Strona:Obraz literatury powszechnej tom I.djvu/167

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.
    —   153   —

    Edyp.   Biadaż mnie nieszczęsnemu! toż ja nieświadomy
    Sam na siebie rzuciłem strasznych przekleństw gromy...
    A przez kogo te wieści do was się dostały?
    Jokasta.   Przez jednego służalca, który uszedł cały.
    Edyp.   Czy ten człowiek w tym dworze dotąd pozostaje?
    Jokasta.   Nie; bo kiedy powrócił i po Laja zgonie,
    Widząc, że rządy kraju powierzono tobie,
    Błagał mnie, pochwyciwszy moje ręce obie,
    Że chce wyjść z tego grodu w najdalsze ustronie.
    Ja posłałam go na wieś, by pasł nasze trzody,
    Ale ten wierny sługa większej wart nagrody.
    Edyp.   Czy nie mógłby on prędko przedemnie się stawić?
    Jokasta.   Owszem. Lecz gwoli jakiej wołasz go potrzebie?
    Edyp.   Och! wszystko mi się zdaje, że co on ma zjawić,
    Tegom się ja aż nadto wywiedział od ciebie.
    Jokasta.   On przyjdzie, lecz tymczasem i ja-m warta przecie,
    Byś mi powierzył troskę, która duszę-ć gniecie,
    Edyp.   Powiem ci, byś wiedziała, z jakim niepokojem
    Oczekuję, na wieści. Jestże kto na świecie
    Z kimbym chętniej cierpieniem podzielił się mojem!
    Ojciec mój był z Koryntu, Polibem go zwano,
    A matka rodem z Dorys, Meropa jej miano.
    Ja byłem pierwszym mężem wśród mego narodu
    Na ziemi koryntyjskiej, gdy raz mię spotkało
    Zdarzenie, które mogło zdziwić mię niemało,
    Chociaż się przez nie martwić nie miałem powodu.
    Oto podczas biesiady ktoś, rozgrzany winem,
    Przymówił mi, że jestem podrzuconym synem;
    A to mnie tak obeszło, żem ledwie mógł przeżyć
    Ten jeden dzień! Nazajutrz zaś idę co żywo
    Zapytać się rodziców, czy mam w to uwierzyć.
    Lecz i ich gniew ogarnia na tę wieść kłamliwą.
    Odpowiedź ich na chwilę mój niepokój głuszy,
    Lecz słów raz wyrzeczonych zapomnieć nie mogę;
    Ten cios nazbyt głęboko utkwił w mojej duszy.
    Więc bez wiedzy rodziców do Delf idę w drogę;
    Lecz Feb bynajmniej nie ma pytań mych na pieczy,
    Jedno wróży mi straszne, niesłychane rzeczy:
    Że w kazirodztwie z matką me lata przeżyję,
    Że hańba ludzka będzie mych dzieci udziałem,
    Że rodzonego ojca nareszcie zabiję.
    Przerażony wróżbami, jakie usłyszałem,
    Uciekam coraz dalej od korynckiej ziemi
    I mierząc jej odległość gwiazdy jedynemi,
    Idę z kraju do kraju, dbały tylko o to,
    Aby przed wywróżoną schronić się sromotą.
    I tak idąc bez przerwy, w onem miejscu staję,
    Gdzie Laj zginął, jak z mowy twojej się wydaje.