.   Cóż wyświadczenia łaski mi tej wzbrania?
Orest.   Słynne Argos ojczyzną moją — tem się chlubię.
Ifig.   Przebóg! czy stamtąd rodem jesteś rzeczywiście?
Orest.   Tak, z Micen, które niegdyś były tak zamożne.
Ifig.   Czyś wygnany opuścił kraj, czy z innych przyczyn?
Orest.   Dobrowolniem wygnany poniekąd wbrew woli.
Ifig.   Czy dowiem się od ciebie tego, czego pragnę?
Orest.   Niech to będzie dodatkiem do mojej niedoli!
Ifig.   Zjawiłeś się tu z Argos bardzo pożądany.
Orest.   Jam nie pożądał; jeśli ty zaś, rzecz to twoja.
Ifig.   Znasz Troję przecie, którą wszędzie w ustach mają?
Orest.   Było mi nigdy nie znać jej, nawet nie przez sen!
Ifig.   Powiadają, że padła orężem zburzona?
Orest.   Tak jest. Wistocie stało się to, co wam mówią.
Ifig.   Czy Helena znów w domu jest Menelaosa?
Orest.   Niestety! bo ktoś z moich nieszczęście stąd poniósł!

Ifig.   Gdzież bawi? Dawno mnie też zawiniła srodze.
Orest.   Żyje w Sparcie, złączona znów z pierwszym małżonkiem.
Ifig.   Ha! w obrzydzie ją Greków lud ma, nie ja sama.
Orest.   I jam oberwał nieźle wskutek jej gachostwa.
Ifig.   Achejowie wrócili, jak wieść się rozeszła.
Orest.   Toć wszystkiego dobadać się chcesz na mnie naraz.
Ifig.   To w zysku mieć chce jeszcze, zanim śmierć poniesiesz.
Orest.   Pytaj, gdy tego pragniesz; odpowiem na wszystko.
Ifig.   Czy powrócił do domu z Troi wieszczek Kalchas?
Orest.   Po Micenach krążyła pogłoska, że umarł.
Ifig.   He! to pięknie, bogini! a syn Laertesa?
Orest.   Nie powrócił do domu, lecz żyje, jak słychać.
Ifig.   Niech zginie i nie wróci nigdy do ojczyzny!
Orest.   Nie złorzecz mu! on w każdym względzie niedomaga.
Ifig.   A syn Tetydy, córy Nereja, czy żyje?
Orest.   Niemasz go! Nadaremnie w Aulis ślub wziął niegdyś.
Ifig.   Obłudny ślub; jak mówią ci, co udział mieli[103].
Orest.   Kto jesteś, żeś tak dobrze świadoma spraw greckich?
Ifig.   Stamtąd pochodzę; dzieckiem jeszcze będąc, znikłam.
Orest.   Słusznie zatem tamtejsze sprawy pragniesz poznać.
Ifig.   Co robi wódz, którego szczęsnym mianowano?
Orest.   Kto to taki? ja nie znam żadnego ze szczęsnych.
Ifig.   Agamemnonem, synem Atreusa, był zwany.
Orest.   Przestań mówić, niewiasto, o tem! tego nie znam.
Ifig.   Nie, przebóg! cudzoziemcze ! mów i mnie tem pociesz!
Orest.   Umarł biedny i kogoś do grobu tem wpędził.
Ifig.   Umarł, jakiemże zrządzeniem boskiem? och! ja biedna!
Orest.   Dlaczego tak jęknęłaś? czy twoim był krewnym?
Ifig.   Nad szczęściem jego dawnem utyskuje z jękiem.
Orest.   Od niewiasty zabity strasznie zszedł ze świata.
Ifig.   Opłakani zabity i wraz zabójczyni.
Orest.   Teraz przestań nakoniec i nie pytaj dalej.
Ifig.   O to jeszcze: czy żyje żona nieszczęśliwa?
Orest.   Nie żyje już; syn własny ze świata ją zgładził.
Ifig.   Och! skołatany domie! W jakimże wżdy celu?
Orest.   Aby krwi zabitego rodzica się pomścić.
Ifig.   Och! jak dzielnie wykonał czyn niecny, a słuszny!
Orest.   Choć słuszność miał, a bogów łaski nie dostąpił.
Ifig.   Czy Agamemnon dzieci inne pozostawił?
Orest.   Córki w panieńskim wieku, Elektry, odumarł.
Ifig.   A o ofiarowanej córce nic nie słychać?
Orest.   Nic krom tego, że zmarła i że leży w grobie.
Ifig.   Biedni ona i rodzic, co ją zamordował!
Orest.   Śmiercią smutną umarła dla niecnej kobiety.
Ifig.   Syn zabitego ojca zali żyje w Argos?

Orest.   Żyje w niedoli ciężkiej, i nigdzie i wszędzie.
Ifig.   Precz z snami zwodniczemi! toć w nic się rozwialy....

I naraz błyska jej nadzieja ocalenia i powrotu do kraju:

Słuchajcie! Wpadłam właśnie na myśl jakąś, która
Wam korzyść, przyjaciele, przyniesie i mnie też
Dobrego coś wykonać najsnadniej w tym razie,
Gdy to samo dogadza i po myśli wszystkim.
Ocalę ciebie, jeśli udasz się do Argos
Z orędziem do przyjaciół moich i zawieziesz
Im pismo...
Nie było tu nikogo, coby powróciwszy
Do Argos, zawiózł moje orędzie i pismo
Ocalony do moich przyjaciół wyprawił.
Ty więc — a szlachetnego snać jesteś umysłu
I znasz Miceny i tych, o których mi chodzi, —
Cało tam powróć, wziąwszy zapłatę niemałą
Za przewiezienie listu lekkiego: zbawienie.
Ten zaś, gdy gród do tego zmusza, odłączony
Od ciebie niech bogini pójdzie na ofiarę.
Orest.   Piękne słowo, niewiasto rzekłaś prócz jednego;
Bo wielką klęską dla mnie tego wydać na rzeź!
Mojem bowiem nieszczęściem ładowna jest nawa;
On wraz ze mną wypłynął, by ulżyć mi cierpień.
Niesłusznością byłoby więc, gdybym twej łaski
Dostąpił przez śmierć tego, a sam wybrnął z biedy.
Nie, tak niech stanie się: list temu daj! Do Argos
Zawiózłszy go, on sprawi tobie wszystko dobrze.
Mnie niech ktobądź zabije! Największą to hańba,
Gdy kto w przepaść niedoli wtrąci przyjaciela,
Aby siebie, ocalić. Ten jest druhem moim,
O życie jego nie mniej stoję, niż o swoje.
Ifig.   O zacna duszo! rodu, zaiste, przedniego
I prawdziwym przyjaciół przyjacielem jesteś!
Oby takim był ten, co z mojego rodzeństwa
Przy życiu jeszcze! Wiedzcie o tem, przyjaciele,
Że ja także mam brata, chociaż go nie widzę.
Skoro taka więc wola twa, wyślemy tego
Z listem, a ty poniesiesz śmierć; bo, jak się zdaje,
Przygotowany jesteś do tego stanowczo.

Ifigenia odchodzi do świątyni po list, a Pilades oświadcza Orestowi, że ma postanowienie zginąć z nim razem; ale Orest przekonywa go o zbyteczności tej ofiary i poleca wrócić mu do kraju i pojąć za żonę Elektrę.

Ifig.   (wracając). Otóż jest, przyjaciele obcy, list złożony
Z wielu stronic; a czego nadto żądam od was,
Posłuchajcie! Inaczej myśli mąż, gdy z trwogi
Wybawiony, otuchy i serca nabierze.

To też ja się obawiam, że może, wróciwszy
Do domu, o zlecenie moje wcale nie dbać
Ten, który pismo moje ma zanieść do Argos.
Orest.   Czegoż więc żądasz? W czemże masz wątpliwość jakaś?
Ifig.   Przysięgą zobowiąże się, że list doręczy
W Argos druhowi wedle mojego życzenia.
Orest.   Czy wykonasz nawzajem ty także przysięgę?
Ifig.   W jakim celu? cóż zrobić lub nie zrobić ? powiedz!
Orest.   Że żywego wypuścisz z barbarzyńskiej ziemi.
Ifig.   Naturalnie. Jakżeby mógł być moim posłem?
Orest.   Azali władca ziemi tej na to przystanie?
Ifig.   Skłonię go; tego sama do nawy zawiodę.
Orest.   (do Piladesa) Przysięgnij! (do Ifigenii) ty przysięgi rotę zbożną wygłoś!
Ifig.   Przysięgnij, że doręczysz to mym przyjaciołom.
Pilad.   Oddam przyjacielowi twojemu to pismo.
Ifig.   A ja ciebie ocalę za skały cyańskie.
Pilad.   Którychże bogów wzywasz na świadków przysięgi?
Ifig.   Artemidę; w jej domu sprawuję kapłaństwo.
Pilad.   Ja władcę nieba zasię, prześwietnego Zeusa.
Ifig.   A jeżeli złamawszy przysięgę, mnie skrzywdzisz?
Pilad.   Niech nie wrócę do domu! A ty, gdy ją złamiesz?
Ifig.   Niech nigdy nie postoje żywa w Argos ziemi.
Pilad.   Posłuchaj jeszcze tego, cośmy pominęli
Ifig.   Jeśli to co słusznego, powiesz jeszcze w porę.
Pilad.   Na ten wyjątek zgódź się: gdy lodź się rozbije
I list we falach morza wraz z całym ładunkiem
Przepadnie, a ja życie tylko z fal wyniosę,
Wtedy niech mnie przysięga już dłużej nie wiąże.
Ifig.   Z rąk więcej większa pomoc. Wiedz przeto, co zrobię.
Treść pisma zawartego w liście tobie ustnie
Opowiem, abyś wszystko mym druhom oznajmił.
Tak się zabezpieczymy. Gdy ocalisz pismo,
Ono samo się zwierzy milczkiem z treścią swoją;
Jeżeli zaś pochłoną list ten fale morskie,
Wraz z życiem swem ocalisz moje też orędzie.
Pilad.   Masz pieczę i o bogów i o mnie chwalebną.
Lecz powiedz, komu pismo to doręczę w Argos
Lub doniosę to, co mam usłyszeć z ust twoich.
Ifig.   Syna Agamemnona, Oresta, zawiadom:
„Zabita na ofiarę w Aulis Ifigenia,
Miana tam za umarłą, żywa przecie, śle to —“
Orest.   (przerywając). Gdzież ona jest? czy z martwych znów ona powstała?
Ifig.   Stoi przed tobą; lecz nie przerywaj mi mowy!
„Sprowadź, bracie, do Argos mię, nim umrę, z kraju
Barbarów i z ołtarza bogini mnie zabierz,
Przy którym cudzoziemców zabijam z urzędu —“
Orest.   Piladzie, co powiedzieć ? gdzież się znajdujemy?

Ifig.  „Albo klątwę na dom twój rzucę, Orestesie!“
Imię słyszysz raz drugi, abyś zapamiętał.
Orest.  Bogowie!
Ifig.  Czemuż bogów wzywasz w mojej sprawie?
Orest.  To nic. Jam o czem innem myślał. Dokończ swego!
Ifig.  Powiedz, że w moje miejsce podstawiwszy łanię,
Bogini ocaliła mnie — którą mój ojciec
Zabił, sądząc, że ostrym mieczem na mnie godzi —
I przeniosła do kraju tego. — Takie daję
Zlecenie i tak listu mego brzmi osnowa.
Pilad.  Ty, coś zobowiązała lekką mnie przysięgą
I sama też przysięgła pięknie, nie odwlokę
Długo, jeno dopełnię przysięgi złożonej!
Oto przynoszę list i do rąk ci oddaję,
Orestesie, od siostry twej mi powierzony.

(Z. Węclewski).
Następuje teraz scena zobopólnego poznania i radości, potem narada, jak wszystkim razem uciec do Grecyi wraz z wizerunkiem bogini. Ifigenia, zapewniwszy sobie milczenie chóru, oznajmia, że nie może cudzoziemców przygotować do ofiary, ponieważ ciąży na nich przelana krew i musi wprzódy oczyścić ich i wizerunek bogini w morzu; każe więc służbie ofiarniczej prowadzić za sobą jeńców, a sama, wyniósłszy posąg ze świątyni, zamierza udać się na brzeg morski, gdzie stoi w ukryciu łódź przybyszów. Właśnie w tej chwili nadchodzi Toas, król Taurydy, żeby się dowiedzieć, czy ofiara została już dokonana. Ifigenia, nie tracąc przytomności, tłómaczy mu potrzebę oczyszczenia jeńców i posągu zdala od widzów i namawia go do pozostania w świątyni aż do jej powrotu. Podstęp się udaje i Ifigenia podąża z jeńcami nad morze. Po chwili nadbiega goniec z doniesieniem, że przybysze z kapłanką uciekli na okręt i byliby już odpłynęli, gdyby przeciwny wiatr nie trzymał ich u brzegu. Rozgniewany Toas rozkazuje ścigać czemprędzej zbiegów, ale oto w powietrzu ukazuje się Atena i każe mu zaniechać pościgu, bo wolą jest bogów, żeby Orest zawiózł wizerunek Artemidy do Attyki, gdzie w Brauron zbuduje dla niego świątynię, a Ifigenia będzie jej kapłanką; w końcu oznajmia, że i branki helleńskie, składające chór, mają także wrócić do kraju. Toas poddaje się woli bogów.
(Całkowity przekład wszystkich tragedyj Eurypidesa dał Zygmunt Węclewski, ogłosiwszy go w Poznaniu 1883 w 3 tomach. Pojedyńcze tragedye tłómaczyli: Muśnicki, Łabuński i inni).
XVIII. Arystofanes.
1) Rycerze.
Nazwa komedyi nadana została od chóru w niej występującego, a złożonego z rzeczywistych rycerzy. Treścią jej jest wydrwienie i zohydzenie wybitnej w Atenach od r. 427 przed Chrystusem osobistości politycznej, właściciela garbarni, Kleona, który mianowicie nadspodziewanie szczęśliwą wyprawą do Pylos w czasie wojny peloponeskiej, pozyskał sobie miłość Ludu (Demos), uosobionego w komedyi w postaci nieradnego, zdziecinniałego, rozkapryszonego staruszka. Kleona, przedstawionego pod postacią niewolnika Demosowego, Paflagończyka, nienawidzi stronnictwo arystokratyczne, uosobione w dwu innych niewolnikach, przedstawiających Nikiasza i Demostenesa, dwu wybitnych mężów politycznych, nie umiejących podołać przebiegłemu i przewrotnemu Kleonowi. Nie oni też odnoszą nad nim zwycięstwo, lecz również przewrotny, z motłochu najlichszego pochodzący Kiełbaśnik, umiejący jeszcze lepiej od Kleona pochlebiać Ludowi; jest-to „złodziej może nie większy, ale szczęśliwszy“, jak go nazywa Paflagończyk, porównywając ze sobą, gdy mu godła władzy odbierają i skazują na zajęcie się rzemiosłem swego przeciwnika, t. j. na roznoszenie po Atenach kiszek i kiełbas. Dwaj owi niewolnicy, sami nie mając odwagi, by wystąpić przeciwko Paflagończykowi, popierają tylko Kiełbaśnika, dawszy w jego ręce broń najdzielniejszą w mniemaniu Ludu i samego jego ulubieńca, t. j. wykradzioną wieszczbę o upadku Paflagończyka; jest-to poboczny, ale niemniej doniosły rys komedyi; wystawia bowiem łatwowierność i zabobonność ludu ateńskiego, powodującego się w działaniach swoich ladajakiemi przepowiedniami.
Poznajmy najprzód z rozmowy niewolników charakterystykę Demosa (Ludu) i Paflagończyka (Kleona):

Niewolnik I.  Mamy otóż pana
Raptusowego gbura, co od rana
Na niewolników, co pracują w domu,
Zmyśla oszczerstwa wierutne bez sromu,
Stąd na nas baty; sam zaś wkoło biega
I od każdego, który mu podlega,
Groźbą i prośbą, strachem naprzemiany
I żebraniną wyciąga kubany.
„Czy widzisz“ — rzecze, — „jak Hylasa biją?[104]
Moją to sprawką, moją, a nie czyją!
W ciemności dzisiaj powędrujesz kraje,
Jeśli mi nie dasz!“ — Cóż? człek biedny daje.
A gdybym nie dał, dałżeby mi stary!
Przodem i tyłem kichając bez miary,
Wnetbym wykichał ducha pod kijami! —
Do kogoż teraz, jakiemi drogami
Uciec stąd mamy, twojem, lubciu, zdaniem?
Niewolnik II.  Tą drogą, którą zowiem umykaniem!
Niewolnik I.  Lecz Paflagona, czy ujdzie co oka?
Na wszystko ślepiem rzuca on z wysoka;
Gdy zaś krok zrobi — jedna noga długa
Leży gdzieś w Pylos, a wśród Pnyksu druga!
A w tej podróży pośladek spasiony,
Jakby miech jaki dmie na wszystkie strony!
Wszak w szponach jego wszystko pozostaje
Od Wysp Złodziejskich — aż w Kubanów kraje!
Niewolnik II.  Jedyna zatem nadzieja jest — w grobie!
Niewolnik I.  Nie widzę innej; przeto o sposobie
Bohaterskiego załatwienia sprawy,
Pomyśl stanowczo!

Niewolnicy znalazłszy w przepowiedni, wykradzionej Paflagończykowi, wskazówkę, że go pokona Kiełbaśnik, z zapałem witają nadchodzącego, zachęcając go do walki z nienawistnym sobie ulubieńcem Demosa. Ależ ja ledwie czytać umiem — woła Kiełbaśnik. — Nic to nie szkodzi — odpowiadają mu:

Wszak wiesz, by zostać naczelnikiem ludu,
Nie trza już teraz ni nauki trudu,
Ni charakteru o sercu podniosłem,
Dość, gdyś prostakiem; dość, gdyś, bracie, osłem!

Kiełbaśnik.  Lecz ludem rządzić czy zdoła ma głowa?
Niewolnik I.  Fraszka! rób dalej to, co teraz robisz:
Sprawy tak mieszaj, jak kiszki sposobisz,
Mięsa przeróżne mieszając bez braku —
Dowcipem kuchty osłodź je dla smaku!
By rządzić, wszystkie posiadasz przymioty:
Masz kram, głos straszny, pochodzisz z hołoty;
Wszystko do rządów potrzebne jest w tobie,
A wieszczba z Pityą zgadzają się obie.
Spraw więc obiatę dla gapiów patrona,
Uwieńcz skroń swoją, kpa zaś Paflagona
Turbuj wet za wet.

Kiełbaśnik zapewniony, że rycerze, nienawidzący Paflagończyka, dopomogą jego przeciwnikowi, przyjmuje propozycyę. W pierwszem starciu się obu, Chór rycerzy bez ogródki wymyśla Paflagonowi, wołając do Kiełbaśnika:

Bij, wal zbója, potwarcę rycerskiego znaku!
Mytnika, łapigrosza, bezdenną kałużę
I łotra, łotra, tysiąc to razy powtórzę,
Gdyż tysiąc razy na dzień złożył dowód tego.
Nuże! pędź, grzmoć, bij łotra, piecz go do żywego,
Wszak my z tobą! puść finfę, zakadź mu pod nosem,
Gdy zaś będziesz nacierał, ryknij strasznym głosem,
Lecz strzeż się, by ci nie zemknął...

Z utarczki na słowa wychodzi Kiełbaśnik zwycięsko; Paflagończyk wybiega rozzłoszczony. Tu następuje właściwa komedyi greckiej przerwa w akcyi, zapełniona tak zwaną „parabazą“, t. j przemową chóru do publiczności, wypowiadającą poglądy autora polityczne lub literackie, częstokroć zgoła się z treścią sztuki nie wiążące. Przytaczamy tu część parabazy I-ej, przedstawiającej zdanie Arystofanesa o dawniejszych komedyopisarzach i o trudnościach tego zawodu.

Bo z autorstwem dziś komedyj łączą się najcięższe znoje;
Każdy do niej się umizga, — ona skąpi względy swoje.
Wie on nadto, że dziś u nas zmienne jak wiatr są fawory,
Że nasz lud swych ulubieńców w późnym wieku zdradzać skory.
Zna on Magna[105] los, cierpienia, gdy mu włosy pobielały,
Magna, który za swe Chóry mnóstwo miał tryumfów chwały,
Co wprowadzał wam na scenę ptasząt śpiewy, cyter dźwięki,
Chóry Lidów, chrząszczów Chóry, ba i nawet żabie jęki,
Przecież was nie zadowolił, bo gdy nadszedł wiek zgrzybiały,
Gdy mu brakło już dowcipu — wszystkie ławy nań świstały!
Pomni autor też Kratyna[106], co na sławy wartkiej fali
Płynął jak po niwach strumień, a wyrwawszy gdzieś w oddali

W wir porwał swoich wrogów, jakby klony, dęby ścięte.
Wszak przy ucztach tylkoś słyszał: „Hej kubanów bóstwo święte!“
„Hej misternych mistrze pieśni!“[107] Tak to on przekwitał w sławie!
Dziś was wcale to nie boli, że on błaznem, głupcem prawie,
Że mu z lutni już wypadły perły, że w niej zmarły tony,
Że mu nawet lutnia pęka... Starzec błądzi opuszczony,
W zwiędłym wieńcu, tak jak Konnas[108], i z pragnienia ginie stary,
On, co godny dla swej sławy pić w Prytanii win puhary,
I nie marnieć, lecz w teatrze siedzieć przy Dyonizosie[109].
Jakież znowu Krates[110] znosił fochy wasze, muchy w nosie,
On, co za pieniądze małe gościł zawsze was tak szczerze,
I z ust czystych, niezepsutych niósł dowcipy wam w ofierze;
On się jeden przecież ostał, bądź wśród świstów, bądź wśród brawa.
Tych się otóż bojąc następstw - wieszcz nasz z takiem zdaniem stawa,
Że wpierw trzeba być wioślarzem, nim twej pieczy ster poruczą,
Potem zostać podsterniczym, badać wichry, walczyć z tuczą,
Wreszcie można wieść swój statek. Że więc pomny tej nauki,
Bez rozwagi na toń morza dziś nie puszcza swojej sztuki,
Wy go oklasków burzą witajcie bez miary i tam
W wesołej Lenajów godzinie,
By wieszcz w myśl zdziaławszy wam,
Wesół także odszedł sam,
O lśniącej z radości łysinie. —

Strofa.

Chór.  O rycerski Posejdonie!
Ty, którego ucho chwyta
Mile srebrny dźwięk kopyta,
I co rżące lubisz konie —
Ty, któremu barwnodzióbe,
Lotne nawy trójwiosłowe,
Chłopiąt turniej, gry wozowe,
Buta, szwanki ich są lube,
Zstąp tu do Chóru, w trójząb uzbrojony
Władco delfinów, panie Suniona,
Synu Kronosa, w Gerajstos[111] czczony,
Ty, coś najdroższy sercu Formjona[112],
Ty, co cię wielbi za opieki trud
Najwięcej z bogów, Ateńczyków lud!

Przodownik Chóru.

Wielbić chcę ojców naszych, którzy bezwątpienia
Godni byli ojczyzny, godni uwielbienia;
Którzy w walkach na lądzie, i wśród mórz głębizny,
Zawsze nam wrogów bili na chwałę ojczyzny!
Nikt z nich ujrzawszy wroga nigdy go nie liczył:
Im duch Nieustraszenia w walce przewodniczył;
A choć tylko w zapasów upadł który szranku,
Wnet kurz strzepnął ze siebie, wypierał się szwanku,
I walka wrzała dalej.

Antystrofa.

Chór.  Matko miasta, o Pallado!
Ty, co dzierżysz rządy swemi
Kraj najświętszy z krajów ziemi,
I co mądrą wiedziesz radą
Lud, co innych przodownikiem
W wieszczów ogniu, w walk zwycięstwie —
Przybądź z tą, co jest mi w męstwie,
W bitwach, walkach pomocnikiem,
Z Nike[113] śpieszącą za Chóru śpiewami
I wrogom ze mną stawiącą czoło!
Z nią się w tej chwili zjaw pomiędzy nami,
Racz nam, co Chóru tworzymy koło,
Jeżeli kiedy, to dziś pośród szrank,
Łaskawie zesłać za zwycięstwo dank!

I w zabiegach też około pozyskania łaski Demosa Kiełbaśnik pokonywa Paflagończyka. Oto scena, w której oba przychodzą do niego z koszami pełnemi różnych przysmaków.

Kiełbaśnik.  Pozwól, współzawodem
Służyć ci będziem w zapaśniczym biegu.
Demos.  Niech i tak będzie — stańcież do szeregu!
Kiełbaśnik  i Paflagończyk (stając w tyle sceny koło koszów).
Już!
Demos.  A więc gońcie!
Kiełbaśnik  (odpycha Paflagończyka).
O, nie pójdziesz przodem!

(borykają się ze sobą).

Demos.  Przebóg! bądź stanę dziś na szczęścia szczycie,
Bądź mnie me gachy zaduszą w zachwycie!
Paflagończ.  Widzisz, ja pierwszy krzesełko ci stawię!
Kiełbaśnik.  Lecz nie masz stołu — z tym ja wpierw się jawię!

(Demos siada za stołem).

Paflagończ.  Oto masz tutaj hreczane kluseczki,
Z święconej w Pylos zgotowane hreczki.

Kiełbaśnik.  Oto łyżeczka — sama ją bogini
Żłobiła rączką swą z kości słoniowej![114]
Demos  (oglądając łyżkę).
Wielkie gdzieś palce masz cudotwórczyni!
Paflagończ.  Ot zaciereczka na juszce grochowej,
Smaczna aż lubo — co za barwa miła!
Ją Pylos-burcza Atena miesiła!
Kiełbaśnik.  (trzyma nad głową Dema misę kaszy).
Widocznieś w łaskach u bogini naszej,
Gdy ci nad głową trzyma misę kaszy.
Demos.  Jakto, ojczyzna byłaż-by dziś cała,
Gdyby nam ona kaszy nie trzymała?
Paflagończ.  Rybkę ci zsyła zgrozosiejna Pani!
Kiełbaśnik.  Córeczka Zeusa zsyła ci znów w dani,
Smaczniutkie mięso wprost wzięte z rosołu,
Tłuste kiszeczki, świeże flaczki z wołu!
Demos.  Pięknie, że pomna Peplosu[115] ofiary.
Paflagończ.  Meduzogłowa[116] zjeść ci każe stary
Te oto chyżki[117], gdyż chodzi jej o to,
Byś panie, chyżo mógł pomykać z flotą.
Kiełbaśnik  (daje mu ryby).
Weź i to także.
Demos.  Jakież znów zadanie
Te ryby mają?
Kiełbaśnik.  To są liny panie,
Które ci zsyła bóstwa afekt szczery,
Byś z nich miał liny na swoje tryery:
Jawnie na sercu leży mu dziś flota. (Podaje mu wino).
Ot winko z wodą — specyały! pysznota!
Demos  (pije). Boże! jak słodkie! ani czuć w niem wody!
Kiełbaśnik.  Tritogeneja[118] gniotła nań jagody.
Paflagończ.  Ot placka z serem masz kawał nie mały.
Kiełbaśnik.  Co, kawał placka? Masz tu placek cały!

Paflagończ.  Lecz jak ja, dasz mu ty pieczeń z zająca?[119]
Kiełbaśnik.  (zmieszany).Skąd ją tu wyrwać? o chwilo piekąca!
Hej, sprycie, pomyśl o jakimś wykręcie!
Paflagończ.  (pokazując mu zająca).
Widzisz, chuchraku?
Kiełbaśnik.  To mi gdzieś grzmi, w pięcie!
Bo oto właśnie nadchodzą —
Paflagończ.  Kto taki?
Kiełbaśnik.  Posłowie niosą we workach srebrniaki.
Paflagończ.  (podbiega na środek sceny).
Gdzie? gdzie?
Kiełbaśnik  (bierze zająca z kosza Paflagończyka).
A zasię! puścisz mi tych gości?! —
Demciu! szaraka dźwigam Jegomości!
Paflagończ.  Gwałtu! jak podle skradłeś mi szaraka!
Kiełbaśnik.  Sprawa z pod Pylos kubek w kubek taka!
Demos  (ucieszony).
Powiedz, zaklinam, skąd plan tej kradzieży?
Kiełbaśnik  (wyniośle).
Plan do bogini, czyn do mnie należy!
Paflagończ.  Jam go tak gonił! tak go upiekł ładnie!
Demos.  Precz! Kto go podał, temu dank przypadnie!
Paflagończ.  O, mej czelności już gwiazda przyćmiona!
Kiełbaśnik.  Przecz nie rozsądzisz, Demie, która strona
Wierniejsza twojej, twego brzucha sprawie?
Demos.  Ależ na jakiej sądzić mam podstawie,
By wyrok mądrym nazwała publika?
Kiełbaśnik.  Ja ci dam radę: idź, głębie koszyka
Mego i jego przeszukaj dokładnie,
A wierz mi, mądry wyrok z ust twych padnie!
Demos  (wskazując na kosz Kiełbaśnika).
Cóż tam jest zatem?
Kiełbaśnik  (otwiera swój kosz).
Pustki i nic więcej,
Wszystkom dał tobie w miłości dziecięcej!
Demos.  Sam kosz twój nawet dobry patryota!
Kiełbaśnik.  Idź, zbadaj teraz, co ów ma niecnota
Widzisz? (Demos przeszukuje kosz Paflagona).
Demos.  Kosz mnóstwo łakoci zawiera!
O, placków górę schował ten przechera,
A mnie dał tyćko — ot jakby na kpinki!
Kiełbaśnik.  Zdawna już takie są jego uczynki!
Jeśli coś złapał, dał ci kąsek mały,
Część większą — jego szpony porywały!

Demos.  Więc mnieś kradł, zwodził, nędzny Paflagonie,
A jam cię darzył, wieńcem zdobił skronie?!
Paflagończ.  Kradłem, chcąc państwu pomódz dziełem takiem!
Demos.  Łotrze, zrzuć wieniec, bym tym świętym znakiem
Jego skroń ubrał.
Kiełbaśnik.  Zrzuć-że leniu, żwawiej!
Paflagończ.  O nie, bo Pityi mam wieszczbę, co prawi,
Komu jedynie mam dać za wygranę.
Kiełbaśnik.  Toć tam zbyt jasno me imię nazwane.
Paflagończ.  Wpierw cię wybadam — chcę dowodu na to,
Czy się w czem zgadza wieszczba z twą facyatą.
I tak ci najpierw zadam to pytanie,
W jakiej to szkole wziąłeś wychowanie?
Kiełbaśnik.  Ot — w świńskim chlewie, kułakiem kształcony.
Paflagończ.  (przerażony).
Co?! (na stronie). Ta mi wieszczba w serce wpija szpony!
Niech będzie!
Czegoś się uczył w zapaśnictwa szkole?
Kiełbaśnik.  Kraść, krzywoprzysiądz, być o brudnem czole.
Paflagończ.  (na stronie).
Febie! Apollo, wielki boże słońca!
Twoich zamiarów któż dopatrzy końca? (Głośno)!
Mężem, kunszt jaki schwyciłeś do ręki?
Kiełbaśnik.  Kiszkim sprzedawał......
Paflagończ.  (na stronie).
Przepadłem! Straszny wypadków obrocie!
Nie, jeszcze we mnie skra nadziei wzrasta! (Głośno).
To jeszcze powiedz: czyś w rynku wistocie
Kiszki sprzedawał, czy też w bramach miasta?[120]
Kiełbaśnik.  W bramach, gdzie ryby sprzedają wędzone.
Paflagończ.  (z rozpaczą).
Przebóg! więc słowa mej wróżby spełnione!
(Upada nieprzytomny — po chwili).
Precz mnie stąd weźcie, com igraszką doli!

(Fr. Konarski).
Demos odprawia Paflagończyka, i choć nowy jego ulubieniec jeszcze jest gorszym od poprzedniego, nabiera siły, młodnieje, przywdziewa szaty, przypominające czasy zwycięstwa pod Maratonem.




2) Chmury.
W komedyi pod tym napisem drwi Arystofanes z wykrętnej nauki sofistów, do liczby których jako ich przewódcy zalicza całkiem niewłaściwie Sokratesa. Strepsyades, ze wsi rodem, mało ukształcony, ożeniwszy się z panną miejskiego wychowania i wykwintnych przyzwyczajeń, córką Megaklesa, doczekał się syna (Fejdypida), zamiłowanego w popisach konnych, wyścigach i zaciągającego długi na te kosztowne zabawy. Komedya rozpoczyna się w chwili, kiedy Strepsyades, nie mogąc zasnąć z powodu niepokojącej myśli o blizkim terminie (dniu „nowym-starym“) płacenia rewersów synowskich, każe słudze podać sobie rejestr gospodarski, zagłębia się w odczytywaniu pozycyj i przypomina sobie dawne czasy.

Strepsyades.  Potem ów synalek, gdy na świat nam przyszedł
Mnie gburowi i tej szumnej pani, wtedy
Kłótnie się o jego imię rozpoczęły.
Jejmość coś od konia zawsze nadawała:
Ksantyp, Charyp[121], zwąc go, albo Kallipides
Jam zaś dawał imię Fejdonida dziadka.
Spór nie prędko ustał, przyszło wszak do zgody,
Imię mu daliśmy Fejdypida wreszcie.
Temu chłopcu jejmość, pieszcząc go, mawiała:
„Gdy dorósłszy, będziesz wracał jak Megakles
Na zwycięskim wozie, płaszcz zwiesiwszy dumnie...“
Jam zaś mawiał: „gdy tam, kózki pędząc z wzgórza,
W kusej ot opończy, jak twój ojciec czynił...“
Lecz te moje słowa były groch o ścianę;
On w koniarstwie krwawe me utopił grosze.
Teraz przez noc całą myśląc jak wyjść z biedy,
Jednę-m dróżkę znalazł, boską, niezrównaną;
Jeśli do niej chłopiec ów namówić da się,
Tom napewno wygrał.. Trza go najpierw zbudzić!...
Jakże go najmilej ze snu wyrwać teraz?
Mój ty Fejdypuszku!... Fejdziu!...
Fejdypides.  Cóż tam, ojcze?
Strepsyades.  Daj mi buzi, synku!... Podaj rączkę tacie!
Fejdypides.  Masz!... Lecz cóż to znaczy?
Strepsyades.  Kochasz mnie ty? powiedz!
Fejdypides.  Jak mi ten Posejdon koniowładca miły!
Strepsyades.  Daj mi święty pokój z twoim koniowładcą...
Bóg ten całej biedy właśnie mi narobił.
Jeśli jednak szczerze, z duszy mnie miłujesz,
Chłopcze, słuchaj, proszę!...
Fejdypides.  W czemże cię mam słuchać?
Strepsyades.  Zmień natychmiast, synku, ten twój sposób życia
I gdzie ja-ć zalecę, tam mi idź w naukę.
Fejdypides.  Powiedz, czego żądasz?

Strepsyades  (pokazując na domek Sokratesa).
Patrz-no tam, w tę stronę!
Widzisz tam tę furtkę z tą chałupką lichą?
Fejdypides.  Widzę... Cóż dalipan, ojcze, to ma znaczyć?
Strepsyades.  Toć jest, synu, mądrych duchów marzycielnia,
Tam mieszkają ludzie, którzy wmówią w ciebie,
Twierdząc, że niebiosa są fajerką... że ta
Wszędzie nas otacza... żeśmy w niej węgielki.
Ci już cię nauczą, byleś im zapłacił,
Pobić wszystkich, słusznie czy niesłusznie prawiąc.
Fejdypides.  Cóż za jedni?
Strepsyades.  Nie znam nazwisk ich dokładnie;
Są-to jednak zacni marzycielodumce.
Fejdypides.  Kroćset... te gałgany!... Wiem już o paplarzach
Mówisz i bladoszach, o bosakach, co to
Sokrat ów obdartus i Chajrefon z nimi.
Strepsyades.  Sza!... Stul gębę, lepiej głupstwa-byś nie gadał!
Dbasz-li, by się ojcu choć kęs chleba został
Przystań do nich, końskie porzuciwszy kunszta...
Są, jak słychać, u nich jakieś dwie tam mowy:
Lepsza bądź-jak-bądź, a obok niej też gorsza.
Z tej dwojakiej mowy druga, to jest gorsza,
Nieuczciwą racyą zawsze bierze górę.
Tej się więc nieprawej mowy tylko naucz,
A ze wszystkich długów, które-m za cię winien,
Aniby szelążka zgoła nikt nie dostał.
Fejdypides.  Nie usłucham!... Jakże mógłbym ja rycerstwu
Stawić się przed oczy z cielskiem tak znędzniałem?
Strepsyades  (grożąc synowi).
Już wy mego chleba żreć mi nie będziecie,
Ni ty, ni dyszlowy, ni ów folblut waścin!
Boć wypędzę z domu na złamanie karku!
Fejdypides.  O! nie ścierpi wujcio mój, Megakles, bym ja
Był bez koni! Idę doń, o ciebie nie dbam!

Nie mogąc namówić syna, Strepsyades sam po naukę udaje się do Sokratesa. Ten wyśmiawszy jego wiarę w bogów, ukazuje mu istotne bóstwa - chmury, które w postaci niewieściej zjawiają na scenie, przywołane modlitwą mędrca:

Władco i panie, Powietrze bez końca, ziemię co trzymasz w zawiesi,
Świetny Eterze, czcigodne boginie, Chmury ognisto-piorunne,
Wzlećcie, objawcie się, aby myśliciel ujrzał wiszące nad głową...
Owóż przybądźcie, o arcyczcigodne Chmury, ukazać się temu,
Czyście Olimpu prześwięte wierzchołki, śniegiem osute, zasiadły,
Czy w Okeana rodzica ogrodach Nimfom cne tany wodzicie,
Z Nilu czy odnóg czerpiecie złotemi wody dzbanami, boginie!
O wysłuchajcie, ofiarę przyjąwszy, łaskę zsyłając obrządkom!

Gdy Chmury, stanowiące chór w tej komedyi, odezwały się za sceną, Strepsyades zdziwiony pyta, kto to poważnem pieniem go zachwycił; Sokrates odpowiada:

Przecież to Chmury niebieskie, potężne wszelkich próżniaków boginie,
Które pojęcie i biegłość nam dają w sporach i bystrość rozumu,
Przytem kuglarstwo i sztukę, by innych wzruszać, porywać, przegadać.
Streps.  To też, gdym słyszał ich głosu, wnet dusza w górę wysoko mi wzlata,
Pragnie rozkrawać już słówka i myśli, zwięźle gawędzić o dymie,
Obce zaś zdanie szturchając swem zdańkiem, mowę wypalić na mowę.

Strepsyades pragnąłby coprędzej wyuczyć się od Sokratesa owej wykrętnej mowy, któraby mu posłużyła do pozbycia się lichwiarzy i odprawienia ich z kwitkiem, ale mędrzec chce naprzód przećwiczyć starą jego mózgownicę i oczyścić ją z przesądów, więc wykłada mu przyczyny zjawisk niebieskich. Któż grzmi na niebie — pyta Strepsyades — czyż nie Zeus? Bynajmniej — odpowiada Sokrates — to Chmury. Jakim sposobem?

Sokrat.  Skoro się wodą przepełnią i z miejsca ruszyć się muszą swojego,
Wisząc na niebie i deszczem brzemienne; potem ciężarem ciągnione
Jedne na drugie spadają, a przeto łamiąc się łoskot wydają.
Streps.  Któż zaś do ruchu je tego przymusza, czyliż nie Zeusa potęga?
Sokrat.  Nie on, lecz Wiry Eteru.
Streps.  O Wirze mówisz?... Jam tego nie wiedział,
Że tam snać Zeusa na niebie już niema, Wir zaś króluje za niego...
Skądże zaś znowu spadają pioruny ogniem płonące? wytłómacz,
Które nas rażąc, wnet jednych upieką, innych przynajmniej osmalą;
Te oczywiście Zeusowa prawica na wiarołomców snać miota.
Sokrat.  Jakże to, głupcze, starzyzną cuchnący, przedpotopowy człowiecze!
Gdyby je rzucał na krzywoprzysięsców, Symon[122] nie spłonął do szczętu
Ni też Kleonim z Teorem[122]? Toć oni krzywoprzysięsców hersztowie.
Lecz on swe własne wzdy razi świątnice, Sunion, ów Aten przylądek,
Szczyty też dębów najwyższych, a za cóż?... przecie te dęby nie grzeszą!
Streps.  Nie wiem! Jednak to słuszne, co mówisz. Czemże więc gromy u ciebie?
Sokrat.  Wiatr gdy gorący, podniósłszy się w górę, w chmur się dostanie pośrodek,
Jako pęcherze, tak zwewnątrz je nadmie; potem przedarłszy je wreszcie
Siłą wyparty, wypada na zewnątrz, dla swej gęstości gwałtowny.
Skutkiem szybkości i szumu wśród tarcia sam zapalając się przez się.
Strep.  Klnę się na Zeusa, żem tego przypadkiem w czasie Dyazyów[123] doświadczył.
Dla mych krewniaków, gdym kiszkę raz smażąc, naciąć jej wprzódy zapomniał,
Wzdęła się mocno, a potem zaś nagle w same pękając mi oczy,
Prysła gwałtownie i całą swym tłuszczem twarz oparzyła mi srodze.
Chór.  Człecze ty, który pożądasz mądrości od nas i wielkiej i szczytnej,
Wśród Ateńczyków i Greków o jakże żywot szczęśliwy twój będzie,
Jeśli masz pamięć i skłonność do myśli, jeśli na biedę wytrwałość
W duszy jest twojej i jeśli się staniem, ani chodzeniem nie męczysz;
Jeśli ci marznąć zbyt przykrem nie będzie, albo się obejść bez jadła,
Wstrzymać od wina i ćwiczeń cielesnych, innych takichże marności,
A za najlepsze zaś jeśli uważasz, sprytny jak człowiek powinien
W sprawach i radach sądowych być górą, dzielnie językiem wojować.

Strepsyades zgadza się na twarde warunki, byleby tylko mógł wierzycieli zbyć niczem. Nauka idzie ciężko, coś niecoś jednak stary korzysta, nie tyle wszakże, ile pragnął, więc syna zmusza w końcu, by poszedł do Sokratesa. Wraca Fejdyp wyćwiczony w dowodzeniu i... okazuje się hardym względem ojca, w końcu go bije. Powód tego opowiada przed Chórem Strepsyades:

.....Przy wieczerzy, gdy, jak wiecie, siedzim,
Najpierw mu kazałem, aby lutnię wziąwszy, śpiewał
Znaną piosnkę Symonida: „Strzygli tam barana“.
On zaś rzekł, iż grać na lutni rzecz to przestarzała,
Śpiewać pijąc, to rzecz baby, która kasze miele.
Fejdyp.  Czy już nie trza było wtedy bić i kopać waści,
Boś mi śpiewać kazał, jakbyś świerszcza miał w gościnie.
Streps.  Prawił już to samo w domu, z czem wyjeżdża tutaj,
Symonida zwąc bezczelnie nędznym wierszokletą.
Jam się ledwo już posiadał, jednak się wstrzymawszy
Potem mu kazałem, by mi, gałąź mirtu biorąc
(Bo Eschila ja uważam za poetów księcia)
Coś z Eschila też zaśpiewał. On zaś wręcz zawołał:
„To chropawiec, pełen szumu, paplacz napuszysty!“
Łatwo pojąć, jak mi wtedy serce bić poczęło;
Wszakże gniew mój połykając, rzekłem: „Coś innego
Więc zaśpiewaj, z nowszych rzeczy, co tak arcymądre!“
Wnet on Eurypida wierszyk pocznie —
To mi trochę nadto było, przetoż mu sypnąłem
Całą gębą brzydkie słowa, skąd, jak pojąć łatwo,
Ząb za ząb się wszczęła kłótnia. On zaś potem skoczył
Do mnie, gniótł mnie, młócił, dławił, do cna mię zmarnował.
Fejdyp.  Czy nie słusznie za to, że mi Eurypida lżyłeś,
To mądrości dziwo?
Streps.  On? Mądrości?... Jak cię nazwać?
Lecz mnie bić znów nicwart gotów.
Fejdyp.  Słusznie, jak Zeus miły!...
Najpierw, odpowiadaj: czy mnie biłeś, gdym był chłopcem?
Streps.  Biłem, lecz z miłości, albo troskliwości.
Fejdyp.  Powiedz,
Czy niesłusznie, bym i ja też, równie z życzliwości,
Bił cię, skoro życzliwości bicie jest dowodem?
Skądże bowiem ma twe ciało plagom ujść bezkarnie,
Nie zaś moje? „Toć i ja też wolny się rodziłem,
„Różdżką dziatki biorą, nie miał-że-by ojciec?“
Powiesz snać, że li w dziecinnym to stosowne wieku;
Jabym odrzekł, że staruszek to podwójne dziecko
I że słuszniej, aby stary plagi brał, niż młody;
Sprawiedliwie bowiem starszy mniej powinien grzeszyć.
Streps.  Takich praw nie znajdziesz nigdzie, by to ojciec cierpiał.
Fejdyp.  Nie był że to człowiek, tak jak ja i ty, co pierwszy
Prawa nadał i przekonał przodków słowy swemi.
Czemuż mnie-by nie przystało nowe dać na przyszłość

Prawa synom, by na odwet ojców swych gromili.
Ile zaś wzięliśmy plag, nim prawe to ogłoszą,
Z tych kwitując, puścim płazem, że nas dawniej bito
Patrz-no na koguty, albo inne takie twory,
Jak to ojców odpędzają; czemże-to się one
Od nas różnią, chyba tem, że uchwał nie gryzmolą!

Gdy się takich i tym podobnych dowodzeń nasłuchał Strepsyades, uznaje swoją winę, że syna sam do Sokratesa zaprowadził i wwiódł na drogę wykrętów. Więc też na Sokratesie mści się, rozwalając i paląc jego chatę przy pomocy swych niewolników. Mędrcy wyskakują a Strepsyades woła:

Goń ich, bij, potrącaj! jak z tysiącznych przyczyn,
Tak najbardziej za to, iż krzywdzili bogów...

(Marcelli Motty).

3) Żaby.
Wielki zwolennik poezyi dawnej, zapalony wielbiciel Eschila, przedstawia Arystofanes w tej komedyi swoją cześć dla niego, łącząc ją z dowcipną krytyką tragedyj Eurypidesa. Dyonizos (Bachus), bóg wina, niezadowolony z żyjących tragików, w sukni więc szafranowego koloru z lwią skórą zarzuconą na ramiona, z maczugą w ręku, wybiera się tedy do Hadesu, by stamtąd wydobyć niedawno zmarłego Eurypidesa. Niewolnik jego Ksantyas, przybrany za Sylena (bożka leśnego), objuczony dużym pakunkiem, siedzi na ośle i radby pożartować w guście trywialnym, ażeby sobie choć tym sposobem ulżyć w odbywaniu utrudzającej drogi. Dyonizos jednak nie pozwala mu na to, łając go:

Dyonizos.  Toż mi dopiero pieszczoch i zuchwalec!
Ja, bóg Dyonizos, prawy syn — Okseftu,
Piechotą łażę sam, on sobie jeździ,
Aby się tylko nie podźwigał zbytnie.
Ksantyas.  Alboż nie dźwigam?
Dyonizos.  Jakże dźwigasz, jadąc?
Ksantyas.  Dźwigając jadę.
Dyonizos.  Jakżeż?
Ksantyas.  Ciężko dźwigam
Dyonizos.  Alboż pakunku osioł twój nie dźwiga?
Ksantyas.  O nie, dalipan! czuję go na sobie.
Dyonizos.  Jakżeż ty czujesz? ciebie czuje osioł!
Ksantyas.  Nic nie wiem, tylko to wiem, że ja czuję.
Dyonizos.  Więc kiedy osioł na nic ci się nie zda,
Zleź z niego, sam go weź i dźwigaj jego.
Zleź z osła, ty hultaju! Jużem prawie
U bramy stanął, gdzie wprzód wstąpić muszę[124].
(puka)  Jegomość! hej jegomość, słuchaj wasze!

Ksantyas zsiada z osła, który natychmiast ucieka. Z domu wychodzi Herakles.

Herakles.   Któż tu tak stukał? kto tu przycwałował,
Jakgdyby jaki Centaur? Co to było?
Dyonizos  (do Ksantyasa). Widziałeś?
Ksantyas.  Cóż?
Dyonizos.  Toś nie uważał?
Ksantyas.  Czego?
Dyonizos.  Jak mnie się boi?
Ksantyas.  Myślał chyba, żeś ty waryat.
Herakles.  Dalibóg, niepodobna mi się wstrzymać
Od śmiechu! Ażem już się ugryzł w język!
Dyonizos.  Poczciwy człeku, przystąp bliżej, proszę!
Herakles.  Śmiech tak mię dusi, że już nie wytrzymam.
Jak dobrze mu z lwią skórą na tej sukni!
Co to ma znaczyć koturn ten z maczugą?
Skąd idziesz?
Dyonizos.  Na Klistena wsiadłem okręt.
Herakles.  I biłeś się na morzu?
Dyonizos.  Chyba z tuzin
Albo i więcej statków naszym wrogom
Do szczętu zatopiliśmy.
Herakles.  Wy we dwóch?
Dyonizos.  Klnę się na Apollina!
Herakles.  Ot, po wszystkiem!
Dyonizos.  Więc potem siedząc na okręcie, czytam
Tak sobie, dla zabawy, Andromedę[125],
Wtem nagle, jakby piorun przeszywając
Me serce, wpada mi zachcenie —
Herakles.  Duże?
Dyonizos.  Maleńkie, wzrostu może — powroźnika!...
Herakles.  Więc mów, braciszku, cóż to?
Dyonizos.  Ach, nie mogę!
Tylko zdaleka chyba dam ci poznać.
Czy ci się kiedy chciało już powideł?
Herakles.  Powideł? albo raz od lat dziecinnych!
Dyonizos.  Czyś pojął? czy też jaśniej wytłómaczyć?
Herakles.  Rozumiem doskonale! O! powideł!
Dyonizos.  Więc widzisz, taki sam uczuwam pociąg
Do Eurypida, który już nie żyje.
Nikt mi już nie wyperswaduje, żebym
Natychmiast doń nie zstąpił.
Herakles.  Gdzie? do Hadu?
Dyonizos.  Klnę się na Zeusa! choćby jaknajgłębiej!
Herakles.  O cóż ci idzie?

Dyonizos.  Trzeba mi poety,
Takiego prawdziwego! Albo żadnych
Nie widzę, albo ci, co są, nic warci.
Herakles.  Wszak Jofon[126] żyje.
Dyonizos.  To też to nam jedno
Zostało dobre, jest naprawdę.
Sam bo nie wiem, jak te rzeczy stoją.
Herakles.  A zamiast Eurypida, czyż nie lepiej
Większegobyś sprowadził Sofoklesa,
Gdy już sprowadzać sobie chcesz koniecznie?
Dyonizos.  Nie prędzej, aż po tonie dobrze poznam,
Co Jofon bez Sofokla będzie znaczył.
A zresztą figlarz to, ten Eurypides,
Czmychnąłby z tamtym razem i bez śladu.
Herakles.  Cóż przecie z Agatonem[127]
Dyonizos.  On daleko!
Poeta dobry! każdy tu go pragnie.
Herakles.  Gdzież więc się podział?
Dyonizos.  Na królewskiej uczcie...
Ksantyas.  O mnie się nie pyta,
Choć mnie na plecach skóra się przetarła...

Herakles wskazuje Dyonizowi drogę do Charona. Wsiadłszy do jego łódki bożek słyszy odzywające się chóry Żab na jeziorze piekielnem:

Chór.  Berekekekeks! koaks! koaks!
Berekekekeks! koaks! koaks!
Więc my, bagnistych źródeł ród,
Zanućmy teraz w jeden głos
Naszego hymnu chórem pieśń melodyjną.
Koaks! koaks!
Którą przy synu Zeusa, Nizejskim
Bachusie, tam w kałuży śpiewamy,
Gdy w upojenia zachwycie
Dzikości pełen, w Święto Garnków[128]
Do naszej świątnicy roi się lud.
Berekekekeks! koaks! koaks!
Dyonizos.  Żebyście pękły, koaksując!
Toć nic w was niema; tylko koaks!
Chór.  Dobrze ci tak, mospanie Wścibski!
Mnie bo wybrała Muza, lirze rada,
I z koziem kopytem Pan[129],
Który przygrywa na fujarze.

Z radością słucha mię nawet sam arfiarz Apollo,
Dla trzciny na denko do cytary,
Którą wilgotną trzymam mu w bagnie.
Brekekeks! koaks! koaks!
Dyonizos.  Mnie już odgniotły się pęcherze
I ciało poci się oddawna,
A gdy się schyli, wnet zawoła:
Brekekeks! koaks! koaks!
Lecz muzykalny ludku, daj pokój raz[130].
Chór.  Głośniej jeszcze niech zabrzmią nasze śpiewy,
Gdy w słoneczne dni wesoło,
Wskakując przez zielony tatarak
I przez zielsko pieśniom rade,
Na powierzchnię wypływamy;
Lub gdy przed Jowisza chroniąc się deszczem
Pluskamy kółkiem na dnie
W pstrym tańcu i pstrej ochocie,
Przy piany wirze nad nami.
Brekekeks! koaks! koaks!

(F. H. Lewestam).
Chór Żab jest ciętą satyrą na chóry spółczesnych Arystofanesowi dramaturgów, pełną dowcipnych alluzyj, które dopiero po dokładnem zgłębieniu politycznych i literackich stosunków Aten mogą się stać zrozumiałemi.
Po przebyciu jeziora piekielnego, dostrzega Ksantyasz potwory i strachy, a opowiadając o nich, wielką bojaźnią przejmuje Dyonizosa. Gdy zmierzają do mieszkania Plutona, zachodzi im drogę jeden z sędziów podziemnych Eak. Dyonizos przedstawia mu się jako Herakles, a ponieważ ten nienawistny jest Eakowi, dlatego że niegdyś zabrał mu psa Cerbera, grozi teraz przychodniowi strasznemi mękami. Dyonizos przelękniony prosi Ksantyasa, żeby mu do serca przyłożył mokrą gąbkę, wskutek czego serce opada mu do żołądka. A że Ksantyas nie zląkł się Eaka, więc Dyonizyos oddaje mu skórę lwią i pałkę Heraklesa, a sam zamierza dźwigać swoje tłomoki: Bogini podziemna, Persefona, dowiedziawszy się o przybyciu Heraklesa, każe mu przez służącą przyjść do siebie. Ale Heraklesem jest teraz Ksantyas. Gdy służąca opowiedziała, jakie to potrawy i napoje przygotowała bogini, jakie-to młode tancerki tam znajdzie, Ksantyas mówi do Dyonizosa:

Ksantyas. Niewolniku, bierz tłomoki i idź za mną.
Dyonizos. Ciszej. Żartem cię tylko przerobiłem na Heraklesa, a ty wziąłeś to za prawdę.
Ksantyas. Jakto? Myślisz odebrać mi to, coś sam dał.
Dyonizos. Nie, ja nie myślę odebrać, ale odbieram. Zdejm skórę.
Ksantyas. Bądźcie świadkami, wielcy bogowie, jak on ze mną postępuje!
Dyonizos. Jacy bogowie? Czyś ty głupi, czy szalony? Ty, niewolnik i śmiertelny, masz być synem Alkmeny?
Ksantyas. Dobrze, weź sobie. Kiedyś, jak bogom się podoba, będziesz mię jeszcze potrzebował.
Chór. Człowiekowi roztropnemu i światłemu, co wiele po morzu wędrował, przystoi zawsze żagiel swój na tę stronę rozpinać, skąd wiatr wieje, nie zaś stać prosto i nieruchomo jak jaki bałwan przydrożny. Zmieniać rolę dla dobra osobistego jest to być człowiekiem zręcznym, prawdziwym Teramenem[131].

Dyonizos rzeczywiście, lękając się Eaka, musi znów prosić Ksantyasa, by udawał Heraklesa. Eak każe wiązać tego „złodzieja psów“, Ksantyas się nie daje, zaklinając się, że nigdy nic nie kradł, i proponuje Eakowi, żeby jego niewolnika to jest Dyonizosa poddać próbie.

Eak. Jakiej próbie?
Ksantyas. Wszelakiej. Możesz go powiesić, posiekać razami, nalać octu w nos, nakłaść nań cegieł, możesz z nim zrobić, co zechcesz, tylko go nie bij czosnkiem ani porami[132].
Eak. Zgoda; ale jeżeli razy okaleczą twego niewolnika, to ty mię pozwiesz o straty?
Ksantyas. Wcale nie. Idź go poddać próbie.
Eak. Zrobię to tutaj i chcę, żeby mówił przy tobie. No, tymczasem zdejm tłomok i nie waż się kłamać.
Dyonizos. Zabraniam ci poddawać mię próbie, bo jestem nieśmiertelny; biada ci, jeśli się ośmielisz.
Eak. Co takiego?
Dyonizos. Powiadam, że jestem nieśmiertelny, Dyonizos, syn Zeusa, a ten — ten jest moim niewolnikiem.
Eak (do Ksantyasa). Słyszysz?
Ksantyas. Tem większa zasada bić go rózgami; jeżeli on jest bogiem, to nie poczuje uderzeń.
Dyonizos (do Ksantyasa). A kiedy tak, toć i ty podajesz się za boga; czemuż więc nie bić i ciebie.
Ksantyas (do Eaka). Słusznie. Sprobuj: kto z nas pierwszy zapłacze przy biciu, kto pierwszy będzie zmęczony, ten oczywiście nie jest bogiem.

Eak każe im się rozbierać i po kolei bije obu. Ale każdy z nich upewnia, że nie czuje razów, tłómacząc mimowolne wykrzyki innemi przyczynami. Nie wiedząc co robić, Eak pozostawia decyzyę Plutonowi i Persefonie. Oni sami są przecie bogami i poznają się na was — powiada. — Prawda — odrzecze Dyonizos — ale trzeba było pomyślić o tem przed biciem. W Hadesie straszna wrzawa, krzyki i spory. Eschil i Eurypides kłócą się o pierwszeństwo. Eschil zajmował tron tragedyi, ale pojawienie się Eurypidesa wywołało w Hadesie burzę. Eak, czując sympatyę dla Ksantyasa, opowiada mu, że Eurypides zaczął deklamować wiersze swoje przed oszustami, ojcobójcami i rozbójnikami, któremi piekło przepełnione; jego giętkie zasady zachwyciły to tałałajstwo, które uznało go za pierwszego tragika. Eurypides, pełen zarozumiałości, zasiadł na tronie Eschila. A czyż Sofokles nie domagał się pierwszego miejsca dla siebie? — pyta Ksantyas, na co Eak: Bynajmniej. Przybywszy tutaj, uścisnął Eschila; on mógłby był zasiąć obok Plutona, bo Eschil ustępował mu miejsca, ale Sofokles wolał być drugim. Ma się odbyć walka o pierwszeństwo między Eschilem a Eurypidesem; za sędziego obrano Dyonizosa, jako znającego się na tragedyi. Obaj z początku sobie wymyślają, że Dyonizos musi im przypomnieć, iż poeci nie powinni się kłócić jak przekupki, iż raczej wypadałoby im zanieść modły do bogów. Eschil wzywa Demetry, a Eurypides nie uznając bogów, zwraca się do Eteru, który go wspomaga w gibkości języka. Gdy przyszło do walki, Eurypides kładł nacisk na brak akcyi w tragedyach Eschila, na napuszoność jego mowy, na brak życia i prawdy w jego postaciach, Eschil zaś, którego zdaniem poeta powinien uczyć dojrzałych ludzi, jak wychowawca uczy dzieci, wyrzuca Eurypidesowi, że nauczył Ateńczyków paplaniny, drobnostkowych subtelności retorycznych, że psuł młodzież różnemi sofizmatami, że osłabił poczucie obowiązku. Ażeby spór bezowocny zakończyć, Eschil proponuje zważyć wiersze ich obu. Dyonizos zapowiada, że będzie przedawał talent poetycki na wagę, jak się sprzedaje ser na rynku. Spółzawodnicy trzymając się szalek wagi, wypowiadają kilka razy po jednym wierszu, szala Eschila zawsze przeważa. Eschil zgadza się, żeby na jednę szalę położyć dwa jego wiersze, a na drugą samego Eurypidesa, z jego dziećmi, żoną i wszystkiemi tragedyami, bo jest przekonany, że i wtedy nawet jego szala przeważy. Dyonizos zadaje potem obu poetom pytania, dotyczące spraw ateńskich, podziwia odpowiedzi jednego i drugiego, tak że nie może się zdecydować, kogo wybrać; znaglony jednak przez Plutona, wybiera Eschila, czem wywołuje wielkie niezadowolenie Eurypidesa. W odpowiedzi na jego zarzuty posługuje się cytatami z własnych jego tragedyj.

Eurypides. Brałeś bogów na świadków, że mnie stąd zabierzesz; przypomnij sobie przysięgę i wybieraj.
Dyonizos. Tak, usta moje przysięgały, ale ja wybieram Eschila.
Eurypides. Coś ty zrobił? nie masz sumienia.
Dyonizos. Ja! Przyznałem pierwszeństwo Eschilowi; więc cóż?
Eurypides. I po takim bezczelnym postępku śmiesz mi patrzeć w oczy?
Dyonizos. Cóż w tem bezczelnego, jeżeli widzowie bezczelnem tego nie nazywają?
Eurypides. Okrutniku! to ty mię zostawisz tu bez litości z umarłymi?
Dyonizos. Oczywiście! Być może żyć jest-to umrzeć, oddychać — jeść obiad, a sen — runo.
Pluton. Wejdźcie do mego pałacu; chodź Dyonizosie.
Dyonizos. Cóż my tam robić będziemy?
Pluton. Chcę poczęstować gości, zanim się oddalą.
Dyonizos. Doskonale, klnę się na Zeusa i to lubię!
...................
Pluton. Żegnaj, Eschilu, wracaj na ziemię; niech miasto nasze (Ateny) ocalą twoje szlachetne nauki, niech poprawią nierozumnych a ich tam tak dużo!
Eschil. Spełnię rozkazy twoje, a ty posadź Sofoklesa na mojem miejscu. Niech on zatrzyma je dla mnie, jeśli kiedyś wrócę. Naznaczam dla niego drugi stopień między tragicznymi poetami. A co do tego łotra, tego nędznego żartownisia, patrz, żeby nigdy sobie nie przyswoił zaszczytnego miejsca, chociaż go inni na niem posadzili.
Chór. Bogi podziemne! ześlijcie drogę szczęśliwą poecie, który nas opuszcza i na ziemię wraca; ześlijcie takie miastu naszemu myśli rozumne i zbawienne. Połóżcie w ten sposób koniec strasznym nieszczęściom, co nas dręczą, okropnemu szczękowi broni.


XIX. Teokryt.
A) Amaryllis.

Wesołym śpiewem ucieszyć idę
Kochaną Amaryllidę.
Niechaj się pasą kozy nad wzgórzem,
Tytyros[133] będzie ich stróżem!

Och! mój Tytyrze! serduszko moje,
Paś kozy, żeń je nad zdroje!
Kozła unikaj wżdy Libijczyka
Masłowatego, bo tryka.

Amaryllido wdzięczna! przecz z groty
Wołając na mnie: „mój złoty!“
Już nie wyglądasz teraz ukradkiem?
Zali-m ci obmierzł przypadkiem?

Zali, gdy zblizka patrzysz, perkaty
Nos mój? czy-m nazbyt brodaty?
Dziewucho, widzę, że cię ucieszę,
Gdy się z rozpaczy powieszę.

Dziesięć przynoszę jabłek ci oto!
Zerwałem one z ochotą
Tam, gdzie kazałaś, posłuszny słowu
Inne dam jutro ci znowu.

Patrz-że na boleść serce trawiącą!
Obym był pszczołą brzęczącą!
Przez bluszcz i gęste paproci sploty
Do twojej wleciałbym groty.

Wiem już, czem Eros, bóg srogi. Lwica
Jego karmiła; rodzica
Chowała zasię, gdzie knieja dzika.
Och! żre mię i wskroś przenika!

Dziewko, wabnego śmieszkiem spojrzenia
Daj, czarnobrewko z kamienia
Gęby w uścisku! Całować usta —
Zabawka słodka, acz pusta.

Chcesz-li — drę zaraz wianek na szmaty
Z bluszczu, wonnemi róż kwiaty
I potocznika, ot, przetykany
Dla Amarylli kochanéj.


Biada! cóż pocznę? Nie słuchasz wcale?
Niebogi rzucę się w fale,
Ściągnąwszy kożuch, gdzie dla tuńczyka
Toń rybitw Olpis przenika.

Ha! ależ gdy się w falach pogrzebię,
Wielce ucieszy to ciebie!
Gdym, czy mię kochasz, badał niedawno,
Powziąłem wróżbę złą jawno:

Liść maku nie pękł z trzaskiem, bez dźwięku
Rozdarty w tłustych zwiądł ręku.
Wyszła z Agroi ust prawda szczera,
Gdy kłosy po niwie zbiera.

Że lgnę do dziewki — wróżyła z sita —
Co o mnie wcale nie pyta.
Wiedz, z dwojgiem bliźniąt dla ciebie biała
Kózka się u mnie chowała.

Mieć Erytakis, Mermnona śniada
Dziewka chciałaby ją rada.
I podaruję onej, ponieważ
Drożąc się, ty mnie wyśmiewasz.

Drga oko... prawe. Zoczę-ż ją może?
Pod limbą, ot, się położę.
Wiem, spojrzy na mnie, gdy nucić pienia
Zacznę, toć nie jest z kamienia.

„Hipoman[134], żony pragnąc, przegoni
Dziewczynę, z jabłkami w dłoni,
A Atalanta, widząc to, spłonie
I w szale miłości utonie.

Czy pasąc w górach Adonis trzody,
Cyprydy, wdziękiem urody
Zdobnej, nie wprawił w szał, że po zgonie
Nawet go pieści na łonie?“

Ach, boli głowa! Tyś zimna wcale.
Precz z śpiewem! Tu się powalę.
Pożrą mię wilcy. Niechże to słodziéj
Niż miód do gardła ci wchodzi!

(Z. Węclewski).

B) Kosarze.

Milon.  Kosarzu, robotniku dobry, co-ć się stało?
Przedtem między czeladzią nad cię nie bywało.
Teraz, ani docinasz i pokosy psujesz,
Ani równo z inszymi w rzędzie postępujesz,
Ale po wszystkich idziesz; tak za trzodą w pole
Owca idzie, gdy nogę na cierniu zakole.
Jakim w południe będziesz, abo do wieczora,
Jeślić zaraz z poranku robota nie skora.
Battos.  Dusza twoja z kamienia kędyś się urwała.
Słuchaj, abo-ć tęsknica nigdy nie bywała?
Milon.  Nie bywała; po kimże chłop prosty ma tużyć,
Który ustawnie musi robić albo służyć?
Battos.  Ani-ć się przytrafiło, abyś zamiłował
I nie spał całej nocy i zalot pilnował?
Milon.  Bodaj się nie trafiało; szkoda tam być musi
Bez pochyby, kędy pies rzemienia zakusi.
Battos.  Alem ja zamiłował; już to wyminęła
Wtóra niedziela, jako napaść ta mię wzięła.
Milon.  Pan-eś ty, bracie, a my prosty chleb jadamy;
Ty z pełnej beczki toczysz, my drożdży nie mamy.
Battos.  W tem państwie chwasty u mnie zarosły zagony,
A jakom posiał, jeszcze żaden nie plewiony.
Milon.  Któraż to zuchwalica tak cię popsowała?
Battos.  Owa, co nam przy żniwie pieśni zaczynała.
Milon.  Dostałeś, czegoś szukał. Bóg frantom nagali:
I świerszcze w słomie, kiedyś spał, o tem śpiewali.
Battos.  Nie każ na hardą i nie śmiej się z mej głupości;
Nietylko ślepi żebrzą, lśnią ludzie w miłości.
Milon.  Nie moja rzecz być hardym, wszakże nie próżnujmy,
Ale śpieszno przy inszych z kosą postępujmy.
Ty zaśpiewaj co o swej miłej, lżejsza będzie
Tak robota; wszak i ty dudką słyniesz wszędzie.
Battos.  Muzy, ucieszne Muzy, teraz zaczynajcie,
A ze mną moją piękną pannę wysławiajcie!
Kogo się wy dotkniecie przez wdzięczne śpiewanie,
Każdy się urodziwym, każdy pięknym stanie.
Bombiko ma najmilsza, wszyscy cię i małą
I chudą i cyganką zowią ogorzałą,
Ja subtelną, ja Greczką; nie wszystko są białe
Fijołki, są brunatne, są i podpalałe.
Są i ziółka ciemniejsze, a wzdy je zbierają
Piękne panny i w wieńcach przodek im dawają.
Oracz za pługiem chodzi, za oraczem wrona,
Ja za tobą, Bombiko moja ulubiona.
Gdybym miał skarb królewski, abo złote bani,
Stalibyśmy oboje ze złota odlani.

Tybyś bębenek, albo piszczałkę trzymała,
Abo różę, abo mi jabłko podawała.
Jabym stał, jako stawam, gdy tańce wywodzę
Piórko za czapką, gładka skórzenka na nodze.
Bombiko ma najmilsza! twoja nóżka biała,
Słówka jedwabne, łaska nie wiem jako trwała?
Milon.  Wejże tego kosarza, jako chytrze z nami
Obchodzi się; tak długo taił się z pieśniami.
Wierę-ś ją dobrze wyciął, moja brodo miła,
Nie darmoś to konopie tak bujno puściła.
Posłuchaj też ty moich; lecz ja nic swojego
Nie zaśpiewam, rym tylko dawny Litjersego[135].
Demetro wielożyzna! zdarz, aby to było
Plenne zboże, aby się do gumna zwoziło.
Grabcie i wiążcie mocno, aby nie rzeczono:
Słomiany-to robotnik, płacę tu stracono.
Gdy wiatr z północy abo z zachodu powiéwa,
Rozstawcie snopy, bo tak kłos ziernistszy bywa.
Kto młóci, niech się strzeże w przypołudnie spania;
W południe zbite zboże — lepsze do wywiania.
Kosarz ma wstać z skowronkiem, a ledz, gdy on siędzie;
Dobremu kosarzowi znój nigdy nie będzie.
Najlepszy żabi żywot: nigdy nie upragnie,
Nigdy nie woła: daj pić, zawsze mieszka w bagnie.
Urzędniku, nie umiesz tylko nam chwast warzyć,
Kiedy pokrzywy dzielisz, waruj ręki sparzyć.
Azaby takie pieśni, kiedy słońce pali,
Przy robotach kosarze nie raczej Śpiewali?
A ty więc o miłostkach swoje narzekanie
Zachowaj do macierze, kiedy rano wstanie.

(Sz. Szymonowicz).

C) Syrakuzanki na uroczystości Adonisa.
Dwie Syrakuzanki Praksynoa i Gorgo, których mężowie mieszkają w Aleksandryi, umówiły się pójść razem do zamku Ptolemeuszów, na uroczystość Adonisa. Gorgo przybywa do Praksynoi a usiadłszy na podanem jej przez sługę krześle, mówi:

Ledwie, że dyszę! Z biedą uszłam cała
Ze ścisku wozów i ludu natłoku!
Buty na każdym - i na każdym kroku
Wojacy w płaszczach. A ten kawał drogi!
Och, zadaleko mieszkasz na me nogi!

Słowa te pobudzają Praksynoę do skarg na kochanego mężulka, który w gruncie rzeczy wszystkiemu winien:

Ten mój uparciuch — loch mi, nie mieszkanie
Na końcu ziemi ten zakamieniały
Kat mój, abyśmy nie sąsiadowały,
Na złość mnie, najął...

Gorgo przerywa jednak przyjaciółce, mówiąc:

Nie mówże, kochanie,
Tak o Dynonie twoim, gdy tu mały
Synek obecny. Ot! jak patrzy na cię!
Hej, Zopiryonku, mowa nie o tacie.

A Praksynoa, niby przestraszona, omamić chce chłopca opowiada:

Tak, prawda święta! coś rozumie dziecię.
O! tatko drogi!

— lecz nie przestaje skarg swoich wywodzić:

Ten tatuś niedawno
Temu (a wszystko niedawno kobiecie)
Nie róż z saletrą mi po mojej woli
Przyniósł od kupca, ale prostej soli
Zakupił, osioł trzynasto-łokciowy.

Gorgo nie daje się wyprzedzić przyjaciółce w satyrycznym opisie swego małżonka:

I mój nie lepszy, ten pochłońca złota
Dyokleidas. Za pięć skór baranich, —
Kłaki pogniłe i kudły psie na nich,
Plugastwo samo i straszna robota —
Ot wczora jeszcze siedem drachm zapłacił.

Wzywa następnie towarzyszkę niedoli małżeńskiej do pójścia na zamek królewski, gdzie królowa świetne podobno zrobiła przygotowania do wspaniałego obchodu uroczystości Adonisa. Praksynoa przystaje, a ubierając się, łaje służącą:

Eunojo! odnieś przędzę, a broń Boże
Nie rzuć na ziemię jej znowu, leniuchu!
Tak, tak, koteczki lubią miękkie łoże...
Rusz się i wody przynieś mi co duchu!
Mnie wody naprzód trzeba — a ona
Mydło przynosi. No, dajże! Niesyta,
Nie lej za wiele! Och, ty utrapiona,
Po cóż koszulę zlałaś mi? — Dość tego,
Przecie-m, jak chcieli bogowie, umyta.
Gdzież klucz do wielkiej skrzyni? Dajże go!

Kiedy nareszcie Praksynoa włożyła suknię odświętną, w której prześlicznie jej do twarzy, płaszcz i kapelusz, obie przyjaciółki, zostawiając w domu beczącego chłopca i poleciwszy słudze pobawić się z nim i zamknąć furtkę podwórzową, wychodzą na ulicę i przez tłumy narodu snujące się i zdążające także na zamek, przeciskają się z biedą na miejsce widowiska przy samem łożu Adonisa. Tam podziwiają wspaniałość przygotowań, odgryzają się jakiemuś natrętnemu sąsiadowi i milkną wtedy dopiero, gdy kapłanka zaczyna śpiewać hymn na cześć ukochanego Afrodyty. Po skończeniu hymnu radeby wprawdzie dłużej pozostać w zamku, ale jedna z nich przypomina sobie, że mąż zrzęda nic jeszcze do tej pory nie jadł i że należy pośpiesznie wracać do domu.

(Z. Węclewski).

D) Rybacy.

Jak to nad morzem rybacy,
Spać sobie poszli po dziennej pracy.
Liść suchy i dwie rogoże
Jedno czyniły im łoże.
Tuż ich narzędzia ze trzciny,
Niewody, matnie i haczki,
Ponęta, muchy, robaczki
I jedno naczynie z gliny,
W niem było trochę jarzyny.
Toż przewrócony czółen do góry
A przy nim i dwa leżały wiosła;
Pod głową płachty i czapki ze skóry:
Był to ich cały majątek rzemiosła.
Nie było u nich rozkazywać komu;
Pracując razem jak jeden tak drugi,
Nie mieli sobie ni pana, ni sługi.
Nie mieli nawet psa w domu.

Ledwo się księżyc pod ziemię zawróci
Jeden drugiego przecuci.
Noc jeszcze głucha gęste siała cienie.
Przetarłszy oczy na snu odpędzenie,
Jęli rozmawiać. „Przyjacielu — rzecze —
Jakże się ta noc długo nazbyt wlecze“. —
— Opak, zda mi się, słyszałem,
Że latem krótsza noc leci;
Wszak-to ja tysiąc snów miałem
A jeszcze zorza nie świeci.
„Jakto, mój bracie, — odpowie mu drugi —
Przeciąg ci nocy zda się teraz długi?
Musi być jakaś niespokojność prędzej,
Która twój umysł porusza i trudzi;
Ta spać nie daje, ta człowieka budzi.
Długa noc każda w nędzy!“
— Umiesz ty, proszę, sny tłomaczyć? bowiem
Cud mi się przyśnił, który ci opowiem.
Ot, jak na jawie (cóż-to za sen żywy!)
Znaczną ja nętę na hak zasadziłem,

A złowić właśnie coś dobrego chciwy
Zlekka w morze zarzuciłem.
Aż duża jakaś ryba mi przybywa,
Za nętę moją natychmiast porywa. —
„Co komu w myśli, to mu i sen o tem.
Cóż potem?“
— Oto się na wędę wzięła
I krew z niej ciec poczęła;
A przez usiłek niemały
Zgiął się ku dołu pręt cały
Ledwie go ręka dźwignęła.
Aż naostatek wyciągnąwszy wędę
Szczęśliwie połów dobędę.
Cudo! stanę jak wryty, wszak to ta
Złota mi ryba, ze szczerego złota!
Widząc przed sobą połów tak drogi,
Zaraz na wszystkie poprzysiągłem bogi
Nie być rybakiem, ale żyć na potem
Jako król jaki, z tem złotem —
I tu-m się ocknął, postrzegam dopiero
Że mi ta ryba marą była szczerą.
Ale przysiągłem, jakże się to godzi?
Ta mię przysięga obchodzi.
„O, nie lękaj się — zawoła — mój bracie!
Taka przysięga, jaką rybę macie.
Idź na to miejsce (bo już, widzę, świta),
Może tam będzie korzyść znakomita.
By nie przyszło umrzeć z głodu,
Pilnuj tu swego niewodu“.

(Swobodny przekład Fr. Kniaźnina).

E) Eros ukąszony przez pszczołę.[136]

Kiedy łotrowski Eros się skrada
Zwolna po miodek do ulu,
Żądłem cios srogi pszczoła mu zada.
W ręce dmuchał ci on z bólu,
Tupał nogami, skakał i biegał,
Bo palce wszystkie zażegał
Ogień — aż wreszcie z wymówką rzecze,
Wskazując, kędy ból piecze,
Do Afrodyty: Lichy twór pszczoła,
A jakże ranić on zdoła!
Ukrasi lice rodzicy wesoły
Uśmiech i powie: Do pszczoły
Czyś niepodobny? Ty malec taki
A jak się dajesz we znaki!

(Z. Węclewski).

XX. Bion.
a) Żal po zgonie Adonisa.
Piękny młodzieniec pasterz Adonis, ukochany przez Afrodytę (Cyprydę), raniony kłem dzika, umiera; poeta zwraca się do bogini, by śmierć jego opłakiwała.

Tu na wzgórku młodzian leży
Jak młoda lilija świeży,
Ranny w udo kłami dzika
Boginię smutkiem przenika.
Świetne ciało krew mu broczy,
Pod powieką gasną oczy
I z ust jego róża znika.
Na śnieżnem udzie młodziana
Jak strasznie krwią zaszła rana!
............
Ledwie Cypryda w rozpaczy
Ranę kochanka zobaczy,
Drżące załamuje ręce
I tak woła w srogiej męce:
„O, Adoni, zostań jeszcze,
Niechaj z tobą się napieszczę,
Nieszczęśliwa przerażona
Niech przycisnę cię do łona.
Zostań, zostań, mężu drogi!
Nim nastąpi rozdział srogi.
Zespól usta z usty memi,
Ocknij się jeszcze dla ziemi
Jeszcze mi na pożegnanie
Daj ostatnie uściskanie.
Niechaj tyle choć mam w zysku,
Ile życia jest w uścisku.
Z głębi duszy we mnie śmielej
Jedno twoje tchnienie przelej,
Niech czarowne uniesienie,
Niech miłosne upojenie
Wleje we mnie twoje tchnienie.
Gdy już ciebie tutaj nié mam
Niech choć uścisk twój zatrzymam.
Już mi znikłeś! Próżno wołam,
Jękiem wstrzymać cię nie zdołam,
Już w Plutona schodzisz kraje
A ja sama tu zostaję.
Losu twego nie podzielę,
Nieśmiertelność mam w udziele.
Persefono! Twoja władza
Szczęściu mojemu zagradza;
Wszystko, co piękne, zagaszcza.
Niech choć jego grób uwieńczę!
O, najdroższy oblubieńcze!
Znikłeś, zabrałeś pieszczoty,
A mnie zostały tęsknoty.
Jak sen znikła rozkosz cała!
O miła ziemi ozdobo!
Czemuś lubił zgubne lasy,
I z dzikami szedł w zapasy!“.

(Br. Kiciński).


b) Pory roku.

Kleodamas.  Powiedz mi, luby Mirsonie, czy jesień, wiosna, lub zima,
Czyli też lato u ciebie pierwszeństwo milsze otrzyma?
Bardziej zachwyca-ż cię lato, że pracę dojrzewa ci wszelką,
Albo się cieszysz jesienią, przyjazną nam żywicielką?
Albo zimową przenosisz nieczynność? Wszak nieraz wśród zimy
Grzejąc się koło ogniska, spokojne chwile pędzimy.
Może się bardziej zachwycasz nadobną porą wiosnową.
Odkryj twą myśl, tak wolną godzinę skrócimy rozmową.
Mirson.  Nie nam śmiertelnym przystało roztrząsać dzieła Przedwiecznych;
Wszystkie są święte i błogie i pełne łask użytecznych.
Lecz, gdy tak chcesz, Kleodamie, myśl moją tobie objawię.

Mniej lubię lato, bo skwarem i blaskiem razi jaskrawie,
Mniej lubię jesień, bo nieraz choroby przynoszą owoce,
Zimy nie lubię za mróz i szron i długie jej noce;
Wiosna — ta mi najmilsza, ta niechaj trwa mi bez końca,
Kiedy zbytni nam mróz, ani zbytni dokucza skwar słońca;
Wszystko odmładza się z wiosną i wszystko kwitnie śród wiosny,
Zmniejsza się noc i świetniej dzionek jaśnieje radosny.

(Br. Kiciński).


c) Do gwiazdy wieczornej.

Gwiazdo wieczoru! ty święta nocy ozdobo!
Słusznie bogini kochania szczyci się tobą.
Gdy księżyc świeci, tyś blada,
A świetnaś, gdy noc zapada.
Prośby młodziana wysłuchaj, zaiskrzyj jaśnie,
Bo dzisiaj księżyc zawcześnie na niebie gaśnie.
Rzuć światło na moje drogi,
Od płochej uwolnij trwogi;
Nie na kradzieże ja wcale z domu wychodzę,
Ani też myślę wędrowca śledzić przy drodze.
Miłość-to sen mi odbiera.
A pięknie, kto miłość wspiera!

(Br. Kiciński).

XXI. Moschos.
a) Żal po zgonie Biona.

Niech smutne z gajów westchnienie
Szerzy się w pola i błonie
I wy z tęsknoty, strumienie,
Płaczcie po lubym Bijonie;
Drzewa, rośliny i kwiaty
Zwiesiwszy na dół korony
I wy żałujcie tej straty
O, róże i anemony!
Hijacyncie, niech twój listek
Powtarza tęsknoty zgłoski[137],
Niech twój kwiatek więdnie wszystek,
Bo zgasnął już śpiewak boski.
O, Muzy sykulskiej obrony!
Narzekalne wznoście tony!
............
Słowiki, co jego śpiewów
Uczyły się w gęstwie krzewów
Wesołego tracą ducha
I gołąbek smutniej grucha.
I któż będzie tak zuchwały
O, Bijonie upragniony!
Z fletu twego ciągnąć tony
Gdy twe śpiewki nie przebrzmiały,
Gdy w swych skałach jeszcze echo
Przechowuje je z pociechą?
Pan chyba flet swój dostanie,
Lecz się i Pan może zlęknie:
Czy potrafi równie pięknie
Oddać twe lube śpiewanie
O, Muzy sykulskiej strony,

Narzekalne wznoście tony
............
Tyś mię uczył, tyś mi chlubę
Pozostawił z swych pamiątek
Krewnym dałeś swój majątek,
Mnie piosenki twoje lube.
Biada ludziom! Kwiaty więdną,
Ale kwiaty z nową wiosną
Rozwiną się i podrosną,
Lecz my koleją niezbędną
Ludzie możni, mądrzy, śmieli,
Gdy nas zgon zadławi niemy,
Nie będziem już wiosny mieli,
Niezbudzonym snem zaśniemy.
Ty nawet będziesz w drzew cieniu
Spoczywał w wiecznem milczeniu;
Tymczasem z wiosną coroczną
Żaby z kwakaniem nie spoczną;
A jakież może powaby
Mieć jednostajny głos żaby?
O, Muzy sykulskiej strony
Narzekalne wznoście tony!
Stań przed Persefony tronem
Nuć sykulski śpiew szlachetny.
Wszak niegdyś bogini miła
Igrając w dolinach Etny
Doryckie piosnki lubiła,
Śpiew twój uczci. I Orfeja
Niepłonna wiodła nadzieja,
I na jego dźwięk bogini
Zadość jego prośbom czyni
I powrót dozwala żonie.
O, gdyby, drogi Bijonie —
Bogini raczyła przecie
Naszym górom cię powrócić!...

(Br. Kiciński).


b) Nad brzegiem morza.

Gdy od podmuchu wiatru się rusza
Morze sinawe bez drżenia,
Przynętę czuje trwożna ma dusza;
Ku sobie tęskne marzenia
Toń gładka z większą przyciąga siłą
I ziemia już mi niemiłą.
Lecz gdy zaryczą szare bezdenie,
Łukiem się morze przelewa,
Piana i fale straszne szalenie
Huczą — na ziemię i drzewa
Wtedy spoglądam, odwracam oczy
Od morza topieli słonéj,
Wtedy cień gajów i lud uroczy
Miły, bo choć wiatr szalony
Dąsa się, limba dźwięcznie szeleści.
Och, biedny żywot pędzi rybołów,
Któremu łódka jest chatą,
A ryb tułaczych omylny połów
Za trud na morzu zapłatą.
Wolę sen słodki pod gęstym klonem,
Słuchając szmeru strumyka
Blizkiego, co się mile pomyka,
Nie trzęsąc łonem wzburzonem.

(Z. Węclewski).

XXII. Kalimach.
a) Kąpiel Pallady (Elegia — nieco skrócona).

Kwap się, wszystka łaziebnic Palladowych rzeszy,
Śpiesz się — rumaków słyszę jej świetnych parskanie —
Zbliża się i tuż z niemi możne bóstwo śpieszy.
Jasnowłose pośpieszcie na jej przywitanie
Pelasgijki[138]! — Atana[139] pierwej rąk nie zmyje,

Dopóki z boków koniom kurzu nie pozgania,
Kiedy zbroję jej zewsząd krwawy znój okryje,
Wracającej z grzesznego ludzi pomieszkania.
Przedewszystkiem z zaprzęgu oswobodzi swoje
Rumaki i opłócze potoki czystemi
Pot, w kroplach ściekający i zapiekłe znoje
Wędzideł, przeżuwanych pyskami twardemi.
Bieżcie, Achajki, bieżcie! Nie maści, wonności —
Słyszę już żartkich kół jej głośne echo dzwoni —
Nie maści, łaziebnice, nieście, nie wonności,
Bo mieszaneby maści jej nie tknęły dłoni —
Ni zwierciadła. Pogodne zawsze jest jej oko.
Gdy na Idzie Frygijczyk[140] dawał sąd wyroczny,
Ni w kruszce nie zajrzała — .....
Zatem przynoście dla niej męskie namaszczenie,
Którem Kastor swe członki i Herakles skrapia[141],
I grzebień szczerozłoty - ona nim pierścienie
Warkoczy rozczesując, w oliwę zatapia.
Znijdź, Atano! posłuszne ciebie czeka grono
Dziewic Akestórowien[142]. Atano, bogini,
Oto i Dyomedesa tarczę wyniesiono,
Jak to się w Argos dawnym obyczajem czyni.....
Z złotym grodoburczyni hełmem znijdź, Pallado,
Co w zgrzycie tarcz i w koniach podobasz zziajanych.
Dziś, służebne dziewczęta, niechaj Argos pije
Czyste źródła, nie rzeki. Dzisiaj służebnice
Niech wiadra swoje niosą bądź do Fizydyje,
Albo do Amymony Danajki krynice[143].
Sam bowiem dzisiaj, złotem ubrawszy strumienie
I kwiatami, z gór Inach przybędzie zielnistych;
Atanie kąpiel zrządzi. Ale miej baczenie
Pelasgu[144], byś nie ujrzał jej członków przeczystych,
Bo ktoby ujrzał nagą Pallas gromowładą,
Tenby ostatnie widział w życiu swojem dziwy.
Święte bóstwo! racz zstąpić; ja przed tą gromadą
Opowiem mit nie własny, lecz dawny, prawdziwy: —
Panny! Atana niegdyś w Tebach pokochała
Nimfę, jedną ze wszystkich towarzyszek grona,
Tejrezyasza matkę; z nią zawsze bywała
Razem, czyli tespijska przyjęła ją strona,
Albo też Koroneja, gdzie jej święte gaje
I nad Kuraliosem ołtarze wieńczono,

Czy w Koronei lub nad Haliartem staje[145]
Oko na Beotyjców mając obrócone,
Nieraz ją na swym wozie sadowiła,
I wszystkie nimf uciechy i swobodne tany
Charyklo swym wyborem zawsze prowadziła.
Ale i ją też czekał wyrok opłakany,
Chociaż była Atanie panna ulubiona.
Raz bowiem, kiedy spinki obsłonek odpięła
I tam, gdzie Hipokrena płynie z Helikona[146]
Kąpią się — cała góra dnia znojem usnęła —
Kapią się obie społem w sam czas południowy.
Cała góra w głębokiem usnęła milczeniu.
Tejrezyasz nadbiegł z psami, przebiegając łowy,
Chcąc pragnienie zagasić w biegącym strumieniu.
Mchem jemu miękkim lica dopiero porosły.
I wtem ujrzał to, czego widzieć się nie godzi,
Niechcący. Pallas z gniewem zwraca głos podniosły:
„Jaki cię bóg niechętny na tę ścieżkę zwodzi,
Ewera synu, skąd już nie odniesiesz wzroku!“
Tak rzekła; a noc jemu wnet oczy osiada.
Stanął niemy, w niepewnym chwiejący się kroku
I głos jego tamuje zgrozą bojaźń blada.
A nimfa zaś wołała: „O! cóżeś zrobiła,
Bogini? także drogiej przyjaźń bogów ceny!
Za coś mi nieszczęsnego syna oślepiła?...“
Rzekła i syna w swoje utula ramiona
Matka i słowiczemi ciężkie swoje żale
Rozwodzi głosy. — Na to Pallas jej wzruszona
Łagodzi boleść słowy: „Na rozwagi szale
Weź, o boska niewiasto, twoje narzekanie.
Nie jam twojego syna nieszczęsnym zrobiła, —
Jakież w tem Pallas może mieć upodobanie? —
Ale tak Kronidesa wola przeznaczyła,
Że kto nieśmiertelnego, sam nie nieśmiertelny
Postrzeże, ciężko swoje zapłaci widzenie...
Lecz nie wyrzekaj: naszej ja przyjaźni kwoli,
Ześlę dar, co mu ciężkich boleść cierpień skróci,
I uczynię go znawcą w wyroku kryjomym
Nad innymi celniejszym w trafności i wierze;
Odtąd i ptaki pozna, w ich locie świadomym
Godło szczęsne lub zgubne przepowiednie zbierze
I przepowiadać będzie Beotom, Kadmowi
Przyszłe losy i później Labdaka plemieniu.
Łaskę dam, przewodniczkę ślepemu krokowi,
I długich lat przysporzę w późnem pokoleniu.

On jeden i po śmierci wśród umarłych grona
Mądry. Sam Agezylas wielbić jego będzie“.
To mówi i skinęła — jej wola spełniona,
Bo Zeus wielki Palladzie w boskich cór swych rzędzie
Samej oddał rodzica potęgi połowę...
Przybądź ku nam, Atano, panny na spotkanie
Jej pośpieszcie, to święte wasze, panny, dzieło.
Zanoście prośby, modły, pokorne błaganie.
Witaj bóstwo, coś Argów gród w swą pieczę wzięło!
Witaj — i twoje w Argos znowu odwróć konie
I cały kraj Danajów chowaj w swej obronie.

(A. Walicki).


b) Epigramaty.
Charmisowi.

Któż zgadł, jakie wyroki dzień nam jutrzejszy obwieści?
Wczoraj jeszcze, Charmisie, życiem kwitnęły ci lica,
Dziś cię płacząc grzebiemy. Nigdy cios sroższej boleści
W serce wprost nie ugodził Dyofona, twego rodzica.

(A. Walicki).

XXIII. Muzeusz.
Hero i Leander.
Prześliczna Hero z woli rodziców jest kapłanką Afrodyty w Sestos. Skazana w ten sposób na dozgonne dziewictwo.

W nadmorskiej wieży, którą po przodkach dziedziczy,
Mieszka więc, rzekłbyś, równa władczyni Kiprydzie.
Nigdy ona w dziewiczej skromności i wstydzie
Rozmowy innych niewiast ni zabaw nie dzieli,
Ni serca pląsem w kole rówieśnic weseli,
Przed zawiścią zjadliwą strzegąc swojej cześci —
Bo na piękność zawistny bardzo ród niewieści!
Ona ciągle śle tylko modły Afrodycie,
A chcąc z matką niebianką przebłagać i dziécię,
Erosowi też często dań ofiarną składa,
Grotów jego widokiem strwożona i blada.
A przecież nie zdołała ujść ognistej strzały!

Raz bowiem, podczas uroczystości, na którą, jak zwykle, zebrały się tłumy okolicznych mieszkańców, ujrzał ją po raz pierwszy Leander z Abydos, położonego na przeciwległym brzegu Hellespontu.

Oto w świątynię Hero wstępuje dziewicza,
Siejąc wokoło blaskiem cudnego oblicza,

Tak, jak o wschodzie świeci księżyc bladolicy.
Rumieniec tylko zakwitł na twarzy dziewicy,
Jak róża, co dwubarwną pierś z pączka wychyla:
Więc rzekłbyś, że się wdzięcznie oczom twym przymila
Z jej postaci obrazek w róże strojnej łąki...
Mylnie w trzech Gracyj starzy wierzyli istnienie:
Bo gdy ona z uśmiechem rzuci ci wejrzenie,
Oko każde — ich setkę sieje blaski swemi.

Na jej widok nietylko młodzi, ale nawet starsi zajmują się płomieniem miłości.

Ty zaś, biedny Leandrze, widząc cud dziewoję,
Nie chciałeś skrycie żądłem zatruć serce swoje;
Lecz ognistemi strzały znienacka rażony,
Żyć już nie chcesz na świecie bez pięknej Herony!
Pod ócz jej blaskiem strzelił żar uczuć płomieniem,
Serce — wrzało pod ognia niezwalczonem tchnieniem!
Bo piękność cnej dziewicy, która zachwyt budzi,
Ostrzej, niż wartka strzała, rani serca ludzi.
Oko jej droga — oko srogie groty ciska,
W serca młodzieńca ranie szukając siedliska.
I jego więc zdjął podziw, śmiałość, wstyd i trwoga,
Drży w sercu; wstyd mu, że popadł w moc wroga.
Zdumiał na tyle cudów — lecz miłość wstyd płoszy!
Śmiałość więc w duszy pieszcząc i śniąc o rozkoszy,
Staje przed nią.

Hero, rażona także grotem Erosa, nie może pozostać obojętną na jego miłosne zaklęcia; oznajmia mu przecież, żeby się nie spodziewał posiąść jej otwarcie za żonę.

„Szumu fal pełna wieża, co się k’niebu wspina —
To dom mój; ze mną mieszka służebna jedyna.
Tam przed miastem, u brzegu, co nad fal pokładem
Stromych się wznosi, morze jedno mi sąsiadem,
Gdyż tak rodziców srogie kazały wyroki!
Ni tam rówieśnic którą, ni ochocze skoki
Młodzieży w tańcu ujrzysz, lecz czy noc, czy dnieje,
Wciąż tylko świst burz morskich w uszach ci szaleje!“

Rozkochany Leander proponuje jej małżeństwo tajemne.

„Dziewczę! dla twej miłości mórz przebrnę otchłanie,
Choćby ogniem kipiało, bez dna było morze,
Nie drżę przed zgubnym wałem na wodnym przestworze,
Ni też ryku się zlęknę fal, ziejących grzmotem!
Zawsze nocą, przemokły, nurtów niesion lotem,
Ja, mąż twój, Hellespontu przebrnę wirowisko,
Bo nawprost twego miasta mój gród leży blizko —
A nim Abydos. Ty zaś z swej wieży wysokiej
Pochodnię tylko wznieś mi wśród nocnej pomroki,

Aby mnie, korabiowi Erosa, wśród jazdy
Gdy ją ujrzę, służyła za przewodnie gwiazdy....
Lecz strzeż się, kochanie,
Aby wichrów gwałtownych nie zgasiło wianie,
Pochodni, światłodajnej przewodniczki życia,
Bo zginę!“....
Stanął układ — połączyć miał ich ślub tajony;
I przysięgli, pochodnię wzywając na świadki.

Odtąd codziennie, gdy zmrok zapadał, Leander przepływał cieśninę przy świetle pochodni, którą zapalała Hero, i nad ranem tą samą drogą wracał do Abydos.

Tak swą miłość przeważną w skryte tuląc ciemnie,
Ukradkiem się Kiterą poili wzajemnie.
Lecz czas krótki tak żyli i niedługo wzajem
Tej tułaczej żeniaczki cieszyli się rajem.
Bo gdy nadszedł czas zimy, co świat śniegiem bieli,
Kłębiąc spiętrzone wiry przepastnych topieli,
A bezdeń mórz ruchliwą i mokre posady
Ryły wciąż wichrów wściekłych hukliwe gromady,
Morza toń rozszalałym siekąc uraganem:
Żeglarz już okręt czarny po morzu smaganem
Ciągnął do brzegów suchych bezpiecznej przystani,
Rozhukanej i zdradnej strzegąc się otchłani —
Lecz ciebie strach nie wstrzymał mroźnej nawałnicy,
Wielkoduszny Leandrze, a hasło z wieżycy,
Błyszcząc znanem światełkiem, co ci dziewosłębi,
Uwiodło cię, coś gardził rykiem wściekłych głębi.
O zdradne i okrutne! Hero zaś nieboga,
Winna była, gdy zima zbliżyła się sroga,
Pozostać bez Leandra....
Lecz ją szał i los przemógł: więc w szału brnąc toni,
Śmierci już, nie miłości pochodnię ma w dłoni!
Noc była — kiedy wichry fal ziejące grzmotem,
Wichry, mroźnym oddechem rażące, jak grotem,
Tłumnie ku brzegom morskim runęły zawieją.
Lecz i wtedy Leander, ożywion nadzieją
Utęsknionej Herony, podążał miotany
Na fal grzbiecie. Już bałwan roztrąca bałwany,
Otchłań wre — a z powietrzem zmieszało się morze!....
Leander zaś nieszczęsny na srogiem przestworzu
Wciąż błaga Afrodytę, co z morza zrodzona,
Wciąż nawet mórz samego władcę Posejdona.
Boreasza też zdrajcy Atenki[147] nie mija —
A przecież nie wspomogła go ręka niczyja
I Eros Przeznaczenia nie wstrzymał wyroku!

Bo w piętrzących się zewsząd przed nim fal natłoku
On się błąka miotany; omdlały nóg siły,
Rąk mu strudzonych władze ruchu odmówiły,
A wody moc się wielka do gardła mu wciska —
I pił ten zgubny trunek wirów topieliska!
A w tem pochodnię zdradną wichrów gasi wycie,
A z nią — miłość Leandra biednego i życie!...
Jego niema — a Hero wciąż z bezsennym wzrokiem
Stała, a strach w jej sercu nurtuje potokiem.
Zorza błysła — kochanka nie ujrzała przecie!
Wzrokiem więc po rozległym morza wodzi grzbiecie,
Czy zbłąkanego męża oko nie dobieży,
Gdy pochodnia już zgasła. A wtem — u stóp wieży
Spostrzegłszy ciało męża wśród skał poszarpane,
Rwie na swych piersiach szaty misternie utkane,
Gwałtownym skokiem z wieży wyniosłej, szalona,
Rzuca się w toń przepastną...
Zginęła Herona,
W zgonu godzinie zgonem poprzedzona męża,
A tak w wspólnym uścisku i śmierć ich zwycięża.

(Fr. Konarski).

XXIV. Heliodor.
Teagenes i Charykleja (Aethiopica).

Nad brzegiem morza, przy ujściu Nilu, wśród mnóstwa poległych piękne dziewczę pielęgnuje rannego młodzieńca; ale gdy ku jej radości ranny do sił przychodzić zaczyna, na pobojowisko przybywa hufiec zbrojnych rozbójników i na rozkaz swego wodza uwozi młodą parę w głąb kraju do swojego warownego siedliska. Tu kochankowie - Teagenes i Charykleja (swój stosunek i imiona zdradzają oni sami w skargach na okrutne losy) znajdują pocieszyciela i doradcę w osobie młodego jeńca, Ateńczyka Knemona. Tymczasem Tyamis, wódz bandy, postanawia brankę pojąć za żonę; zanim jednak zdołał przywieść do skutku swój zamiar, napadają na jego kryjówkę wojska egipskie i biorą go w niewolę. Jeńcy odzyskują tedy wolność, ale że nie mogą opuścić rozbójniczego schroniska razem, umawiają się więc, że się zejdą w wiosce Chemmis, i Knemon pierwszy udaje się w drogę. Zbliżając się już ku umówionemu miejscu, spostrzega on nad Nilem starca, którego zachowanie się świadczy o wielkim smutku. Zapytany o przyczynę zmartwienia, starzec oznajmia, że od kilku dni boleje nad stratą dwojga młodych ludzi, któremi się opiekował i których porwali mu rozbójnicy. Knemon, dowiedziawszy się, że chodzi tu o Teagenesa i Charykleję, uspakaja go co do ich obecnego położenia i prosi go, żeby mu opowiedział o przeszłości zakochanej pary. Ucieszony starzec zabiera z sobą Knemona do mieszkania kupca Nausiklesa, u którego gości, i tu opowiada mu, co następuje: — Jest on wieszczkiem egipskim i nazywa się Kalazyrys; zmuszony okolicznościami, opuścił w Memfis stanowisko naczelnego kapłana i zamieszkał w Delfach. Tu poznał młodą kapłankę Charykleję i dowiedział się od kapłana Charyklesa, że była to jego wychowanka, otrzymana jeszcze dzieckiem od pewnego gimnozofisty etyopskiego Syzymitresa, razem z jakąś opaską, na której jest wyszyty tajemniczy napis. Właśnie Charykles zamierzał swą wychowankę zaślubić swojemu siostrzeńcowi, gdy do Delf przybył z Tesalii potomek Achillesa Teagenes, żeby w świątyni Apollina złożyć ofiarę. Podczas uroczystego obrzędu nastąpiło spotkanie się Teagenesa z Charykleją i oboje zapłonęli ku sobie gorącą miłością, co nie uszło bacznego oka Kalazyrysa. Po skończonym obrzędzie Charykles, zaniepokojony dziwnym stanem swej wychowanki, wpadł na domysł, że musiał na nią rzucić ktoś urok i zwrócił się do Kalazyrysa z prośbą, żeby ją uzdrowił. Kalazyrys przyrzekł mu swą pomoc, ale w duszy postanowił sprzyjać kochankom. Wyłudził więc od Charyklesa ową tajemniczą przepaskę i z jej etyopskiego napisu dowiedział się, że Charykleja jest córką Hydaspesa, króla Etyopii, którą matka zaraz po urodzeniu się oddała na wychowanie Syzymitresowi, gdyż z powodu jej białej cery obawiała się, że ją mąż odtrąci. To odkrycie skłoniło Kalazyrysa do stanowczego działania, tem bardziej, że Apollo i Artemida we śnie zalecili mu zaopiekować się kochankami. Namówił więc ich do ucieczki i razem z nimi wsiadł na okręt fenicki, który odpływał do Sycylii. — Dalszą opowieść Kalazyrysa przerywa przybycie Nauzyklesa. Oznajmia on wesołą nowinę, że wojska egipskie, które na jego prośbę wyruszyły na rozbójników, żeby im odebrać jego kochankę, wróciły z wyprawy, lecz zamiast poszukiwanej dostały w moc swoją o wiele piękniejszą dziewicę. Kalazyrys i Knemon poznają w niej Charykleję, która razem z Teagenesem wpadła w ręce żołnierzy; dowódca, przypuszczając, że jest-to właśnie kochanka Nauzyklesa, wydał mu ją, a Teagenesa zabrał z sobą, żeby go podarować na usługi króla perskiego. Kalazyrys wykupuje Charykleję, poczem kończy przerwaną opowieść: Podróż na okręcie była z początku pomyślna, lubo niepospolita uroda Charyklei narażała zbiegów na ciągłe niebezpieczeństwo; w końcu przecież napadli na nich korsarze i wzięli do niewoli, a ich wódz postanowił Charykleję pojąć za żonę. Gdy jednak rozbójnicy, zawinąwszy na noc do brzegu przy ujściu Nilu, zasiedli do uczty, Kalazyrys, który odgrywał rolę ojca kochanków, zdołał wmówić w jednego korsarza, że Charykleja wolałaby zostać jego żoną, niż żoną jego zwierzchnika. Ten uwierzył podstępnym słowom i wszczął o brankę spór z wodzem; podochoceni towarzysze jedni stanęli po jego stronie, inni po stronie wodza. Spór przeszedł w bitwę, w której prawie wszyscy wymordowali się wzajemnie; pozostał przy życiu tylko buntowniczy korsarz, ale Teagenes zwyciężył go w krwawej walce i zmusił do ucieczki. Nazajutrz, zaledwie weszło słońce, Kalazyrys, który przebył noc na poblizkiem wzgórzu, ujrzał zbliżający się hufiec rozbójników egipskich i ci uprowadzili młodą parę z pobojowiska w głąb kraju. Dokończywszy swojej opowieści, Kalazyrys rozstaje się z Nauzyklesem i Knemonem, który ma otrzymać w małżeństwo córkę gospodarza, i w towarzystwie Charyklei udaje się na poszukiwanie Teagenesa. Tymczasem Teagenes dostaje się znów w moc Tyamisa, który odzyskawszy wolność za sprawą przyjaciół, zebrał nowe siły i obległ Memfis. Jak wprzódy, gdy stanął na czele zbójców, podobnież i teraz czyni on to tylko dlatego, żeby odzyskać stanowisko naczelnego kapłana, wydarte mu niesłusznie przez młodszego brata. Kalazyrys przybywa do Memfis właśnie w chwili, gdy za zgodą Arsaki, żony nieobecnego satrapy Oroondatesa, Tyamis ma się orężem rozprawić z bratem. Kalazyrys poznaje w zapaśnikach swych synów i doprowadza ich do zgody; on to był niegdyś owym naczelnym kapłanem i teraz powagą swoją sprawia, że Tyamis odzyskuje należne mu stanowisko. Ale wkrótce potem Kalazyrys umiera i kochankowie tracą w nim opiekuna. Dorodny Tengenes wpada w oko Arsace. Namiętna wielkorządczyni różnymi sposobami stara się go pozyskać dla siebie; lecz gdy ten pozostaje obojętnym na jej zabiegi, wtrąca go do więzienia, a Charykleję chce otruć z zazdrości. Ale przez pomyłkę truciznę wypija kto inny. Wówczas Arsaka oskarża ją o trucicielstwo i skazuje na spalenie. Na szczęście Charykleja ma na palcu pierścień z cudownym kamieniem i ten ją od śmierci na stosie ratuje, a zaraz potem od Oroondatesa, który właśnie prowadzi wojnę z Etyopami, przybywa goniec z rozkazem, żeby Teagenesa i Charykleję zabrał do obozu: Arsaka obwiesza się, a kochankowie w drodze do obozu dostają się w moc wojsk etyopskich. Hydaspes, król etyopski, pokonawszy wreszcie Oroondatesa, wraca z jeńcami do swej stolicy Meroe. Tu kochankowie mają być spaleni na dziękczynną ofiarę Heliosowi i Selenie; Charykleja musi wprzód jednak poddać się próbie, stwierdzającej jej panieństwo. Próba wypada dla niej pomyślnie, więc oboje stają na stosie ofiarnym. Wówczas Charykleja odsłania swoje pochodzenie i na dowód składa opaskę i pierścień z cudownym kamieniem, a gimnozofista Syzymitres, który ją niemowlęciem był na wychowanie otrzymał, stwierdza wiarogodność jej zeznania. Hydaspes za zgodą ludu uwalnia ją od śmierci i oddaje rozczulonej matce. Tymczasem Teagenes poskramia rozjuszonego wołu, przeznaczonego także na ofiarę, i zwycięża w szermierce na pięści potężnego zapaśnika. Te dowody jego przytomności umysłu, siły i zręczności powstrzymują wstydliwą Charykleję od wyznania matce swej miłości, bo widząc, jak jej ukochany zyskuje poklask i sympatyę ludu i króla, ma nadzieję, że i jemu życie będzie darowane. Napróżno jednak: obyczaj narodowy na to nie zezwala i Teagenes znów ma wstąpić na stos, gdy wtem staje przed królem kapłan delficki Charykles, który aż tu przywędrował, szukając porwanej wychowanki. Ujrzawszy Teagenesa, oskarża on go przed królem o jej porwanie. Następują wyjaśnienia, po których Teagenes odzyskuje wolność, bo nie godzi się, żeby poniósł śmierć ten, co wrócił królewnę rodzicom. Hydaspes, widząc w tem wszystkiem opiekę bogów nad kochankami, oznajmia ludowi, że przyjmuje Teagenesa za zięcia i za swojego następcę. Lud okrzykami zadowolenia przyjmuje postanowienie monarchy. Przytaczamy tu wyjątek, zawierający opowieść Kalazyrysa o spotkaniu się Teagenesa i Charyklei (ks. III. rozdz. 1 — 5).

....Na czele (pochodu ofiarnego Teagenesa) postępowała hekatomba ze zwierząt ofiarnych, prowadzona przez krajowców (Tesalczyków) w stroju narodowym. Ubrani w białe tuniki, za pomocą pasa uniesione aż do kolan, w obnażonych prawicach trzymali dwusieczne topory. Bydlęta wszystkie były czarnej maści, miały karki mięsiste, silne i zlekka wygięte; ostre rogi, nie nadto duże ani zakrzywione, albo pozłacane albo obwinięte kwiecistymi wieńcami, uda kabłąkowate i podgardla zwisłe aż do kolan — słowem rzeczywista hekatomba, ściśle odpowiadająca swej nazwie. Za nią postępowała gromada różnych innych bydląt ofiarnych, rozgatunkowanych i prowadzonych w należytym porządku, przy dźwiękach fletów i syryng[148], których muzyka uświęcała i zapowiadała ofiarę. Za tem stadem i jego poganiaczami postępowały z rozpuszczonemi włosami tesalskie dziewczęta, przepasane pięknymi i szerokimi pasami. Były one podzielone na dwa chóry. Jedne z nich, składające chór pierwszy, niosły koszyki pełne kwiatów i dojrzałych owoców; drugie tworzyły kanefory[149], niosące w naczyniach ciasto ofiarne i kadzidła, z których przyjemna woń rozchodziła się wokoło. Ręce jednak miały wolne; koszyki bowiem dźwigały na głowach, a trzymając się za ręce, tworzyły chór z prostego i ukośnego szeregu, tak iż posuwały się jednocześnie naprzód i tańczyły. Takt podawał im chór drugi, któremu było powierzone odśpiewanie hymnu. Hymn składał się z pochwały na cześć Tetydy i Peleusza, później ich syna i wreszcie jego syna... Przytem jednak harmonia i zgodność chórów była tak doskonała, posuwanie się ich tak przystosowane do muzyki, iż słuch odciągał wzrok od tego, co godne było widzenia, i obecni, porwani dźwiękami pieśni, podążali za korowodem dziewic. Po nich wystąpili konni efebowie[150] z przewódcą na czele i przedstawili takie widowisko piękności, że zmalała przy niem wszelka rozkosz słuchu. Efebów było pięćdziesięciu, rozdzielonych na dwa hufce po dwudziestu pięciu w każdym, które z obu stron osłaniały wodza poselstwa. Ich buty były powyżej kostek umocowane purpurowymi rzemieniami, zadzierzgniętymi w misterne węzły; białe chlamidy, obszyte u dołu ciemno-błękitną lamówką, spięto na piersiach złotemi klamrami. Wszystkie ich konie były tesalskiej rasy, a szlachetność ich ojczyzny tryskała z ich oczu: z niechęcią bowiem znosiły przymus wędzideł i często okrywały je pianą; znosiły wszakże, bo one kierowały niemi stosownie do woli jeźdźców... Lecz jakkolwiek pięknie wyglądali efebowie, wzrok przecież zgromadzonego ludu przesunął się tylko po nich i skierował się na ich wodza. Był nim właśnie mój ukochany Teagenes. Jak błyskawica przyćmiewa wszelkie inne światło, podobny blask rozpostarło ukazanie się jego. Był on jednocześnie jeźdźcem i hoplitą[151], a w ręce trzymał jesionowy oszczep, spiżem okuty. Posuwał się naprzód z głową odkrytą, bez hełmu; z ramion zwieszała mu się purpurowa chlamida, na kt6rej złotem wyszyta była walka Lapitów z Centaurami[152]; klamra z bursztynu wyobrażała Atenę z głową Gorgony na pancerzu. Lekki powiew wiatru dodawał temu wszystkiemu jeszcze więcej wdzięku; jego łagodne tchnienie muskało delikatnie włosy, spadające nu ramiona, rozdzielało je nad czołem i zrzucało poły chlamidy aż na grzbiet i uda konia. Rzekłbyś, że i sam koń oceniał piękność swego pana i wiedział, że sam będąc pięknym, dźwigał na sobie najpiękniejszego jeźdźca: bo wyginał swój kark, strzygł ostremi uszami i nastroszył dumne brwi nad oczyma. W takiej postawie posuwało się zuchwałe zwierzę, szło posłuszne naprzód i lubo przechylało się to na jedną to na drugą stronę i zaledwie brzegiem kopyt dotykało ziemi, trzymało przecież swe kroki w karbach spokojnego chodu. Widok ten zadziwił wszystkich obecnych i wszyscy przyznali młodzieńcowi pierwszeństwo pod względem męskości i piękności: nawet kobiety niższego stanu, które nie umieją panować nad swojemi uczuciami, ani ich ukrywać, obrzuciły go jabłkami i kwiatami, ażeby w ten sposób — jak im się zdawało — otrzymać jakąkolwiek oznakę jego uprzejmości. Jedno bowiem tylko było zdanie wszystkich, że niemasz między ludźmi nikogo, ktoby pięknością przeszedł Teagenesa.

„Lecz gdy o świcie powstała różanopalca Jutrzenka“ —

jakby powiedział Homer; gdy ze świątyni Artemidy wyszła piękna i rozumna Charykleja, przekonaliśmy się wówczas, że i Teagenes może być przewyższony, ale przewyższony o tyle, o ile prawdziwa piękność kobieca bardziej pociąga, niż najprzedniejsza nawet piękność męska. Siedziała ona na wozie, ciągnionym parą białych wołów, przyodziana w długą purpurową szatę, przetykaną złotymi promieniami. Pierś jej obejmował pas, na który artysta wysilił cały swój kunszt, gdyż nigdy przedtem ani potem nie zrobił nic podobnego. Na plecach bowiem pomiędzy łopatkami związał go w kształcie ogonów dwóch wężów, ich szyje splótł pod piersiami w sztuczny węzeł, przez który przesunął ich głowy i zwiesił je jako końce aż do nóg sięgające. Można było pomyśleć, że węże istotnie pełzały, ale nie straszyły ponurym złowrogim wzrokiem, ho wyglądały jakby ułagodzone w lekkiej drzemce i uśpione rozkoszą na piersi dziewicy. Były one ze złota, ale koloru niebieskiego, bo złoto było sztuką zczernione, ażeby mieszanina czarnego i żółtego koloru lepiej uwydatniała chropowatość i pstrą połyskliwość ich łuski. Taki to był pas dziewicy. Włosy jej zaś nie były całkiem splecione, ani też rozpuszczone; jedna ich część spływała w bujnej pełni na ramiona i plecy, na ciemieniu zaś i czole ujęte w delikatne gałązki laurowego wieńca, nie mogły bezładnie rozsiewać się w powietrzu. W lewej ręce trzymała łuk złocony; kołczan był zawieszony na prawem ramieniu; drugą zaś ręką unosiła płonącą pochodnię. Ale jej oczy rozsiewały jaśniejszy blask, niż pochodnia“. — „Tak! tak! — zawołał Knemon — to oni! to Charykleja i Teagenes!“ — „Gdzież są? Pokaż mi ich, zaklinam cię na bogi!“ pytał Kalazyrys, myśląc, że Knemon widzi ich istotnie. — „Ach, ojcze! zdawało mi się, że patrzę na nich oboje, tak żywo, tak dokładnie — o ile ich znam — odmalowało mi ich twoje opowiadanie“ odrzekł na to Knemon. — „Nie wiem — odparł tamten — czy widziałeś ich kiedy w takim blasku, jak w owym dniu oglądała ich Hellada i słońce, podziwianych i uwielbianych od wszystkich: ją — przedmiot pożądania mężczyzn; jego — cel pożądania kobiet. Mieć bowiem każde z nich w małżeństwie stawiali wszyscy narówni z nieśmiertelnością; tylko że młodzieńca bardziej podziwiali krajowcy, dziewicę zaś — Tesalczycy, bo każda strona wyżej stawiała to, co oglądała po raz pierwszy albowiem widok przedmiotu obcego łatwiej wprawia w zdumienie, niż opatrzonego. Kiedy już procesya obeszła wkoło posąg Neoptolema i efebowie okrążyli go potrzykroć na koniach, kobiety i mężczyźni wydali okrzyk radości. Jakby na dany znak padły w ofierze woły, owce i kozy; na olbrzymim ołtarzu ułożono mnóstwo polan rąbanego drzewa, na nich podług obyczaju poukładano części bydląt ofiarnych i zawezwano Febowego kapłana, żeby libacyą rozpoczął ofiarę i stos podpalił. Ale Charykles oznajmił, że do niego należy tylko spełnienie libacyi, a wódz poselstwa podpali stos pochodnią, którą mu wręczy kapłanka — taki bowiem obrządek nakazuje prawo ojczyste. Po tych słowach wylał on libacyę a Teagenes ujął pochodnię. Wówczas to przekonaliśmy się dowodnie, że dusza ludzka ma w sobie coś boskiego i jest pokrewna wyższym istotom. W chwili, gdy się młodzi ludzie ujrzeli, dusze ich pokochały się nawzajem, jak gdyby przy pierwszem spotkaniu poznały, że są sobie równe i dla siebie stworzone. Najprzód zatrzymali się nagle i stali chwilkę nieruchomi i jakby zmieszani; potem nieśmiało ona podała i nieśmiało on ujął pochodnię; długo oboje trzymali oczy utkwione w siebie, zupełnie tak, jak gdyby widzieli się i znali się już dawniej, a teraz przypominają to sobie, i uśmiechnęli się oboje, ale tylko zlekka i ukradkiem, tak że ten uśmiech dał się poznać jedynie w rozjaśnionem spojrzeniu. Potem jakby się wstydząc tego, co się stało, sponsowieli ognistym rumieńcem i znowu zbladli, gdy choroba — jak się domyślam — przedarła się aż do serca. Słowem, niezliczone zmiany przemknęły w krótkim czasie po obliczu obojga, a wieloraka zmiana twarzy i oka zdradzała zaniepokojenie ich duszy“.

(Edw. Gr.).

2. RZYMIANIE.

I. Enniusz.
Annales. (Roczniki).
Jestto poemat historyczny, opiewający heksametrem dzieje Rzymu w chronologicznym porządku od przybycia Eneasza do Lacyum aż do roku 174 przed Chrystusem. Dzieje pierwotne przedstawia w nim poeta zgodnie z tradycyami, jakie już za jego czasów, lubo nierozwinięte, istniały. Z całości podzielonej na 18 ksiąg, dochowały się zaledwie drobne fragmenty (razem trochę więcej niż 600 wierszy). W jednym z nich Ilia, córka Eneasza a matka Romulusa i Remusa, tak opowiada siostrze wieszczy sen o swojej przyszłości:

Gdy z snu zbudzona światło przyniosła drżąca staruszka,
Ona tak rzecze wśród łez, sennem strwożona widzeniem:
„O córko Eurydyki, którą nasz ojciec miłował,
Wszystkie siły i życie całkiem już mnie odbieżało.
Przyśniło mi się, że jakiś mąż mnie dorodny unosił
Nad brzegiem rzeki przez miłe zarośla i miejsca nieznane.
Potem mi się zdawało, że ciebie, siostro, goniłam,
Lecz wciąż zbyt późno w twe ślady zdążając, nie mogłam
Ciebie dogonić, nogi bo żadna nie wsparła ścieżyna.
Potem znów mi się zdało, że ojca słyszę wołanie
W te słowa: „O córko! wiele masz jeszcze przecierpieć
Zmartwień, zanim ci z rzeki pomyślność powstanie“.
Zaledwie wyrzekł to, siostro, zniknął mi nagle z przed oczu
I nigdy się już nie ukazał, dla serca tak pożądany,
Chociaż ku nieba błękitom częstokroć ręce błagalne
Wznosiłam i pieszczotliwym głosem go przyzywałam,
Tylko co z sercem zbolałem ze snu się tego zbudziłam".

Romulus i Remus, synowie Ilii i boga Marsa, wykarmieni przez wilczycę i wychowani przez pasterza Faustulusa wdają się w kłótnię z pasterzami króla Amuliusza, Remus zostaje pojmany i stawiony przed królem. Wówczas Faustulus wyjawia Romulusowi tajemnicę ich pochodzenia; Romul uwalnia brata i daje się poznać Amuliuszowi, poczem obaj bracia, na miejscu, gdzie zostali wyrzuceni, zakładają miasto.

Wtedy w wielkim frasunku obadwaj żądni władania
W wieszczbach szukają porady i w locie ptaków wróżebnych.
Tu Remus osobno poświęca się wróżbie i czeka
Ptaka pomyślno-wieszczego; a hoży Romul się radzi
Na Awentynie wysokim i wzrokiem ród śledzi skrzydlaty.
Spór toczyli, czy Romą czy nazwać miasto Remorą.
Wszyscy się męże kłopocą, kto z nich dwóch królem zostanie?
Jak na igrzyskach konsul kiedy znak podać się zbiera,
Wszyscy oczy ciekawie zwracają w tę stronę areny,
Kędy z wrót malowanych rychło wóz w szranki wypadnie;
Tak w milczeniu głębokiem wygląda lud końca sporu:
Komu da niebo zwycięstwo i rządy nad państwem szerokiem.
Tymczasem słońce świetlane skryło się w nocy czeluści,
Potem znów w górę strzeliło światło promieńmi jasnemi
Wtem po lewicy z wysoka nadleciał ptak dobrowróżbny
Prześliczny i jednocześnie słońce też złote powstaje.
Spuszczają się z góry święte trzykroć po cztery ptaki
I lot swój kierują ku miejscom wróżebnym, szczęśliwym.
Widzi stąd Romul, że jemu oddane zostało pierwszeństwo,
Wieszczbą wskazany tron państwa i jego podstawy,

(Edw. Gr.)

II. Plaut.
A) Trojak.
Ojciec marnotrawnego syna i dorosłej córki Charmides udał się z Aten w podróż dla poprawienia swoich handlowych interesów. Opiekę nad dziećmi zostawił przyjacielowi swemu Kalliklesowi, zwierzając mu się, że w domu są zakopane pieniądze, o których nikt wiedzieć nie powinien, a najmniej syn jego. Tymczasem syn ten Lesbonik straciwszy już wszystko, co posiadał, postanowił sprzedać dom ojcowski. Kallikles, nie chcąc puścić domu i zakopanych w nim pieniędzy w obce ręce, sam go kupuje. Siostrę Lesbonika chce wziąć za żonę syn jednego z przyjaciół ojca; ale ponieważ nieprzystojném-by było wychodzić za mąż bez posagu, opiekun Kallikles zamierza dostać zakopany w domu skarb, chcąc pieniądze te przedstawić jako przysłane przez Charmidesa z Seleucyi. Wtem sam Charmides wraca i komedya kończy się weselem i córki i syna. Podajemy najprzód scenę, w której Megaronides czyni wymówki Kalliklesowi za kupno domu Charmidesa.

Megaronides.  ... Zgnilizna zanadto zaraziła dobre
Nasze tu obyczaje; a tak w większej części
Jesteśmy w rękach śmierci. Kiedy dobre chore,

Wybujały obficie, jak skrapiane zielsko
Nasze złe obyczaje i nic nie jest tańsze
Już teraz między nami, jak złe obyczaje:
Z nich możesz najobfitsze już zbierać owoce...

(wchodzi Kallikles dający ostatnie rozporządzenia żonie co do przystrojenia świeżo kupionego domu uczczenia bóstwa domowego — Lara):

Kallikles.  Żono, Lara naszego przyozdób mi w wieńce,
A czcij go, aby dom nasz otoczył opieką,
Ażeby mu dał szczęście i błogosławieństwo —
(do siebie)  I abym jaknajprędzej widział cię na marach.
Megaron.  (do siebie). Oto ten, który wpośród starości zdziecinniał
I dopuścił się winy, godnej ukarania.
Przybliżę się do niego.
Kallikles.  Czyj głos ja tu słyszę?
Megaron.  Przyjaciela, jeżeli jesteś po mej woli,
Ale nieprzyjaciela i rozgniewanego,
Jeśli takim nie jesteś
Kallikles.  Witaj, przyjacielu
Drogi i rówienniku! Jak się masz,
Mój Megaronidesie?
Megaron.  Kalliklesie, witaj!
Jak się masz? jak się miałeś?
Kallikles.  Dobrze, bardzo dobrze.
Megaron.  A żoneczka co porabia? zdrowa?
Kallikles.  Nad życzenie.
Megaron.  Chwała Bogu, że zdrowa i że jest przy życiu.
Kallikles.  Widzę, że się ty cieszysz z mojego nieszczęścia.
Megaron.  Ja wszystkim przyjaciołom życzę tak jak sobie.
Kallikles.  Tak? — a twoja jak się ma?
Megaron.  Nieśmiertelna baba
Żyje mi i żyć będzie.
Kallikles.  Bardzo mnie to cieszy,
Niech bogowie ją dłużej na świecie trzymają,
Niż ciebie.
Megaron.  I ja tobie życzyłbym tak samo,
Gdyby twą była żoną.
Kallikles.  Więc się pomieniajmy;
Ja twoją żonę wezmę, a ty weźmiesz moją,
Ja bynajmniej doprawdy źle na tem nie wyjdę.
Megaron.  O, nie myśl, aby ci się udało mnie złapać.
Kallikles.  Zobaczyłbyś dopiero, jaki to jest handel!
Megaron.  No, zostańże przy swojem; najłatwiej się znosi
Nieszczęście już nam znane; bo gdybym ja teraz
Miał nieznane mi dostać, nie wiem, cobym zrobił.
Zaiste długo żyje ten, kto żyje dobrze.

Ale rzućmy już żarty, a uważaj sobie,
Gdyż ja po interesie do ciebie przychodzę.
Kallikles.  Po jakim?
Megaron.  Ażeby ci dobrze natrzeć uszu.
Kallikles.  Komu? mnie?
Megaron.  Czyż jest tutaj kto prócz mnie i ciebie?
Kallikles.  A niemasz.
Megaron.  Cóż więc pytasz, czy chcę skarcić ciebie?
Chyba myślisz, że siebie samego chcę karcić.
Bo jeśli w tobie chora dawna dobra dusza,
Jeśli złym obyczajem chcesz zmienić charakter,
Lub jeśli obyczaje charakter twój psują,
Że rzucasz cnotę dawną, za niecnotą gonisz,
Zadajesz wielką ranę twoim przyjaciołom;
Ciebie widząc i słysząc, oni sami chorzy.
Kallikles.  Skąd ci przyszło do głowy takie gadać rzeczy?
Megaron.  Bo jest mężczyzn i kobiet dobrych obowiązkiem
Strzedz się nietylko winy, lecz i podejrzenia.
Kallikles.  Ale obie te rzeczy nie są w naszej mocy.
Megaron.  Dlaczego?
Kallikles.  Pytasz o to? By winy uniknąć,
To w naszem leży sercu, ale podejrzenie
Spoczywa w piersi obcej. Bo gdybym ja teraz
Chciał ciebie podejrzewać, że z głowy Jowisza
Ty ukradłeś koronę, — z Kapitolu, który
Jest na najwyższym szczycie; choćbym tak nie zrobił,
Lecz mnieby się widziało ciebie podejrzewać,
Jakżebyś mógł zabronić tak o tobie sądzić?
Ale powiedz, interes jaki do mnie miałeś?
Megaron.  Czy znasz ty przyjaciela, albo też krewnego,
Któremubyś zaufał?
Kallikles.  Wypowiem ci szczerze.
Jedni są prawdziwi — a tamtych tak sądzę,
A innych trudno pojąć umysły i serca,
Czy mi są przyjaciołmi, czy nieprzyjaciołmi.
Lecz ty między pewnymi jesteś najpewniejszym.
Jeśli wiesz, żem uczynił co błędnie, przewrotnie,
A o to mnie nie winisz, sam godnyś skarcenia.
Megaron.  Tak jest; a jeślim przyszedł tu z innej przyczyny,
Masz słuszność.
Kallikles.  Cóż mi powiesz?
Megaron.  Oto przedewszystkiem
Powiem ci, że tu ludzie źle o tobie mówią,
Nazywają cię chciwym haniebnego zysku;
Inni zowią cię sępem, któremu zajedno,
Czy szarpie przyjaciela, czy nieprzyjaciela.
To gdy słyszę o tobie, trapię się tem biedny.

Kallikles.  W mej to i nie w mej mocy, Megaronidesie;
Nie w mej mocy, że mówią; lecz aby mówili
Nieprawdę, jest w mej mocy.
Megaron  (wskazując na dom).Czy ten tu Charmides
Był twoim przyjacielem?
Kallikles.  Jest nim i był dawniej;
A ażebyś mi wierzył, że tak jest, dowiodę,
Bo kiedy mu syn jego zaszargał majątek,
A on widział, że bieda już go się czepiała,
I córka jego była już dorosłą panną,
Gdy jej matka, a żona jego mu umarła,
Wtenczas on chcąc pojechać tu stąd do Seleucyi,
Oddał mi swoją córkę w opiekę i syna
Owego zepsutego i cały majątek.
Będąc nieprzyjacielem, nie byłby tak zrobił.
Megaron.  Dlaczego się nie starasz naprawić młokosa,
Którego tak złym widzisz, który jest powierzon
Twej opiece przyjaźni? Czemuż go na dobrą
Nie naprowadzasz drogę? O to się ubiegać,
Abyś go mógł poprawić, więcej ci przystało,
Niż abyś na się ściągał tę samą niesławę,
I swoją własną winę z jego winą złączył.
Kallikles.  A cóż ja uczyniłem?
Megaron.  Co czyni człek podły.
Kallikles.  Nigdy w świecie.
Megaron.  Czyż domu tego nie kupiłeś
Od młodzieńca. Cóż? milczysz? — w którym teraz mieszkasz?
Kallikles.  Kupiłem i czterdzieści min[153] mu zapłaciłem
Megaron.  Dałeś mu zań pieniądze.
Kallikles.  Tak — i nie żałuję.
Megaron.  A to dobra zaiste była twa opieka!
Miecz mu więc dałeś w rękę, ażeby się zabił.
Bo czyż to co innego dać do rąk pieniądze
Młokosowi głupiemu i zakochanemu,
Ażeby swej rozpusty już dopełnił miarę?
Kallikles.  Czyż mu nie miałem płacić?
Megaron.  Tak, ani kupować
Nie miałeś nic od niego, ani mu sprzedawać,
Ani mu do zgorszenia nastręczać sposobność.
Który ci był powierzon, tego ty zgubiłeś,
A który ci powierzył, tegoś wypchnął z domu.
Piękne bo to zlecenie! a spełnione ślicznie!
Temu się oddaj w ręce — a będzie ci dobrze.
Kallikles.  Zmuszasz mnie obelgami, Megaronidesie —
Dla mnie rzecz niesłychana, iż co powierzone
Jest mojemu milczeniu, wierze, uczciwości,

Bym nikomu nie mówił, ni uczynił jawnem —
Iż koniecznie powierzyć już ci teraz muszę.
Megaron.  Wiedz, że co mnie powierzysz, jakbyś rzucił w wodę.
Kallikles.  Obejrzyj się dokoła, ażeby nas jaki
Świadek tu nie podsłuchał — a obejrzyj dobrze.
Megaron.  Słucham cię, co mi powiesz.
Kallikles.  Milczysz, to więc powiem.
Kiedy stąd za granicę wyjeżdżał Charmides,
Skarb mi wskazał w tym domu — tu w jednym pokoju —
Lecz oglądaj się dobrze.
Megaron.  Tu niemasz nikogo.
Kallikles.  Około trzech tysięcy Filipów[154], a płacząc
Zaklinał mnie na przyjaźń, na uczciwość moją,
Abym jego synowi tego nie powiedział...
A teraz gdy powróci, oddam mu w całości;
Jeśli go zaś co spotka, znajdzie córka jego,
Którą on mi powierzył, taki przecież posag,
Iż ją jakoś uczciwie będę mógł dać za mąż.
Megaron.  Bogowie nieśmiertelni! Jakże kilku słowy
Prędko mię przerobiłeś! Inny tu przyszedłem...
Kallikles.  .....Mów, co miałem robić?
Czy miałem mu skarb wskazać przeciw woli ojca
I mimo jego prośby? Czy miałem dozwolić,
Ażeby domu tego został inny panem,
Któryby razem z domem kupił skarb ukryty?
Ja raczej dom kupiłem i dałem pieniądze
Z przyczyny tego skarbu, bym go cały oddał
Przyjacielowi memu. Lecz go nie kupiłem
Dla siebie i dla zysku — tak, tylko dla niego
Za me własne pieniądze...
Taka więc moja zbrodnia, taka moja chciwość!
Czy dla tych moich czynów tak źle o mnie mówią?
Megaron.  Dosyć już pokonałeś swego gromiciela,
I usta mu zamknąłeś, nie mam co powiedzieć...

(zostawszy sam)

.....Nie masz zaiste nic ani głupszego,
Nic więcej błazeńskiego, ani kłamliwszego,
Ani gadatliwszego, ani zuchwalszego,
Nic coby skorszem było do krzywoprzysięstwa,
Jak owo zbijobruki, których plotkarzami
Nazywają; a jednak i ja do ich cechu
Należę, iż dawałem ucho ich szalbierstwom.
Wszystko oni chcą wiedzieć, chociaż nic nie wiedzą;
Co kto ma w głębi duszy, lub mieć ma — już wiedzą.

Wiedzą to, co królowej król mówił na ucho,
Wiedzą, o czem mówiła Junona z Jowiszem,
Co się ani nie stanie, ani się nie stało,
To oni jednak wiedzą. Za nic sobie mają,
Czy słusznie, czy niesłusznie, chwalą albo ganią
Byle tylko wiedzieli, co im się podoba.
Cały świat już tu mówił o tym Kalliklesie,
Że to człowiek niegodny i siebie i państwa,
Ponieważ wyzuł tego młodzieńca z majątku.
Ja tedy, oszukany plotkarzy słowami,
Skoczyłem przyjaciela najniewinniej karcić.
Gdybyśmy dochodzili plotki aż do źródła,
A pogardą i słowy karali plotkarza,
Któryby nazwać nie mógł źródła swoich wieści,
Byłoby państwu dobrze. Bo gdyby tak było,
Niewielu-by wiedziało to, czego nie wiedzą,
I trzymali-by język za zębami.

Przypatrzmy się teraz rozmowie marnotrawcy z przebiegłym służącym, który wyrachowuje dziwiącemu się panu, na co poszły tak prędko pieniądze:

Lezbonik.  Jeszcze nie dwa tygodnie, jak od Kalliklesa
Odebrałeś czterdzieści min za dom sprzedany;
Wszakże tak, Stazymosie?
Stazymos.  Jak się zdaje, prawda.
Lezbonik.  Cóż się stało z pieniędzmi?
Stazymos.  Zjedzone, przepite,
Wydane na olejki, utopione w łaźni;
Mają je teraz: rybak, piekarz, rzeźnik, kucharz,
Ogrodnicy, olejkarz, ptasznik — prędko po nich!
Jakgdybyś na mrowisko porzucił garść maku.
Lezbonik.  Lecz na to nie wydano z pewnością min sześciu!
Stazymos.  A to, co ja ukradłem?
Lezbonik.  Tak, to najważniejsze.
Stazymos.  Jeśli dobrze policzym, to się nie pokaże,
Chyba, że ci się zdaje, iż twoje pieniądze
Są skarbem nieprzebranym. (do siebie) Zapóźno i głupio!
Co dawniej był powinien robić, robi teraz;
Zmarnowawszy majątek, bierze się do kredki.
Lezbonik.  (rachując). Jednakże w żaden sposób liczba się nie zgadza.
Stazymos.  O, liczba już się zgadza — pieniądz się rozhuknął.
Odebrałeś czterdzieści min od Kalliklesa,
A on za to od ciebie dom nabył przez kupno.
Lezbonik.  Prawda.
Stazymos.  Tysiąc drachm olimpijskich[155], któreś został winien
Z rachunku, zapłaciłeś przecież bankierowi

Lezbonik.  Które mu obiecałem —
Stazymos.  Które zapłaciłem —
Które za poręczeniem przymuszony byłeś
Zapłacić za owego młodzieńca, co ci się
Bogatym być wydawał.
Lezbonik.  A tak, tak się stało.
Stazymos.  Tak, straciłeś pieniądze.
Lezbonik.  Tak — i to się stało,
Bo go w biedzie widziałem i żal mi go było.
Stazymos.  Innych bo ty żałujesz, siebie nie żałujesz,
Ani się też nie wstydzisz.

Przytaczamy wreszcie scenę, w której występuje przyjaciel lekkomyślnego, ale w gruncie dobrego Lezbonika, poważny i rozumny Lizyteles, który chce zaślubić siostrę marnotrawcy, nie żądając posagu; a Lezbonik się na to nie zgadza.

Lizyteles.  Idzie mi o twe dobro.
Lezbonik.  Może nawet więcej
Niżeli mnie samemu? Dosyć mam rozumu,
I dosyć sam pojmuję, czego mi potrzeba.
Lizyteles.  Ale czyż to jest rozum — gardzić dobrodziejstwem
Przyjaciela?
Lezbonik.  Ja tego nie zwę dobrodziejstwem,
Co się temu, któremu czynisz, nie podoba.
Wiem ja i sam to czuję, com czynić powinien,
I znam me obowiązki, a twojemi słowy
Nie skłonisz mnie do tego, bym głosem ogółu
Pogardzał.
Lizyteles.  Co ty mówisz? Dłużej już nie mogę
Wstrzymać się, bym nie skarcił ciebie, jak należy.
Czyż na to ci przodkowie zostawili sławę,
Ażebyś to, co oni przez cnotę nabyli,
Najhaniebniej zmarnował? Czy, abyś potomkom
W ich imieniu zostawił niezatartą skazę?
Twój ojciec i dziadowie uczynili tobie
Drogę łatwą i gładką do czci i znaczenia,
A ty ją uczyniłeś trudną — własną winą,
Lenistwem i tak głupim twym sposobem życia.
Tak, ty dałeś pierwszeństwo rozkoszy przed cnotą,
I myślisz, że twe błędy teraz tem pokryjesz?
Wcale nie! Lecz zagarnij do twojego serca
Cnotę, a wygnaj z duszy twojej precz lenistwo,
Służ twoim przyjaciołom na rynku, przed sądem...
Dlatego to ja pragnę i usilnie żądam
Grunt ten tobie zostawić, byś miał jaki środek
Do poprawienia siebie, a obywatele,
Twoi nieprzyjaciele, ażeby nie mogli
Obrażać cię i gardzić tobą dla ubóstwa.

Lezbonik.  Wszystko to, co mówiłeś, wiem ja bardzo dobrze,
A nawet mógłbym dodać, że majątek ojca
I sławę moich przodków okryłem niesławą.
Com powinien był czynić, dobrze to wiedziałem,
Alem czynić nie umiał. Tak siłą rozpusty
Zwyciężony, lenistwem zdjęty, wpadłem w przepaść.
Tobie bardzo dziękuję według zasług twoich.
Lizyteles.  Lecz tego znieść nie mogę, że zabiegi próżne,
Że ty słowy mojemi w swem sercu pogardzasz;
Zarazem tem się martwię, że masz mało wstydu.
A nareszcie, jeżeli mnie nie zechcesz słuchać
I uczynić, co mówię, zostaniesz w ukryciu
Nazawsze, a honory szukać cię nie będą,
Ciągle będziesz w ciemnicy, chcąc być na widowni.
Znam ja, mój Lezboniku, dobrze twój charakter.
Wiem, że ty nie grzeszyłeś z własnej swojej woli,
Lecz że miłość twe serce uczyniła ślepem;
A miłości znam dobrze wszystkie kręte ścieżki.
Bo taka to jest miłość: trafia jako pocisk;
Nic nie jest takie prędkie, ni tak szybko leci,
W głowie ludziom przewraca, robi kapryśnymi;
To jej się niepodoba, co się więcej radzi,
A to, co się odradza, właśnie się podoba,
Kiedy się czego nie ma, pragnie się posiadać,
A kiedy się posiada, wtenczas mieć się nie chce;
Kto odradza, ten radzi; kto radzi — zabrania,
U Kupidyna goście wielkie to szaleństwo.
Lecz ja cię upominam, byś pilnie rozważał,
Co uczynić zamyślasz. Jeśli usiłujesz
Uczynić, co mi mówisz[156], w ród swój rzucasz ogień.
Aby płomień ugasić, będziesz szukać wody,
A jeśli jej dostaniesz — jako zakochani
Są w swem sercu przebiegli — nie zostawisz pewnie
Ani jednej iskierki, by twój ród zaiskrzał.
Lezbonik.  Ale ją łatwo znaleść, bo ognia dostaniesz
Choć od nieprzyjaciela. Jednak ty mnie karcąc
Za moje przewinienia, na gorszą pchasz drogę.
Radzisz, bym bez posagu dał ci moją siostrę.
To przecież nie przystoi, bym ja zmarnowawszy
Tak wielką ojcowiznę, miał jeszcze majątek
I posiadał folwarki — a ona by w biedzie
Słusznie mną pogardzała. Kto nie ma znaczenia
U swoich, nigdy mieć go u obcych nie będzie.
Zrobię, jak powiedziałem, dłużej się nie mozól.
Lizyteles.  To więc ma być lepsze, być z przyczyny siostry
Biedę znosił i abym ja raczej posiadał
Grunt, niż ty, na którymbyś obowiązki pełnił?

Lezbonik.  Nie chcę, byś o tem myślał, jak ulżyć mej biedzie,
Lecz myśl, ażebym w biedzie nie był bez honoru,
Ażeby nie mówiono, że ci siostrę moją
Oddałem ot tak sobie, całkiem bez posagu...
.......Któż za podlejszego
Mógłby być uważanym? Takiej wieści rozgłos
Przyniósłby tobie zaszczyt, a mnie pohańbienie,
Lizyteles  (ironicznie). Myślisz być dyktatorem, jeśli grunt ten przyjmę?
Lezbonik.  Ani chcę, ani pragnę, ani myślę o tem;
Lecz dla męża honoru to jest celem życia,
Aby o obowiązkach swych zawsze pamiętał.
Lizyteles.  Co ty myślisz, przeczuwam, widzę, wiem, zgaduję:
Tego pragniesz, ażebyś po zawarciu związku
Przekazawszy mi folwark, nie mając żyć z czego,
Goły z miasta się wyniósł, opuścił ojczyznę,
Krewnych, blizkich przyjaciół, skoro się ożenię;
Aby ludzie sądzili, żeś stąd jest wygnanym
Przezemnie i mą chciwość. Ale nie myśl o tem,
Ażebym ja dozwolił, iżby wina tego
Na mnie kiedy spaść miała. Któż za podlejszego
Mógłby być uważanym? Takiej wieści rozgłos
Przyniósłby tobie zaszczyt, a mnie pohańbienie.
Stazymos.  Nie mogę się już wstrzymać, abym nie zawołał:
Brawo! brawo! Jeszcze raz! mój Lizytelesie,
Przy tobie jest zwycięstwo, a ten zwyciężony.
Oto twoja komedya ma palmę zwycięstwa.
Ten lepiej treść rozwinął, robi lepsze wiersze!
Lezbonik.  Skąd tobie tu się mieszać i wciskać do rady?
Stazymos.  Jak się tutaj wcisnąłem, tak się i wycisnę (usuwa się).
Lezbonik.  Chodź, pójdziemy do domu. Tam, Lizytelesie,
Więcej mówić będziemy jeszcze o tych rzeczach.
Lizyteles.  Ukradkiem, potajemnie nic czynić nie zwykłem.
Co myślę, wypowiadam. Jeśli twoją siostrę,
Jak za słuszne uważam, bez posagu wezmę,
A ty stąd nie wyjedziesz, wtenczas to, co moje,
Będzie razem i twojem. Jeśli tego nie chcesz,
Niech ci się jaknajlepiej we wszystkiem powodzi,
Ale ja przyjacielem pod innym warunkiem
Nigdy twoim nie będę. To jest moje zdanie. (Rozchodzą się).
Stazymos.  Więc i ten sobie poszedł! Jesteś sam, Stazymie.
Cóż ja teraz mam począć? Uwinę tobołek,
Zawieszę tarcz na plecy, trzewiki podbiję,
Gdyż ustać już nie mogę. Wyraźnie to widzę,
Że będę obozowym ciurą niezadługo,
Gdy królowi jakiemu mój pan się wynajmie
Na wypas. Jestem pewien, że z najdzielniejszymi
Bohaterami będzie on wybornym zbiegiem.

I ten zdobycz tam weźmie, który panu memu
Odważy się zajść drogę... Lecz ja skoro wezmę
Łuk i sajdak i strzały, hełm wsadzę na głowę,
Spokojnie w mym namiocie snu używać będę.

(Jan Wolfram).

B) Garnek złota (Aulularia).
Euklio niezamożny znalazł w domu swym zakopany garnek ze złotem; opanowuje go troska, żeby nikt o tym skarbie się nie dowiedział; posądza wszystkich, że domyślają się, co posiada, i czyhają, by mu złoto wydrzeć. Niewolnicę Stafilę wypędza, aby go nie podglądała, gdy on do garnka, dla nacieszenia się widokiem złota, śpieszyć będzie.

Euklio.  Precz! mówię ci, precz zaraz, dalej precz mi z domu!
Cóż się wkoło oglądasz tem świdrzącem okiem (bije ją).
Stafila.  Czemuż mnie nędzną bijesz?
Euklio.  Abyś nędzną była
I nędzne wiodła życie, godne twojej złości.
Stafila.  Dla jakiejże przyczyny wypychasz mię z domu?
Euklio.  Tobie się mam tłómaczyć, ty stary tłomoku?
Precz mi zaraz ode drzwi! Tam! Patrz, jak to lezie!
Czy ty wiesz, co cię spotka? Doprawdy, jak schwycę
Kij lub kolec do ręki, to ja cię nauczę
Większymi postępować od żółwich krokami.
Stafila.  Niech raczej z woli bogów na stryczku zawisnę,
Bylem ci w taki sposób dłużej nie służyła.
Euklio.  O, jak pod nosem mruczy niegodziwa jędza!
Zobaczysz, ja ci ślepia wyżgam, czarownico,
Ażebyś mnie nie mogła szpiegować, co robię.
Precz! Dalej! Jeszcze dalej! Jeszcze dalej! Stójże!
W tem miejscu! a pamiętaj, jeśli się stąd ruszysz,
Choćby na jeden palec, albo i na włosek,
Lub jeśli się obejrzysz, zanim ci rozkażę,
Zaraz na szubienicy nauczysz się słuchać...

Obejrzawszy skarb każe Stafili wracać do domu, i pilnować go, gdyż sam wyjść musi

Stafila.  Czy domu mam pilnować, by go kto nie ukradł?
U nas złodziej nie bardzo pewnie się obłowi:
W czterech kątach piec piąty, pył i pajęczyna.
Euklio.  Więc pająków, mówię ci, żebyś pilnowała.
Jestem biedny, wiem o tem; znoszę, co Bóg zsyła.
Idź do dom! zawrzyj wrota! ja niedługo wrócę;
A pamiętaj, obcego do domu nie wpuszczać!
Ogień zgaś, by się komu poń przyjść nie zachciało,
I nie było powodu, aby kto przychodził.
Bo jeśli ogień znajdę, ja ci go wygaszę.
Gdyby kto wody żądał, powiedz, że wyciekła;

Nóż kuchenny, siekierę, moździerz albo tłuczek
I sprzęty, jakich lubią pożyczać sąsiedzi,
Powiedz, że nam niedawno ukradli złodzieje.
Krótko mówiąc, niech w dom nasz, dopóki mnie niemasz,
Nikt nie wchodzi! To tobie zapowiadam głośno:
Choć Fortuna wejść zechce, ty jej nie masz wpuszczać.

Powracając do domu, Euklio spotyka sąsiada swego Megadora, który oświadcza mu się o rękę córki. Zrazu przestraszają go te oświadczyny, gdyż przypuszcza, że Megador dowiedział się o jego skarbie, ale nabrawszy przekonania, że tak nie jest, zgadza się na jego prośbę. Megador posyła podczas nieobecności Eukliona, który poszedł kupować zapasy na wesele, niewolników do jego domu, ażeby przygotowali ucztę. Skąpiec nie wiedząc o tem, mówi za powrotem do siebie:

Chciałem dzisiaj koniecznie być hojnym, rozrzutnym,
By przecież na weselu córki sobie użyć.
Idę przeto na rynek i pytam o ryby;
Powiadają, że drogie; baranina droga,
Wołowina też droga, droga cielęcina,
Ryba morska, świnina — słowem drogie wszystko;
Dla mnie tem bardziej drogie, bom nie miał pieniędzy.
Odchodzę rozgniewany, nie mogąc nic kupić.
A tak tedy oszukałem tych wszystkich plugawców[157],
A potem idąc drogą, mówiłem do siebie:
„Jeśli się w uroczysty dzień puścisz na zbytki,
To możesz w dzień roboczy łapy lizać z biedy“.
Wpoiwszy tę zasadę sercu i brzuchowi,
Kazałem chęci mojej zgodzić się z tem zdaniem,
By z kosztem jaknajmniejszym wydać córkę za mąż.
Kupiłem więc kadzidło, te kwieciste wieńce,
Złożę je na ognisku dla naszego Lara,
By dał szczęście mej córce w małżeńskiem pożyciu.
Lecz co widzę? Drzwi mego domu są otwarte!
A jaki hałas wewnątrz! Czy mnie okradają?
Kongryo.  (kucharz przysłany przez Megadora, mówi z domu):
Pożycz garnka większego tu zaraz w sąsiedztwie,
Jeżeli dostać możesz, bo ten jest za mały,
Nie chce się wszystko zmieścić.
Euklio.  O, ja nieszczęśliwy!
Już po mnie! kradną złoto i szukają garnka!
Zginę, jeżeli zaraz nie wpadnę do domu.
Przyjdź w pomoc, Apollinie! ratuj, błagam ciebie!
Przeszyj twemi strzałami tych rabusiów skarbu!
Wszak już i w innych razach byłeś mi pomocnym.

Wpada do domu, a po chwili wybiega stamtąd Kongryo wraz z kilku kuchcikami.

Kongryo.  Przyjaciele, ziomkowie, krajowcy, przybysze,
Koloniści, sąsiedzi, precz z drogi, bym uciekł!

Ustępujcie mi z ulic, bom wpadł wśród szalonych,
By dla szalonych warzyć! Tak wysmarowali
Mnie biednemu kijami plecy i czeladzi!
Wszystko boli — umieram! Tak mnie dziad ten ćwiczył!
Nigdy mi w mojem życiu lepiej drew nie dano!
Mnie i tych tu kijami obdarzonych wygnał.
Lecz, na bogi, zginąłem! drzwi otwiera! idzie,
Ściga mię!

Podejrzenia względem Megadora wraca Euklionowi, więc gdy mu proponuje wypicie kieliszka, odmawia, mówiąc, że zawsze wodę tylko pija.

Megador.  Jednakże, jakom żywy, dzisiaj cię upoję.
Euklio  (do siebie).
Już wiem, co on zamyśla — chce mnie pod stół dostać,
Ażeby moje złoto zmieniło mieszkanie.
Lecz ja temu przeszkodzę — zakopię je bowiem
Gdziekolwiek po za domem, a tak będzie szkoda
Jego czasu, zachodów i starego wina.

Jakoż zakopuje garnek w świątyni Wierności (Fides), lecz źle na tem wychodzi, gdyż jeden z niewolników podpatrzył Eukliona i zakradł się do świątyni. Skąpiec przeczuciem tknięty wraca pomieszany:

Euklio.  Nie bez ale zawrzeszczał kruk po mojej lewej,
Pogrzebał ziemię nogą, a potem zakrakał.
Serce moje wyprawia dziwne jakieś skoki
I wali jakby młotem! I ja się nie śpieszę!

(Spostrzegłszy niewolnika Strobila, chwyta go i bije).

Precz, glizdo, coś dopiero z pod ziemi wylazła,
Że cię tu nie widziałem; więc zginiesz wylazłszy!
Ja ciebie, czarowniku, na sucho nie puszczę!
Strobil.  Jaka cię zła myśl trapi? Czego chcesz ty, dziadu!
Czemuż mnie ty wywracasz, czemu szarpiesz, bijesz!
Euklio.  Jeszcze pytasz? smagańcze, złodzieju, rabusiu!
Strobil.  A ja co ci ukradłem?
Euklio.  Oddaj!
Strobil.  Co?
Euklio.  Ty pytasz?
Strobil.  Ja ci nic nie ukradłem.
Euklio.  Lecz oddaj, co wziąłeś.
Strobil.  Co ty chcesz?
Euklio.  Boś mi ukradł.
Strobil.  Co chcesz? nie rozumiem.
Euklio.  Dawaj!
Strobil.  To ty, stary, lepiej znasz ode mnie.
Euklio.  Dawaj zaraz! bez żartów! Żartów tutaj nie masz!
Strobil.  Co mam dać? powiedz przecież, nazwij po imieniu!
Na bogi! nic nie wziąłem, ani nie ruszyłem.

Euklio.  Pokaż ręce.
Strobil.  Tobie?
Euklio.  Tak!
Strobil.  To je masz!
Euklio.  A trzecia?
Strobil.  Widma, wściekłość, szaleństwo trapią ciebie, starcze,
Robisz mi krzywdę; czy nie?
Euklio.  Wielką, że nie wisisz!
To przyjdzie, jeśli skłamiesz.
Strobil.  Czego nie mam kłamać?
Euklio.  Co stąd wziąłeś?
Strobil.  Bóg mię skarz, jeślim wziął co twego...
Euklio.  Albo nawet wziąć chciałeś? To mi płaszcz swój rozwiń!
Strobil.  I owszem.
Euklio.  Lecz pod suknią?
Strobil.  Patrz, gdzie się podoba.
Euklio.  A to złodziej! przez grzeczność chce kradzież zataić...
Powiedz mi, kto był drugi tam z tobą w świątyni.
Bogowie! ten tam szpera! Puszczę tego — drapnie.
Ależ go przeszukałem, nic nie ma. Idź, gdzie chcesz,
Idź na złamanie karku.

Strobil się ukrywa i podsłuchawszy, jak Euklio mówi, iż skarb swój w gaju Sylwana ukryje, zakrada się tam i zabiera garnek. Euklio w rozpaczy:

Już po mnie! już zginąłem! przepadłem na wieki!
Gdzież mam biedz? gdzie biedz nie mam? Łapaj! chwytaj! Kogo?
Kto? nie wiem; jestem ślepy, niczego nie widzę,
Gdzie jestem, lub czem jestem, gdzie mam iść, nic nie wiem.
(do widzów)  Was błagam i zaklinam, proszę, pomagajcie,
Pokażcie mi człowieka, który garnek ukradł.
Co mówisz? Tobie ufam, z oczu dobrze-ć patrzy.
Dlaczego się śmiejecie? Znam was! Tu złodziei
Dużo jest między wami, którzy szatą białą[158]
Brudy swe pokrywając, siedzicie jak zacni.
Hem! więc żaden z tych nie ma? Zginąłem! Przepadłem!
Cóż po życiu, gdy tyle utraciłem złota,
Które-m pieścił starannie. Ja sam się okradłem
Z chęci życia i szczęścia! Inni się niem cieszą —
Z mem nieszczęściem i szkodą. Tego znieść nie mogę.

(Jan Wolfram).
Pan Strobila, Likonid, kochający córkę Eukliona, zwraca mu garnek i pozyskuje przez to rękę panny, która wolała jego, niż Megadora.

(Najpierw przełożono u nas komedyę Plauta Trinummus p. n. „Potrójny“, Zamość 1597. Tłómacz, Piotr Ciekliński, i nazwy polskie nadał osobom i wiele rysów obyczajowych przydał ze swego otoczenia. Najwięcej komedyj przełożył Jan Wolfram. Wyszły w dwu książkach: „Komedye Plauta — Aulularia — Mostellaria — Trinummus — Capteivei“ — Poznań, 1873; „Dwie komedye — Żołnierz Samochwał — Bliźnięta“ — Warszawa 1890. J. I. Kraszewski dał „Komedyj pięciu parafrazy“, Złoczów, 1888; mieszczą się tu: Samochwał — Pasorzyt — Trojak — Rozbitki — Koszyk. Bliźnięta czyli Menaechmi wyszły też w przekładzie ks. A. Kanteckiego w Poznaniu 1875).


III. Terencyusz.
Bracia (Adelphi).
Z dwóch braci, Ateńczyków, jeden jest żonaty i dzietny (Demeasz), drugi kawaler (Micyon). Demeasz ma dwu synów: Eschinesa i Ktezyfona; pierwszego wziął na wychowanie Micyon i rozpieścił go tak, że ma wiele z tego zgryzoty; staje się to powodem wymówek ze strony Demeasza, który utrzymuje, że Ktezyfon żyjący na wsi, wychowany surowo nie mógłby popełnić takich zdrożności. Tymczasem okazuje się, że istotnym powodem złych postępków Eschinesa był właśnie brat jego. Demeasz przyznać musi, że jego surowy sposób wychowania ma także swoje złe strony. Podajemy sceny, w których malują się charaktery obu braci:

Micyon.  Możnaż kogo polubić, tak, jako ja robię,
Ażeby mu był milszy, niż on jest sam sobie?
Wszakże-to nie jest mój syn... syn brata... Z tym mamy
Humory bardzo różne od młodości samej.
Jam sobie obrał w mieście żywot nieznudzony,
Co inni szczęściem zowią, nie pojąłem żony,
Lubiąc spokojność; on zaś obrał wiejskie życie
W troskach i oszczędności, twardo i ukrycie,
Wziął żonę... Urodziło mu się dzieci dwoje.
Starszego z tych ja wziąłem na porękę moję;
Z maleńkiego-m go chował, jak swego kochałem
I całe-m szczęście moje miał w tem dziecku małem.
Kocham go i żeby on mnie kochał wzajemnie,
Czego tylko chce żywnie, to wszystko ma ze mnie.
Daję, przebaczam i to wcale mu nie szkodzi,
Że go nie trzymam groźno... Wreszcie inni młodzi
Kryją przed rodzicami coś z swych obyczai,
Jam go zaś przyzwyczaił, że mi nic nie tai,
Bo kto się kryć rodzicom własnym ma dość czoła,
Taki tem bardziej obcych oszukiwać zdoła.
Wstydem i uczciwością zręczniej dzieci mogą
Być prowadzone, myślę, aniżeli trwogą.
Ale mój brat w tej mierze innego jest zdania;
Ledwo co wnijdzie czasem, już ci mi przygania:
„Co czynisz? zgubisz chłopca, Micyon, niestety!
Oto się kocha, stroi i daje bankiety,
A ty dostarczasz kosztów na to... nie do rzeczy!“
Lecz on bardziej rozsądek i słuszność kaleczy.
Błądzi zawsze, komu się ta myśl uroiła,

Że silniej w podległości trzyma mus i siła
Niźli słodkie ogniwo mocy przywiązania...
Tak mniemam i tem mego popieram mniemania:
Kto pod obuchem grozy powinność swą czyni,
Strzeże się tylko oka tej czułej mistrzyni,
Ale gdy go ujść może, inną ścieżkę bierze.
Tylko kto z przywiązania czyni, czyni szczerze.
Strzeże się sam obecny, nieobecny wszędzie,
Tenże sam stale, zawsze nieodmienny będzie;
Mądry ojciec swym dzieciom nawykać pozwoli
Czynić dobrze, nie z musu, lecz z ich własnej woli.
To jest, co różni pana od ojca; inaczej
Kto czyni, nie umie być ojcem, niech wybaczy —
Lecz nie ten-że to, o kim mowa? Tak, on właśnie,
Jakiś smutny! niesie mi, ręczę, zwykłe waśnie.
Witam cię, Demeaszu, w zdrowiu dobrem, stałem?
Demeasz.  Dobrze, iż cię znajduję... ciebie też szukałem.
Micyon.  Czemużesz smutny?
Demeasz.  Pytasz? czyż ojciec Eschina
Ma być rad?...
Micyon.  Nie mówiłem?... Otóż już zaczyna.
Cóż zrobił?
Demeasz.  Co? ten, który nie zna wstydu granic,
Ani się kogo boi, co prawa ma za nic?
Bo, że jego dawniejsze postępki pominę,
Co dziś zrobił!
Micyon.  Powiedz-że! odkryj jego winę.
Demeasz.  Oto, drzwi wybił... oto naszedł na dom cudzy,
Zbił właściciela domu, którego i słudzy
Śmiertelnie zbici. Niedość!... Całe miasto krzyczy
Na ten gwałt... Tylkom stanął, zaraz ta rozpusta
Doszła mnie, bo nią wszystkich zatrudnione usta.
Jeżeli mam porównać niepodobnych sobie,
Nie maż on wzoru w brata swojego osobie,
Który majątek zbiera, na wsi siedzi skromnie,
Nie robi głupstw, któreby sięgały aż do mnie!
Lecz co tu o nim mówię, do ciebie jest mową,
Boś ty przyczyną rozpust jego początkową.
Micyon.  Nic niesprawiedliwszego nad człeka bez zdania,
Bo czego sam nie zrobił, wszystkiemu przygania.
Demeasz.  Do kogóż-to?...
Micyon.  Do ciebie... bo w tem sądzisz krzywo;
Bo nie jest, wierz mi, nie jest błędem jako żywo
(Wyjąwszy to, co słyszę, co chcę poznać wprzody),
Że się bawi uczciwie czasem człowiek młody.
Bo jeśliśmy się i ty i ja nie bawili,
Tośmy nie mieli na to, gdyśmy młodzi byli.
Coś z niedostatku robił, niesłusznie zwiesz cnotą;

I mybyśmy hulali, gdyby było złoto!
I tybyś dziś nie łajał synowi twojemu,
Wolałbyś, że się bawi, kiedy wiek po temu,
Niż gdyby (późno ojca zbywszy się z gospody)
Szalał stary dlatego, że nie szalał młody.
Demeasz.  Jowiszu! ja przez niego dziś w szaleństwo wpadnę.
Też nie są jeszcze błędem czyny tak szkaradne?
Micyon.  Słuchaj! nie nudź mnie proszę dłużej w tym sposobie.
Chciałeś, bym syna twego przysposobił sobie,
Przez ten układ już jest mój... jest w nim jaka wada.
Mnie gorzej, bo największa część jej na mnie spada.
Je? — z mego. Pije? — z mego. Stroi się? — za moje.
Umizga się? — i na to dam, póki obstoję;
Jak braknie... któż wie? może wypchnięty zostanie.
Wybił drzwi? zapłacę je. Zdarł suknie? dam na nie.
Jest, dzięki bogom, z czego i dawać uczciwie,
I przecie się, choć daję, dotychczas, nie krzywię.
Wreszcie lub przestań, lub weź kogo chcesz na zgodę,
A ja ci, że ty bardziej błądzisz w tem, dowiodę.
Demeasz.  Ucz się być ojcem od tych, co są w rzeczy niemi.
Micyon.  Tyś mu naturą ojciec, ja — radami memi.
Demeasz.  Radami?...
Micyon.  Nie chcesz przestać? otóż ja przestanę...
Demeasz.  ......I nareszcie, gdy ci się tak zdaje,
Niech traci, hula, ginie... jego obyczaje
Nie do mnie... ani pisnę.
Micyon.  Już znowu z zapałem?...
Demeasz.  Bo czyż mi nie dowierzasz? czy ja go brać chciałem?
Boli mnie, bo mój!... ale jeśli się sprzeciwię
Odtąd kiedy, bodajem!... lecz zmilczę cierpliwie,
Chcesz, bym dbał o jednego, dbam, i bogom dzięki,
Że jest takim, jakim być powinien z mej ręki.
Lecz ten twój pieszczoch... uzna... po swej słodkiej szkole
Kiedyż-tedyż później!... ach!... ale zmilczeć wolę.

Przekonawszy się jednak, że ten syn, któremu tak ufał i którym się szczycił, nie jest bynajmniej lepszym od owego pieszczocha, zmienia Demeasz zdanie, mówiąc:

Nikt nie był w trybie życia tak wyrachowany,
By majątek, wiek, moda, nie wniosły weń zmiany
I nie szepły mu w ucho, że złe dobrem sądzi
I co ma za najlepsze, w tem najbardziej błądzi.
Doświadczam tego, gdyż to ostre obchodzenie,
Którem tak lubił, w schyłku od dziś dnia już mienię.
A to czemu? spyta kto. Doświadczyłem zblizka,
Że przez dobroć i słodycz najwięcej człek zyska.
Dowód tej prawdy z brata mojego i ze mnie.
On żył zawsze bez troski, wesoło, przyjemnie;

Cichy, łagodny, słodki w pożycia sposobie,
Żył sobie podług woli, nie żałował sobie,
Nigdy nie znał, co jest gniew, zżymanie i focha.
Każdy go też wspomina i każdy go kocha...
Ja, wieśniak nieotarty, straszącej postury,
Srogi, zrzędny, łakomy, uparty, ponury;
Wziąłem żonę... źle! Przyszły na świat dziatki?...
Jeszcze gorzej! A chcąc im zostawić dostatki,
Straciłem na zbieranie całe moje lata.
Dziś na starość za pracę jakaż mi zapłata?
Oto mnie nienawidzą... On, bez żadnej prace
Ma całą korzyść ojca, ja ją całą tracę;
Jego kochają czule, mnie się tylko boją;
Jemu każdy powierza każdą skrytość swoją,
Jego lubią... I teraz bawi się z obiema.
Ja sam tylko, wedle mnie żadnego z nich niema.
Gdy jemu życzą, by żył dla nich w późnej porze,
Mojego zgonu tylko wyglądają może!
Jam ich chował, co ujął małą rzeczą, proszę!
Mnie się sam trud zostaje, a jemu rozkosze.
Doświadczę też przeciwnie, czy i ja być mogę
Słodkim i dobroczynnym, jak brat wskazał drogę?
I ja też być od swoich kochanym mam żądzę.
I gdy trzeba pobłażać i sypać pieniądze,
Nie zostanę się w tyle... A gdy nie wystanie?
Alem też starszy! krótsze będzie szafowanie...

(K. Tyminiecki).
I rzeczywiście pobłażliwością i hojnością zyskuje sobie Demeasz miłość synów; sztuka kończy się weselem.
(Wszystkie sześć komedyj Terencyusza przełożył Wierszem Konstantyn Tyminiecki i ogłosił w drugim tomie „Pism“ swoich, Warszawa 1817; dwie zaś komedye: Niewiasta z Andros i Eunuch wierszem miarowym przetłómaczył Jan Wolfram, wyszły one w Warszawie 1885 r.).

IV. Lukrecyusz.
O przyrodzie wszechrzeczy.
Mając w poemacie swoim wyłożyć zasady filozofii Epikura, czuje Lukrecyusz trudność tego zadania, więc wzywa pomocy Muz i bogini piękności:

Na bezdrożne Pieryd wstępuję wyżyny,
Gdzie żadna jeszcze ludzka nie postała stopa;
Pragnę dotrzeć odważnie do najczystszych źródeł,
Sam z nich czerpać i świeżo własną ręką kwiaty
Uszczknąć na śmiertelną skroni mych ozdobę,
Jaką żaden wieszcz dotąd nie uwieńczył czoła.

Opowiem rzeczy wielkie — przesądnej ślepoty
Uciekające duszę chcę potargać więzy
I świętej prawdy ludziom ukazać oblicze.
Ku temu słodkich pieni pożyczę jej czaru.
I nie dziw. Bo jak lekarz choremu dziecięciu
Gorycz zbawienną w przykrym podając napoju,
Brzegi kubka miodową namaszcza łakocią
I przez złudzone wargi wlewa mu przezornie
Nowe siły i zdrowie; tak i ja mój, Memmi[159],
Gdy wysokie mądrości prawdy opowiadam,
Mniej pojętnym umysłom z pozoru tak wstrętne,
Rad słodzę ich surowość słów powabnych miodem.
Tuszę, że i twój umysł zniewolę, gdy poznasz
Naturę całą w cudnej piękności uroku.

W pierwszych trzech księgach wykłada poeta teoryę atomistyczną świata, uderzając na wyobrażenia mitologiczne, a uwielbiając majestat natury:

Gdy wzniesiem wzrok na niebios wspaniałą budowę,
Na te gwiaździstych stropów błyszczące klejnoty,
Te wiecznemi gościńcy dzień z nocą wiodące
Słońca i przemiennego księżyca obroty:
Wtedy i w głębi duszy obudza się z trwogą
Myśl, powszedniemi życia troskami tłumiona,
Może jest jakieś bóstwo, potęgi tak strasznej,
Tak wielkie i wszechwładne, że zdoła swą mową
Poruszać i w swych ręku ważyć te ogromy...
Ach! gdzież człowiek, któryby na to pomyślenie
Nie zadrżał, z chwiejącą się pod nogami ziemią,
Gdy huk straszny piorunu górami zatrzęsie
I krwawa błyskawica niebiosa zapali.
Czyliż taką bojaźnią nie drżą ludy całe?

Na dowód szkodliwości wiary w bóstwa przytacza przykład Ifigenii, (ffianassy), która dla przebłagania bogów musiała być zabita.

Jak sromotnie skalali krwią Ifijanassy
Ołtarz Dyany greccy wodzowie w Aulidzie!
Stała smutna dziewica — jasnych włosów sploty
Zwieszały się w nieładzie po bladych jej licach;
Ojciec błędne wejrzenie rzucał od ołtarza;
Przy nim w ręku kapłana błyskał nóż ofiarny.
Na ten widok płacz wielki powstał między ludem.
Ona klękając padła na ziemię zemdlona...
Ach, nie pomogło czułe: „ojcze mój!“ wołanie,
Królem tylko był ojciec... Dano znak: rycerze
Nieszczęśliwą porwawszy, przed ołtarz powlekli;
Nie jak oblubienicę w świeżym życia kwiecie,

Przeznaczoną hymenu ozdobić się wieńcem
I w wybranego męża zawisnąć objęciach;
Ale smutną ofiarę srogości i mordu —
O, zgrozo! własnej córki ojciec krew rozlewa —
Za co? aby u bogów uprosić dla floty
Wiatr pomyślny i powrót szczęśliwy do domu.

Przemawia gorąco przeciwko obawie śmierci i zbija wyobrażenia o świecie podziemnym (Orkus):

Wyobraź sobie, jakby Natura przed nami
Stanęła i w te do nas przemówiła słowa:
Cóż jest, czem się tak trapisz, człowiecze śmiertelny?
Czego płaczesz i próżno na śmierć się użalasz?
Nie zeszło-li twe dawne życie bez owocu,
Spełniłeś-li aż do dna błogą pociech czarę?
Czemu się, nasycony duchu, wahasz jeszcze
I wzdrygasz, nie rad wrócić do twojej ojczyzny?
Jeśli-ć, przeciwnie, życie upłynęło marnie,
Jeśli ci jest goryczą; dlaczegoż niebaczny
Starasz się je przedłużyć, a z niem twe cierpienia?
O! posłuchaj mnie, zostaw dla innych to brzemię,
Którego siły twoje dźwigać nie są zdolne:
Tak chcą losy, tak każe konieczność niezbędna;
Życie nikomu nie jest oddane na własność,
Używamy go tylko do czasu — tysiące
Przeszło już ludzi światem, nim my na świat przyszli,
Powiedz, co nas obchodzą?...
...Trwożą cię podobno
Jakieś po śmierci kaźnie, potwory i piekła:
O! wierz mi, to co prawią o krainie Orku,
O Acherontu wodach, to wszystko jest bajką,
A raczej to się wszystko dzieje w naszem życiu.
Tu w życiu dręczy ludzi próżna bojaźń bogów
I bojaźń kar po śmierci — o! tam nie ma sępów
Szarpiących Tytyosa nad Kocytu[160]) brzegiem.
Nie, mój Memmi; tu właśnie, tu mieszka ten Tytjos,
Ofiara dobrowolna ślepych żądz, któremu
Sęp namiętności szarpie wątrobę i serce.
Nie jeden Syzyf w naszych przesuwa się oczach:
Widzim, jak się upędza, aby z rąk narodu
Godła władzy pozyskać, rózgi i topory,
Które mu ustawicznie kto inny wydziera,
A on pole Marsowe porzuca z rozpaczą.
O, przyjacielu, pragnąć wysokich godności
Z trudem się ich dobijać, a zawsze bez skutku,
To jest, wierz mi, ów kamień, który Syzyf z męką

Wiecznie do góry wtacza, a on mu na głowę
Ciągle i z wzrastającym ciężarem upada.
Żywić w niesytem sercu gorące pragnienia
Pomnażania dostatków, których nam tak dużo
Z taką rozmaitością i z takim powabem
Matka ziemia dostarcza w każdej roku porze,
A nigdy w chciwej duszy nie uczuć sytości,
To nam właśnie tłómaczyć zda się owę bajkę
O Danajdach, ciągle z pilnością daremną
Napełniających wodą ciekące naczynie.
A też jędze piekielne, ów Cerber straszliwy
(I choćby tak daleko nie sięgała zgroza)
Są-to niespokojnego sumienia zgryzoty
Ścigające przestępcę zasłużoną kaźnią.

Wobec udręczeń, jakie ludziom sprawiają nienasycone żądze, wysławia poeta spokój ducha:

Miło jest z brzegów patrzeć na trudy żeglarza,
Po wzdętych morza falach miotanego burzą;
Nie iżby cudze rozkosze sprawiały nam bóle,
Lecz że się od nich wolni czujem szczęśliwymi.
Miło niemniej spoglądać z bezpiecznej uchrony
Na krwawe wojsk walczących zapasy i mordy;
Ale milej nad wszystko, w mądrości świątyni,
Objaśnionej prawdami wielkich myślicieli,
Zabawiać się i umysł poić ich nauką,
Z dumą szlachetną patrzeć na szaleństwa gniewu,
Błądzącego w ciemnościach po życia bezdrożu,
Jak o łaski, godności i władze zabiega,
Marzy o berłach świata, dzień i noc rozmyśla,
Jakby tylko największe zebrać złota stosy.
O! ślepoto, o! ludzie nikczemnego serca!
Jakże nędzne wleczecie w tylu walkach życie!
Czemu żaden Natury nie słucha przestrogi:
„Człowiecze! chroń twe ciało od przykrych boleści,
Staraj się o spokojność i swobodę ducha,
Oddalaj próżne troski, smutki i obawy;
Bądź wesół! Czyż nie widzisz, jak mało potrzeba,
Aby każde natury nasycić pragnienie,
I czystych życia pociech łatwe zbierać plony!
Świecą-ć innym ozdobne w pałacach posągi,
Złotym i srebrnym kruszcem błyszczące naczynia:
Ty za to na zielonej miękkich mchów pościeli,
Pod jaworowym cieniem, nad brzegiem potoku,
Co szemrząc lekkim do snu namawia szelestem,
Spoczywasz bez wymysłu, bez zbytku, bez kosztu;
Jeszcze ci przytem wiosna dla uciechy zmysłów
Świeżym przystraja kwieciem wonnych łąk kobierce.

Więc gdy ni perskich skarbów, ani tronów blaski
Nie zdołają nic zgoła pomódz twemu ciału,
Jakaż przynieśćby mogły korzyść twojej duszy?

W księdze IV-tej poeta stara się objaśnić, jakim sposobem nabywa człowiek wyobrażenia o rzeczach, twierdząc, że od przedmiotów oddzielają się ich wizerunki (simulacra) i działają na zmysły; następnie tłómaczy senne marzenia i rozmaite inne objawy życia psychicznego. W księdze V-tej przedstawia powstanie ziemi, nieba, morza, gwiazd, słońca i księżyca, zwierząt, mowy ludzkiej, religii i wogóle cywilizacyi. Ród ludzki był w początkach w stanie dzikim, z chwilą przyniesienia ognia z nieba na ziemię, doskonalił się coraz bardziej, tworzył społeczeństwa, zaczął używać metali, oddał się nauce i sztuce. Z księgi tej podamy parę opisów zjawisk natury:

Słuchaj teraz, jak groźne powstają pioruny,
Których moc wieże zamków na pował wywraca,
Domy z węgłów wysadza, rozrywa i kruszy,
Pomniki wielkich ludzi jak proch zmiata z ziemi...
Gdy w powstającej burzy grać tajemnie poczną
Żywioły piorunowych błyskawic i grzmotów,
Ściągają naprzód w koło gęstych chmur gromady
I całe niebo czarnym powłóczą całunem.
Rzekłbyś, że sam Acheron[161]) zbył się swych ciemności
I niemi wszystkie niebios napełnił przestrzenie.
Noc okropna i widma wszelakie przestrachu
Wiszą nad ziemią...
.......Często legnie ponad morzem
Chmura taka, podobna do smoły roztopu,
Straszna pomroką, ogniem i wichrem ziejąca,
Gdy opadnie na fale, porywa się burza,
Grzmią błyskawice, wściekłe szaleją orkany —
Wtedy wszystko, co żyje, od brzegów ucieka.
Wśród pożogi błyskawic trzaskają pioruny,
Zda się, że całe niebios walą się sklepienia.
Wstrząśniona nimi ziemia dygoce ze strachu.
W górze dudni huk głuchy i obłoki warczą.
Wszystko w zamieszce: niebo, powietrze i ziemia.
Po takim szturmie, nagle z niebieskich upustów
Spuszcza się deszcz rzęsisty gwałtowną ulewą.
Rzekłbyś, że wszystek eter w jednę spłynął powódź
I jakby nowym światu zagrażał potopem.
....................
Kiedy z przestrachem ziemi czujemy trzęsienie,
Walą się wtedy stare zręby jej budowy,
Kratery wnętrznych otchłań i góry podziemne.
Słychać w głębi huk głuchy jakby grzmot daleki...
Tenże skutek sprawują i powietrza ruchy:
Gdy wiatr, bądź w łonie ziemi, bądź zzewnątrz wzbudzony,
Silne