Zofia i Emilia/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Elżbieta Jaraczewska
Tytuł Zofia i Emilia
Pochodzenie Powieści narodowe
tom I
Wydawca Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Data wydania 1845
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZOFIA I EMILIA.
PRZEZ
ELŻBIETĘ Z HR. KRASIŃSKICH
JARACZEWSKĄ.
Z PORTRETEM I ŻYCIORYSEM AUTORKI.


Wydanie nowe J. N. Bobrowicza
uczynione za upoważnieniem familji Autorki.
Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangére) logo.jpg


LIPSK
NAKŁADEM KSIĘGARNI ZAGRANICZNEJ
(Librairie étrangère)
1845.

Drukiem F. A. Brockhauza w Lipsku.





ŻYCIORYS
ELŻBIETY Z HR. KRASIŃSKICH
JARACZEWSKIEJ.

Gdy pierwsze wydanie powieści narodowych, Elżbiety z Hr. Krasińskich Jaraczewskiej, już wyczerpanem zostało, a smak czytającej publiczności, wykształcając się coraz bardziej, coraz też więcej je ocenia, uznano przeto potrzebę uczynienia drugiego wydania, przy którem dołączamy wizerunek szacownej Autorki, i krótki rys jej życia. Zbyt wcześnie zmarła, bo w czterdziestu zaledwie latach, rzadkiemi zdolnościami obdarzoną była. Od dziecinnego wieku, zadziwiała swoich nauczycieli, bystrością dowcipu i pojęcia; nauka była dla niej potrzebą i rozrywką: była popędem umysłu chciwego postępu, polotem duszy wznieść się pragnącej. — Godnem jest zastanowienia, iż wszystkie władze umysłowe, równie wygórowane w niej były. Łączyła bowiem przy niezmiernie żywej i bystrej wyobraźni, nadzwyczajną zdolność czynienia trafnych spostrzeżeń, i zadziwiającą pamięć. Nie uważać, nie pojąć, i zapomnieć, było dla niej niepodobnem. Na kilka lat przed śmiercią, chcąc się sama przekonać ile sobie przypomnieć może anegdot historycznych i innych, podyktowała z pamięci przeszło dwa tysiące, co się zdaje trudnem do uwierzenia.
Lubo życie pani Jaraczewskiej nie przedstawia żadnych szczególnych wypadków, i należałoby się może ograniczyć na kilkósłownem skreśleniu, jej nader krótkiego literackiego zawodu, pozwolę sobie nadmienić choć nawiasowo, o jej prywatnych stosunkach. — Jakże tu nie wspomnieć o jej gruntownej, i pełnej miłości bliźniego pobożności, o stałości w uczuciach, o poświęceniu w przyjaźni, łagodnej szczerości, łatwości i słodyczy w pożyciu, i niezrównanej przyjemności w towarzystwie. Rozmowa jej niewypowiedzianie zajmująca, dowcipna, bogata w postrzeżenia, w ożywione obrazy, porównania szczęśliwe, samoistny, i trafny sposób tłomaczenia się, wszystko to dodawało jej ponęty i blasku; ale blask ten złagodzony zawsze pobłażaniem i uprzejmością, przyświecając wszystkim, nie raził nikogo, gdyż tak jak wszystkie osoby, prawdziwą posiadające wyższość, pani Jaraczewska miała wiele istotnej wybaczającej prostoty. Żadna rozmowa, jakkolwiek szczytna, nie przewyższała jej pojęcia: żadna jakkolwiek pozioma, nie zrażała jej dobroci. Lubo pozbawioną była wszelkich wdzięków powierzchownych, kilka razy jej się była nadarzyła sposobność pójścia za mąż. Zdawało się atoli że pragnie pozostać wolną, od mnogich obowiązków i kolei innego stanu. Doszedłszy do lat dwudziestu dwóch, i chcąc niejako ustalić swoją przyszłość, postanowiła wstąpić do kanoniczek w Warszawie, i wyrobiła sobie nawet u nich przyjęcie. Lecz Opatrzność inne miała dla niej widoki. W tymże samym czasie, przyjaciel jeden rodziny Krasińskich, umyślił ją wyswatać z dawnym swoim kolegą z wojska, Adamem Jaraczewskim, którego szczerze kochał i szacował. Z początku wahała się nieco, gdyż obawiała się wikłać w owe rozliczne związki ziemskie, wśród których tak rzadko umysły wyższe i serca zbyt draźliwie czułe znajdują szczęście. — Wahanie to przecież wkrótce ustało, gdyż się głęboko przywiązała do zacnego człowieka, rzeczywiście ją cenić umiejącego. Nie długo po ślubie, udała się z mężem na ciągły pobyt, do majętności w Lubelskiem położonej, gdzie przez kilkanaście lat przemieszkiwała.
Przez ten tak długi przeciąg czasu, ani na chwilę Pani Jaraczewska nie pożałowała swego wyboru. Mąż jej był wzorem prawości, rzetelności, i wszelkich szlachetnych przymiotów, cechujących prawdziwie polską duszę. Kochając go też nad życie, nie zatęskniła nigdy w swem miłem zaciszu, do obfitszego w rozrywki świata. Prócz licznych umysłowych zatrudnień, które jej żywość wyobraźni koniecznemi czyniła, dogadzała tudzież wrodzonej tkliwości serca, zajmując się przedewszystkiem powodzeniem swoich włościan, i kształceniem ich moralności. Wiedząc iż w każdym stanie, religija jest najpewniejszem źródłem oświaty i szczęścia, postarała się naprzód o gorliwego Proboszcza. Pamięta on zapewne dotąd, i poświadczyć może, iż pobożna jego Kollatórka, chcąc mu osłodzić i ułatwić, pierwsze w pięknym lecz ciernistym zawodzie kroki, uczestniczyła częstokroć jego Apostolskim pracom i staraniom, czy to w odwiedzaniu chorych, czy w pocieszaniu strapionych, czy w pojednywaniu waśniących się. Mając wzgląd tudzież, na szczupłość funduszów okolicznych księży, nie dozwalającą im nabywania dobrych i pożytecznych książek, utworzyła swemu Proboszczowi małą lecz wyborową biblioteczkę, złożoną z najlepszych dzieł duchownych, i religijno-moralnych, z upoważnieniem pożyczania tychże za rewersem, wszystkim sąsiednim kollegom. Przez kilka lat wciąż pomnażała ten zbiór szacowny, i na kilkanaście dni jeszcze przed śmiercią, kupiła w tym celu kilka pobożnych książek, gdyż czynić dobrze i działać użytecznie, było zawsze dla niej, zajęciem chwili obecnej, i lubem przyszłości marzeniem.
Mieszkanie jej na wsi, choć chędogie, miłe, podobnem było niekiedy do szpitala; wszyscy bowiem chorzy z jej włości, a często nawet i z obcych, przychodzili lub przysyłali prosić o lekarstwa i wsparcie, których nieodmawiała nikomu. Obwodowy doktor, zgodzony rocznie, objeżdżał raz w tydzień wszystkich jej włościan, a gdy tego potrzeba wymagała, i gwałtowniejsze grassowały choroby, nie tylko bywał codziennie, ale i innych z okolicy doktorów i chirurgów przywoływano. Prócz tego, była jeszcze i domowa apteczka, zawierająca wszystkie lekarstwa, jakich tylko zapotrzebować można w nagłych przypadkach, i początkowych słabościach, a której zaopatrzenie, nie małych także wymagało nakładów. Lecz nie na tem się ograniczała dobroć Pani Jaraczewskiej; znała to iż jedynie uprzejmość serca, umila dar ręki, i że biednemu każde słowo staje się pociechą, każdy dowód troskliwości dobrodziejstwem. Sama przeto odwiedzała i pielęgnowała chorych, nieobawiając się częstokroć, najniebezpieczniejszej zarazy i osładzając nie raz umierającym, ostatnią z życiem walkę, odmawianiem tkliwych i z serca płynących modłów. Że zaś jej czynna i przemyślna dobroć, umiała każdej chwili nadać użytek, i wszystkie nawet rozrywki, w dobre przeistaczać uczynki, celem prawie codziennym jej spacerów, było rozwożenie lekarstw cierpiącym, pożywienia głodnym, wsparcia potrzebnym, pomocy i radości wszystkim.
W dowód atoli iż życie odosobnione, ciche, pożyteczne, i dobroczynne, lepiej jeszcze przechowuje świeżość i żywość wyobraźni, jak roztargnienie światowych zabaw, czas ten poświęcany ciągle przez Panią Jaraczewską wypełnianiu najszczytniejszych cnót chrześcijańskich, był oraz epoką objawienia się jej piśmiennego talentu, który w dojrzalszym już wieku od razu świetnym zajaśniał blaskiem. Zbyt tkliwa, zbyt może draźliwem obdarzona czuciem, zbytnie czuła na wpływ potocznych choćby najdrobniejszych okoliczności, nie zdolna przytem przepomnieć minionego smutku, ani się nie trapić przewidywanem zmartwieniem, póki młodszą była, nie mogła dosyć przytłumić nieustannego odmętu w sobie, ażeby skreślić wyrazami, zbyt obfite wrażenia i myśli. Lecz gdy się jej życie niejako urzeczywistniło i uspokoiło, nie tak lat napływem, jak raczej ciągłem poświęcaniem się celowi wyższemu nad kłopotliwe drobnostki tego świata, ogień trawiący jej wyobraźnią, w błogie zamienił się światło, a zbyt gorące uczucia, w ożywione obrazy. Wady i śmieszności rażące ją dawniej w ludziach, stały się w ówczas zajmującym przedmiotem jej uwag życzliwych. Przedsięwzięcie pisania, nie pochodziło u niej z chęci wsławienia się, ani tworzenia urojonych marzeń, ale jakby z potrzeby przypomnienia sobie, i opowiedzenia drugim słyszanych i widzianych wypadków. To co się zaś w jej pismach moralnego i nauczającego znajduje, nie było tyle skutkiem rozmyślnej dążności, jak naturalnym połyskiem jej duszy. Użyteczność wypływała z jej pomysłów, jak woda wytryska z łona ziemi, jak powietrze krzepi i orzeźwia, jak świeci i ogrzewa słońce. Przyrodzoną jest bowiem cnotliwych istot własnością, że lubo się nie zajmują wrażeniem jakie sprawują na drugich, każden ich czyn jest wzorem, każde słowo nauką, każde odezwanie się, lepszego świata oddźwiękiem.
Straciwszy już wtedy wzrok prawie zupełnie, w skutku niepohamowanego niegdyś oddawania się czytaniu, zmuszoną była, przyjąć sekretarza, któremu dyktowała wysnuwające się z jej wyobraźni powieści; ale nie mógł nigdy wydążyć, gdyż to dyktowanie było zawsze, jakby nieustannem, i szybko się rozwijającem opowiadaniem. Konieczne zaś przerwy, wynikające z niepodobieństwa pisania z takim pośpiechem, rodziły w rozpromienionej wyobraźni Autorki, tysiące myśli i porównań, których żadne pióro jakkolwiek skore, schwytać, i skreślić nie zdołało, a których największą część w przepisaniu, opuszczać trzeba było. Nadzwyczajna ich mnogość, przeciążała przejrzystość jej utworów, jak zbytnia obfitość kwiatów i owoców, wysila urodzajne drzewa.
Najpierwszą powieścią Pani Jaraczewskiej, jest Zofija i Emilija. Dyktowanie tego dziełka, zabrało jej tylko trzy tygodnie, a jednak postępowała naprzód nieśmiało, w tym pełnym dla niej rozkoszy zawodzie. Podług nagannego większej części Dam polskich zwyczaju, nie nawykła była do pisania w rodowitym języku, musiała więc zrazu sama siebie przetłomaczać. Lękała się także, owego pierwszego pojawienia świata, i tak jak osoba wchodząca do licznego i nieznanego towarzystwa, nie pewną była uprzejmego przyjęcia, a chęć powstrzymania uskrzydlonej wyobraźni, nadała może temu pierwszemu utworowi, cechę jakowejś poważnej układności, w pośród której odbijają się atoli, świeże obrazy, trafne spostrzeżenia, i pełne tkliwości ustępy. Wtedy, otworzyło się dla Pani Jaraczewskiej, nowe i urocze życie, i wtedy nawet jej szczęście uzupełnionem zostało; tak jak żeby świat w jej duszy odbity, rzeczywistością był dla niej, a życie istotne, snem tylko przemijającym; godziny od dyktowania zbywające, snem się jej tylko zdawały. Wrodzona jej uprzejmość jedynie ją skłaniać mogła, do uczestniczenia zajęciom i rozrywkom otaczających ją osób, ale je tylko podzielała sercem i dobrocią; myśl jej była gdzie indziej. Dyktowała zwyczajnie bez przerwy, ale i bez natężenia umysłu, od dziewiątej z rana do obiadu; po objedzie znowu do wieczora, a nigdy jedna osoba nienastarczała pisać; — ją, tylko odpoczynek męczył.
Po Zofji i Emilji, wydawała małe dziełko ulotne, pod nazwą: «Upominek dla dzieci»; jest to wprawdzie fraszka, ale wdzięczna i miła, jak ten błogi wiek życia, a przytem pełna prawdy i doświadczenia, jak to wszystko co z pod jej pióra wyszło.
Gdy się coraz więcej rozwijało jej literackie powołanie, a pochlebne pierwszych dzieł przyjęcie, dodało jej nieco odwagi, w przeciągu dni dwunastu, podyktowała, poprawiła, i do druku wydała powieść: «Wieczór adwentowy», która się najwięcej powszechnie podoba. W rzeczy samej, obok ożywionego, i wiernego obrazu Staropolskich Patryarchalnych obyczajów, przedstawia niektóre typy, prowincyonalnego pożycia teraźniejszych czasów; a wszystko tak dokładnie, takim pozorem rzeczywistości nacechowane, że każdy ze starszych tego dzieła czytelników, znajduje w niem wspomnienia młodych lat swoich. Każdemu się zdaje, że znał którąś z działających w niem osób, że jakowąś część swoich własnych odczytuje pamiętników: że tak było w istocie, i inaczej być nie mogło. Co zaś do scen prowincyonalnych tegoczesnych, te są tak malowniczo i trafnie oddane, że nawet posądzano Autorkę, iż w czasie tyloletniego pobytu na wsi, nieustannie w około siebie szukała wzorów. Jednak, osoby nierozłącznie z Panią Jaraczewską przestające, sumiennie ręczyć mogą, że zbyt gruntownie dobra i uprzejma, ażeby chciała kogokolwiek wyszydzić, nie skreśliła w tych powieściach, ani jednego osobistego portretu, i nie chciała wytknąć niczyich wyłącznie wad i śmieszności. Obrazy jej wynikały jedynie z odbitych ogółowych wrażeń, z badawczego umysłu, i wiernej pamięci.
Pomimo że już w tenczas, dochodziły Panią Jaraczewską, pochlebne o jej pismach zdania, tak daleką była od zarozumiałości, i tak się nigdy z niczego nie chlubiła, że w zamieszkanej przez nią okolicy, długo po wydaniu pierwszego jej dzieła, nie domyślano się, że jest Autorką. Jakkolwiek przecież była obojętną na swoją słynność literacką, dwie błahe, i na pozór nic nieznaczące okoliczności, ucieszyły ją niezmiernie. Znajdując się w Warszawie, wkrótce po wydaniu swej pierwszej powieści, przechodziła raz przez Krakowskie przedmieście. Szedł naprzeciwko niej jakiś młody człowiek, zatopiony w książce zapewne dopiero kupionej. Na twarzy jego, żywe malowało się zajęcie, i w skutku też pewnie tego zajęcia, niepostrzegając nadchodzącej z przeciwnej strony osoby, potrącił ją niechcący, i o mało nie wywrócił. Wstrzymała się jednak, i spojrzawszy poniewolnie w czytaną tak namiętnie książkę, poznała swoją własną: «Zofiję i Emiliją.» Trudno sobie wystawić, jak ją ten mały wypadek ucieszył, i z jakiem upodobaniem opowiadała go wszystkim. Lecz czyż radość tak pełna łagodnej prostoty, nie świadczy zarazem, jak mało była wymagającą, i jak jej piękna dusza cenić umiała choćby najprzelotniejsze współczucia oznaki.
Drugi raz znowu, będąc na wsi, gdzie prawie powszechnie przyjętym na prowincyi zwyczajem, daleko liczniejszy dwór miała aniżeli tego wygoda i potrzeba wymagały, mając wieczorem jakiś rozkaz do wydania, kazała zawołać jednego z swych ludzi, lecz go nie było w przedpokoju. Wymieniła drugiego, nie było go także, trzeciego toż samo; chłopców nawet służących przy kredensie nie było. Zadziwiona i nieco zafrassowana tem pospolitem ruszeniem, kazała poszukać zbiegów, i znaleziono ich wszystkich zgromadzonych w kuchni, przy stole, w około kucharza, najbieglejszego pewnie z pomiędzy nich literata, który z wielkiem zadowolnieniem całego grona, czytał głośno: «Wieczór adwentowy.» Była to druga chwila prostodusznej radości, i każden to wyrozumie, że Autorka snadnie Panią Domu przebłagała.
Czwartem, ostatniem, i pewnie najszczytniejszem dziełem Pani Jaraczewskiej, jest powieść: «Pierwsza młodość, pierwsze uczucia Podyktowanie tej powieści, w przeciągu miesiąca uskutecznionem zostało, a jednak ileż w niej trafnie odmalowanych charakterów, ile zajmujących wypadków, głębokich myśli, poetycznych porównań! ileż dojrzałego doświadczenia, jak głęboka znajomość ludzi, i jak pociągająca dążność, ku religijnemu celowi! Dzieło to, było najupodobańszym Autorki utworem; nazywała je zwykle «testamentem swego rozumu i serca» jakby przeczuwała że śmierć zawczesna ograniczy wkrótce jej ulubiony zawód. Niepodobna atoli wysłowić, ile się jeszcze w tej żywej wyobraźni, snuło i gromadziło pomysłów do nowych utworów, i jak bogatego plonu spodziewać się można było, z tak nadzwyczajnej obfitości.
Lecz jak okropnie pomyśleć, że światło najjaśniej przyświecające, zgasnąć może raptownie, i że nawet im świetniejszym odznacza się blaskiem, tem się prędzej trawi i niknie! W chwili właśnie, gdy niepojęte rozkosze, wypływające dla Pani Jaraczewskiej z jej umysłowych zatrudnień, dopełniły miarę jej doczesnego szczęścia, przez rozprzestrzenienie widnokręgu jej ziemskiego życia, nasycenie tej wyobraźni, tak łaknącej mocnego zajęcia, i ustalenie równowagi, w tej tak płomienistej duszy, wypadki zaszłe niespodziewanie, w końcu 1830 r. zmusiły ją rozstać się z mężem, którego kochała nad życie, a już nie miała więcej oglądać. Rozłączenie to, było tak rozdzierające, że je opisać niepodobna. Powiedzieć można iż odtąd niejako umierać poczęła, i resztę dni swoich, smętnie już tylko przebolała.
Przyjechawszy wtedy do Krakowa, gdzie już przed zamężciem swojem przemieszkiwała kilkakrotnie, uspokoiła się nieco na pozór, i znowu uprzyjemniała chwile osobom z ktoremi żyła zabawiając wszystkich swoją dowcipną wesołością, podczas gdy ją skrycie, najokropniejsze dręczyły obawy. W kilka miesięcy potem, dowiedziała się, że jej mąż skończył nagle na cholerę. Jakby piorunem rażona, zdawała się przez jakiś czas, pozbawioną przytomności i czucia, i tak zatrważająca osłupiałość spostrzegać się w niej dawała, że przewidzieć można było iż (jak sama mówiła) życie jej, w korzeniu podciętem zostało. Obawiając się atoli, ażeby żal jej nieutulony, nic ciężył drugim, usiłowała się okazywać, równie wesołą jak wprzódy, lubo jej biedne serce, tak było rozdartem, i rozkrwawionem, że życie ranami jego uchodziło.
W skutku tej niszczącej wewnętrznej tęsknoty, i tego zewnętrznego nadludzkiego przezwyciężenia się, zagrożoną została wkrótce, najokropniejszą słabością, bo, rakiem w piersi. Choć starannie przed nią ukrywano, czego się obawiano dla niej, gwałtowne i dojmujące bóle, których już doznawała, ostrzegły ją aż nadto, o zbliżającem się niebezpieczeństwie. Ile zaś razy ukazała się jej wyraźnie zastraszająca przyszłość, wznosiła oczy do Nieba, mówiąc pokornie: «Niech się nademną spełni wola Pana Boga!» — Nie tylko bowiem w miłem z przyjaciołmi obcowaniu, szukała ulgi w swych dolegliwych wszelkiego rodzaju cierpieniach; dusza jej sięgając wyżej, szczytniejszych i rzeczywistszych szukała pociech, w gruntownej, i wzniosłej pobożności, której przez cały ciąg życia, tak wierną była. To też i Bóg, ulitował się nad nią, skracając jej męczeństwo, i wtedy gdy obecność śmiertelnej wprawdzie, ale długo trwać mającej choroby, obawę wszelkiej innej usuwać się zdawała, nerwowa gorączka, przecięła raptownie to życie, tak wydziedziczone ze szczęścia na ziemi, tak pożyteczne dla ludzi, tak pełne zasług dla Nieba.
Zgasła 28 Września 1832 roku.

Ludwika Ossolińska.

Kraków d 15. Maja 1845 r.



Przedmowa.

Krótką tylko, lecz konieczną, przed tem szybko napisanem dziełkiem mieszczę przedmowę: ostrzegając naprzód moich czytelników, iż pisząc jedynie w chęci być użyteczną (choć ze wstydem wyznaję) mało oswojona z pisaniem w ojczystej mowie, wiele przeciwko niej błędów popełnić mogłam; powtóre: iż malując przywary, wszystkim ludziom właściwe, żadnej okolicy szczególnie, żadnego stanu, żadnego nareszcie osobistego charakteru, określić ani wstydzić nie miałam na celu.





CZĘŚĆ PIERWSZA.
ZOFIA I EMILIA.

Najpożyteczniejszy sposób udzielenia swego doświadczenia, jest częstokroć wyjawienie, jakim sposobem się go nabyło. Do tego, każdy zwykle mniej więcej uderzony jest w życiu oczywistością jakiejś prawdy moralnej, którą w każdej ważnej okoliczności przytacza i stara się drugim dowieść. Ta, nad którą się najwięcej zastanawiałam i o której najlepiej sądzić mogę, jako kobieta: jest błędny kierunek dawany pospolicie w Polszcze wychowaniu naszej płci, którą w nadto poetycznym względzie za piękną płeć uważając, jak płonny kwiat troskliwie tylko pielęgnują, mało starając się nadać tej roślinie mocy i użytku: tak, jakby tylko do bukietu lub nietrwałego wieńca przeznaczona, do użytecznych krzewów nie należała rzędu. I tak, najczęściej u nas, najpierw myślą o rozwinięciu zwykłych tej płci powabów; potem o nadaniu jej powierzchownego wdzięku, ale nie istotnej podpory prawdziwych talentów; nareszcie starają się o zakończenie jej krótkiego i błahego zawodu, jakiem korzystnem małżeństwem, jak gdyby ten święty związek nie był przeciwnie, istotnym tegoż zawodu początkiem.
Tym sposobem wychowane u nas kobiety, uważane z dzieciństwa jak miłe cacka, potem jak istoty przeznaczone iść niewolniczo jednym śladem, nie mając nigdy samo-istnienia; później nareszcie w wieku ułudzeń, uważając się same jako heroiny wdzięcznego młodości romansu, niezdolnemi się stają wypełnić istotne swoje powołanie. Tworzą dla nich albowiem z życia łudzącą komedyą, spuszczając zasłonę na właściwy jego cel i obowiązki, i czyniąc je obcemi całej rozciągłości szczęścia i cnót, zawartych w zawodzie dobrej żony, matki, pani i obywatelki, w smutnej je stawiają konieczności, odrabiania przez drugą połowę życia, odebranego w pierwszej wychowania.
Prowadzona błędnie podług tych zasad i całej surowości dawnych w tej mierze przesądów, Delfina Stawska, pozbawiona od młodych lat rodziców, u ciotki w stolicy od dzieciństwa przebywając, zajaśniała w szesnastym roku na wielkim świecie, całą świetnością urocznego życia poranku. Twarz powabna, kibić kształtna, nieśmiałość pełna wdzięku; coś trwożliwego w spojrzeniu, uprzejmego w uśmiechu, liczne do tego pochwały dawane starannemu jej przez ciotkę wychowaniu i pięknemu posagowi; wszystko odznaczało Delfinę w towarzystwie, jak to świetne zjawisko, które każdego oczy wabi i zachwyca, póki nie zniknie lub nie spowszednieje, odświeżywszy na moment rozmowy znudzonych w mieście próżniaków. Oprócz zaś wdzięku, który zwykle przedstawia widok zaczynającej swój zawód w towarzystwie nowej i urocznej istoty, tak wiele takowe zjawisko porusza sprężyn ukrytych namiętności, tyle wznosi pretensyi i nadziei, tyle wznieca porównań i zazdrości, iż trzeba żyć w tym ciasnym obrębie rozgorączkowanym tylu namiętnościami, co zowią wielkim światem, ażeby wiedzieć, ile tak mały wypadek ruchu i wrażenia sprawić może.
Hrabina Rylińska, ciotka Delfiny, była przytem bogatą, dawała piękne bale i lubiono w dom jej uczęszczać. Liczba więc chwalących i otaczających jej siostrzenicę, znacznie się przez to wzmogła. Drugich zaś ciekawość doprowadzoną była do najwyższego stopnia, użyczanemi od dawna pochwałami tej młodej osobie, spostrzeganej tylko dotąd u ciotki, tak milczącej, tak nieśmiałej i tak powabnej, jak pierwsza tajemnica żywe nadzieje szczęścia w młodym wieku osłaniająca. Z niecierpliwością jedni, z zawiścią drudzy czekali sposobności jej poznania i osądzenia. Okazała się nareszcie w świecie, i tak się wszystkim wydawała piękną i bojaźliwą; że i zazdrość poniekąd jej przebaczała: czyli raczej do dalszego sądu przyczynę tej bojaźliwości złośliwie odsyłając, przesadzonemi tymczasem pochwałami, przykre wewnętrzne uczucia, jako i swe pochlebne pokrywała nadzieje.
Wtenczas właśnie przybył do Warszawy z odbytej po akademji podróży, Edward Sławiński, charakteru spokojnego, słodkiego, przyjaciel nauk a jeszcze więcej ludzi, bardziej obdarzony sercem otwartem, które ich kochać pragnęło, niż przenikliwym rozumem sądzić ich zdolnym. Wracając do zamieszkania ojczystej wioski, gdzie już go nie czekało szczęście zastania rodziców, poznał Hrabinę dawniej z nimi będącą w przyjaźni; ujęty był uprzejmością z którą go prosiła, ażeby jej dom za swój uważał, i nie myśląc, ani że miał znaczny majątek, ani że Delfiny, której Hrabia był opiekunem, mógł być nadwerężony, ujrzał ją, pokochał i odjętą mając miłością sposobność sądzenia o niej bezstronnie, wkrótce się z nią ożenił. Znajdował on w niej skromność, dobroć i łagodność, tak potrzebne kobiecie do uprzyjemnienia domowego pożycia. Hrabia na prędce z nim ukończył rachunek z opieki, Hrabina świetny bal dała na zaręczyny, i niebawnie potem Edward otoczony zewsząd powinszowaniami szczęścia i odgłosem pochwał swojej żony, upojony więcej niż kiedy miłością ku niej, i szczęśliwy, że tak miłą swemu życiu dobrał towarzyszkę, wyjechał z nią na wieś.
Zostawił mocno zasmuconą Hrabinę, której dom tyle stracił ponęty przez odjazd Delfiny, a jeszcze bardziej uradowanego jej męża, z tak szczęśliwego zdania ciążącej mu opieki; gdyż wydawać przyjemnie pieniądze, nie zaś pracować na nie starannie; myśleć o zabawach, a nie o interessach, było zwykłym jego zabiegów przedmiotem.
Z mocnym żalem zdawała się także Delfina porzucać ciotkę i ulubione miejsca, gdzie pierwszą przepędziła młodość. Smucił się temi uczuciami Edward, ale cieszył się oraz, że ich szczęście domowe, oderwane od wielkiego świata, które je zaciemniało, całym swym blaskiem na osobności zajaśnieje. Szanując jednak żal swej żony, w milczeniu tylko ściskał jej rękę, widząc cicho płynące jej łzy rzęsiste, przy opuszczeniu ostatnich ulic Warszawy.
Z obawy zbyt żywych koni, wysiadła Delfina z powozu na promie przewożącym ich przez Wisłę. Widział ją tam Edward z rozczuleniem wpatrującą się pilnie w oddalające się coraz bardziej od nich i ginące, jakby za ciemnym obłokiem, wzniosłe stolicy gmachy. — «To szczególnie — rzekła dziecinnie Delfina — my się od tego oddalamy, a zdaje się, iż to się od nas oddala.» — Uśmiechnął się Edward, zastanawiając się nad tym niewinnym niedoświadczenia wyrazem, tyle w późniejszem życiu mającym prawdy filozoficznej: gdy oddalając się doświadczeniem od ludzi i świata, zdaje nam się w gorzkiem przekonaniu, iż oni się od nas oddalają.
Oddając się następnie zwykłemu dumaniu, przypomniał sobie Edward, ile razy przybywając w młodych latach do tejże stolicy z rodzicami, ciemna otaczająca ją mgła zdawała mu się niejako tajemniczą z obłoków zasłoną, za którą tyle urojeń i szczęścia mieściła jego wyobraźnia; gdy tymczasem nie wydawała mu się teraz, tylko gęstą mgłą z nieczystych miasta wyziewów i licznych jego dymów. Tyle się od siebie różnią wiek ułudzeń z wiekiem doświadczenia.
Nie wiedział Edward, ile po znajomości ogólnej świata i ludzi, możemy znaleźć jeszcze goryczy w poznawaniu charakterów kochanych od nas osób, tak mile nam się pod urokiem pochlebnego uprzedzenia przedstawiających. Doznał tego wkrótce z Delfiną.
Wychowana podług niektórych ogólnych prawideł, dla kilku tylko chwil, czyli raczej dla odegrania kilku świetnych scen w życiu, słysząc zawsze: taką okazywać się trzeba, a nigdy, taką być należy, nie miała wykształconych władz duszy, ani umysłu. Słabego przytem charakteru, jak zwykle ograniczona osoba, uparta jak pieszczone i popsute od towarzystwa dziecko, delikatnego zdrowia, trwożliwego umysłu, nadto siebie kochająca, ażeby drugich kochać mogła; jeszcze długo po straconych słodkich Edwarda ułudzeniach, wydawała się Delfina obcym najłagodniejszą i najlepszą żoną, kiedy już dla męża nie zostało nawet nadziei, znalezienia z nią domowej pomyślności.
We dwa lata, szczęście zostania ojcem, nowe ułudzenia, nowe rzeczywistsze nadzieje, wznieciło w duszy Edwarda. Powiła Delfina córkę, tak piękną, tak do siebie podobną: iż stając się najpierwszym celem jej miłości, na moment całym wdziękiem dobrej matki w oczach męża ją ozdobiła. Chciała nawet koniecznie karmić nowo narodzoną Zofię, lecz wkrótce sprzykrzywszy sobie pełnienie obowiązku wymagającego ofiary rozlicznych jej fantazyi, ciągle kochając się w córce jak w swojej miniaturze, ale uporczywie także obstawając przy swoim kochania sposobie, odebrała Delfina mężowi i tę słodką nadzieję. Stracił ją nawet zupełnie, gdy urodzona we dwa lata później druga córka, która żonę dla przykrej ciąży, części jej wdzięków i przyjemnych tego roku zabaw stolicy pozbawiła, nie tylko z oziębłością, ale nawet ze wstrętem, przy przyjściu na świat od matki powitaną była. Delfina łączyła do tego tak niesprawiedliwego uczucia, drugą jeszcze niesprawiedliwszą obawę, iż podzieli w części w sercu ojca troskliwość i miłość, które jej się jedynie zdawały należne ulubionej od niej Zosi. Biedna więc Emilka, od ojca tylko mile przyjęta, jego staraniu i zdrowej wieśniaczki pokarmowi powierzona, jak sierota tylko wkrótce w domu była uważana.
Niemógł znieść tego długo Edward. Wszczęły się przykre wymówki, widoczne pomiędzy małżeństwem poróżnienia, przerywane tylko odwiedzinami gości lub bytnościami w stolicy, pod czas których Delfina przybierała znowu na moment, ujmującą dawniejszą postać. Lecz te pozory, tak przeciwne rzeczywistości, tak się obrzydłemi nareszcie stały otwartemu charakterowi Edwarda, iż nieznacznie Delfina z Zosią w stolicy, pod pozorem zdrowia, a Edward z Emilką na wsi w Topolówce przemieszkiwać zaczęli.
Przybyła tam wkrótce do Pana Sławińskiego, chcąc mu dopomódz w wychowaniu córki, owdowiała i ulubiona od niego siostra Łucya Mielińska. Przyjął ją mile Edward, nie oskarżając przed nią żony i usiłował odtąd w staraniach łożonych około szczęścia drugich, zapełnić niedostatek swego własnego.
Pani Mielińska starsza siostra Edwarda, najczulszą z nim od dzieciństwa połączona przyjaźnią, była wdową, po sędziwym i światłym mężu, którego razem przyjaciołką, prac towarzyszką, i ciągłą była osłodą w długich cierpieniach, które zgon jego poprzedziły. Po kilku latach szczęśliwego pożycia, ze szczerym żalem go utraciła, i zgodziwszy się najszlachetniej z dziedziczącymi po nim krewnymi, chętnie przy bracie osiadła. Nie mając zaś szczęścia być matką, jako swe dziecię przytuliła do swego łona i przedsięwzięła wychować, biedną i opuszczoną Emilkę.
Porządek, który w domu brata utrzymać umiała: rozsądne starania, które zgodnie z nim koło wychowania Emilki łożyła, coraz bardziej goiły zranione serce Edwarda, którego posępność odnawiając się za każdą podróżą do żony, wkrótce się rozchodziła wśród przyjemnego domowego pożycia. Co mu jednak było najboleśniejszem, to był błędny kierunek dawany wychowaniu Zosi, którą matka zupełnie podług tego, które sama niegdyś odebrała, prowadziła: ale nie mogąc, ani Delfinę w tem przekonać, ani odebrać od niej ulubione dziecko, przedsięwziął ze smutkiem odmienić przynajmniej doświadczenie w pożyteczną przestrogę i zostawioną mu Emilkę inaczej zupełnie wychować.
Ze stałością się zatem opierał powierzchownym matki żądaniom, przywożenia jej czasem z sobą do miasta, twierdząc: że wiejskie powietrze, koniecznem było jej zdrowiu. Łatwo na tem przestawała Delfina, bardziej się w gruncie obawiając, niż życząc przybycia zwieśniaczałej dziewczynki, gdyż czuła: że aniby mogła kochać niepodobnej do swojej Zofji, ani przebaczyć w czemkolwiek ją przewyższającej.
Nauczona przestrzegać przystojności, zastępować powszechną opinią własne zdanie, i zapełniać błahemi zatrudnieniami towarzyskiemi, czczość życia pozbawionego istotnych uczuć i rzeczywistych obowiązków, Delfina osiadłszy nareszcie zupełnie przy ciotce, oświadczyła publicznie: iż chęć pielęgnowania zdrowia drugiej matki i słabość własnego, przymusiły ją uczynić przykrą ofiarę porzucenia na jakiś czas dobrego męża i lubego na wsi pobytu; gdyż nic nie kosztuje wspominać ze słodyczą i uwielbieniem to, co się na zawsze porzuca. Ciche jednak westchnienie i smutne zamyślenie, które zwykle póty trwały w towarzystwie, póki nie były spostrzeżone, ile razy mówiono o niedobranem małżeństwie, o mężu nierozumiejącym swą żonę (gdyż to jest wyrazem przyjętym w świecie na oznaczenie nieumiejącego ją cenić), dawały do poznania: że i Delfina mieściła się w tym rzędzie. Zajęło to chwilowo w towarzystwie osoby lubiące trudnić się innemi, te które początkowo zazdrościły użyczanych jej pochwał, i te nakoniec, dla których powtarzanie szkodliwych dla drugich wieści, i nowe w tej mierze wnioskowania, są jedynem zatrudnieniem.
Hrabina zadowolniona, iż Delfina wróciła jej dom uprzyjemnić, herbatę nalewać, i uskuteczniać, jak zwykła była dotąd, wszelkie jej żądania i częste fantazye, chociaż ją jednak mniej w tej mierze powolną, niż dawniej znajdowała, okazywała także przed swemi przyjaciołkami, mocny żal z wydania jej tak młodo za nieumiejącego ją cenić męża.
Nowo urządzony i ozdobiony dla Pani Sławińskiej appartament w domu Hrabiny, w którym częste dawała eleganckie herbaty, podwoił także powody zajmowania się nią z czułością, jako nieszczęśliwą smutnego losu ofiarą.
Wszystkie te uczucia nareszcie spowszedniały i zestarzały się w towarzystwie. Przestano o tem mówić i po kilku latach nie wspominano już Delfinę, tylko jak niegdyś piękną i dobrze wychowaną osobę, za której gustu wyrokami, chciwie się ubiegano, gdy kupno wyprawy, urządzenie balu, lub ozdobienie appartamentu, zasiągnienie tak ważnej rady potrzebnem czyniło. Sama zaś Delfina, w zgwarnem i mętnem nieustannie życiu, mało czując upływ czasu, spostrzegała jednak pomimowolnie zmianę, którą przenosił w odbieranych przez nią w towarzystwie hołdach i pochwałach. Zaczęła więc powoli przenosić do Zofji próżność, którą czuła osobiście coraz mniej zadowolnioną, a strojąc się wdziękami powtarzającej ją córki, zdobiła się jeszcze postacią dobrej matki, którą w świecie przybierała. Nie wspominała zaś nigdy Delfina o mężu, tylko kiedy potrzeba pisania do niego, lub momentalny jego pobyt w mieście, koniecznem to czyniły: ani o Emilce, którą wszyscy uważali za smutną kalekę na wieczną osobność skazaną.
Przepędziła tak ośm lat Pani Sławińska, oddalona od męża i córki, gdy nareszcie zwiędłe po mocnej chorobie lice Zosi, chęć odnowienia swego appartamentu i usunięcia się na moment z pod zaczynającej się jej przykrzyć przewagi Hrabiny, ażeby tem więcej być od niej żądaną (polityka, którą dobrze znają wszystkie słabe charaktery i pieszczone dzieci) były jej powodem do napisania mężowi, iż go chce przy pięknej porze roku odwiedzić na wsi.
Ten list, skutek kaprysu momentalnego, mocne sprawił wzruszenie w zaciszu przez Edwarda zamieszkanem. Cała przeszłość, doznane przykrości w połączeniu z żoną; lecz także i poprzedzające je nadzieje, odświeżyły się w jego wyobraźni i wzruszyły serce. Zaczął myśleć: iż wiek dojrzalszy i przykre świata doświadczenie, może mu wrócą małżonkę, a jego Emilce matkę. W życiu albowiem samotnem, którego prawie same uczucia są wypadkami, jedna chwila, jedno mocne wzruszenie, niszczy czasem kilkoletni przeciąg czasu, i przeszłość w jednym momencie obecną czyni. Nie rozrywany niczem, nie oderwany żadną zmianą od przeszłości, zamieszkały w samotności człowiek, jest tak, jak niebaczne dziecko, które sądzi: iż bystry potok wróci mu powierzone wianki, lub, że ta sama woda zachowa rysy jego twarzy; gdy tymczasem wytryskując i odnawiając się nieustannie, już dawno upłynęła i uschła w obcych stronach.
Ze smutnym uśmiechem, więcej towarzyszącym politowaniu, jak nadziei, słuchała Pani Mielińska pomyślnych wróżb przez brata w tej mierze czynionych, pierwszy raz nie niszcząc przyłączonej do nich obawy. Wspólnie jednak z nim, liczne starania łożyła dla uprzyjemnienia Delfinie pobytu na wsi, i przysposobienia dziewięcioletniej Emilki do uczynienia na niej miłego wrażenia. I tak, wesoła dziewczynka, z wszelką wolnością dotąd na dworze i w ogrodzie kolejno się ucząca i igrająca, często do pokoju wołaną była, dla przymierzenia różnych ubiorów, które choć piękniejsze niż miała na święta jej lalka, cokolwiek jej mniej wygodnemi, niż codzienne wydawać się zaczęły, przez potrzebę, którą miała ich ochraniania. Z żalem nawet spostrzegli ojciec i ciotka, że ta zmiana nie dodając jej wdzięków, a odejmując wolność, zamiast ładniejszą, mniej zgrabną czyniła Emilkę. Mała, krępa, opalona, chociaż czarne oczy blaskiem żywego połyskujące dowcipu, lice jak brzoskwinie rumiane, a uśmiech otwierający malinowe usta, i białe jak perły pokazujący ząbki, miłe z niej czyniły dziecko; nie miała przecież tego powabu powierzchownego, który zwykle, staranne w innym względzie wychowanie, dziewczynkom nadaje. Serce jej jednak przyzwyczajone kochać nieznaną dotąd matkę i siostrę, całym wdziękiem prawdziwej czułości, zdobiły jej wymowną twarzyczkę, na samą myśl ich przybycia.
Od tygodnia wszystkie truskawki z jej ogródka dla matki, ulubiony pieszczony baranek dla siostry były przeznaczone; kanapka zaś, stoliczek, lalczyna garderoba, garnuszki i inne zabawki, w największym porządku czekały przybycia tej miłej przyjaciołki. Wszystkie jej małe w tej mierze przygotowania, nieustannie towarzyszyły większym w domu na przybycie matki czynionym; tak, jak często w pięknym letnim wieczorze, widziemy jednym powiewem wiatru poruszone, wysoko na górze stojący wiatrak, i mały młynek przez dzieci w piasek wetknięty.
Nadszedł nareszcie dzień, cel tylu zabiegów, obaw i nadziei. Z troskliwością domykał Edward, rąbkowe w Delfiny pokoju okien zasłony, zapobiegając wnijściu komarów, i już po czwarty raz Pani Mielińska z lekkiem napomnieniem, gromadziła pod grzebień ulatujące z pod niego gęste Emilki włosów pierścienie; gdy nagle trzaskanie z bicza, szczekanie psów i wpadnięcie do pokoju zadyszanej szafarki, przyjazd Jejmości oznajmiły. Wyszli wszyscy tłumnie na jej powitanie, i wnet ją przyjeżdżającą ujrzeli.
Zajechała z trzaskiem elegancka landara. Wysiadła z niej piękna trzydziestoletnia osoba, śliczna jedenastoletnia dziewczynka i równająca się im strojem, a szczególniej tonem Panna Rozalia ich służąca. Odrzuciła z gracyą Pani Sławińska muszlinową zasłonę: podała uprzejmie rękę wysadzającemu ją z powozu mężowi, z ciekawością zaś i niejaką obawą uściskała rzucającą się serdecznie w jej objęcia Emilkę. Spojrzała potem z zadowolnieniem na Zosię, którą z macierzyńską dumą przedstawiała ciotce, z powabną, lecz udaną uprzejmością z nią się witając. Emilka tymczasem, serdecznie uściskawszy siostrę, z nieznanem sobie dotąd uwielbieniem, przypatrywała się jej piękności, strojowi i ułożeniu; podczas, gdy stojąca opodal z szyderskim uśmiechem Panna Rozalia, dumnie szafarkę wołała, dla pokazania jej appartamentu Pani przeznaczonego. Zaczęto powóz rozpakowywać; wszyscy poszli do pokoju, i tam dopiero mogły się rozwinąć, wzruszenia w pierwszym momencie tłumnie tylko doświadczane.
Częste pytania Edwarda, na które ledwo czekał odpowiedzi, dowodziły jego pomięszania. Delfina ciekawem okiem oglądała wszystko, badając jakie w czem zaszły zmiany; Pani Mielińska wyszła, a Zosia układnie, cichym głosem, broniła się natarczywej Emilce, chcącej jej od razu i baranka darować i wszystkie zabawki pokazać.
Wróciła nareszcie Pani Mielińska; dano herbatę i owoce, a brzęk filiżanek i gromadzenie się koło jednego stolika, pokryły pomięszanie i zastąpiły na moment stygnącą rozmowę. Jakże ona się albowiem trudną i bolesną staje z temi, z któremi dawniej najpoufalej się było, a jest teraz zupełnie obojętnie; dla których długi przeciąg czasu, inne nawyknienia, nowe towarzystwa, świeższe związki, mimo błąkających się dawnych wyrazów przywiązania, zupełnie nas obcemi uczyniły.
Przyzwyczajenie nieprzeszkadzania żadnemu ogólnemu zatrudnieniu, przytłumiło na moment gościnność Emilki. Skoro tylko herbatę wyniesiono, podwoiła natarczywości z Zosią która patrząc bokiem na Panią Sławińską, i czyniąc sobie z swego posłuszeństwa zasługę odpowiadała jej głośno: «że nie zwykła matki na moment odstępować.» Ucieszona tem Delfina, dodała z zadowolnieniem, jak zwykła była czynić w mieście: «moja córka nigdy się prawie zemną nie rozłącza.» Na te słowa: «moja córka» przytuliła się do niej Zosia całując jej rękę z przymileniem, Emilka się zarumieniła i łzy jej w oczach stanęły; Pan Sławiński szybkim krokiem poszedł do okna, a Pani Mielińska schyliła się dla podniesienia upadłych nożyczek.
Spostrzegła Delfina rażącą stronę, przerywającą harmonią; zarumieniła się nawzajem, obawiając się wrażenia, które mogła uczynić na Pani Mielińskiej. Podwoiła przeto uprzejmości i zaproponowała ogólną przechadzkę.
Wszystkim się lżej zrobiło. Edward był kontent, iż pokaże potem żonie, ozdobiony dla niej appartament, Pani Mielińska cieszyła się myślą, iż pięknie urządzony ogród jej się podoba, a Emilka, którą matka pocałowała w wynagrodzeniu, z tryumfem Zosię do swego ogródka i baranka prowadziła. Lecz i ta nadzieja przyjemności ich zawiodła. Delfina o niczem podług siebie, ale o wszystkiem podług mody sądząc, nie mogła wybaczyć mężowi; iż obok pięknych klombów, zostawił dla cienia, staroświecki szpaler. Zosia, nosząc dla ukształcenia nogi, materyalne tylko trzewiki, skarżyła się na rosę, bała się chrabąszczów, i nie śmiała ani na krok wstąpić do ogródka Emilki, ażeby się nie zaczepić o agrest, ani się dotknąć świeżo umytego baranka, żeby się nie powalać; trwożliwie mu nawet podawała listek z ręki, lękając się ciągle, czy jej nie ukąsi. Zaspokajał ją w tem ojciec z niejaką goryczą, widząc zasmucenie Emilki. Pani Mielińska pocieszyła go, przypomniawszy mu ile Zosia była obcą wiejskim przyjemnościom, i dała jej w zamianę duży bukiet z kwiatów.
Wrócono smutno do domu. Delfina chciała pójść do swego appartamentu, ubrać cieplej Zosię, dla której się bała chłodu wieczornego. Zastali tam Pannę Rozalią wyrzekającą na brak tysiącznych przedmiotów do wygody służących, które Pani zostawiła w appartamencie swoim w mieście; na niedostatek szafy do zawieszania bez pogniecienia jej sukien; drugiej z szklannemi drzwiami do kapeluszy, nareszcie na krzyk pawiów, które Pani spać nie dadzą, i mocny zapach kwiatów w jej pokoju będących; gdyż te na ganku przed domem stać powinny, ażeby nie szkodzić delikatnym nerwom Jejmości. Pełno było goryczy w jej uwagach, i mniemanej dla Pani gorliwości; gdyż nic nie ma bardziej przesadzonego, jak skargi pokrywające prawdziwą przyczynę, nieukontentowania, a rozłączenie się z Panem Grzegorzewskim, kamerdynerem Hrabiny, kochankiem Panny Rozalji, i mała rola, którą czuła, iż będzie grać na wsi, jedynym były jej nieukontentowania powodem. Zaspakajała ją Delfina z uśmiechem, ale razem i z obawą, dowodzącą częste jej kaprysom uleganie. Pan Sławiński oschle jej odpowiedział: iż żałuje, że inaczej być nie może, i prowadząc żonę do stołu, nie mógł jej utaić zadziwienia, które w nim wzbudzał przykry humor Panny Rozalji, sądząc, iż dla niej równie nieprzyjemnym być musiał. Broniła jej z żywością Delfina, twierdząc, iż nie można być przywiązańszą, zręczniejszą, i że jej wiele winna za łożone około Zofji starania. Na te słowa, ścisnęło się serce Pana Sławińskiego, a zarumienione z płaczu oczy Zosi, w tym momencie ich doganiającej, z łatwością go przekonały, iż się stała ofiarą złego humoru Panny Rozalji, potrzebą jej przebierania podwojonego.
Kolacya była smutna i milcząca. Edward miał serce ściśnięte, widząc gościem w domu tę, którą sądził, iż panią jego i uprzyjemnieniem będzie. Emilka patrzała z zadziwieniem na wybór i małą ilość potraw udzielanych Zosi, a ta z większem jeszcze zadziwieniem trącącem zazdrością, na dobry apetyt Emilki. Delfina starała się być uprzejmą z Panią Mielińską: lecz mimowolnie odpowiadała zdaniami powszechnie w świecie przyjętemi i maxymami towarzyskiemi, na wynurzane przez nią myśli i uczucia, i poprawiała z pozorną wyższością każdy jej wyraz nie techniczny, w przedmiotach stroju i mody. Ludzie z ciekawością i obawą spoglądali kolejno na przybyłą panią, i układną panienkę, z przywiązaniem swojej usługując.
Wstano nareszcie od stołu. Dzieci poszły spać, i poufalsza wszczęła się rozmowa; gdy Delfina miejskie wiadomości mężowi opowiadać zaczęła, na wzajem się o dawne pytając sąsiedztwa. Z roztargnieniem podczas jego odpowiedzi, poprawiała sobie włosy, w zawieszonem na przeciwko zwierciedle, oświeconem stojącą przed niem lampą. Zapytała go nareszcie, z niejaką żywością, o młodą mężatkę z tych stron, którą nie dawno w Warszawie poznała: «Radabym ją widzieć, — dodała — gdyż mi się zdawała bardzo dobrze wychowaną,» (było to zwykłe Delfiny i jej ciotki wysłowienie, dla oznaczenia miłego w świecie ułożenia). «Nie ma jej w tych stronach, — odpowiedział Edward z goryczą — pojechała do bliższego miasta, rozwodzić się z mężem.» — «To mnie dziwi, — odpowiedziała z roztargnieniem przeglądając się znowu Delfina: — musiała chyba być połączona z niezdolnym ją ocenić człowiekiem; wcale się albowiem do rzeczy wydawała.» — «Może też wzajemna niezgodność charakterów, — przerwał z żywością przytłumionym głosem Edward, — wspólne ich z sobą pożycie nieznośnem czyniła.» I wstawszy, w mocnem poruszeniu, zaczął szybkim krokiem chodzić. Spostrzegła się znowu Delfina, chociaż wyrzeczone przez nią słowa, skutkiem tylko były powtarzanych zwykle przez nią w towarzystwie zasad, i nie wiedziała już o czem mówić.
Przyszła jej na pomoc Pani Mielińska. Pytała jej się znowu o Warszawę, i przejeżdżającą wten czas przez nią sławną śpiewaczkę. Mówiono ztąd o muzyce, którą Pani Mielińska dobrze posiadając, Emilce użyczała. Pani Sławińska nie źle śpiewała; wiedziała że mąż muzykę lubi, otworzyła fortepian, i zaczęła nucić kilka ulubionych od niego śpiewek. Wdzięk harmonji powoli go ułagodził; stanął za jej krzesłem; konwulsyjne tylko palców na nim przebieranie, dowodziło Delfinie ostatnich miotającej nim burzy wzruszeń. Wkrótce zegar dziesiątą wybił; Delfina wstała od fortepianu pod pozorem wypoczęcia z podróży, a rzeczywiście dla wylania na łono Panny Rozalji, różnych spostrzeżeń: tak, jak zwykła od dawna czynić podczas wieczornego rozbierania, przy używaniu różnych kosmetyków do zachowania piękności służących. Edward zaś w milczeniu, wziąwszy siostrę pod rękę, poszedł z nią do staroświeckiego po rodzicach szpaleru, gdzie wynurzył jej smutek, po utraconej nadziei, odzyskania kiedyś serca żony. Słuchała go w milczeniu; lekkie tylko czasem ręki ściśnienie dowodziło bratu, iż dzieliła jego cierpienie, i już poźno w noc wrócili szukać spoczynku. Jeszcze go był nie znalazł Edward, gdy brzask wschodzącej jutrzenki okna jego ozłocił.
Wesoła, jak wiosenny ptaszek rano się budząca Emilka, zaraz po poświęceniu z ciotką pierwiastków dnia Stwórcy, przypomniała sobie czekające ją w nim szczęście oglądania matki i siostry. Cicho się wykradłszy, i nie wnosząc, iżby jeszcze spały na tak piękny poranek, weszła do nich.
Niemogła spostrzedz zaraz, w zaciemnionym pokoju, obwiązanej spiącej matki; trafiła jednak od razu do łóżeczka Zosi, spiącej obok, w pokoju panny Rozalji i czule ją pocałowała.
Obudziła się z początku nieco przestraszona Zosia; lecz poznawszy siostrę i widząc wszystkich koło siebie w głębokim śnie pogrążonych, zachęciła ją do pozostania z nią, a sama usiadłszy w kuczki, i zrobiwszy jej miejsce na łóżku, zaczęła z nią rozmawiać. «Może będziesz pacierz mówić?» — zapytała jej się Emilka. — «Nie, to nie pilno,» — odpowiedziała Zosia, — «ja zawsze mówię francuzki z mamą, wtedy gdy się ubiera, albo z panną Rozalią; ale, że ta rzadko ma czas i często do niej rano przychodzi Pan Grzegorzewski, z którym bardzo lubi rozmawiać, lub z pokoju wyszedłszy, samej mi się każe modlić; nie mówię go czasem aż do wieczora; pogadajmy więc sobie.» Nie mogła tego zrozumieć Emilka; ponieważ ją jednak ciotka nauczyła, niczemu się powierzchownie nie dziwić w wychowaniu Zofji, i nie mówić o tem tylko z nią: po niejakim przeto milczeniu, znowu rozmawiać z siostrą zaczęła. Pytała jej się już Zosia o ogródek, o agrest, i o baranka, zapewniając ją uciszonym głosem, że byłaby się chętnie niemi bawiła, tylko się bała panny Rozalji, która ją i tak, podczas przebierania, wyburczała. Dodała Zosia atoli, iż pomimo tego, Panna Rozalia często dla niej dobrą była, i w sekrecie przed matką jeść dawała. Jeszcze to mocniej zdziwiło Emilkę.
Poruszenie budzącej się panny Rozalji, było powodem Zosi do zaklinania siostry, ażeby odeszła. Zosia się ułożyła jakby spała, a Emilka cicho się wyślizgnęła i drzwi zamknąwszy pobiegła do ciotki. Ta pierwszy raz na czynione przez nią uwagi, w krótkości jej odpowiedziała; iż nienależało o tem mówić, gdyż wiele jest odcieniów pomiędzy wsią a miastem i różnemi wychowaniami, które dopiero późniejszy wiek i dojrzalszy rozsądek sprawiedliwie ocenić mogą; i że nadewszystko przed sądzeniem o nich, trzeba szanować rodziców. Zrozumiało to, choć nie umysł, ale serce Emilki. Uściskała ciotkę i poszedłszy na dobrydzień do ojca, czułemi swemi pieszczotami, pozostałe jeszcze na jego umyśle rozpędziła chmury.
Pani Sławińska nie przyszła aż na obiad. Po obiedzie czytano, w wieczór się muzyką bawiono; następne dnie tym samym trybem upływały. W częstych chwilach, które Delfina poświęcała regularnej z miastem korrespondencyi, powierzona ojcu lub ciotce Zosia, wesoło się z siostrą po ogrodzie uganiała, pod warunkiem jednak ściśle od matki dołączonym, nie zdejmowania nigdy kapelusika z zasłoną, ani rękawiczek.
Zaczęli goście uczęszczać do Topolówki. Uwielbienie, z którem na Panią Sławińską patrzano, we wszystkiem się do jej gustu stosując, i rad panny Rozalji w modach zasiągano, przewaga i posłuszeństwo, które otrzymały w tym względzie w całej okolicy, nie długo panią i sługę zupełnie zadowolniły; gdyż najpodlejsze kadzidło pachnie próżności, i jeżeli nie przyjemnie, przynajmniej znośniej zaczął czas zchodzić.
Przybyły z Wiednia Pan Hoffel, malarz sprowadzony przez Pana Sławińskiego, dla dawania lekcyi Emilce, która do rysunku zdawała się mieć wrodzony talent, powiększył wkrótce towarzystwo Topolówki, odnowiwszy w Delfinie uprzejmość, odradzającą się w niej przy każdej nowej znajomości, a tem bardziej ciągłym widzu mogącym o niej sądzić.
Dawał lekcye Pan Hoffel obudwom dziewczynkom; co zaś do innych przedmiotów, nie dozwoliła Delfina, ażeby Zosia uczęstniczyła udzielanym przez ciotkę Emilce naukom; spostrzegłszy wyższość, którą w nich młodsza siostra nad nią miała. Niemając jednak sama zdolności zastąpienia dochodzących do niej w stolicy metrów (których jej córka pod dozorem wtenczas panny Rozalji, figlami łub biletami zwykle tylko zbywała); zajmowała tymczasem Zosię co poranek, ażeby jej się lepiej zbyć, uczeniem na pamięć długich francuzkich wierszy. Na wpół je tylko Zosia rozumiała, a powtarzanie ich potem przed matką, z właściwą im deklamacyą, lubo to bardziej naśladowniczo, niż z czucia czynić mogła, więcej jej przykrości i bur przynosiło, niż wszystkie nauki siostrze jej użyczane. Najmilszą też dla niej była lekcya rysunku brana z Emilką od Pana Hoffel, pod dozorem łagodnej Pani Mielińskiej, która nie mącąc młodego umysłu zbyt fukliwem napominaniem, ale kierując cierpliwie jego uwagę ku celowi zatrudnienia, umiała razem, jak pożyteczna drzewu młodemu dawana podpora, i prostować, i wspierać powierzone sobie latorośle.
Najmilsze upodobanie znajdując oddawna w najobszerniejszem dobrze czynieniu, Pani Mielińska, z żalem widziała przywiązującą się coraz bardziej do mieszkańców Topolówki, nieprzeznaczoną z nimi mieszkać Zofią. Wesołość tej albowiem, i wrodzony dowcip, rozkwitające w zaufaniu, a ustawicznie ścieśniane matki prowadzeniem, nieomylnie wróżyć kazały; iż władze jej umysłu, mogące być ku dobremu użyte, łatwo także potrzebą ustawicznego się ukrywania, w zdatność szyderstwa i wykrętów, zamienione być mogą.
W rzeczywistości Zofia, jak wszystkie dzieci, umiała zdrowo myśleć i sprawiedliwie sądzić o rzeczach, chociaż jej się o jej zdanie nigdy nie pytano, a uczuć ani myśli w niczem wyjawiać nie dozwolono, ustawicznie ją wstrzymując temi maxymami: «że milczenie jest ozdobą płci naszej; że nieprzystoi panience ani się głośno śmiać, ani bardzo cieszyć, ani z żywością rozmawiać, ani znudzenia okazywać, ani żwawo biegać, ani mówić niezapytanej.» Niemniej nawet dla tego Zofia czuła i myślała, ale owszem przeciwnie, więcej jeszcze jak inne dzieci; mniej od nich będąc niejako aktorką, a więcej widzem w towarzystwie. Doskonale więc umiała i matkę osądzić, i jej się przypochlebić, i Pannę Rozalią ubłagać, i sekretu jej dotrzymać. I tak, oswojona zbyt wcześnie ze smutną mizantropji, lub polityki przenikliwością, w cnotach pozory, w sposobie prowadzenia życia przyjemnego, zręczność tylko korzystania z cudzych słabości, widzieć się nauczyła. Prowadzona zawsze przykrym wyrazem: «tak trzeba», a nigdy tym daleko mocniejszym, «powinnaś», nie mogąc, ani nieprzestąpić nadto pomnożonych matki zakazów, ani otrzymać od niej przyznania winy Pannie Rozalji, gdy czasem się od kapryśnych jej wyroków do matki odwoływała; zaczęła Zofia zastępować sądzeniem o drugich, właściwe dla nich w jej wieku uczucia, a sztuka podejścia lub wykrętów, przyszła wkrótce na pomoc niemożności otrzymania szczerością, przebaczenia popełnionego błędu lub żądanej przyjemności.
Nie znała ani cienia tych wad, łagodnie prowadzona, szczęśliwa Emilka. Wyćwiczona jednak w pozorach Zofia, zawsze przy gościach więcej od siostry pochwał odbierała, chociaż Emilka od domowych ciągle bardziej kochaną była. Dobre jednak i czułe serduszko Emilki, ciesząc się, iż się Zofia tak powszechnie podoba, cierpiało często, widząc ulubione dotąd w sąsiedztwie towarzyszki, i zwykle ją pieszczące osoby, mało teraz na nią zważające. Nie znała i nie mogła jeszcze zrozumieć Emilka, jaki wdzięk mają dla świata pozory i nowość, i pomimowolnie ją to zasmucało. Z najczulszą też wdzięcznością pokochała, Wojewodzinę Trocką, dawną ojca przyjaciółkę, o ćwierć mili od nich, w Brzoznowie mieszkającą, która jedna w sąsiedztwie zawsze jej tęż samą przyjaźń okazywała. Pierwszy raz nawet na Zosię się obruszyła, gdy ją po powrocie z Brzoznowa przez siostrę ujrzała przedrzyźnianą (talent, któren Zosia doskonale posiadała, i do którego się zwykła uciekać, gdy matkę lub pannę Rozalię w dobry humor wprowadzić chciała). Nie widziała jednak Emilka aby ją matka o to napomniała, póki jej ojciec nie skarcił: co jej się bardzo dziwnem zdawało.
Wiele jeszcze innych odcieniów w charakterze matki i Zofji poczciwa Emilka zrozumieć nie mogła, żadna z nich nie będąc zupełnie szczerą. I tak, gdy wracając z siostrą z orzechów, rydzów, lub innej długiej przechadzki, której przedłużenia Zofia najmocniej pragnęła, widziała ją za powrotem oświadczającą matce z przymileniem, ile bez niej tęschniła, a tę, nie ciekawą żadnych szczegółów przechadzki, ubranie jej tylko poprawującą; ściskało się serce Emilki tym niedostatkiem szczerości i zaufania, chociaż sobie o tem sądzić nie pozwalała; tak, jak wyziew śmiertelny działa na zdrowem ciele, przed odkryciem nawet z kąd pochodzi.
Inne jeszcze wypadki wkrótce zaszłe, do rozwinięcia różnicy charakterów i uczuć z obydwóch wychowań pochodzących, mocno się przyczyniły.
Nadszedł dzień urodzin Zofji. Pan Sławiński chcąc go uświetnić powszechną uroczystością, wybrał go na obrzynki. Wkrótce wszyscy niemi w domu zajęci byli. Zakręt ogólny, duże stoły białem płótnem przykryte, obok ciemno-zielonych kasztanów; wzniesiony wysoki maszt z chorągiewką, na którym powiewała różnofarbna chustka w nagródę, umiejącemu ją zdobyć przeznaczona; kilka beczek pod rozłożystą lipą, na których temczasowo siedziała wiejska muzyka przegrywając wesoło; dwa kramiki napełnione wstążkami i różnemi klejnotami wiejskiemi, które Pan Sławiński swoim córkom do rozdawania przeznaczył; krzątająca się z pośpiechem szafarka, stoły kurzącemi się potrawami zastawiająca; ogromne kosze wypieczonym chlebem i białym jak mleko serem napełnione, które Emilka biegnąc wesoło jak młody konik, po szósty raz tam poprzedzała: kupy gromadzących się wieśniaczek, i dzieci przypatrujących się dworowi i dworskim; śpiewy z daleka słyszane; dwie nareszcie przednice kłosami uwieńczone, na czele gromady się zbliżające, na około i nad wszystkiem szklniąca światłość pięknego dnia letniego, i naszego jasnobłękitnego nieba północy: taki obraz przedstawiały obrzynki w Topolówce. Przypatrywała mu się obojętnie, zasłaniając się przed słońcem Delfina; spoglądała na niego bokiem nieśmiejąca się od niej oddalić Zofia; najciekawszy zaś ze wszystkich tego widoku Pan Hoffel, zabierał się go już kreślić.
Delfina jednak, gotowa stanąć w obrazie korzystnie, ile razy była na widoku publicznym, z uprzejmością ofiarowany sobie wieniec przyjęła, obróciwszy się w koło z poddającą go sobie przednicą. Pan Sławiński hojnie tejże wynagrodził, a dziewczynki przez niego zawołane, z równą ochotą do przeznaczonych im kramików pobiegły. Zosia atoli, lękając się matki, z nieśmiałością różnofarbne wstążki i świecące dary do góry wznosiła, rozdając je cisnącym się dziewczętom; podczas gdy Emilka z najserdeczniejszą wesołością, wołając kolejno znajome, zachęcając nieśmiałe, uprzejmie z każdą mówiąc, sumiennem się tylko troszczyła rozdaniem.
Zasiedli wszyscy do stołów. Śmiały chłopak, już schodził przy powszechnych oklaskach z chustką zdobytą ze ślizkiego słupa. Zaczęto spełniać głośne wiwaty za zdrowie państwa, zagrzmiała muzyka, i syn wójta z nieśmiałą oracyą, gniotąc w ręku kapelusz ponsową wstążką ozdobiony, przyszedł prosić Zosię w taniec. Spojrzała trwożliwie na matkę; lecz rozkaz ojca przed odebraniem jeszcze od niej odpowiedzi, zakończył trudność. Emilka poszła wesoło z drugim młodym gospodarzem; ruszyło za niemi kilkanaście par ochoczo, ciężkiemi podkówkami murawę tłoczących; lecz Zosia mając przechodzić przed gankiem, gdzie siedziała matka, pilnując swojej postawy, i starając się stósować taniec uczony do niezgrabnych zamaszystych kroków swego tanecznika, którego się ledwo końcem palców dotykała, wydawała się jak zaczarowana księżniczka lub Nimfa wśród satyrów; gdy tymczasem wesoła Emilka szczerze wyskakiwała. Nie brakło jej też na tanecznikach, gdy ślicznej panienki, po niemiecku (jak mówili wieśniacy) tańcującej, już nikt nie chciał w taniec prosić.
Odebrane w ten moment listy i paczka jakaś z poczty, pod adressem Pani Sławińskiej, posłużyły jej za powód zawołania dzieci i wrócenia z niemi do pokoju. Zosia już znudzona widowiskiem, którego nie dzieliła wesołości, poszła za nią chętnie, a Emilka niemniej posłusznie z westchnieniem się tylko za sobą oglądając. Otworzono paczkę, dobyła z niej Pani Sławińska dwie sukienki jednakowe, dla obydwóch dziewczynek, które im z pomocą panny Rozalji przymierzać zaczęła. Liczne pochwały, z któremi się rozszerzała nad ich pięknością, wesoły ich różowy kolor, tak ulubiony w dzieciństwie, ukontentowanie być jednakowo ubraną z siostrą, dobroć matki pamiętającej o niej, ucieszyły najprzód Emilkę. Żal jej jednak troszkę było obrzynków, pięknego wieczora, i nie mogła pojąć tak żywej radości matki i siostry, na widok tych modnych ubiorów, widziawszy je tak obojętnemi na ogólną wesołość. Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy Panna Rozalia dodała: «jakże Panienki w tym stroju piękne! jak szczęśliwe! jakże im będą zazdrościć.» Połączenie albowiem tych trzech wyrażeń, szczególnem jej się wydawało.
Dana na ganku wieczerza, z kąd się jeszcze można było przypatrzeć kończącym się obrzynkom, przerwała jej w tej mierze dumanie. Większe jeszcze nazajutrz czekało ją zadziwienie; oglądając tego dnia Pan Sławiński po obiedzie, naszkicowany przez Pana Hoffel rys obrzynków, obiecał mu drugi wiejski obraz pokazać, i zaproponował wszystkim przechadzkę do blizkiego stawu, który w tym czasie spuszczano.
Zajechały niezwłocznie powozy, i wkrótce za laskiem zielonym, w którym wyobraźnie i spomnienia obydwóch dziewczynek, kolejno widziały i przypominały zbierane kwiaty, rydze lub orzechy, spostrzeżono kilka chałup, z których kominów gęste kłęby unoszącego się dymu, jak fantastyczne obłoki po niebie się przesuwały. Ujrzano potem wielki staw, zastawiony młyn, koło niego budkę z chróstu, w której duże rozpalone ognisko oświecało snujących się przed nim żydów o ryby się targujących, i starą wieśniaczkę, co w kuczki siedząc, dla robotników jeść gotowała. Dalej, przy wesołych okrzykach wyciągali pracowicie rybacy ciężkie siecie, i starannie rozplątując uwięzłe w nich różnego rodzaju ryby, wrzucali je w duże naczynia wodą napełnione. Obok bawiące się dzieci, komicznie ich naśladując, ciskały w staw małe płotki, ze wzgardą na bok odrzucone. Z drugiej zaś strony, widać było rozwieszone w festony na wierzbach suszące się sieci, jadące z turkotem po grobli wozy z beczkami, krążące po stawie czółna, zarzucane po nim sieci, za któremi się ciągnęły jak wieńce szerokolistne biało kwitnące wodne rośliny; gdy tymczasem, pluskające się małe rybki, ozłocone od promieni słonecznych, po wierzchu wody igrały; a w odległości figlarny ptak, rybołów zwany, czatując na pastwę, nagle się spuszczał i szybko ze swoją zdobyczą uciekał.
Ten charakterystyczny obraz, w największe zachwycenie wprowadził Pana Hoffel, który po malarsku wszystkie jego szczegóły wskazywał Delfinie. Pan Sławiński z siostrą rozmawiali z rybakami, a Emilka obznajomiona już z przedstawiającym się widokiem, z ukontentowaniem dzieciom rzucającym płotki dopomagała, zalecając: ażeby ostrożnie, nie kalecząc je, to czyniły, i różne gatunki ryb wyszczególniała Zosi, która obawiając się pobryzgania zdaleka stała.
Wilgoć jednak, na którą Pani Sławińska skarżyć się zaczęła, była powodem skłaniającym do powrotu. Pan Hoffel jeden pozostał dla odmalowania obecnej sceny, o której dzieci ciągle, wracając do domu, rozmawiały.
Lecz wkrótce odmienił się cel zajęcia, gdy wjechawszy na dziedziniec, ujrzano świeżo wyprzężoną bryczkę, i dowiedziano się, że poprzedzała Państwa Unieckich, którzy z Warszawy w towarzystwie młodego Podpułkownika Bronisława, najlepszego stolicy tanecznika, na wesele siostry na Ukrainę jechali. Żałując straconych chwil, i nie kontenta z tak poźnego uwiadomienia, ująwszy za ręce dzieci z niezwyczajną żywością, pobiegła Delfina poprawić swoje i ich ubranie; gdy tymczasem Pani Mielińska spokojnie, przyjęciem gości się zatrudniała. Nie mogła pojąć Emilka przyczyny gorączkowego matki pośpiechu, i dla czego goście zawsze tak uprzejmie w Topolówce witani, tak mocno ją swojem przybyciem teraz przerażali.
Niecierpliwa Delfina, zastawszy swój pokój zamknięty, zbiegła z żywością wołać Panny Rozalji, która w niebytności Pana Grzegorzewskiego, z uśmiechem słodkich słówek zastępcy wójta gminy Topolówki słuchając, po ogrodzie się z nim przechadzała. Wróciła z nią wkrótce Pani Sławińska, łając ją z niezwykłem sobie poruszeniem.
Nagotowała w milczeniu zaperzona Panna Rozalia wszystko do ubioru swojej Pani, a ta rozkazawszy jej niebawnie włożyć Zosi wczoraj przywiezioną sukienkę, sama się Emilką zatrudniła. Dała sobie posłuszna i przestraszona dziewczynka bez oporu (lubo do tego niezwyczajną była) i włosy związać, i stanik od sukni zasznurować; gdy nareszcie, za trzeciem wpinaniem przez Delfinę niechcącej wejść w szarfę szpilki, zaczerwienienie jej i łzy mocną boleść zdradziły. Spostrzegłszy to matka, zapytała się jej z żywością, widząc, iż ją po trzeci raz ukłuła, czemu ją pierwej nie przestrzegła? na co jej dziewczynka z czułością odpowiedziała, całując ją w rękę: że jej się najprzód nie śmiała sprzeciwić, a potem gdy już gdzieindziej szpilkę wpięła, przyznaniem się, że ją ukłuła, zasmucić nie chciała. Przycisnęła ją w milczeniu do swego serca oziębła matka, i pierwszy raz poczuła, że odrzucone od niej dziecię, pociechą jej się kiedyś stać może.
Wznoszący się cierpko głos Panny Rozalji i skargi Zosi na nię, zwróciły uwagę Delfiny. Broniła się uporczywie Zosia, kwaśnej Pannie Rozalji; ta albowiem sama rozgniewana, cieszyła się, iż komu innemu sprzeciwić się może, i chciała jej na nową sukienkę ciasny ze wstążek włożyć gorsecik, który, mniej ściskana na wsi za prośbą ojca Zosia, z trudnością wdziać mogła. Rozstrzygła spór Pani Sławińska (jak zwykle) na stronę panny Rozalji, z pochlebstwem mówiącej, ile się w tem ubraniu ładnie figurka panienki wydaje, i kładąc sama gwałtownie gorsecik Zosi, gdy z powodu jej oporu ramiączko pękło, do największego uniesienia doprowadzona, mocno ją uderzyła. Iskrzące się oczy, zbladłe i drżące usta Delfiny, rzewny płacz Zosi, tak mocno przeraziły nieprzyzwyczajoną do podobnych zdarzeń Emilkę, iż padając do nóg matki, łzami zalana, i składając ręce, o przebaczenie siostrze najmocniej błagała.
Usłyszany w ten moment turkot zajeżdżającego powozu, szczególną zmianę w tej scenie uczynił. Zarumieniły się nagle blade lica Delfiny; podniosła szybko klęczącą jeszcze Emilkę, zalecając jej kwaśno, żeby sukni nie gnietła, i pocałowała w czoło Zosię, zamiast czekać przeproszenia dąsającej się dziewczynki. Gorzko jej tylko wymawiała, że zastaną ją z czerwonemi jak królik oczami, i zaczęła kolejno na nie chuchać i różanną wodą przemywać. Poprawiwszy sobie potem włosy w zwierciedle, darowała pannie Rozalji, dla przebłagania, zdjętą z siebie suknią, i szybko z dziećmi do pokoju bawialnego się udała, przyjacielsko już po drodze rozmawiając z Zosią; gdy tymczasem zimna i drżąca ręka Emilki, dowodziła jej ciągle, ile jeszcze zmięszaną była.
Zastali już wszystkich w salonie. Twarz Pani Sławińskiej najmilszy znowu przybrała uśmiech, i z przyjemnością o szczegółach tyczących się stolicy, z gośćmi zaczęła rozmowę. Gdy jednak po wyczerpaniu tejże, Pan Uniecki kollega niegdyś szkolny Pana Sławińskiego, dawne zaczął przywodzić spomnienia, a jego żona znudzona miastem, z ciekawością pytała się Pani Mielińskiej o najlepszy sposób założenia ogrodu i odchowania pięknego bydła, z Podpułkownikiem już tylko Delfina o Warszawie mówiła. Pierwszy raz nawet od przybycia w dom męża, dla zapełnienia czczości prowadzonej z nią rozmowy, wzięła się do gospodarstwa herbaty. Co jej się zaś jeszcze przykrzejszem stało, to było spostrzeżenie, iż po krótkiem zajęciu się Zosią, z żywością rozmawiano o Emilce, którą widząc mocno pomięszaną, dobrze ją znająca ciotka, z jakimsiś zleceniem w tej chwili z pokoju wysłała, ażeby jej dać czas przyjść do siebie. Wbiegła wkrótce zdać sprawę żwawa dziewczynka, której rzeczywiście to nowe zatrudnienie (jak to pospolicie bywa w tym wieku) rozpędziło smutek, i zachęcona przez ojca żywo i dowcipnie na zapytania Pani Unieckiej odpowiadała. Zajęli się nią wszyscy wkrótce z upodobaniem, tak, jak się z przyjemnością słucha, naturalnych dźwięcznych tonów słowika, po mądrze przez wyuczonego kanarka wyexekwowanym kurancie. Delfina mocno cierpiała, i gdyby nie zręczność Pani Mielińskiej w skierowaniu znowu rozmowy ku muzyce, dająca jej sposobność wspomnienia przy fortepianie ulubionych tańców w stolicy, i kilku najnowszych aryi; nie byłaby już mogła utaić dłużej swego nieukontentowania. Zosia nawet, dzieląc już to przykre uczucie, pierwszy raz idąc spać, z niecierpliwością syknęła, gdy Emilka mówiąc jej (jak zwykle) dobranoc, serdecznie obydwoma rączkami objąwszy, do siebie przycisnęła.
Nazajutrz skoro świt goście wyjechali. Delfina skarżąc się na ból głowy, później jak zawsze zeszła. W kilka dni potem, odebrany list z Warszawy, donoszący o ukończeniu odświeżonego appartamentu, podał jej miłą sposobność zapowiedzenia swego wyjazdu. Poczyniła spiesznie przygotowania ucieszona Panna Rozalia. Delfina podwoiła uprzejmości, dla zostawienia o sobie pochlebnego wrażenia w Topolówce; tyle będąc wewnątrz szczerze poruszoną prawdziwym żalem Emilki, ile była mocno oburzona ponurym smutkiem, blizkim rozpaczy, malującym się na twarzy Zofji, z goryczą utrzymując, iż ukrócenie zbytniej dotąd wolności, i powrót do licznych lekcyi w stolicy, jedyną tego były przyczyną.
Nadszedł nareszcie dzień odjazdu. Delfina, przeciwnie swemu zwyczajowi, rano wstała i hojnie wynagrodziwszy wszystkich ludzi w Topolówce, której się nie spodziewała tak prędko oglądać; nie mogła nie przyjąć rannego tam jeszcze obiadu. Pan Sławiński albowiem obiecywał czas opóźnienia wynagrodzić posłaniem o trzy mile koni na przeprząg, chcąc jeszcze nieco Delfinę z Emilką odprowadzić.
Szybko jednak, choć uprzejmie przyspieszała odjazd Pani Sławińska, i zaraz po wstaniu od stołu, wszyscy wyjechali. Ściskało się serce Edwarda, widząc mimo pozorów przystojności, które zawsze Delfina zachować chciała, podwajającą się jej wesołość: za każdym krokiem do miasta ją zbliżającym; gdy tymczasem smutek dwóch dziewczynek za ręce się trzymających, coraz pomnażać się zdawał.
Zastanowił się nareszcie powóz, przeprzężono konie. Odezwał się mocno w ojcowskiem sercu Pana Sławińskiego, głuchy jęk, z którym go Zofia pożegnała, i jeszcze długo z płaczącą Emilką stał zamyślony na gościńcu, kiedy wznoszący się z daleka tuman kurzawy, ostatnie już tylko szybko oddalającej się landary, oznaczał ślady.
Ulżyły żalowi Pana Sławińskiego, chęć rozerwania Emilki, i uprzejme przyjęcie pozostałej w domu siostry; widok atoli próżnych, i sianem jeszcze po pakowaniu napełnionych pokoi żony, które uprzątano, mocno mu serce ścisnął, córki łzy ponawiając.
Rozeszli się wszyscy w wieczór wcześnie, pod pozorem wypoczęcia po szybkiej podróży. Nazajutrz odwiedzili Wojewodzinę, którą mało widywali podczas bytności na wsi, nie lubiącej jej Pani Sławińskiej; a trzeciego dnia wszystko do swego dawnego porządku wróciło.
Odebrano niedługo list uprzejmy od Delfiny z podarunkiem dla Emilki, i czułym i szczegółowym do niej listem siostry. Odpisała jej wiernie, rozrzewniona Emilka. Drugi list Zofji już był obojętniejszy; listy matki znów rzadsze; i tak wkrótce widać było gasnące ostatnie iskierki nieutrzymywanego ognia. Niedługo, korrespondencya między małżonkami, nieczęstsza jak dawniej, spomnienia dzieci o sobie, tylko koło imienin, i przysyłane nawzajem ładne hafty od Zosi ciotce, i początkowe rysunki Emilki matce, ostatnim jeszcze śladem pozostały ledwo odznaczonej, zaczynającej już zarastać pomiędzy niemi, ścieszki. Sąsiedzi zaś i znajomi nie znajdując ani wzmianki o sobie w listach Delfiny do męża, mimo tylu uczynionych jej grzeczności, i nie odbierając, ani obiecanych przez nią desseni do haftowania, ani wzorów na stroje o które prosili pannę Rozalią, przestali mówić o Pani Sławińskiej; zaczęli znowu kochać, równie zawsze uprzejmą Emilkę, i bytność Delfiny, wnet jak sen tylko, w Topolówce spominana była.
Upłynęło tak siedm lat. Już Zofia dziewietnasty, a Emilka siedmnasty rok liczyła. Ten przeciąg czasu rozwinął zupełnie obadwa charaktery, i różność ich wykazał. Delfina niechcąc nadto wcześnie w świat wprowadzić Zofią, aby za starszą jak była w istocie nie uchodziła, tudzież ażeby znajdując się obok niej w towarzystwie, nie zdradzała jej wieku i piękności nie ćmiła; coraz dłużej powierzała ją niebacznej opiece panny Rozalji, nakazując jej łożyć czas z nią przepędzany, na wydoskonalanie się w muzyce, lub czytanie książek naukowych, o których jednak treść nieumiejętna Delfina, nigdy się jej nie zapytywała.
Zawadzało mocno Pannie Rozalji, lubiącej przyjmować i oddawać różne odwiedziny, brżdąkanie na klawikorcie, lub pilnowanie młodej panienki. Stanęła więc pomiędzy niemi wspólna ugoda; Zofia nie zdradzała Panny Rozalji, a ta nawzajem wszelką jej wolność zostawiała. I tak, oprócz chwil, w których wiedziała, iż matka nadejdzie, patrzała Zofia przez okno, lub chciwie dorwawszy się zamkniętych w szafce książek, pięknie oprawnych, lecz najgorzej dobranych, najniebezpieczniejsze w nich obrazy, znajdowała, i najgorsze czerpała zasady. Pani Sławińska ciągle się jednak wzbraniała szukać dla niej guwernantki; sama nigdy jej nie miawszy, twierdziła sentymentalnie, iż nikt starań dobrej matki zastąpić nie może. Zazdrośna przytem była Zofji, której przywiązanie od dzieciństwa wyłącznie posiadać pragnęła; tak, jakby uczucia powzięte w młodości dla tych, którym są winne, nie były przeciwnie najlepszem zabezpieczeniem, rozwijającej się później dla rodziców wdzięczności. Mało oraz prawdziwej pobożności mająca Delfina, lubo szanowała jej pozory, ale zabobonna niezmiernie, wierząc w sny, prognostyki, i różne wróżby (co się w młodych i pięknych jej latach wdziękiem i oryginalnością, a w późniejszych naganną tylko słabością sprawiedliwie wydawało), nie zdołała dobroczynnych zasad religji zaszczepić córce, mimo częstych nakazywanych jej w tej mierze obowiązków, od których się sama przecież wyłamywała. Umysł więc Zofji, i jej dowcip zupełnie błędny wzięły kierunek, a przywiązanie ku matce, nieodżywiane czułością duszy, szacunkiem niewsparte, coraz bardziej stygnąć zaczęło. Łzy nawet Delfiny, i towarzyszące im spazmy, tak często przez nią używane, dla otrzymania czego żądała (chociaż coraz prawdziwsze do nich miała powody), osłabieniem tylko fizycznem wydawało się Zosi. Tak to blizkiemi są, wzgarda od surowego sądu, i zakamieniałość serca, od oziębłości.
Rozkwitała jednak, coraz bardziej piękność Zofji, i wkrótce już matka nie mogła jej dłużej utaić towarzystwu, oraz oprzeć się życzeniom babki z chlubą ją w nim pokazać pragnącej. Przyniosła ona na świat z rozwiniętemi nad wiek władzami umysłu i charakteru, żywy dowcip i gorącą wyobraźnią; a że po czytaniu romansów, koniecznie następnie chęć w nich figurowania, mocno pragnęła poznać przeznaczonego poruszyć jej serce kochanka. Przystojność jednak, którą w świecie ciągle zachować umiała, baczna i podwojona nad nią matki i Hrabiny opieka, nie tak łatwą (choć pomnażając jej w tem chęć) sposobność jej do tego zostawiały. — Podobał jej się nareszcie ten, którego najmniej się dla niej obawiano, dwa lata tylko od niej starszy, młody Adolf Celimski daleki krewny Hrabiego, jak dziecko w tym domu uważany: mieli oni z Zofią wiele styczności. Lubiony od Hrabiego dla wesołości i dowcipu; broniony od niego przed rodzicami, gdy uprzykrzywszy sobie szkoły bez ich pozwolenia je opuścił, później opiece Hrabiego poruczony, i w jego dom przyjęty, dla brania niektórych jeszcze lekcyi; towarzystwo i doświadczenie świata, były dla niego, tak, jak dla Zofji pierwszą nauką.
Hrabia przyzwyczajony żyć dobrze i bez przymusu, odpoczywając czasem po etykietalnej zachowywanej w domu przez żonę przystojności, w wesołych przy fajce rozmowach; lubił nadewszystko śmiać się, i moment obecny mile przepędzać, nie zważając jakim to mogło być okupione kosztem. Bawił się przeto przesuwającym się przed jego oczami towarzystwa obrazem, przez Adolfa szydersko kreślonym, sam z upodobaniem opowiadając mu figle swej młodości. Zalecał mu tylko potem pilną baczność, w nieprzestępowaniu nigdy, surowej od Hrabiny w salonie utrzymywanej przystojności.
Poznać się, odgadnąć pod przybraną postacią i polubić, było skutkiem jednej tylko chwili dla Zofji i Adolfa. Śmierć Hrabiego, która wkrótce nastąpiła, i przeciąg rocznej żałoby, bardziej ich do siebie zbliżyła, i wzmogła jeszcze to uczucie. Znudzona i słaba Hrabina, zaczęła coraz bardziej bawić się żartobliwym dowcipem dwóch młodych kochanków, wskrzeszających w swoich opowiadaniach, zastanowiony dla niej ruch towarzyskiego życia. Pyszniąc się wdziękami i młodością Zofji, tak, jak niegdyś Delfiny, często nawet przeciwko matce obronę jej popierała. Biedna Delfina, tęschne więc i przykre miała chwile, i poniewolnie czasem to wrażenie, w pisanych do męża listach zdradzała; gdyż pomimo wszelkiego starania, to co piszemy, nosi zawsze cechę tego, czem jesteśmy. Wrócić jednak do Topolówki, zkąd Edward coraz rzadkiej ją odwiedzał, nie miała odwagi, a Panna Rozalia, której kochanek przeszedł w służbę Adolfa, i która teraz Zofji była powiernicą, starannie ten wstręt utrzymywała. Dziwnem się wydawać może, iżby przewaga tyle różniącej się urodzeniem i wychowaniem od swej pani osoby, tak długo nad nią trwać mogła. Łatwo to się jednak wyrozumie, zastanawiając się, ile próżność ma powolności dla tych, którzy ją podniecają, a słabość charakteru uległości, dla stalszego umysłu, umiejącego wziąść nad nią górę.
Skończony rok żałoby, powrót zabaw i balów, i Hrabinę ożywił, i Delfinę nieco rozerwał, w nieustannie oświadczanej mężowi niespokojności, nie znajdowania jeszcze korzystnego dla Zofji zamęścia. Inne dla niej jednakowoż nastąpiły zmartwienia. Spostrzegła tajemną miłość Adolfa z Zofią; widziała nawet uśmiechającą się na jej oznaki Hrabinę. Zaczęła przykre córce czynić wyrzuty, i z dziecinnego uczucia wkrótce mocną w niej utworzyła namiętność. Łudziła się jedynie nadzieją, iż odbierane przez Zofią w świecie pochwały i oklaski, zmienią jej miłość dla Adolfa, i zbliżą do niej bogatszą i przystojniejszą partyą; gdyż innego o wyborze męża, mogącego uszczęśliwić córkę nie miała wyobrażenia. Skryte zaś niektóre złe skłonności spostrzeżone przez nią w Adolfie, a mianowicie oziębłość dla niej i szyderskie często z niej urąganie, nie pozwalały jej ani momentu życzyć, ażeby został jej zięciem.
Życie Emilki przez ten czas swobodnie i użytecznie upływało. Korzystała jak najlepiej, przy żywym, niczem niezaćmionym dowcipie i czerstwo zachowanem zdrowiu, z nauk jej przez ojca, ciotkę i Pana Hoffel użyczanych. Wzrost jej się podniósł, kibić ukształciła, poruszenia ułagodziły; dźwięk głosu miała przyjemny, bogaty warkocz wieńczący jej głowę, zastąpił rozrzucone włosów pierścienie. Umiała, oprócz zwykle swej płci udzielanych wiadomości, najwyższą rachunkowość; gdyż Pan Sławiński twierdził, iż nie można dać nadto równowagi lekkiej i łatwej do obłąkania niewieściej wyobraźni. Oprócz posiadanego dokładnie ojczystego języka, umiała dobrze po francuzku i doskonale po niemiecku. Czytanie celniejszych w tych językach Autorów, przez ojca starannie dobieranych, ukształciło jej umysł i duszę, którą rozwinęły potem jeszcze lepiej, częste i poufałe w każdym przedmiocie z ojcem i ciotką rozmowy. Z powierzchownych zaś talentów, w muzyce biegłą była, a malarstwo jak prawdziwa artystka posiadała. Potrafiła przytem, dać przyjemny abrys wiejskiego budynku, i bez wstrętu ładny wyrysować desenik, do jakiejkolwiek kobiecej roboty; bo żadnem swej płci nie gardziła zatrudnieniem. Niepodobnem może zdawać się będzie połączenie tylu wiadomości, ale nic tak nie rozwija i nie zbogaca władz umysłowych, jak ciągłe ich użycie, i do jednego celu zastósowanie; tak, jak skromna oszczędność, ze wszystkiego użytkując i nic nie tracąc, wielkich z czasem nabywa skarbów. Inne zaś zatrudnienia, i serce Emilki rozwijały, i do pełnienia właściwych jej płci obowiązków sposobiły. Wyręczała częstokroć ciotkę w zarządzeniu domem, leczeniu chorych, i spomaganiu nieszczęśliwych; znajdowała w tych zatrudnieniach, rozrywkę i rozkosz właściwe czystej i niewinnej duszy, których, zarażone próżnością i osobistością serca, doznawać już nie są zdolne.
Miała oraz Emilka w sąsiedztwie Wojewodziny w Brzoznowie (z którą jedną ściśle się ojciec przyjaźnił, choć ze wszystkiemi żył dobrze w okolicy) nieprzebrane źródło zabaw i przyjemności. Nie było prawie dnia, żeby nie odwiedzała Emilka szanownej swej przyjaciółki, która przyciśniona wiekiem, i mało z swego krzesła mogąca wstawać, najmilszą w jej towarzystwie znajdowała rozrywkę. Bawiąca ją najprzód swą wesołością Emilka, zaczęła ją wkrótce czule pielęgnować, pisując jej listy, czytując gazety i słuchając ją opowiadającą z upodobaniem, po całych godzinach przy dryzlowaniu, różne szczegóły o dawnych czasach. Nauczyła się także Emilka kolejno, dla zabawy Wojewodziny, podług jej przepisów i rozwlekłych zaleceń starej jej panny wyprawnej Panny Kunegundy, której umiała i doświadczeniu dogodzić, i zrzędzie wybaczać; rozmaite konfitury i soki smażyć; ocet konwaliowy i serek pigwowy robić; różne likwory zaprawiać, i wodę bławatkową lub różanną przepędzać. Przepisywała oraz ciągle w pięknej safianowej książce, darowanej na ten przedmiot Pannie Kunegundzie, wszystkie domowe sposoby leczenia, i różne inne gospodarskie sekreta, dotąd w jej szufladce zamięszane, z rozmaitemi, i na świstkach starannie spisywanemi dziwacznych snów przedmiotami, które potem podług sennika, jako numera na loteryą stawiane bywały. I tak Emilia doskonaliła się coraz bardziej w sposobności, bez której, ani prawdziwie dobrą, ani szczerze kochaną być nie można, zapominania o sobie, dla zajęcia się drugiemi. Często z uśmiechem na nią patrząc, kochająca ją jak córkę Wojewodzina, prosiła Boga w duszy, ażeby mogła być małżonką młodego Władysława Wienieckiego jej wnuka, mającego po niej dziedziczyć. Najprzyjemniejsze albowiem chwile spędzała, gdy Emilka w poufałych rozmowach, wylewała jej całą swoją duszę, pielęgnowała chorych, w szpitalu przez nią dla słabych wieśniaków założonym, lub z poczciwym bakałarzem, pracą uczenia ich dzieci z największą słodyczą i cierpliwością się zatrudniała.
Znalazła wkrótce Emilka w tejże dozorowanej także pieczołowicie przez Wojewodzinę szkółce, nowy cel dla siebie najmilszego zajęcia.
Była tam, między najniepojętniejszemi uczennicami młoda Małgosia, córka poczciwej Wojciechowej, dawnej piastunki Władysława, a teraz gospodyni Wojewodzinej, trudniącej się przy pomocy młodej Czeszki, chodowaniem pięknego jej szwajcarskiego bydła. Żaliła się często Wojciechowa przed Emilką, iż Małgosia późno zacząwszy się uczyć, i zahukana pierwej przez wychowującą ją Pannę Kunegundę, choć dwoma latami starsza od Emilki, niczego się uczyć nie chciała, mimo wszelkich nieszczędzonych kar i napomnień. Mówiła o tem nie raz ze smutkiem ciotce, szczerze kochająca Małgosię, Emilka. Widząc ją nareszcie raz na popisie szkółki, po ponurem zacięciu się, uporczywie milczącą, pomimo wszelkich gróźb, i potem nie źle odpowiadającą, łagodniejszemu przyjacielskiemu przez nią uczynionemu zapytaniu; powzięła myśl odnowienia dobrocią, charakteru dotąd samą surowością bezskutecznie kształconego. Otrzymała z łatwością pozwolenie na to od ojca i ciotki. Przedstawili jej atoli, jaki na siebie bierze obowiązek, i ile powinna się starać ulepszać samą siebie, ażeby jej przestrogi, a jeszcze wymowniej dobre przykłady, skutecznie działać mogły, na młodej uczennicy. Z tryumfem więc Emilka Małgosię do Topolówki zabrała. Od tego momentu, podwoiła niejako pilności, słodyczy i cierpliwości dla uczynienia korzystną udzielanej Małgosi nauki. Kształcąc ją, sama się doskonaliła, i żywemi uczuciami przychylności, obawy i nadziei, doświadczenia macierzyńskich starań niejako nabywała. Z właściwą swemu wiekowi wesołością, uganiając się potem obydwie po ogrodzie, zbierały na wyścigi, różne zioła do apteczki Pani Mielińskiej, tudzież głóg lub berberys do smażenia dla Panny Kunegundy.
Z ukontentowaniem widział Pan Sławiński wesołość córki, ożywioną pozyskaniem równego wieku towarzyszki. Przestrzegał tylko z siostrą, ażeby starania Emilki dla Małgosi, obrzydzając jej stan wiejski, nie stały się jej nadal szkodliwemi. Żądał więc nawzajem, ażeby biegła w gospodarskich zatrudnieniach Małgosia, Emilkę powoli z niemi oswajała; dla Małgosi zaś, odwiedzanie matki, i pomaganie jej w wolnych momentach w poruczonych jej obowiązkach, najmilszą były nagrodą.
Z zadziwieniem w Brzoznowie znajdowano Małgosię coraz lepszą, posłuszniejszą dla matki, uleglejszą dla panny Kunegundy. Z ochotą już nawet, choć ze skromnym rumieńcem, odpowiadała Małgosia na każde pytanie, dające pole rozwinięcia użyczanych jej przez młodą nauczycielkę wiadomości. Ale ta, pierwsza obudziwszy jej duszę, dotąd samą bojaźnią skrępowaną, pierwsza także do jej umysłu i przekonania skutecznie trafić umiała. Jej dobrocią odżywiony charakter Małgosi, zupełnie inną wziął postać; tak, jak ciepłem tchnieniem odmarznięta rzeka, zamiast sinej ściśniętej mrozem powierzchni, tysiącznych, w swem łonie zawartych już nie ukrywa skarbów.
Gdy coraz więcej i Emilka do swojej młodej uczennicy, i ta się do niej przywiązywała, przeszła nareszcie całkiem Małgosia do Topolówki, dla pełnienia podobnych jak matka w Brzoznowie obowiązków. Z upodobaniem jednak, choć często w dzień rozłączone, schodziły się wieczorem dwie młode towarzyszki; w lecie podlewały kwiaty w ogrodzie, a w zimie przędły razem przy kominku: gdyż wyćwiczona w tej pracy Małgosia, Emilkę w niej doskonaliła.
Wkrótce Emilka już szesnaście, a Małgosia ośmnaście lat licząc, zaczęła spostrzegać młoda nauczycielka w dawnej uczennicy, jakieś zamyślenie, którego przyczyny dociec nie mogła. Nie raz zastanowiony kołowrotek i wypadłe z ręki Małgosi wrzeciono, kiedy przychodzący do pokoju, młody ogrodnik Łukasz, jakie owoce lub kwiaty z pomarańczarni Emilce przynosił, lub kładzione mimo koszyka liście od róży, zbierane przez nią z Emilką w lecie, gdy obok nich w ogrodzie pracował; już dawno tajemnicę jej serca odkryły Pani Mielińskiej. Nieznająca zaś jeszcze miłości Emilka, coraz bardziej powiększającym się smutkiem i pomięszaniem Małgosi, najszczerzej się troszczyła. Nie mogła równie pojąć uniesienia radości, z którem ją widziała padającą do nóg ciotce; gdy jej z uśmiechem oznajmiła, iż tego dnia Łukasz oświadczył Panu Sławińskiemu chęć ożenienia się z nią, otrzymawszy już na to zezwolenie rodziców. Uszczęśliwiona nad możność wysłowienia Małgosia, w całej żywości pierwszego poruszenia, czule Emilkę uścisnęła, obfitemi łzami skrapiając jej ręce, które stokrotnie ucałowała. Oddała jej szczerze uściśnienie za uściśnienie i rozczulenie za rozczulenie tkliwa Emilka, nigdy tak mocnych od niej wdzięczności nie odebrawszy dowodów; chociaż wyraz tak wielkiego szczęścia, i widok tak nowego dla niej uczucia, którego i w radości Łukasza najżywsze widziała oznaki, pomimowolnego dumania stały jej się przyczyną.
Zaszła później przyjacielska sprzeczka, gdzie, czy w Topolówce czy w Brzoznowie, odbędzie się Małgosi wesele. Życzenie jednak oświadczone, przez coraz trudniejszą do wyruszenia się Wojewodzinę znajdowania się na niem, i przedstawienia z krząkaniem solennie przez Pannę Kunegundę czynione, iż przystojność wymagała, ażeby wesele Małgosi obchodzone było w domu Jaśnie Wielmożnej Pani, u której służy jej matka, rozstrzygnęły ten spór na stronę Wojewodziny. Chciała ona huczne młodej parze sprawić wesele i wyprawę dać Małgosi; przyczyniła się do tej i Panna Kunegunda, nie szczędząc licznych przestróg, które nadto wcześnie za mąż idącej, podług jej zdania pannie młodej, jako swej dawnej wychowanicy użyczyć sądziła się obowiązaną. Emilka zajęła się ochoczo uszyciem szlubnej sukni, a Pan Sławiński Łukaszowi wygodne pomieszkanie, powiększenie zasług i ordynaryi zapewnił.
Nadszedł nareszcie dzień wesela Małgosi. Panna Kunegunda ustroiła Pannę młodą do szlubu: Wojewodzina, podług dawnego zwyczaju, na kobiercu siedzącej, przypięła rozmarynową koronę na poświęconym łubku. Matka czule pobłogosławiła, a rozrzewniona przy dużym bukiecie druchna Emilia, z uczuciem drugiej matki, do ołtarza ją poprowadziła. Tańcowali długo wszyscy dworscy, w dużej pałacowej sali, w której do późnej nocy, nad swój zwyczaj, siedziała z niemi, sędziwa i kochana od nich Pani.
Ten dzień tak świetny, ostatnim był dniem wesołości w Brzoznowie. Wkrótce potem, paraliżem tknięta szanowna Wojewodzina, ledwo miawszy czas ostatnie religji wypełnić obowiązki, wskazać Panu Sławińskiemu gdzie się testament znajdował, i pobłogosławić klęczącą u nóg jej, w najgłębszym żalu pogrążoną Emilkę; skonała spokojnie, przyciskając krucyfix do swego łona, i zamykając jak do spoczynku, wlepione z ufnością w niebo oczy. Ten moment albowiem śmierci, tak straszny, gdy niespodziewany, oddawna oczekiwanym był w cnotliwem jej życiu; jak noc chwilowa poprzedzająca świetną jutrzenkę wiecznego szczęścia.
Ledwo zasnęła w Bogu, a już najżywsze oznaki żalu słyszeć się dały, w obszernych salach pałacowych, na schodach i dziedzińcu, napełnionym tłumem cisnących się, dla dowiedzenia się o jej zdrowiu, przywiązanych włościan. Wkrótce w odległości słyszane tylko oddalających się powolne kroki, przytłumione jęki, żal szczery, ponura cichość, gorące przy zmarłej wdzięczności i przywiązania modlitwy, prawne formalności i konieczne koło pogrzebu zachody, zastąpiły ruch obawy i nadziei; a zawsze gościnnie otwarty dom Wojewodziny, tak długo przytułek przyjaźni i nędzy, jeszcze raz zajaśniawszy pochodniami jej pogrzebu, ledwo zamieszkałą wkrótce został pustką.
Żal Emilji wstrzymywany jedynie chęcią oddania ostatniej usługi zmarłej przyjaciołce, pokrzepienia po jej stracie zasłużonych starców, i zaspokojenia troszczących się o nią ojca i ciotkę, wybuchnął w całej swej żywości; gdy rozrzewniony cnotliwy Brzoznowski Pleban, przy spuszczaniu trumny do grobu, ostatni raz od zmarłej czule wszystkich pożegnał. Wypadła wtedy z drżącej ręki starego szafarza Tomasza, chwiejąca się świeca. Zemdlała w tym okropnym momencie, cichy jęk wydawszy, zgrzybiała i przywiązana do swej Pani, Panna Kunegunda, której nikt nie widział ani jednej łzy wylewającej, póki ją ostatni raz do trumny nie ubrała, i do ostatniego nie odprowadziła mieszkania. I Emilia już własnych uczuć dłużej przytłumić nie mogła. Wróciła z mocną gorączką do domu, i pierwszy raz w życiu, doznana gwałtowna słabość, całej mocy pierwszego doznanego przez nią w życiu nieszczęścia dowiodła.
Przez ten czas, niespokojny o nią ojciec, inny jeszcze powód miał zmartwienia. Wysłana sztafeta do bawiącego za granicą Władysława, uwiadomiła go o zrobionym na korzyść jego testamencie, przez bezdzietną Wojewodzinę ciotkę matki jego. Spodziewano się go co moment: oświadczył jednak iż za rok dopiero powróci, ponieważ chciał pierwej ukończyć kurs agronomiczny, na który w Szwajcaryi uczęszczał; Komissarza zaś innych dóbr przeznaczał tymczasem, do zarządzenia Brzoznowem. Nadjechał i ten nie długo, ciesząc się, iż mu nowe przybywają zyski: gdyż bytność Pana za granicą, oddawna za korzystną dla siebie dóbr uważał dzierżawkę. Wkrótce Pan Sławiński, z którym się niechciał porozumieć wykrętny pragnący się pozbyć jego opieki Komissarz, widział z żalem obranego dawniej przez siebie poczciwego rządcę Brzoznowa zastąpionego Ekonomem wyboru Pana Komissarza; dobroczynne Wojewodziny zakłady ścieśnione lub zaniedbane, i poddanych uciemiężonych. Widok tak ustawicznej nędzy, której nie mógł zaradzić, a nadewszystko chęć rozerwania nieutulonej w żalu córki, były mu powodem powzięcia myśli jechania z nią i Panią Mielińską na rok do Drezna. Chciał on korzystać z tego przeciągu czasu, tak dla ukończenia edukacyi Emilki, jak i dla utworzenia córce nowego za powrotem zatrudnienia, umyśliwszy założyć dla niej nowy folwarczek Milin zwany, ażeby zarówno i oswoić ją zupełnie z gospodarstwem i przyjemnem jej uczynić. Polecił uiszczenie swych planów w tej mierze Panu Hoffel, malującemu wtedy obrazy do wystawionego przez zmarłą Wojewodzinę Kościoła, podług zawartej jeszcze z nią ugody. Potem Pan Sławiński z siostrą i córką puścił się w podróż do Saxonji, uważając jako czczą formalność, odebrany na doniesienie o tem odpowiedni list żony, w którym oświadczała: iż byłaby chętnie Emilkę do siebie przyjęła i w Warszawie ukończenie jej edukacyi ułatwiła. W istocie zaś, ten list szczerszy był niżeli się można było spodziewać; bo pilnująca słabej i coraz dziwaczniejszej Hrabiny Delfina, sama zaniedbana przez Zofią, gdy słabą była, zaczęła żałować oddalonej Emilki i myśleć z goryczą, iż przywiązańszą i posłuszniejszą w niej córkę byłaby znalazła.
Świetny atoli następnego roku karnawał, i liczne w nim przez Zofią odbierane oklaski, pochlebiając macierzyńskiej próżności, nieco ją pocieszyły; chociaż przy ustawicznem zawsze wyrzekaniu: iż się nie trafia Zofji żadne dobre zamęźcie, gdy tyle innych mniej pięknych i mniej dobrze wychowanych panien co dzień szło za mąż.
Przesłała niebawnie Pani Sławińska Emilce, którą po podróży i przy nowych zatrudnieniach, coraz bardziej do siebie przychodzącą z ukontentowaniem widział ojciec w Dreźnie, lekki rys Zosi w greckim stroju, w którym na kostumowym balu do końca zapust odłożonym, tegoż narodu piękny taniec uskuteczniać miała. Prosiła albowiem Delfina córki, ażeby go na duży olejny przerobiwszy obraz, mogła wygotować na Świętą Zofią, jako najwłaściwsze wiązanie Hrabinie, to samo imie noszącej. Przyłączyła do niego próżna matka, jako dar dla Emilki i swój także w młodości malowany wizerunek, bojąc się niejako wyobrażeniem piękności córki, być w jej pamięci zatartą. Westchnął Pan Sławiński, spojrzawszy na niego, widząc żywą radość córki, przy odebraniu tego upominku, którego jej niewinność prawdziwego celu odgadnąć nie mogła. Emilka zaś, portretem siostry najszczerzej się zajęła. Już mało do niego brakowało, gdy przybywając raz do artysty, w którego malarni pracowała, zastała Emilia wszystkie swe malarskie sprzęty porozrzucane, i dowiedziała się, iż młody Polak przejeżdżający z zagranicy, wstąpił tego dnia dla wypytania się o dawnym swoim nauczycielu rysunków, i z zachwyceniem oglądał piękne rysy młodej greczynki, którą tylko idealnym sądził tworem, i potem niezwłocznie do Warszawy wyjechał. Zabawił ten wypadek Pana Sławińskiego, i żałował straconej, tak miłej za granicą sposobności poznania ziomka.
Odebrał wkrótce list od żony, donoszący mu z radością, jakie wrażenie na wszystkich swym greckim tańcem uczyniła Zofia, a szczególniej na młodym Władysławie Wienieckim, który ją wtenczas pierwszy raz poznawszy, sądził, iż widzi przed sobą czarami ożywioną śliczną postać idealnego Drezdeńskiego obrazu, którego rysy, jak spomnienie najdoskonalszej piękności, w wyobraźni jego utkwiły. Następowały pochlebne matki nadzieje, iż się niezawodnie o nią oświadczy, i zapytanie wcześnie czynione mieszkającemu w sąsiedztwie mężowi o jego majątek. Zasępiło się nieco po odebraniu tego listu czoło Pana Sławińskiego, któremu nie ukrywała Wojewodzina chęci połączenia Władysława z Emilką. Wstrzęsła głową z niezwykłem sobie nieukontentowaniem Pani Mielińska. Po krótkiej jednak walce serca z sumieniem, oznajmili oboje tę wiadomość Emilce, chociaż bez radości, ale także i bez goryczy, a po żywem wzruszeniu, które w niej zawsze wzniecało spomnienie Brzoznowa, ucieszyła się z niemi szczerze, nadzieją pozyskania Zofji w sąsiedztwo.
W istocie, uderzony pięknością Zofji Władysław i nieco w niej zakochany (gdyż potrzeba miłości w młodym wieku z łatwością podobne do niej wznieca uczucia) żadnego jeszcze atoli stanowczego o jej rękę nie uczynił kroku: jakaś pomimowolna obawa dotąd mu tego niedozwalała. Delfina przypisywała to opóźnienie etykietalnej przystojności. Hrabina z nieukontentowaniem widziała zagrożony zniszczeniem ulubiony swej starości zamysł połączenia Adolfa i Zofji, których ciągle była powiernicą, a próżna Zofia cieszyła się z miłości Władysława i z wzbudzonej powszechnie z tego powodu zazdrości, rozniecającej ustawicznie stygnące płomienie Adolfa. Tak mało jednak zdolną była ocenić duszę Władysława, i być od niego zrozumianą, iż pomimo częstego się z nim widywania, pozorna jego konkurencya, ani krokiem nie postępowała, i mało się różniła od zwykłego powszechnie za granicą pięknej płci oddawanego hołdu.
Nadeszła i Święta Zofia. Zaczęli rozjeżdżać się ze stolicy licznie na zimę zgromadzeni mieszkańcy. Wiosna naturę odświeżając, przyjemniejszą wtenczas wieś czyniła. Resztę pozostałych członków rozproszonego towarzystwa, zaprosiła Delfina na herbatę, chcąc jak najwięcej mieć widzów, a zwłaszcza Władysława świadkiem zawieszenia u ciotki przybyłego świeżo z Drezna portretu i otworzenia ładnego appartamenciku przez matkę starannie dla Zofji tajemnie ozdobionego. Poszli najprzód wszyscy do tegoż na górę i znaleźli w nim wszystkie meble i eleganckie drobiazgi, które tylko przyjemnemi i zdolnemi go ozdobić, gust i moda osądziły. Wrócono potem do salonu Hrabiny, bardziej niż zwykle oświeconego, w którym jak poetycznego snu wdzięczne widmo, lub świetne szczęścia spomnienie, wśród sztucznie ustawionych lamp i kwiatów, ukazał się piękny portret Zofji.
Ten widok, odnowił (jak się spodziewała Delfina) uczucia Władysława. Gdy jednak zapytanie o malarza, Panią Sławińską Emilię wymienić przymusiło: błąkające spomnienie, przywiodło mu na pamięć, pochlebną o niej wzmiankę w listach Wojewodziny, którą poznanie Zofji, zupełnie było zatarło w pamięci. Zamyślił się więc poniewolnie Władysław, na dawane jej z przyciskiem pochwały przez Adolfa, sprzeciwiającego się z upodobaniem Delfinie, chcącej znowu ku Zofji skierować rozmowę. Zniecierpliwiona Pani Sławińska, zaraz po herbacie dawszy znak do rozejścia się, pod pozorem słabości, pierwsza się z krzesła podniosła i z salonu wyszła, a Zofia zamiast czułości, z kwaśnym i szydersko wątpiącym uśmiechem, za matką się udała. Zasmucił się Władysław: łożone przez Emilią tkliwe starania koło podeszłej babki, przypomniały mu się, i w jednym momencie jej poważny dom, obok urocznego Zofji portretu, w myśli stanąwszy, zniszczył całą jego ponętę.
Wkrótce przy częstych takowych w charakterze Zofji poczynionych spostrzeżeniach, zniecierpliwiony Władysław usiłowaniem ustawicznem Delfiny zbliżenia go do niej, i niedostatecznością jej odpowiedzi względem Emilki, nie mogąc się nawet dowiedzieć, czy jeszcze w Dreznie bawi, lub na wieś wróciła, postanowił wyjechać do Brzoznowa, zkąd długie skargami napełnione odbierał listy. Pożegnał zatem Hrabinę, która go z ukontentowaniem widziała oddalającego się i Panią Sławińskę, która mu oświadczyła z uśmiechem: iż się spodziewa zobaczyć z nim niezwłocznie, umyśliwszy męża tego lata odwiedzić w Topolówce. Wyjechał Władysław do siebie, zakładając sobie uściskać po drodze dawnego młodości przyjaciela, mieszkającego o dwie mile za Łęczną, gdzie właśnie się wtenczas zwykły na Boże Ciało rozpoczynał jarmark.
Ujrzał Władysław, zbliżając się do Łęczny, zielone łąki, po których jak srebrna wstęga kręty Wieprz się wije; rozrzucone gdzieniegdzie krzaki, samorodnemi uplotami powoju uwieńczone; swobodnych wieśniaków wędki lub więcierze zarzucających w rzekę, i liczne koło nich pasące się trzody; słyszany zdaleka odgłos fujarek, dodawał jeszcze wdzięku tej wiejskiej scenie. Wkrótce dojeżdżając do Łęczny, zupełnie się zmieniła. Zabiegi przemysłu wszystkiemu inną nadawały postać. Postępowały zwolna siwe ukraińskie woły; szły luzem piękne konie derami starannie przykryte; prowadzili równie na sprzedaż i swoje bydełko, pracowici wieśniacy. Widać było przy wyprężonych powózkach, około dużych rozpalonych ognisk, dziwaczne popasujących markitanów gruppy; zdaleka zaś dzikich koni tabuny, z szybkością i zręcznością właściwą mieszkańcom wolnej ziemi, goniąc się lub pierzchając kolejno, fantastyczne, w różnych obrotach, tworzyły igrzyska.
Spotykał ustawicznie Władysław, ciężkie bryki kupieckie szwargoczącemi Żydami napełnione; skromne wózki, starożytne kolaski, w których jechali drzymiąc, lub wolno rozmawiając w poważnym narodowym stroju, ubrani starcy; i modniejsze bryczki, szybko niesione w poręcz zaprzężoną czwórką, w której siedzieli głośno rozprawiając, z czapeczką na bakier, zapuszczonemi wąsami i zapaloną lulką, zawołane jarmarczne amatory. Mijał także nieustannie idących wolno ubogich dziadków, Rzeszowskich Żydów z galanteryami, drelicharzy z Jedrychowa; przemyślnych, szenekatarynką obciążonych wędrowników, i piskliwie swój towar zalecających preclarzy. Ogółem, wszędzie wjeżdżając do tego jarmarcznego miasta, w którem jak w filozoficznej allegoryi, wszystkie pomieszkania są tylko zajezdnemi domami, widać było ruch i pośpiech, ciekawość i odurzenie, skwapliwą chciwość, lub niespokojną zysku nadzieję.
Bawiła ta różność obrazów Władysława; gdy przy skręcie ulicy, spostrzegł, mijający w tym momencie niepakowny elegancki kocz, możniejsze (jak się zdawało) z sąsiedztwa osoby, dla chwilowej zabawy na jarmark przywożący. Siedziały w nim cztery damy, a na przodzie w czarnym kitajkowym płaszczyku i dużym słomianym kapeluszu, ładna, młoda osoba, która nawzajem na powóz Władysława spojrzawszy, coś z szybkością wiozącemu stangretowi u koła wskazała. Zaintrygowany tem Władysław, z ciekawością dla widzenia jej lepiej się wychylił, ale się mu tylko jak błyskawica mignęła. Korzystając z jej niemej przestrogi, stangret zastanowił konie, i spostrzegł w istocie spadające od powozu koło. Przez czas naprawiania, stracił zupełnie Władysław ślad jadącego przed nim kocza. To zniecierpliwiało go nie mało, gdyż każdy znajdując się sam nieczynny i niczem niezainteressowany, wśród zgwarnie zatrudnionych i ubiegających się ludzi, czuje zwykle jakiś rodzaj tęschnoty i niespokojną chęć zajęcia się czemkolwiek, która w bezcelnem i czczem wielkiego świata życiu, nie jednej upajającej namiętności stała się powodem.
Idąc więc Władysław za przyjętym ogólnie w Łęcznie zwyczajem, usiadł zamyślony na ławie przed domem, w którym stanął. Lecz wkrótce znudzony natarczywością różnych żydowskich kupców, częstujących swemi towarami, i powrotem zawsze tych samych przejeżdżanych koni, nieustannie zacinanych, dla otrzeźwienia w nich już dawno wygasłej żywości; chciał przyspieszyć Władysław swój wyjazd z Łęczny, gdy słyszane niedaleko słowa, «szukałaś krzyżyka dla Małgosi Emilko: oto jest kupiec, który ma kilka, tu po podsieniami,» zwróciły ku tej stronie jego uwagę. Poznał przybyłe w koczu damy, i młodą w czarnym płaszczyku osobę, która starszej podając rękę, wesoło z dwoma drugiemi po krzyżyki biegła. Życząc ją poznać (to imie Emilji podwoiło jego w tej mierze ciekawość) poszedł Władysław za niemi. Zastał je już w sklepie. Dama w wieku z młodą osobą będąca, siedziała na krześle, i doradzała łagodnie drugim dwóm, z natarczywą szczebiotliwością wymagającym od kupca rozwinięcia wszystkich towarów; gdy tymczasem długo w nich przerzucając, mało co kupowały. Młoda zaś osoba, w czarnym płaszczyku, spokojnie u siedzącego przed sklepem galanternika krzyżyk oglądała, i z prostotą mało się targując, na liczne jego przysięgi i zaklęcia, żądaną zapłaciła cenę. Już ucieszony Żydek pomyślnym targiem, o połowę taniej, więcej jeszcze krzyżyków sprzedać przyrzekał, twierdząc iż są w podlejszym gatunku, gdy zbliżająca się biedna kobieta, ciemne za sobą dziecko prowadząca, całą jej uwagę na siebie zwróciła. Chwytało biedne dziecię z uśmiechem, jakby w ciuciubabkę grając, podawany sobie przez litościwą przekupkę obwarzanek, niepewną mijając go rączką. Tak młoda kaleka, i owa wesołość niebaczna dziecinnego wieku na tak wielkie nieszczęście, żywo przejęły młodą osobę. Wsunęła z najżywszem politowaniem resztę pozostałych w woreczku pieniędzy, w rękę żebrzącej z niem nieszczęśliwej matki. Przypatrując się potem pilnie zawartym oczom dziewczynki, badała troskliwie, czy nie wpędzony wewnątrz kołtun był tej ślepoty przyczyną? a po odebranej potakującej odpowiedzi matki, użyczyła jej, tak pospolitego i skutecznego na przywrócenie go sekretu, i radziła obłożyć głowę barwinkiem w wódce namoczonym; gdy wołający ją głos ze sklepu, wejść do niego ją przymusił.
Wychodziły wtenczas wszystkie damy, zabierając się przejść przez ciasną błotną uliczkę podniesienia przedzielającą, przez którą szła błogosławiąca Emilkę ciemnego dziecka matka. W tem nagły krzyk, tłumy cisnących się ludzi, poprzedzone popłochem tak łatwo się w ciżbie szerzącym, oznajmiły zdjęcie się z arkanu dzikiego konia, pędzącego w tę stronę. Zaczęto tłumnie krzycząc, uciekać na wszystkie strony; biedną kobietę oderwano od jej dziecka, które mocno popchnięte, padło na środek ulicy: gdy z szybkością błyskawicy, biegnąca młoda osoba, porwawszy je na ręce z najżywszą radością matce oddała, wtedy gdy opodal stojący Władysław, tą samą myślą wiedziony, biegł także w tę stronę.
Już się zbliżał do młodej wybawicielki nieszczęśliwego dziecka, przy odgłosie szczerze jej dawanych pochwał (bo pierwsze uczucie żywo poruszonych ludzi, zawsze jest sprawiedliwe i szlachetne) gdy spotkany przez młodego Officera, którego ledwo znał w Warszawie, i wzięty od niego pod rękę, w inną stronę do stajni, w której konia kupował, zaprowadzonym został. Ledwo mu się wymknął zniecierpliwiony Władysław, ważnym się zasłaniając interessem, i pobiegł za swoją nieznajomą.
Nigdzie już jej nie znalazł: inne tylko damy rozpierając się w bławatnym sklepie, naśladując pierwsze, oczom się jego przedstawiły. Wychodził ztamtąd Władysław, gdy usłyszane imie Panny Emilji, i nadzieja powzięcia wiadomości, kto ona była, do pozostania w sklepie i zatargowania pierwszej fraszki, za szkłem wystawionej, były mu powodem. «Doprawdy, — mówiła przez nos dobitnie jedna z dam tam siedzących, przy której stała wysoka córka bujająca się jak trzcina; — cały kozak z tej Panny Emilji, dobrze jej się udało, choćbym nie rada, żeby się moja córka tak na jarmarku popisywała: nie bardzo to albowiem kobiecie, a tem bardziej Panience przystoi. Moja Hortensya, tak była pomięszana, iż myślałam że oppressyi serca dostanie.» — «Nim się dowiedziałam, kto ona jest — przydała cierpko z przyciskiem druga — twierdziłam po zakonnym jej nieco stroju, i zapytaniach lekarskich ciemnemu dziecku czynionych, że to jest jakaś ex-szara siostra, lub córka jakiego doktora.» — «Doktora? — przerwał z przekąsem, rozmawiający z niemi przy ostrogach, ze szpicdrutą w ręku, z elegancko na szyj zapiętą chustką wyświeżony Jegomość: — w takim razie pewnoby nie umniejszała ojcu pacyentów, lecz zamiast po polsku leczyć chorobę, łacińskiemi receptami starałaby się ją utrzymywać, jako korzystną dla ojca possessyjkę.» — Głośny śmiech nastąpił po tym dowcipnym koncepcie. Trwożliwa powierzchownie Panna Hortensya, najbardziej nim zabawioną się być zdawała.
Galopujący z przestrachem w tej chwili, oklep jadący Żydek, któremu jarmarcznym figlem konia podcięto, zmieniając przedmiot rozmowy, podwoił ogólną wesołość. Uciszyła się nieco nawet, na widok płacącego złotem zniecierpliwionego Władysława, który szybko ze sklepu wyszedłszy, wrócił tam jednak na uprzejme i pełne uszanowania przywołanie kupczyka, zdającego mu resztę. Oburzony tą podłą zawiścią, która w wielkich i małych czynach, w dobrze wychowanych i ordynaryjniejszych ludziach, jest powodem wyszydzenia tego czego nie pojmują, lub naśladować nie są zdolni; napastowany ustawicznie od różnych natrętów, i nieznajdując nigdzie Emilji, wyjechał nareszcie Władysław z Łęczny, ciesząc się, do przyjaciela w blizkości mieszkającego.
Lecz i w tem nadzieja jego zawiedzioną została. Wybiegujący albowiem z karczmy w poblizkiej wiosce na jego zawołanie zadyszany Żydek, uprzedzając wszelkie jego zapytania obietnicą osobnej stancyi, uwiadomił w końcu: że dawny szkolny przyjaciel, a teraz zamożny właściciel sąsiedzkiej wioski, nie dawno za interessem na Ukrainę wyjechał. Zasmucony Władysław, chciał już zanocować w karczmie, ale mnóstwo różnych kupców konie na jarmark prowadzących, a jeszcze bardziej tam wjeżdżająca basztarda, w której siedziała Panna Hortensya z matką, zmieniły jego zamiar; i przypomniawszy sobie, że mieszka nie daleko sędziwy Cześnik, dawny przyjaciel rodziców, do niego skierował drogę.
Zastał cnotliwego staruszka, siedzącego w letnim polskim stroju, pod dużym klonem na środku dziedzińca, trzymającego w ręku książkę do nabożeństwa. Położył ją, zdjął okulary i z najżyczliwszą gościnnością wyszedł naprzeciw wysiadającemu przy bramie Władysławowi. Podwoiła się jego uprzejmość, dowiedziawszy się kogo wita, i z rozczuleniem badał w jego twarzy podobieństwa z ojcem, z którym dawniej w palestrze ścisłą był połączony przyjaźnią. Stary jego piwniczny tymczasem, najszczerzej był rad ludziom i koniom Władysława.
Weszli do domu; zawieszone w sieni przeplatane jarzębiną wieńce z przeszłorocznych obrzynków; rozwieszone zajęcze skóry, wilcze głowy i nogi, rozsiany po ziemi tatarak; w pierwszym pokoju stół kilimkiem nakryty; wysokie szafy, na których staroświeckie stały puhary; w sypialnym pokoju łóżko za kotarą, różne gatunki strzelby i stojące w szafce pękate flaszki wódki gdańskiej, po której złoto pływało; kilka książek do nabożeństwa; na półce, obok nich starożytne Paprockiego i Niesieckiego herbarze; zbiór dawnych gazet; różne portrety osób przy karabelach i w rogówkach, na ścianach zawieszone; — taki był dom staroświecki, w którym się znajdując Władysław, sądził, iż czarodziejskiem omamieniem, do przeszłego cofnął się wieku.
Dano wieczerzą, na której były przy piątku, stokfisz po kapucyńsku, pierogi ruskie, karp z miodownikiem, i grzanki postne do oliwy i piwa, które jedyną suszącego gospodarza były wieczerzą. Usługiwali do niej ochoczo, porządnie, z wiejska ubrani domownicy, których moment przed tem, widział Władysław pracowicie w sieni sieci wiążących. Powiedział mu Pan Cześnik, iż prawie wszyscy jego ludzie żonaci (chociaż sam był kawalerem), z wiejskiego stanu wzięci u niego w domu wychowani, kwartalnie kolejno mu służąc, tym sposobem wszystkim swoim domowym i dworskim obowiązkom, zadosyć uczynić mogli.
Skończyła się wieczerza, a rozmawiając długo po niej poufale ze swoim młodym gościem, sędziwy Cześnik, z przyjemnością go słuchał, zagraniczne opowiadającego gospodarstwo. Potrząsał tylko czasem głową, i pokazawszy nazajutrz szczegółowo swoje włości, temi go pożegnał słowy: «Lubię w tobie, kochany Władysławie, ten zapał i te żywe ku dobremu chęci. Powinno ich być w młodości, jak na wyrost, ażeby je potem smutne ludzi i świata doświadczenie nazbyt nie skurczyło. — Koń, który się w młodości nie zrywa i nie przeskoczy, później nie daleko zajdzie. — Strzeż się jednak wszelkich uprzedzeń; nie czekaj własnego doświadczenia, ażeby być o dobrem i złem przekonanym: lepiej dojrzeć cudzem, a niżeli od własnego zwiędnąć. Słuchaj więc czasem i rady starszych; w ich dykteryjkach wiele się częstokroć mądrych nauk zawiera, tak jak najlepszy tworzy balsam, aromatyczny lep, po wybraniu miodu pracowitych pszczółek, w ulu pozostały. Nie odrzucaj starego obyczaju, dla tego, że dawny: gdyż może jest ważna przyczyna, iż tak długo trwa, lub, że tak uporczywie do niego wracają. Nie zapalaj się do nowości, twierdząc, że dobra, dla tego, że razem z tobą wzrosła. Wszystko piękne, póki świeże i pókiśmy młodzi. Nie bądź nieufny, ale bądź ostróżny z ludźmi, których w gospodarstwie używać będziesz; daruj, lecz nie daj sobie wziąść, gdyż po pierwszem wdzięczność, a po drugiem wzgarda tylko następuje. Nadewszystko, szukaj ludzi sumiennych; gdyż tej obrączkowej staropolskiej zalecie, ani zdatność, ani talenta, ani honor, tak często teraz wzywany, wyrównać nie zdołają. — Niech pierwszą twoją nareszcie gospodarską zasadą będzie, nie przewyższać nigdy dochodów, wydatkiem. Kto się dłuży, zawsze się gubi, jakiekolwiek w tem ma widoki; nierządny człowiek wkrótce stanie się nieuczciwym. Rząd sumienia strzeże. — Przyjmij te życzliwe starca przestrogi i odwiedź, jak ci czas pozwoli, mój skromny domek, a zawsze równie życzliwego znajdziesz w nim przyjaciela».
Z szczerą wdzięcznością przyjął Władysław tę prostą naukę wiejskiego filozofa. Miło brzmiała w pamięci jego, przejeżdżając przez zasobną wioskę Cześnika, widząc wszędzie piękny w pole wychodzący gospodarzów sprzężaj, porządnie ubranych wieśniaków, i starannie na grobli brzozami i topolami sadzonej, utrzymywaną drogę i zabudowane mosty, a dalej przy murowanym browarze, zielone jak winnice wiążące się chmielniki.
Uprzejmość i rzadka dziś gościnność Cześnika, myśl, że po tylu latach, wraca do ojczystej wioski, gdzie tej którą kochał zastać już nie miał, a nadewszystko spomnienie nieznajomej Emilji, napawające dumającą duszę czarownemi obrazami szczęścia i nadziei, niedozwoliły Władysławowi kosztować tej rozkoszy, jaką czuć był winien, na widok, rozkwitającej nowem życiem natury. Smętny więc i zamyślony, puściwszy wolny bieg rozigranej wyobraźni, nie uważał, że już zbliżał się do upragnionego celu swojej podróży.

KONIEC CZĘŚCI I.
CZĘŚĆ DRUGA.
ZOFIA I EMILIA.

Tego samego dnia, którego opuścił Cześnika, stanął wieczorem Władysław w Brzoznowie. Zachodziło już słońce; wracało zewsząd i stawało przed chałupami wiejskie bydełko, szukające poddasza i pragnące nocnego spoczynku. Trzaskał tryumfalnie z bicza, wjeżdżając do włości swego Pana, stangret Władysława; a jego serce mocniej bić zaczęło, na widok gęstych dymów unoszących się z mieszkań tylu pracowitych kmiotków, których ojcem być pragnął. Zastanowiły się jego oczy z rozrzewnieniem, spostrzegając wznoszący się z daleka pałac Brzoznowski, którego okna ostatnie promienie słoneczne złociły.
Wjechał ze smutkiem na zaczynający już trawą zarastać brukowany dziedziniec. Wyszedł wnet przeciw niemu, w zielonej kapocie, czarnym pasie, który ciągle nosił od śmierci swojej Pani, z siwą jak gołąb głową, i z dzwoniącym w drżącem ręku pękiem kluczy, stary szafarz Tomasz, tymczasowy murgrabia pałacu, który niegdyś Władysława na swojem ręku piastował. Nadbiegł także z drugiej strony zadyszany, jak rydz czerwony, z batogiem w ręku, ściskając za stopy, otyły Pan Rzegota ekonom; który chcąc pierwszy powitać Jaśnie Wielmożnego Pana, dumnie staremu Tomaszowi nakazywał, iść przed sobą i do pańskich otworzyć pokoi. — Z żywością mu odpowiedział Władysław, przyjacielską ku staremu Tomaszowi wyciągając rękę: iż zmęczony po podróży, chce zostać tego wieczora sam na sam, ze swoim dawnym przyjacielem.
Potrząsając głową, zawstydzony Pan Rzegota, wrócił do swojej małżonki, która z pośpiechem posłała do pałacu kurczęta ze śmietaną i kawę kamerdynerowi Władysława, dla pozyskania przy jego życzliwości, łaskawego ucha pańskiego. Na ustawiczne atoli o nowego Pana zapytania, tę tylko od męża odbierała odpowiedź: iż wcale nie ma miny Pana, na ludziach się nie zna, i szlacheckiej krwi szanować nie umie.
Tymczasem, miarkując swój chód do wolnego kroku podeszłego szafarza, przechodził Władysław wielkie schody kamienne, po których stary Tomasz obtarłszy bóty, i na palcach, jakby jeszcze Pani żyła wchodząc, wprowadził Władysława do pokoi niegdyś przez nieboszkę Wojewodzinę zamieszkałych.
Przeszli przez wielką salę jadalną marmurem wyłożoną, portretami familijnemi ozdobioną, i obszerny pokój bawialny, zielonym adamaszkiem wybity. Stało tam jeszcze duże na kółkach krzesło Wojewodziny, na stoliku jej szkatułka do dryzlowania, a przy niej srebrny dzwonek. Zbliżali się do drzwi jej sypialnego pokoju, ale klucz w zamku od starego Tomasza nieśmiało obracany, nie zdawał się właściwym do otworzenia; gdy nareszcie przywoławszy na pomoc Władysława, odwrócił poczciwy starzec twarz zalaną łzami, te ciche wyrzekłszy słowa: «tu umarła nasza Pani!» Niechcąc odnowić jego żalu, rozczulony Władysław, oświadczył mu: iż nie życząc sobie zająć pustego i zasmuconego tej strony domu pomieszkania, obiera sobie z innej strony, dla gości wyporządzone, małe pokoiki; w których wolniej oddychając, rozgościł go z radością stary Tomasz.
Z zadziwieniem wszystkich, i z wielkim uczynionym mu gwałtem, zaprosił go potem młody Pan do podzielenia z sobą nagotowanej na prędce wieczerzy. Figurowały w niej kawa i smaczne kurczęta Pani ekonomowej, które, nieświadomi wiejskiej polityki, Władysława ludzie, sądzili że dla niego były przysłane.
Dano świece: przypatrywał się z upodobaniem swemu młodemu Panu, na brzeżku stołka siedzący stary Tomasz, nie śmiejąc nic jeść, pomimo częstych Władysława nalegań. Butelka jednak starego wina, myszką trącącego, przez niego z piwnicy dawniej dla Pana przyniesiona, z której nie mógł Władysławowi odmówić lampeczki za zdrowie, wnet go pokrzepiwszy, na wszystkie zapytania obficie gadatliwym uczyniła. Korzystał z tego Władysław, dla dowiedzenia się od zasłużonego i poczciwego domownika, o dawnym i teraźniejszym bycie swojej wioski, a szczególniej włościan.
Opisywał mu więc stary Tomasz, wymownym głosem prawdy, i dawniejszą ich pomyślność, i teraźniejszą nędzę. Żałował nareszcie, iż słaba i śpiąca już tego dnia, Panna Kunegunda, faworytna panna wyprawna nieboszki Wojewodziny, lubiąca i zbierać i powtarzać wszystkie wieści, nie mogła przyjść mu w pomoc, przytoczeniem różnych wyszłych z jego pamięci szczegółów.
Obiecał Władysław, przypominając sobie z uśmiechem jej wysokie karkasowe kornety, i częste zrzędy, odwiedzić ją nazajutrz, i pytał troskliwie o dawną swą piastunkę Wojciechową. «Już jej tu nie ma, — odpowiedział z westchnieniem starzec — oddalił ją Pan ekonom, na mocy komissu i pełnomocnictwa zupełnego, które assekurował, iż ma od swego pryncypała: choć się Panna Kunegunda żywo temu opponowała, i dotąd przeciwko temu protestuje; pomimo tego, że czapkujący jej Pan Rzegota, bojąc się i cienia nawet dawnego jej u Pani faworu, na mariasza do niej przychodzi, a assystująca jej Pani ekonomowa, z najlepszemi kożuszkami śmietankę do kawy przysyła. Wróciła biedna Wojtkowa, do darowanego jej przez nieboszkę Jejmość we wsi domku i ogrodu, a jej córka Małgosia wraz z Czeszką, którą Jejmość trzymała do pielęgnowania zagranicznego bydła, jako i stary pozostały Bartłomiej kucharz, którego zrzęda dopiekała Panu ekonomowi, służą teraz u Pana Sławińskiego. Biedne zaś tyrolskie bydełko, szturgane, zaniedbywane, ponieważ mniej Pani ekonomowej dawało mleka, nie długo się tu utrzymało. Zapewniają teraz że wyzdychało, ale pomiędzy nami mówiąc, podobno skrycie wymienionem zostało korzystnie, z tym Panem Szambelanem, co to z nieboszką Jejmością wiódł graniczny proces, a teraz jest w przyjaźni z Panem Rzegotą. Stary nawet brytan burek, wierny stróż pałacowy, którego z szczeniaka wychowałem, byłby głód cierpiał, gdybym się był z nim moją nędzną nie dzielił strawą. Zdechł i tak biedne psisko, otruty podobno przez Bonusia, syna Pana ekonoma, na którego szczekał, gdy przełażąc przez parkan, po gruszki do ogrodu się skradał. I tak to po śmierci Jejmości, już żadne stworzenie szczęśliwem tu być nie mogło!... Biedny burek!... — dołożył jeszcze z westchnieniem, po niejakim czasie, rozrzewniony stary Tomasz; — jak to on się łasił zawsze, i skowyczał, gdy mu Panna Emilia ośródkę od chleba ze stołu pańskiego przynosiła; bo już stary pies zębów nie mając, skórki jeść nie mógł; jakże ona go będzie żałować!...»
Na tę wzmiankę o Emilji, zarumienił się Władysław, a rozweselony tem spomnieniem kochający ją, jak swe dziecko, stary Tomasz, nie mógł przestać o niej mówić. «Ona to, ona — dodał z zapałem — tak będzie dobra jak nasza nieboszka Pani! — gdyż już większej pochwały nie mógł nikomu użyczyć, przywiązany sługa. — Z jakim ona to respektem, z jakim affektem była dla Jejmości; jak to ona nie raz podczas szarej godziny, na małym stołeczku u jej nóg przy kominku siedząc, lub klęcząc oparta na poręczy, słuchała dawanych jej przez nią morałów! z jakiem to ona ukontentowaniem, gdy Jejmość słaba była, widziała ją pijącą ze smakiem, zgotowaną przez siebie polewkę! z jakim to pośpiechem wstawała od krosienek, na których haftowała apparat kościelny, i na palcach do mnie wybiegała: gdy uchylając drzwi z uszanowaniem, nie śmiejąc Jejmości przy gościach inkommodować, przyszedłem się o jaką względem obiadu spytać dyspozycyą, w czem zawsze umiała nieboszki Pani Wojewodziny, chociaż tak doświadczonej damy, zgadywać życzenia! Godnego też to, godnego ojca córka! bo o matce, to różnie różni mówią... Cieszymy się wszyscy z jego powrotu w nasze strony; lubośmy jeszcze nie widzieli naszej kochanej panienki, która teraz z ciotką pojechała w sąsiedztwo.» To słowo «sąsiedztwo» na inną znowu rozmowę skierowało rozbrykany język poczciwego staruszka, którego już ledwie słyszał zamyślony Władysław. Pożegnał go wkrótce, chcąc spocząć po podróży, czyli bardziej nie odrywać się inną rozmową, od wskrzeszonego Babki i Emilji spomnienia. Wyszedł natychmiast z wszelką submissyą, czule swego Pana żegnając stary Tomasz, a późny sen dumającemu Władysławowi skleiwszy powieki, w nieporządku i dziwnem połączeniu, przedstawił (jak zwykle bywa po tłumnie doświadczonych uczuciach), i Wojewodzinę, i Zofią, i Emilkę, i burka.
Pierwsze jednak promienie słoneczne niespokojnie śpiącego łatwo obudziły. Wniósł natychmiast stary Tomasz, na ciężkiej staroświeckiej srebrnej tacy, w dużych porcelanowych imbrykach, gorącą kawę, ze srebrną cukierniczką na klucz zamykaną, i dużym talerzem sucharków, jakie lubiła nieboszka Wojewodzina, przez samę Pannę Kunegundę, na przyjazd Pana, upieczonych. Miała i ona zaraz (jak wnosił stary Tomasz) przyjść i złożyć mu swoję submissyą, gdyż już widział otwarte u niej okiennice; ale Władysław niecierpliwy, chcąc wszystko tego dnia u siebie zwiedzić, i bojąc się być wstrzymany długiemi opowiadaniami Panny Kunegundy, oświadczył, iż ją sam chce odwiedzić. Pośpieszył jednak po przyjacielsku z uwiadomieniem stary Tomasz, i Władysław, otwierając drzwi do pokoju, spotkał ją wychodzącą na przeciwko niego, ubraną na prędce w dużym kornecie z czarną kokardą, i garnirowanym staroświeckim dezabilku.
«Gdyby to była moja Pani doczekała!...» — odezwała się z rozczuleniem, i to pomimowolne spomnienie, którego Władysław dzielił uczucie, zastąpiło przygotowane zobopólne na przywitanie siebie wyrazy, i w momencie ich z sobą poznało. — «Jakżeś to Pan podobny! — rzekła potem z żywością Panna Kunegunda (każdy znajdując zwykle w twarzy nowo poznanej osoby, rysy drogiej zachowanej w sercu pamiątki) — do nieboszki swej matki, Pani Starościny Buczniewskiej; — gdyż pomimo największego rozczulenia, nigdy Panna Kunegunda, póki mogła, nie przestawała nazywać po godności osoby, które szanowała. — Zdaje mi się, że ją widzę, gdym ją trzydzieści i trzy lat temu, na Najświętszą Pannę Gromniczną, z Panią Wojewodziną do szlubu ubierała. Daruj Pan, że tak niestósownie należnemu Panu respektowi, nie uprzedziwszy z winną attencyą i nieubrana stawam; ale starość, nie radość.... Dłużej teraz sypiam, stare kości potrzebują odpoczynku! Inaczej to było za nieboszki Jejmości! Zwinniejszą wtenczas byłam; miewałam dziewczynkę do usługi, i dwa razy na dzień kawę, a teraz tylko na śniadanie pijam, i to z cykoryą, bo droga i ciężkie czasy! Dziewczynkę także odprawiłam, choć mi jednak o to nikt nie mówił; bo czegoż mam ciężyć Panu, kiedy stara, coraz bardziej wiekiem przyciśniona, nie na wiele się już w domu przydam, chociaż się jeszcze kręcę i zrzędzę, póki mogę!»
Zaspokoił czule poczciwą staruszkę; rozrzewniony Władysław. Rozweseliła się, i zaczęła przypominać, jak w dzieciństwie chowała mu ciasteczka na podwieczorek, i otrzymała raz od ojca przebaczenie za stłuczenie szyby piłką, najmocniej prosząc, ażeby z małej izdebki, w której go przyjęła i gdzie była apteczka jej zarządowi powierzona, raczył przejść do zamieszkanego od czterdziestu lat przez nią pokoiku. Chciała go albowiem poczęstować, wyborną, na francuzkiej wódce przepędzaną pomarańczówką, którą jego ojciec zawsze zwykł u niej pijać, jadąc z Panem Wojewodą do gospodarstwa, albo na polowanie.
Nie miał serca tego odmówić Władysław gościnnej staruszce, która posadziwszy go na kanapie, zaczęła się krzątać z kluczykami, dla wyszukania flaszki z wódką, smażonego tataraku, toruńskiego piernika, i śliwek na rożenkach.
Przez ten czas Władysław, miał sposobność przypatrzyć się jej pokojowi. Był on zupełnie w starodawnym guście, sklepiony i z kratami w oknach; malowanych ścian poplamionych wilgocią, gdzieniegdzie tylko było znać zielonkowaty kolor, z lepiej zachowanym cokolwiek naokoło figlarnym arabeskiem, w którym dawniej pospolitym gustem, dziwacznie widać było połączone ryby i bukiety z kwiatów, lwy, i wazony, bociany i altanki. Kanapka, stołki i firanki były z białego sycu, w duże ciągnione z piwonji girlandy. W alkowie, stało za karmazynowym pawilonem z garnirowanemi poduszkami wysoko posłane łóżko Panny Kunegundy, a w głowach duży krucyfix i Matki Najświętszej obraz. Z jednej strony, wianek poświęcony na Boże Ciało, na krzyż z gromnicą; z drugiej na haczyku z podłożoną pod spód atłasową żółtą poduszeczką w staroświeckiej zielonej kopercie, zegarek od którego wisiał tombakowy łańcuch z dewizkami; przy łóżku stały patynki na małym stołeczku, i dwa wyprostowane krzesła zieloną wypełzłą trypą obite, na których leżały, czarna drojetowa, szeroka suknia i tegoż koloru kitajkowy półsalopek; strój żałobny, za oszczędzone zasługi sprawiony przez Pannę Kunegundę na pogrzeb Pani, i odtąd ciągle przez nią noszony. Naprzeciw łóżka, gdyż wszystko w tym pokoju podwójną symetryą się odznaczało, był pstry parawanik zsuwany na żelaznym drągu, z mosiężną u góry gałką, z za którego wyglądał kosmaty kufer, alembik do przepędzania wódek, i toczone ze słupkami gdańskie krosienka na czterech syrenach wsparte. Obok, duży kaflany niebiesko malowany piec, z szerokim na wierzchu wazonem. Naprzeciwko, z obu stron drzwi, przy których wisiała cynowa kropielnica, była z jednej strony szafka, w której przez drucianą kratkę, można było widzieć różne słoje z konfiturami, od likworów oplatane słomą butelki i pękate flaszeczki z lekarstwami; na wierzchu zaś stał z cienką szyjką duży puhar piwem nalany, liczne już w sobie chwilowego łakomstwa, mieszczący ofiary; dalej wielkie gąsiory papierem zatkane z octem i marcową wodą. Suszyły się przy nich na dużych szafirowych od cukru papierach, krokosz do farbowania, i rzymski rumianek. Nad szafką błyszczały w równym rzędzie na ćwieczkach zawieszone, różne pęki kluczów, młotek do cukru, duże do krawieckiej roboty nożyczki i staroświeckie do fryzur żelazko. Z drugiej strony drzwi była komoda misternie wyrabiana, własność Panny Kunegundy: na której stały, poustawiane i najczyściej utrzymywane, cztery duże saskie filiżanki, różnemi czasy od familji nieboszki Wojewodziny darowane, skrzyneczka szklanna z Gdańska, i świeższy naprzeciw, karlsbadzki kubek, równie w gościńcu przywieziony. Leżały tam także, zawsze najakuratniej naprzeciw siebie, karty do mariasza, sennik, atłasowy haftowany pelami i złotem pugilares, kantyczki, świecący stalowy do orzechów dziadek, i kolorowy roratowy stoczek. Piękne tyrolskie jabłka i czerwone pomidory naprzemian ustawiane, garnirowały brzeg komody, nad którą wisiały dwie duże, w ramki oprawne sylwety, Wojewody i jego żony. Na małym stoliczku, pomiędzy oknami stojącym, było rozstawione małe lusterko, z zwierciadlanym brzegiem w karpiową łuszczkę, na białem z rąbku nakryciu; przed niem, dwie blaszane puszki od pudru i pomady, i haftowana, we środku różowym podwleczona poduszeczka, na której leżały przypięte długiemi stalowemi od fryzur szpilkami, granatki, różne sygneciki i pierścionki w oczka, Panny Kunegundy. Przy kominku, stała kanapka z stołeczkiem pod nogi, przed okrągłym stoliczkiem, a na nim koszyk, zieloną kitajką podszyty, z robotą Panny Kunegundy; okulary w czerwonym futerale; klapka od much, duża w czarną skórkę oprawna ze srebrną klamrą do nabożeństwa książka, i długa kokosowa z srebrnym także mentalikiem koronka.
Sprzątnęła to wszystko szybko Panna Kunegunda, stawiając na stoliku przed Władysławem dużą blaszaną tacę, z wymalowaną na niej pasącą baranki, ubraną na rogówce pasterką. Przekonawszy się Panna Kunegunda, iż Władysław nie odróżnia się od ojca, i znajduje równie wyborny przez nią sporządzony likwor, zaczęła z najpłynniejszą wymową (w tej mierze, jak się zdawało, oddawna wyćwiczoną) odpowiadać na różne przez niego czynione zapytania, względem zaniedbanych dobroczynnych nieboszki jej Pani zakładów. «Mogę ja to Panu wszystko najlepiej powiedzieć, — rzekła szybko z niejaką dumą: — Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Miał swoje widoki w tych wszystkich zmianach Pan Rzegota; najprzód, rozpuściwszy szpital, zabrał nibyto na dwór, a w istocie dla siebie, duży warzywny ogród. Potem zamiast dozorującego szpital Jakóba, umieścił starego bibułę Mateusza, dawnego masztalerza Pana Wojewody, który mu często listy nosi do Pana Szambelana. W izbie przez Felczera dawniej zamieszkanej, robią teraz żydy krawcy, dla jego żony. Zamiast zaś dawnego poczciwego Bakałarza, umieścił w szkółce dyrektora, który za pobierane pieniądze, Bonusia do domu przychodzi uczyć. Oj! nie tak to było za Pani Wojewodziny, i dozorującej szkółkę pod jej okiem, Panny Emilji! Trzeba widzieć, jaka wyszła ztamtąd Małgosia, pańskiej piastunki córka; jednak prawda — dodała prostując się i krząkając Panna Kunegunda, — po odebranych odemnie początkach wszystkiego dobrego. Kochamy też wszyscy, jak nasze dziecko tę Pannę Emilię; wcale dorzeczy Panna, i do Boga i do ludzi. Nie umywała się do niej, jej siostra Panna Zofia, która tu za bytnością z matką, ledwo mi głową kiwnęła!... Dziękuję za nią, chociaż tak pięknie, jak mówią tańcować umie. Ale i nasza też Panna — dołożyła z pośpiechem — uczyła się teraz od Francuza w Dreznie tańcować, jak mi mówiła Panna Firyńska, szlacheckiej kondycyi Panna, wychowana przez Panią Mielińską, która ją kazała za granicą u Francuzki uczyć strojów robić, a teraz za mąż wydaje za Pana Wincentego, dawniejszego wójta gminy, a teraźniejszego rządcę Topolówki. Była tu ona u mnie, jest temu tydzień, pytając się od Panny Emilji, czy nie mam jakich do Łęczny sprawunków, gdyż tam jechała z ciotką, od Pani Podczaszynej, która z niemi miała wyprawę dla córki kupować. Wydaje ona ją za tego Pana Sędziego.... nie pamiętam nazwiska, który tu jeszcze Panem Komornikiem będąc, bywał u Pani Wojewodziny. Zebrał on w krótkim czasie wielki majątek. Bóg wie jak! gdyż człowiek wiernie służąc całe życie, najlepiej zna z jaką trudnością grosza się dorabia, a on go po jurystowsku, szybko, jak na drożdżach przyczynił. Nie bardzo też dobrze o nim trzymają, gdyż jak mawiał Pan Wojewoda: idący tylko mimo sumienia, tak łatwo się z majątkiem spotkać może. Ale, ale, o czemże ja to mówiłam!» — rzekła zapominając się, zmordowana tak długim potokiem słów Panna Kunegunda. — «O Pannie Emilji» — odpowiedział cierpliwie słuchający Władysław, na tę stronę kierując rozmowę. — «Wielka to była faworytka Pani Wojewodziny — dodała z chciwością, sklejając zerwaną nić rozmowy, gadatliwa Panna Kunegunda: — Ale ktoby też jej nie kochał! Z jakąż dobrocią, poczciwe dziewcze czytywało mi w Niedzielę i Święta, świętalne nauki księdza Skargi, gdym dla licznych zatrudnień, rannej tylko mszy słuchała, i na kazaniu być nie mogła. Jakie złote u niej serce! Jakże to nie raz, po napomnieniu odemnie, gdyż — dodała solennie — napomnienia starszych zawsze są młodszym pożyteczne, wbiegała do mnie, po krótkiej chwili, bez żadnego ressentymentu przynosząc mi muchotrzep dla kanarka, lub dźwigając burą moją kotkę, matkę tej — wskazując z uśmiechem, i wołając na słońcu zaokrąglającą grzbiet dużą sybirską kotkę — którą Panna Szambelanka sprzeciwiając jej się, chciała zrzucić z ganku, twierdząc: iż kot zawsze na nogach staje. Dobre też to zwierzę, ta stara kotka! co się też ona myszy nałapała! za to ją też nieboszka Pani Wojewodzina, Myszołówką nazwała. Ale, ale, — rzekła, coś sobie przypominając, i w tem oczy jej wlepione w jedno miejsce i twarz poruszona, ważne jakieś spomnienie okazywały. — Jakże ja też mogłam zapomnieć dotąd! radość to, radość, z oglądania Pana, jest tego przyczyną.» — To mówiąc dobyła Panna Kunegunda z kieszeni z igielnikiem, naparstkiem i od romatyzmu noszonym kasztanem, małe pudełeczko, kilkakrotnie tasiemką okręcone, które rozwiązywać zaczęła. «Nigdy mnie to nie odstępowało — dołożyła powoli rozczulonym głosem: — jest to szlubna obrączka nieboszczyka Pana Wojewody, którą, nosząca ją zawsze na palcu Pani Wojewodzina, przed śmiercią z błogosławieństwem dla Pana mnie oddała, a swoję Pannie Emiiji darowała.»
Na te słowa, zmięszany Władysław odebrał obrączkę, wahając się na palec ją włożyć; gdyż w jednym momencie, myśl wymaganego przez babkę małżeństwa; przymus uczyniony jego uczuciom, w obawę już zaczęły zmieniać, wzrastającą w sercu życzliwość ku Emilji. «Nie miało to znaczyć żadnych zaręczyn — dodała Panna Kunegunda, chowając pudełko do kieszeni, i dobywając tabakierkę, którą z piskiem otworzyła, strzepując potem pozostałą na dezabilce tabakę; — było to tylko zostawienie przez Panią Wojewodzinę dwóm osobom, równie od niej kochanym, dwóch najdroższych konserwowanych przez nią pamiątek: gdyż nieboszka Jejmość, bardzo była szczęśliwa z mężem, choć z przymusu za niego poszła, ale zawsze jednak mawiała: iż pańskich małżeńskich affektów, w niczem niewolić nie będzie. Dobrzeby to atoli było, Topolówka graniczy z Brzoznowem; niech się jednak w tem dzieje wola Boska, gdyż to pewno: że śmierć i żona od Boga przeznaczone.»
Usłyszany w tym momencie, głośny płacz i łkanie pod oknem Panny Kunegundy, przy oddalającym się drugim groźnym głosie, wzbudziwszy jej ciekawość, dały nareszcie Władysławowi sposobność wymknąć się od niej, i ochłonąć z doznanego pomimowolnie, pod czas jej mowy pomięszania. Udał się tam, gdzie płacz słyszał, i ujrzał młodą wieśniaczkę, skarżącą się z mocnym żalem, przed stojącą w oknie Panną Kunegundą. Mówiła jej ze łzami: iż codzień na robotę wypędzana, chociaż w domu sama pielęgnowała młodsze rodzeństwo i schorzałą matkę, ledwo ten dzień wolny sobie upatrzywszy, dla poradzenia się w jej słabości Panny Kunegundy, mocno od Pana ekonoma była wyłajaną, za łażenie do dworu; Pan Rzegota nawet jej powiedziawszy, iż za powtórną razą każe ją do ciupy zaprowadzić, jako i tych wszystkich, którzyby na niego przed Panem skarżyć się ośmielili. Wsunął jej, oburzony Władysław, kilka złotych w rękę na lekarstwo dla matki; a zapytawszy o jej nazwisko, zapewnił, iż każdy ma wolny przystęp do niego. Zostawił ją z doradzającą różne dla matki lekarstwa Panną Kunegundą; kazał sobie konia okulbaczyć, i pojechał najprzód na folwark, dla zwiedzenia najbliższych gospodarskich budynków.
Zastał wszystko w największym nieporządku, choć śpiesznie na jego przyjazd oczyszczone. Roztargana, w staniku i spodnicy tylko, Pani ekonomowa krzycząca przed domem na dziewki, przyjęła go z przestrachem, i zawoławszy drażniącego się z jendykiem Bonusia, kazała mu pchnąć kogo (wyraz feudalny znaczący wysłać) po Jegomości, gdyż Pan na niego czekał; sama zaś wprowadzając go do izby, poszła włożyć na prędce chustkę i czepek.
Wszedł schylając się do pomieszkania Państwa Rzegotów, znudzony tą zwłoką Władysław, i zastał tam duży na środku sosnowy stół z okrągłemi na nim drewnianemi kałamarzami, kalendarzem gospodarskim i rejestrami pańszczyzny; łóżko z czterema u góry gałkami i białemi kartonowemi firankami, które na dwie strony regularnie do słupka przywiązane, dużemi z karmazynowych wstążek fantaziami, pokazywały takiego samego koloru wstążkami wiązane poduszki i pracowicie tegoż koloru pikowaną, wytartą, atłasową kołdrę. Naprzeciwko była szafa zielono lakierowana, w której stały kredensowe naczynia; na niej zaś duży we środku kielich rżnięty, z napisem: «Vivat» a obok niego dwie gipsowe farbowane papugi, darowane przez Pana Szambelana Bonusiowi; na oknie pływały w słoju za barometr w wodzie konserwowane piskorze; w kącie stał zegar z kukawką; na ścianach wisiały kopersztychy historyrą syna marnotrawnego wyobrażające, a nad drzwiami, z jednej strony rózga na Bonusia na niebieskiej wstążce, a z drugiej, duży batóg znak ekonomskiej godności, który jako najwłaściwsze jej godło, zawsze co wieczór figurować tam wracał.
Nadszedł nareszcie toczący się, wymyślając wszędzie po drodze, Pan Rzegota, i dopadłszy rączego dodjezdka, wkrótce, dobrym truchtem już opodal jadącego, dogonił Władysława. Objechali łąki, las i pola; byli aż u kopców, przy sypaniu których dawniej, jak mówią: starsi wino spijali, a młodszym w skórę dawano.
Pytał się Władysław o wszystko Pana Rzegoty, w niczem swego zdania, podług danych od Cześnika przestróg, nie wyjawiając. Tylko wracając do wsi, kazał mu wypędzić pasące się spokojnie w pańskiem i chłopskiem zbożu jego bydło, które śpiący przy nich pastuszek, zdawało się że przywykł tam wypędzać, i wstrzymując odgrażającego się batogiem go obudzić Pana ekonoma, rzekł mu z niejaką surowością: «Źle się zaradza Mospanie karą, tam gdzie się przestróg zaniedbało; a właściwiej się mi zdaje, tem hańbiącem narzędziem prowadzić bezrozumne zwierzęta, niż równych nam ludzi; nad którymi, — dodał, widząc twarz Pana Rzegoty od oburzonej szlacheckiej krwi mocno zarumienioną — wyższość naszą, dobroczynną tylko opieką i ciągłem usiłowaniem prowadzenia ich do naszej oświaty, okazywać powinniśmy. Bywaj WPan zdrów.» To mówiąc pożegnał go Władysław, i wjechał do wsi.
Ze smutkiem wszędzie widział oznaki nędzy i opuszczone chałupy przez dawnych gospodarzy, których oddalenie się, skutkiem tylko miało być (jak mówił Pan ekonom) zbytniej dawnej wolności. Nic to nie miało szkodzić, utrzymywał on, dobru pańskiemu; ponieważ lepiej mieć mniej gospodarzy a powolniejszych, i nawet ogólnie mniej zamożnych, gdy nędza najlepiej pokornym czyni. Dalekie od tych mniemań były pełne ludzkości Władysława zamiary. Wyrok Pana ekonoma zapadł w jego myśli po usłyszeniu tych zasad, i kończąc swą objażdżkę, odwiedził jeszcze szanownego Plebana, u którego poznał Pana Hoffel, pokostującego ostatni swój obraz Świętego Izydora oracza, do bocznego ołtarza. Zwiedził potem szkółkę, gdzie tylko zastał czworo jąkających się dzieci dworskich, uczących się czytać od fukliwie na nich wołającego bakałarza, który już nikogo darmo do swojej szkółki nie przyjmował.
Odwiedził także Władysław ze smutkiem, zaniedbany szpital, gdzie w istocie podług opisania Panny Kunegundy, zastał szyjących krawców Żydów, utrzymywanie felczera (jak mówił Pan Rzegota) «będąc tylko niepotrzebnym dla Jaśnie Wielmożnego Pana wydatkiem; gdyż nic tak słabości nie mnożyło, podług niego, jak lekarstwa, bez opłacenia których, nasze chłopki, ten pół bydlęcy ród od Chama pochodzący, najlepiej do zdrowia przychodzi, lub najspokojniej, nie cherlając, umiera.» Nie mieszkał też w szpitalu, wypróżnionym podług tych zasad przez Pana Rzegotę, tylko jeden ślepy dziadek, który żebrał śpiewając pod kościołem, i tłusty, z czerwonym nosem Mateusz, na przybycie Pana starannie dużą miotłą próżne kąty wymiatający.
Udał się potem Władysław do poczciwej Wojciechowej. Wybiegła na przeciw niemu, i najserdeczniej swego dawnego panicza przywitała; a zmiatając starannie fartuchem, ławkę pod piecem, nie daleko od świeżo po gotowaniu wybielonego komina stojącą, z uszanowaniem go na niej posadziła. Żałowała tylko niezmiernie, że się minął z Małgosią, która nie dawno od niej wyszła, przypominając mu oraz, jak mu niegdyś smakowały robione przez nią mądrzyki, po naukę których córka teraz do niej przychodziła. Zaczęła mu potem gadać, z dumą właściwą matce, o dobrem córki wychowaniu i korzystnem jej małżeństwie; «jej mąż, — mówiła pysznie poprawiając sobie czepka, — jest teraz Podstarościm w Milinie, nowym folwarczku, dla Panny Emilji wybudowanym, zupełnie w zagranicznym sposobie, pod dozorem Pana Guwernera Niemca» (gdyż tak Pana Hoffel nazywała poczciwa Wojciechowa). Szerzyła się następnie nad pochwałami dobrodziejki swej Małgosi, przypominając z upodobaniem podjęte przez Emilkę koło niej starania, i dawniej jeszcze przez nią udzielane jej w szkółce nauki.
Widząc nawet, ile ta rozmowa zajmowała Władysława, wyjęła z radością ze skrzynki, mały sexternik starannie w chustkę obwinięty. «Nie dosyć to — mówiła, rozwijając go i pokazując: — iż poczciwa panienka, słuchając dzieci katechizmu w szkółce, tłomaczyła im przykazania miłości bliźniego, ucząc jak się należy drugim dopomagać w pracy, na starszych nie wyrzekać, bydła w szkodę nie wpuszczać, o chorych i dzieciach pozostałych w domu podczas żniw pamiętać, nawet i zwierzętom jako stworzeniom Boskim bez potrzeby nie dokuczać; (Pani Wojewodzina ją tego nauczyła) ale oto wymalowała jeszcze, dla modlącej się zawsze bez uwagi Małgosi, te obrazki które jak Pan widzi, są wytłomaczeniem pacierza. Oto widzi Pan, na pierwszym, wstają wszyscy w chałupie; chory tylko staruszek leży w łóżku. Klęczą przy nim dzieci, i składająca rączki swego dziecka, wnuczka jego, modlą się razem do wspólnego niebieskiego Ojca, poświęcając początek dnia, wzywaniem Jego imienia, i prosząc o pożywienie, zabierają się pełnić najlepiej wolą Jego, idąc do przeznaczonych sobie obowiązków. Na drugim zaś obrazku, drugą połowę modlitwy Pańskiej zawierającym, przebacza gospodarz sąsiadowi, który go po pijanemu obraził, i usilnie się opiera namowom dwóch drugich pijanych, którzy go do karczmy ciągnąc, chcą przedłużyć burdę. Przerecytowałam to Panu jak lekcyą — dodała z ukontentowaniem Wojciechowa — gdyż to po swojej Pannie często Małgosia powtarzała. Niech też Pan nie odmówi — rzekła, kłaniając mu się do nóg — odwiedzić ją kiedy w Milinie. To nie daleko, tu zaraz za łąką» — dodała, wskazując drogę wychodzącemu Władysławowi, który szczerze za to uwiadomienie dziękując, oddalił się szybko, włożywszy jej w rękę dwa dukaty, na piękną dla Małgosi chustkę.
Tymczasem przerażony Pan Rzegota, wracał małym truchtem do domu, i wchodząc rzucił przed żonę na stół, czapkę i zwykłe swoje berło. «Już po nas, moja Jejmość — rzekł jej w rozpaczy — mamy Pana który się na wszystkiem zna, o wszystko się pyta, i sam przez siebie chce o wszystkiem wiedzieć. Skończyło się nasze panowanie; a do tego, ani dotknąć człowieka nie pozwala. Schwytanie naszego bydła w szkodzie, za kryminał nawet uważa, jakby dla tego, że w zbożu pańskiem i gromadzkiem troszkę się podpasie, chłopa co ubyło, lub Pan, przestał być panem. Ale wiem ja, kto mi tego piwa nawarzył; pewno to, ta stara czarownica Panna Kunegunda, z którą się wasze powadziłaś, przy odprawianiu starej Wojciechowej, piastunki Pańskiej. Zawsze się tak smutno kończą wasze babskie fochy!»
Byłby jeszcze dłużej mówił rozżalony Pan ekonom, lecz rozjendyczona z dwoma pięściami naprzód postępująca ku niemu jego Jejmość, rozpuszczając znany mu dobrze szybko pytlujący język, ze zwykłą wymyślań litanią, do cofnięcia się w zaczepce go przymusiła. Ruszył ramionami Pan Rzegota, zatkał czapką uszy, wyszedł z izby, i trzasnąwszy drzwiami, zaczął mruczyć pod nosem: iż żaden kołowrót językowi złośliwej kobiety, w swym hałaśliwym obrocie nie wyrówna.
Władysław jednak, którego z ukontentowaniem widział stary Tomasz, z apetytem po długiej przejażdżce jedzącego obiad, zabierał się jechać do Milina, kiedy niespodziewanie nadjeżdżający gość, na inny raz tę przyjemność odłożyć przymusił. Był to ten sam Pan Szambelan, o którym stary Tomasz w wigilią spominał, i któremu nieboszka Wojewodzina, dla spokojności odstąpiwszy kawał zaprzeczonego gruntu, nie miała czasu przed śmiercią urzędownie go zapewnić. Przyjeżdżał więc, po potwierdzenie korzystnego układu, do nowego dziedzica Brzoznowa, o którego przybyciu, uwiadomił jego przyjaciel, Pan Rzegota. Żył on z nim bardzo dobrze; gdyż Pan Szambelan, składając często pychę z serca, z każdym się chętnie bratał, z kim mógł co zyskać, lub sobie podchmielić. Był on długo nieczynnym pasibrzuchem na dworze wielkiego Pana, którego swemi bawił konceptami, a po śmierci jego, ożeniwszy się z córką bogatego Komissarza, odziedziczył po teściu, choć prawnie, ale nieprawo, sąsiedzką wioskę, którą Pan Komissarz wziął był w zastaw pożyczonych na lichwę, młodemu paniczowi pieniędzy.
Dawne zwyczaje, z później nabraną dumą, i pysznoskąpstwo, były właściwym charakterem Pana Szambelana i jego małżonki. Zajechał z trzaskiem na dziedziniec w wysokim modnym koczu, zaprzężonym czterema rosłemi szkapami w wytarte szory przybranemi, któremi kierował niezgrabny z fornala przerobiony stangret ustrojony, jako i stojący jak niedźwiedź za powozem lokaj, w nową liberyą, suto szychowemi galonami uszamerowaną. Sam Pan Szambelan nizki, tłusty, zyzem patrzał, głośno mówił, jeszcze głośniej pluł, i szastał się na wszystkie strony. Chęć, którą często okazywał, poprawiania wąsów i pasa, dowodziła, iż nie dawno narodowy strój na francuzki zamienił. Gadał dużo, i w ciągu przedłużonych pierwszych odwiedzin, podczas których mocno znudził Władysława; wychwalał bardzo Pana Rzegotę, z szyderskiem politowaniem wzmiankując «o jego poprzedniku, u którego nigdy — mówił ze wzgardą — nie pękła dla gościa ani buteleczka starego węgrzyna, i który miał tak mało ambicyi, iż swoje dzieci do wiejskiej szkółki posyłał. To też — rzekł — nie umiawszy sobie zrobić ani majątku, ani przyjacioł, żyje teraz nędznie, nie daleko ztąd, na małej swej cząstce ze starym dawnej szkółki Brzoznowskiej nauczycielem, którego jeszcze utrzymuje.» — Zaczął się wypytywać nieznacznie Władysław, gadatliwego Szambelana, o miejsce ich pobytu, i dokładnie dowiedziawszy się z ukontentowaniem, jak do nich trafić, zezwolił już chętniej na czynioną mu z naleganiem przez Pana Szambelana propozycyą, przyjęcia u niego nazajutrz przyjacielskiego obiadku, na dokończenie rozpoczętego jeszcze z Wojewodziną granicznego interessu.
Wyjechał nareszcie Pan Szambelan, a Władysław użył z przyjemnością reszty wieczora, na napisanie uprzejmego listu do dawnego rządcy Brzoznowa, upraszając o powrót do siebie, razem z poczciwym staruszkiem, któremu dawał przytułek, i zalecił swemu kamerdynerowi odesłanie niebawne tych listów przez umyślnego, zostawując go w zadziwieniu, iż list tak skromny podpis mający, mógł być tak ważnym.
«Matulu! matulu! — zawołał nazajutrz rano, wpadając do Pani ekonomowej złośliwie ucieszony Bonuś — wypędziłem z ogrodu Kasię starej Franczukowej, która tam miętę zbierała, a którą tatunio wczoraj wyłajał, gdy szła skarżyć do dworu.» — «Dobrześ zrobił — odpowiedziała mu krzątająca się koło gospodarstwa matka. — A to zkąd hultaju! — dodała później, widząc go łapiącego w gębę, rzucane przez siebie na powietrze wiśnie. — To pewno z tego drzewka, cośmy w naszym ogrodzie siatką przykryli, chcąc jego owoce przesłać Pani Szambelanowej.» — «Nie, matulu — odpowiedział śmiało chłopiec — to z pańskiego ogrodu.» — «A to co innego — rzekła ułagodzona Pani ekonomowa, która jak to często bywa, inną w tym względzie dla siebie, jak dla drugich moralność tworzyła. Dołożyła jednak po krótkim namyśle: — a nie widziałże cię kto?» — «Ej! któżby mnie widział — mówił, odburkując się zniecierpliwiony chłopiec — Panna Kunegunda śpi, a Pan pewno, tem bardziej jeszcze w łóżku być musi.»
Gdy hardo domawiał te ostatnie słowa, otworzyły się drzwi, i ten o którym spomniał, nagle przed nim stanął. Zalękła się matka, schował się za nią przestraszony chłopiec, a Władysław powiedział jej ozięble, jako i nadbiegającemu w ten moment z czeladnej izby Panu Rzegocie: «Słyszałem dziś rano waszego syna nazywającego złodziejką biedną dziewczynę, za mojem pozwoleniem w ogrodzie zioła dla matki zbierającą; gdy tymczasem widziałem go zaraz potem, ukradkiem przed ogrodnikiem, zrywającego najpiękniejsze wiśnie. Nie wiem, jakie są o tem Waćpaństwa wyobrażenia; ale życzyłbym, jakiekolwiek mu dacie wychowanie, szanować cudzą własność, i litość nad cierpiącym, za najpierwszą mu zaszczepić zasadę. Przyszedłem oraz oznajmić wam, iż nie macie już u mnie miejsca, od nadchodzącego za kilka dni Świętego Jana. Ponieważ jednak wcześniej o tem nieuwiadomiłem, a niczyjej krzywdy nie chcę, gdyż sprawiedliwość jest pierwszą dobroczynnością: daję wam darowizną, żądając tylko rychłego się z Brzoznowa oddalenia, całoroczne zasługi i ordynaryą, i życzę gdzieindziej pomyślniejszego losu.»
Wyszedł Władysław, mówiąc te słowa, i zostawił ich osłupiałych. — Pani ekonomowa atoli pierwsza do siebie przyszedłszy, zaczęła się brać do ukarania niestrofowanego nigdy o podobne winy Bonusia, na którym jako przyczynie wszystkiego złego, swój gniew wywrzeć chciała; gdy wracający na jego płacz Władysław, dodał jeszcze, kładąc kilka dukatów na stole: «Proszę tą razą o przebaczenie Bonusiowi; oto jest, na oddanie go do szkół; unikając tylko próżnowania, i pochodzących z niego występków, najlepiej się poprawi, i będzie się mógł stać, nie hańbą, ale pociechą waszej starości.» Postąpił równie wspaniale Władysław z bakałarzem, którego także oddalił, zostawując wszystkich w zadziwieniu, iż może być razem Pan tak dziwaczny i tak dobry, tak gospodarny a tak wspaniały. Sam zaś, ulżonem sercem, widząc już w myśli uskuteczniające się dobroczynne zmiany, około których pracował, udał się konno do Milina.
Jechał przez bujne łąki, rozległe i kwieciste jak wyobraźnia pierwszej młodości, po której w odległości, uwijali się jak mrówki, ochoczo grabiący siano robotnicy. Przejeżdżał koło wznoszących się zdaleka jak chałupki stogów, które dalej w innej postaci, jak parasole chińskie między drzewami się wydawały. Nowa nareszcie w bok drzewami sadzona ulica, wkrótce go do Milina zaprowadziła.
Znalazł Władysław, piękny domek z małym za nim ogródkiem, ładnym gołębnikiem i pasieką; zsiadł przy fórtce z konia i do drzewa przywiązawszy, wszedł na dziedziniec, umajony piękną murawą. Otaczały go na przodzie, domek Emilji, a z drugich dwóch stron, folwarczne zabudowania i Małgosi pomieszkanie; na środku kształtna studzienka, a przed samym domem na południe kompas, z tym napisem koło godzin: «niech będzie każda użyteczna, a wszystkie upłyną szczęśliwie.»
Wyszła w tym momencie na przeciw Władysława, i przywitała uprzejmie, uwiadomiona o jego odwiedzinach młoda Małgosia, a zaprowadziwszy do swego mieszkania, pobiegła po męża, dawnym zwyczajem w ogródku pracującego.
Z ukontentowaniem znalazł się Władysław, wśród pięknego śklniącą czystością ozdobionego domku, który mu przypomniał Szwajcaryą i Hollandyą. Nadszedł wkrótce Łukasz ze swoją Małgosią, przepraszając Władysława, iż mu nie mogą być tak radzi, jakby sobie życzyli, ponieważ mają do wypełnienia niektóre rozrządzenia Panny Emilji, która w wigilią wróciwszy do domu, zaprosiła w tym dniu ojca, przy dniu jego urodzin, na śniadanie do Milina.
Chciał ich pożegnać Władysław, ale nadjeżdżający w tym momencie powóz, dla zobaczenia którego poszedł do okna, i czas i sposobność mu odjął. Zapomniał o wszystkiem, i pozostał na swojem miejscu, jak pod urokiem czarownego snu, przypatrując się z zachwyceniem, wdzięcznej sielanki obrazom, które się jego oczom przedstawiły; gdy tymczasem Małgosia z mężem, pożegnawszy go w mniemaniu, iż niebawnie odjedzie, poszła przyjąć swoję Panię.
Zajechała ładna kariolka. Siedziała w niej podeszła dama, i w znajomym już płaszczyku i kapeluszu ubrana Emilia, zręcznie i z wesołością, kierująca cugle biegnących swych koników. Różnofarbny w pasy, dla chłodu rannego, na jej szyj zarzucony szalik, igrając z wiatrem, jak tęcza koło niej się unosił. Oddała cugle stangretowi, i wyskakując lekko, ostróżnie potem z Łukaszem, wysiadającej ciotce rękę podała.
Weszli do domku. Tam Pani Mielińska usiadła w otwartem oknie przed stolikiem, na którym Łukasz położył przywiezione świeżo z poczty listy i gazety. Emilia wyszedłszy na moment z Małgosią, zrzuciła płaszczyk, szal i kapelusz, i widział ją wkrótce Władysław, wracającą w wiejskiem nieco zagranicznem ubraniu, ale wygodnem, nader wdzięcznem, i do Milina zupełnie zastósowanem. Zaczęła wnet z Małgosią wszystko zwiedzać, drób zwoływać i karmić. Wyprowadzono z obory faworytkę jej tyrolkę, którą zabierała się doić w bielutki skopek chodująca ją Czeszka, a której pieszcząca się z nią Emilia, włożyła na szyję jako królowej swej trzódki, wieniec z kwiatów ze srebrnym dzwonkiem.
Krzątały się potem Emilia z Małgosią, około śniadania dla ojca. Postawiły stół przed domem, nakryły, i przynosiły kolejno czary z poziomkami i śmietaną, dzbanek ze świeżo dojonem mlekiem, i nareszcie posilniejszą na tacy kawę, w machince, którą Emilia (jak zwykle) dla ojca starannie robić zaczęła.
Nadszedł wkrótce i Pan Sławiński, lubiący się z rana przechadzać. Wybiegła naprzeciw niego, z najtkliwszem uczuciem radości Emilia, ofiarując mu na wiązanie, widok swego szczęścia. Przyszła do nich i Pani Mielińska, zasiedli razem około stołu, częstowała ich Emilia jak najuprzejmiej, swojem śniadaniem. Nastąpiła interessująca między Panem Sławińskim a siostrą rozprawa o Grekach, których sława i nieszczęścia, najbardziej wtenczas pisma publiczne zapełniały. Wyszła cicho Emilia, i przyniosłszy sobie kołowrotek, zaczęła przędąc obok ojca i ciotki, pilnie się przysłuchiwać ich rozmowie, i chociaż się do niej nie przypytywała, łatwo było poznać, po zmianach jej wymownej twarzy, zastanowieniu nici i wrzeciona, przyśpieszeniu lub zwolnieniu kołowrótka, małą jej nóżką poruszanego, ile tem co słyszała, przejętą była.
Spostrzegł wtenczas Władysław, na ładnej ręce Emilji, do wierzchnej części kołowrótka wzniesionej, błyszczącą obrączkę Wojewodziny, i szczerze życzył tą razą, ażeby się mogła stać pierwszem ogniwem wiecznie ich zjednoczyć mającego łańcucha. — Odprowadzony w ten moment, zbiegły koń Władysława, który oderwawszy się uciekł do domu, zdradził nareszcie bytność jego. — Wyszedł zawstydzony pomimowolnem swem podejściem Władysław; uprzejme jednak Pana Sławińskiego i jego siostry przyjęcie, łatwo go zaspokoiło. Emilia tylko znikła, i wróciwszy wkrótce w swem pierwszem ubraniu, nie długo z ciotką wyjechała.
Pan Sławiński obszernie pokazał Milin Władysławowi, rozmawiając z nim cały czas o gospodarstwie, i z ukontentowaniem widział go dzielącego filantropiczne swoje zasady. — Nie śmiał jednak, przez słuszną delikatność, ani słowa o Zofji, a tem bardziej o Emilji spomnieć. Rozjechali się potem na rozstajnej drodze, wzajemnie z poznania siebie ucieszeni. — Pan Sławiński tylko żałował: że jego szanowna zmarła przyjaciółka, która Władysława tylko dzieckiem znała, nie doczekała się pociechy oglądania go, jakim był teraz. Władysław zaś przypomniał sobie, na śmierć zapomnianą obietnicę, Szambelanowi uczynioną, przyjęcia u niego przyjacielskiego obiadku; przebrawszy się więc szybko w Brzoznowie, niebawnie się udał do Państwa Szambelaństwa.
Zastał Władysław wszystkich czekających na niego, i z zadziwieniem poznał w Pani Szambelanowej i jej córce, widziane nie dawno w Łęcznie Pannę Hortensyę z matką. Dawne brudy, świeży przepych, parafiańskie stroje, niezgrabni ludzie, nasypane próbki pszenicy w najpiękniejsze kryształy, podarty i brudny romans francuzki na mahoniowym stoliku, ustawiczny brzęk kluczyków, i szmer na wszystkie strony biegających ludzi, a we wsi nędzne podparte chałupy, złe drogi, błotne kałuże na samym nawet dziedzińcu, dzieci dzikie, na wpół nagie, zewsząd uciekające; taki był sprzeczny obraz, który po Milinie przedstawił się oczom Władysława.
Przyjął go Pan Szambelan z wielkim trzaskiem i łoskotem; kiwnęła na córkę żona; wyszła po szybkiem dygnięciu Panna Hortensya. Wnet wniesiono ogromną tacę z dwunastą flaszkami likworów, i tylu miseczkami konfitur i marynat, i z wielką biedą uginający się pod nią szamerowany lokaj, któremu ta brzęcząca kolonia powierzoną była, do portu z nią zawinął i na stoliku postawił. Częstowano wszystkiem Władysława, przymuszając, ażeby wszystkiego kosztował. Prawnicy zaś, przybyli na potwierdzenie układu jego z Szambelanem, chociaż mniej nakłaniani, po niejakiem szastaniu się smaczno zajadali.
Otworzyły się podwoje, ukazał się ogromny stół z zastawą na kilkadziesiąt, chociaż tylko kilkanaście osób było. Zaczęły się krzyżować podwójne zupy, paszteciki, sztuki-mięsa białe i rumiane. Szeptał coś ustawicznie do swych ludzi Pan Szambelan; piorunującem spojrzeniem patrzała za nimi jego żona; kwaśno napominała Panna Hortensya, i prawdziwą poniósł utarczkę Władysław, dla uniknienia aby jemu przed damami półmisków nie podawano. Następowały, kolejno po sobie, jarzyny, potrawy, leguminy, ryby i zwierzyna, pieczyste, kompoty, sałaty, ciasta i galarety; różne jeszcze inne staroświeckie i modne specyały; tak jakby wszystkie na świecie przysmaczki, tam się jednego dnia zgromadzić umówiły.
Spostrzegł jednak z zadziwieniem Władysław, iż cokolwiek było wyborniejszego, przechodziło jakby nadpowietrznie, koło siedzących na szarym końcu, kilku officyalistów i wyprostowanej Panny służącej, którzy w najgłębszem milczeniu, wkrótce już nic nie jedząc, jak nieme osoby na scenie tylko figurowały. Nalewano gęsto wina nieco kwaśnego, czekając z starym Węgrzynem na przybitkę. Rozmowa coraz głośniejszą po nim się stawała; rozpoczęły się różne krotofilne żarty. Odcinał się z pełną gębą tłusty Komornik, pomiędzy gośćmi będący, któremu w podwojonej winem gadatliwości, wymawiał gospodarz domu, opieszałość w wyexekwowaniu biednego szlachcica, tego roku pogorzałego. Chciał albowiem Pan Szambelan gwałtem odebrać od niego na Święty Jan, małą na wexel pożyczoną sumkę, którą po dwadzieścia od sta spodziewał się umieścić gdzieindziej, śmiejąc się głośno ze swojej w tej mierze industryi.
Przyniesiono nareszcie, in gratiam Władysława i modniejszy szampan, nieco jednak ostry; gdyż Pani Szambelanowa, dla tanności, fałszowany zawsze kupowała. Rozdano duże kielichy, a naglony Władysław, inne opuszczając toasty, nie mógł odmówić wypić za zdrowie dam, za pomyślność kraju i zgodę w obywatelstwie.
Wstano przecię od stołu, i zamknięto drzwi od jadalnego pokoju, w którym zgwarnie z powtarzanym brzękiem stłuczenia, mocno przerażającym Panią Szambelanową, ze stołu sprzątać zaczęto. Zakadzono królewskiem kadzidłem, przyniesiono lulki. Kazała matka Hortensyi podać jedną Panu Starościcowi; pragnęła albowiem mocno, aby mu się podobała jej jedynaczka, zwłaszcza po pięknem złocie, którem go widziała płacącego w Łęcznie.
Siedział spokojnie Władysław, nie domyślając się nawet tej zbytecznej parafiańskiej attencyi, gdy przymilająca mu się Panna Hortensya, z dużą lulką, nagle przed nim stanęła. Zerwał się przestraszony, nie śmiejąc nawet jej podziękować, i jakby omyłką sobie podaną lulkę, ojcu jej odniósł. — Uporczywie się potem opierał naleganiom, przez Pana Szambelana czynionym, palenia fajki bez subiekcyi, zapewniając go jak najmocniej, iż nigdy nie pali, ani przy damach palićby nie śmiał. Nie przeszkodziło to jednak w niczem śpieszącym do fajek rubasznym gościom, i w jednym momencie, gruba atmosfera na wpół ordynaryjnego tytuniu, cały pokój zapełniła.
Zbliżył się Władysław do dam. Zaczęła mu pokazywać Pani Szambelanowa za szkło oprawne i na ścianach wiszące, landszafty atłaskiem haftowane, jaskrawo malowane bukiety, nogi i ręce kredą rysowane, jako oznaki wybornej edukacyi przez Pannę Hortensyę na pensyi odebranej. Dodała pyszniąca się matka, iż się córka i po francuzku wybornie mówić nauczyła, i doskonali się jeszcze i teraz w tym języku, za pomocą książek francuzkich, które jej z łaski swojej pożyczał, Pan Porucznik nie daleko konsystujący; na dowód czego pokazała Władysławowi, obdarty nieprzystojny romans na stole leżący.
Przyjechał wkrótce i ten, łaskawie się Panną Hortensyą trudniący Pan Porucznik, uszczęśliwiony, iż mógł nudne chwile smutnego garnizonu rozrywać, temczasowem się do niej umizganiem. Odwiedzał więc chętnie Państwa Szambelaństwa; zwracał słodko oczy do Panny Hortensyi, zmęczenie po objechaniu plutonu w melancholią, a zatrzymane ziewanie w przytłumione westchnienia przed nią przeistaczając. Palił zwykle lulkę, pił stare wino z jej ojcem, i wyśmiewał się w duchu z nierozsądnej matki, dziękującej mu za mówienie z córką językiem, którego sama nie rozumiała. Zajechał ostro przed dom, w nowym mundurze, przy świecących nowych axelbantach; wszedł do pokoju, zatarł czubka i zaczął szeptać z Panną Hortensyą.
Zadowolnieni po lulkach Panowie prawnicy, przystąpili przecię ad rem; i z wielką biedą, przy gęsto znowu po podpisanej ugodzie nalewanych kielichach, mógł się wymknąć Władysław i wrócić do siebie.
Przyjechał do Brzoznowa znudzony, zmęczony, z wielkim bólem głowy i w krótkości tylko odpowiedział na liczne zapytania witającej go Panny Kunegundy, o paradny bal dla niego przez Państwa Szambelaństwa wyprawiony, gdyż tak zwykle nazywają w tym stanie ludzie, okazye sutego jedzenia.
Położył się nareszcie Władysław spać, szukając spoczynku po licznych tego dnia zakrętach, ucieszony myślą: iż zbliży przyśpieszeniem nocy, miłe nazajutrz Topolówki odwiedziny. — Panna Kunegunda zaś, poczęstowawszy tabaczką lokaja, który był z nim u Państwa Szambelaństwa, obszernie się wypytywała o zastawę stołu i wszystkie inne szczegóły gali.
Zastał nazajutrz Władysław Emilią w Topolówce niemiecką książkę ojcu czytającą. Zadziwienie, iż tak dobrze ten język posiada, pierwszym było rozmowy przedmiotem. Wróciła Emilia zarumieniona do krosienek, na których haftowała z ciotką. Wywołano niebawnie Pana Sławińskiego z jakimsiś gospodarskim interessem. Zbliżył się Władysław do Emilji, i ciągnął z nią dalej rozpoczętą z ojcem rozmowę, o wzniosłej niemieckiej literaturze, z którą był bardzo obeznany. Mówił jej potem z uniesieniem o szanownym Fellembergu, u którego kilka lat przepędził. Opisywał jej rozsądny i dobroczynny jego system, majętniejszym nadający prace agronomiczne za rozrywkę, a pracowitym rolnikom, umysłowe zatrudnienie za odpoczynek. Słuchała go Emilia całą swoją duszą. Zastanowiona w krosnach jej igła, wsparty na nich łokieć, zwieszona na ręku głowa, zupełnego jej zajęcia tym przedmiotem, nadeszłemu ojcu dowiodły.
Od dobroczynnych pomysłów, przeszła z łatwością rozmowa do nieboszki Wojewodziny. Umilkła Emilia, powróciła jej ręka do kanwy, a igła do swego szybkiego obrotu, i wkrótce widział ją Władysław w stojącem naprzeciwko zwierciedle, z zalaną łzami twarzą wychodzącą szybko do ogrodu. «Nie dziwuj się, Panie Wieniecki — rzekł czule za nią spoglądający ojciec — mocnej chęci Emilji, utajenia nam zbyt żywego uczucia. Tyle mi obmierzła — dodał z przytłumionem westchnieniem — udana jej płci czułość, lub próżność któremi się zdobią, iż od najmłodszych lat, wymógłem od mojej córki, zwyciężanie i tajenie, ile będzie mogła pomimowolnych jej oznak, we wszystkich razach, gdy spółcierpienie z nieszczęśliwym, potrzebną dla niego nie będzie ulgą. Odpowiada ona w tem wiernie moim zamiarom, obwarowania jej od zbytniej czułości, którą nie tylko jak wdzięk, ale oraz jak najsłabszą serca niewieściego uważam stronę. Do tego nawet stopnia stała się panią siebie, iż na żądanie cnotliwego Brzoznowskiego Plebana, kończy teraz wierny wizerunek Wojewodziny, który w nowym kościele, jako fundatorki, ma być umieszczony. Pójdźmy go zobaczyć, wróci do nas zapewnie nie długo i Emilia, której żal po stracie szanownej opiekunki dziś się odnowił, gdy odczytała rano, niektóre przestrogi, przez nią na piśmie jej zostawione.» To mówiąc, wprowadził Pan Sławiński Władysława do appartamentu Emilji. Szedł za nim z radością młody sąsiad, mocno ciekawy go zwiedzić w przekonaniu: iż ułożenie appartamentu, najlepszym jest obrazem zamieszkałej w nim osoby.
Ujrzał naprzód, mały pod krucyfixem klęcznik, na którym leżały książka z Ewangeliami, wymowne rady duchowne Fenelona, i piękne dzieło o naśladowaniu Chrystusa, tak płynnie przez Matuszewicza tłomaczone. Dalej, stała mała wyborcza biblioteka, w której pierwsze trzymali miejsce najsławniejsi pisarze narodowi, tak dawni, którzy i u postronnych nawet na imie klassycznych zasłużyli, jak i spółcześni, Potocki, Niemcewicz, Woronicz, Kropiński, Feliński, Brodziński, i wielu innych, których dzieła pełne smaku i piękności do potomnych przejdą. Było tam widać Morawskiego obok Byrona, Jana z Tęczyna i Pojatę koło Romansów Walter Skota i Coopera, Pamiątkę po dobrej matce i Rozrywki dla dzieci, obok dzieł Pani Genlis i Berkina, a zaraz przy klassykach francuzkich, szczytne ich tłomaczenie przez Osińskiego, który wszystkie ich piękności przelał w naszę mowę i jej szlachetnem brzmieniem czasem nawet je wywyższył, nad zastarzałe francuzkiego oryginału wyrazy. Między Wirgiliuszem zaś i Delillem, słuszne trzymało miejsce Ziemiaństwo Koźmiana, te Polskie Georgiki, które powabne narodowe przedstawiając obrazy, podwójnego nabywają wdzięku od harmonji ojczystej mowy, tak nam drogiej, jak odgłos zawieszonej na cyprysie umilkłej lutni, dla tęschnych dzieci Syonu. — Ujrzał Władysław, w innych częściach appartamentu Emilji, wszystkie do malowania i robót kobiecych właściwe porządki, duży zielnik, zaczętą z batystu różę, przy więdnącym już modelu, pieszczoną na oknie wiewiórkę smaczno gryzącą obracany w łapkach cukier, wolnego ptaszka Emilji wesoło latającego, po pielęgnowanych przez nią kwiatach: ładne ogrodnicze narzędzia i wygodny stół do pisania, na którym leżały w safian oprawne zbiór różnych wypisów, i nie mniej porządna domowych rejestrów książka. Te wszystkie szczegóły, rozwinęły przed Władysławem niewinnego Emilji życia, swobodne i użyteczne dotąd zatrudnienia. Mały stoliczek tylko ozdobiony eleganckiemi fraszkami, w różnych czasach od siostry i matki przysłanemi Emilji, jak gość się w jej pokoju wydawał.
Zarumienił się Władysław, przypomniawszy sobie tyle różny appartament Zofji. Cała jego uwaga wkrótce jednak zwróconą była, na odsłonięty przez Panią Mielińską kończący się wizerunek Wojewodziny. Ujrzał w nim z rozczuleniem Władysław, szanowne jej rysy nieco zatarte w jego pamięci, i wypogadzający je miły uśmiech, zdawał mu się oświadczanem przez nią z nieba zadowolnieniem, na widok wzrastającej w jego sercu ku Emilji miłości.
Nadeszła i ta niezwłocznie po ich powrocie do bawialnego pokoju, bez żadnej powierzchownej oznaki, doznanego pierwej rozrzewnienia. Zachwaliła ciotce z żywością kilka rozkwitających w oranżeryi zagranicznych roślin, wznieciła chęć oglądania, i wszyscy poszli do ogrodu. Pokazywała Emilia z wszelkiem zaufaniem sąsiadowi, mającemu wkrótce w jej mniemaniu bratem jej zostać, kręte wśród pięknych klombów uciekające ścieszki, przez nią utworzone, mały na wodzie bacik, na którym często pływano, ulubione jej miejsce do łowienia ryb na wędkę, i nareszcie mały ogródek lekarskich roślin, szczególniej pod jej dozorem zostający. — Drobny deszczyk zaczął padać; wrócono do domu.
Nadeszła i szara godzina; na żądanie ojca, usiadła Emilia do klawikortu przy otwartem oknie stojącego, na pulpicie którego, leżały śpiewy historyczne Niemcewicza, te czułe pienia narodowe, w których szanowny nasz Bard, unieśmiertelnia sławę i pomyślność lubej ojczyzny.
Zszedł księżyc, miły powiew wiatru bujając gałęziami różowej akacyi pod oknem rosnącej, chłód i wszystkie wonie odświeżonej deszczem natury, do pokoju przynosił. Zaczęła Emilia grać melancholiczne preludya, a potem śpiewać na pamięć, ulubioną od ojca dumę Żółkiewskiego pod Cecorą. Białe jej ubranie, kibić kształtna, mała ręka po czarnych klawiszach lekko się przesuwająca, igrający wiatr z pierścieniami jej włosów, srebrzyste światło księżyca jej twarz oświecające, lekko do śpiewania jakby z natchnienia otwarte usta, jej śpiew dźwięczny, tony świeże, czyste, ginące zwolna w otaczającej ją ciszy, w najsłodszem dumaniu pogrążyły zachwyconego Władysława. Zdawało mu się, iż pierwszy raz słyszy śpiewanie i muzykę rozumie. Tak to żywe pierwszej miłości wzruszenie, jak melodyjne tony eolicznej harfy, niewiadomem poruszonej wstrząśnieniem, nieznaną dotąd, jakby z niebieskich chorów pochodzącą, tworzą w duszy harmonię. Nie długo Władysław stał się codziennym gościem w Topolówce. Coraz się z Emilią lepiej poznawali i rozumieli; wszystko dla nich nieznany wdzięk przybierało, i tysiąc nowych we wszystkiem co ich otaczało, niepostrzeżonych dotąd, odkrywali przyjemności. Czarowny albowiem urok niewinnej i pierwszej miłości, jak słońce pierwszy raz wschodzące w krainie dotąd w ciemności pogrążonej, wszystkiemu w jednym momencie światło i życie nadaje.
Nieznająca jednak miłości Emilia, mniemała iż jak brata tylko kocha Władysława, o Zofji mu atoli, widząc, iż go ta rozmowa mięsza, rzadko spominała; sądziła nawet z prostotą, że czeka przybycia matki, dla oświadczenia się razem o nią obojgu rodzicom. Władysław w istocie czekał tej chwili, dla otrzymania nie Zofji, ale swojej Emilji ręki. Pan Sławiński lubo sobie mocno życzył żeby taki uczynił wybór, nie śmiał przecież być pewnym uiszczenia najdroższej swojej nadziei. Siostra zaś jego, bieglejsza jako kobieta, w takowym gatunku spostrzeżeń, już nie wątpiła o szczęściu ulubionego dziecka.
Przyjechała wkrótce i Pani Sławińska, daleko prędzej niż się spodziewano. Przybycie jej zmięszało pomimowolnie dwóch kochanków. — Delfina życząc i Zofię wydać za Władysława, i brać na wsi przepisane kąpiele, z ukontentowaniem tą razą porzuciła Warszawę, gdzie letnią już porą z trudnością mogła zebrać wiska. Staranie troskliwe o swem zdrowiu i zamiłowanie gry, były teraz przy więdniejącej coraz bardziej piękności, jedynem jej zatrudnieniem. Próżność Zofji uśmiechała się na myśl odbierania na wsi pochlebnego hołdu Władysława. Podobna do niej w tym względzie Panna Rozalia, z wielkim żalem zastała Pana Wincentego, zajętego Panną Firyńską; łatwowierność, właściwa próżności, nie pozwalała jej dotąd wnosić, aby pomimo tak długiego rozłączenia, przez jakąś parafiankę w jego pamięci zatartą być mogła. Nie śmiała jednak takich jak dawniej, okazywać fochów, bo czuła, iż czem innem zajęte Pani Sławińska i jej córka, małoby na nie zważały.
Przenikliwość Zofji, od pierwszego wieczora łatwo odkryła Władysława, do Emilji przywiązanie, ale gdy się jej miłość dla Adolfa pomnożyła przeciwnościami i oddaleniem, po krótkiem kobiecem nieukontentowaniu, chętnie już tylko widziała, w nowych Władysława uczuciach, przełamaną przeszkodę połączenia się ze swym kochankiem. Cieszyła się nawet szczęściem siostry, której nie mogła nie być wdzięczną, za czułe okazywane jej przywiązanie. Tyle mają wdzięku i świeżości szczerego serca uczucia, dla wypełzłych od wielkiego świata charakterów!
Pani Sławińska przypatrywała się z zadziwieniem, zaszłej w Emilji zmianie; ta słuchała (jakby powieści o wróżkach) opisywanych jej przez siostrę zabaw stolicy; Władysław zaś, uważał tylko za złocisto mieniący się zjadliwego węża koloryt, dowcipne opowiadania Zofji, i uszczypliwe minki, któremi różne malowała i odznaczała osoby. Na tych uczuciach zszedł pierwszy wieczór.
Nazajutrz była niedziela. Trzaskający z biczów stangreci, kilku powozów na dziedziniec wjeżdżających, obudziły Delfinę, nie zwykłą ten dzień rozróżniać od innych, od czasu w którym usłyszała zdanie pewnego Doktora: iż nie może być nic niezdrowszego, jak różnemi wyziewami zagęszczone powietrze napełnionego kościoła. Zawołała na Zofię niezwyczajną raniej od niej wstawać, i Pannę Rozalią, której kazała Zofię ubrać, a potem z sobą pozostać w domu, co się Pannie Rozalji bardzo nie podobało, ponieważ mocno pragnęła nowomodny kapelusz pokazać zgromadzonym na summę parafiankom, a zwłaszcza siadającym do stołu Pannom służącym i sąsiedzkim officyalistom; bo każdy w właściwej sobie sferze, najbardziej życzy wzniecić zazdrość lub oklaski.
Już trzeci raz pukano do drzwi, długo się ubierającej zniecierpliwionej Zofji, do ojca ją wołając; gdy nareszcie zeszła w starannie niedbałym pięknym rannym stroju, trzymając w ręku elegancką książkę do nabożeństwa, gotycką klamrą spiętą, zawierającą tylko poetyczne dumania La Martina.
Pośpieszono do kościoła, już było zaczęte nabożeństwo. Ze wzruszeniem przy zapełnionych wszystkich miejscach, widziała się Emilia umieszczoną z siostrą, w ławce Wojewodzinej, od jej śmierci jeszcze nie otwieranej, i ukląkłszy modliła się gorąco, w darowanej jej przez nią książce do nabożeństwa; gdy tymczasem siedząc, i lekko karty od swojej przerzucając, Zofia z szyderskim uśmiechem, wszystkim ją otaczającym się przypatrywała.
Nastąpiły w kościele szepty; patrzono i na Władysława i na Emilię, i na Zofię i na jej ubiór. Wszedł na kazalnicę cnotliwy Pasterz, a święte słowa pokoju które głosił, w jednej chwili wszystko uciszyły; jak głos Boży zastanowia miotane nawałnością bałwany morskie, lub jak wypogodzone niebo, przywraca spokojność, bujanym przez zawieruchę gęstym kłosom. — Mówił o właściwych każdego stanu obowiązkach, o dobrych panach, o niewiastach cnotliwych. Zroszone łzami oczy Emilji, obróciły się ku miejscu, gdzie spoczywała szanowna jej przyjaciołka; Władysława zaś spojrzenie Emilji szukało, a Panna Kunegunda, na przeciw niego siedząca, z starym Tomaszem, w małej ławeczce koło wielkiego ołtarza, trąciła łokciem swego sąsiada, który z uśmiechem zakręcając wąsa, kiwnięciem głowy jej odpowiedział.
Wrócono do Topolówki, do której przybyło kilku innych niedzielnych gości. Wyszli wszyscy po obiedzie na wystawę przed dom, dla widzenia różnych sztuk przybyłego kuglarza, który popasając koniom w poblizkiem miasteczku, przyszedł piechotą, bawić swoją zręcznością, zgromadzonych w Topolówce gości.
Zasiedli wszyscy na ganku, przyniesiono duży stół; zaczął wędrujący sztukmistrz rozpakowywać swoje narzędzia, w czerwoną kratkowaną zawiązane chustkę, a pilnie się w niego wpatrująca Zofia, łatwo w nim poznała przebranego i umalowanego żokieta Adolfa, którego czarna peruka i żydowska mowa, zupełnie w oczach Pani Sławińskiej przeistoczyły. Porozkładał on swe blaszane kubki, liczne skrzyneczki i pudełka. Otoczyli niezwłocznie stół w amfiteatr pomimowolnie się mieszcząc dzieci, i domowi, a opodal z otwartemi ustami, i dalej od nich, ucieszeni i zachwyceni wieśniacy.
Wkrótce dany sztukmistrzowi na jego żądanie przez Zofią pierścionek, do kieszeni schowany, znalazł się pod kubkiem w różowej pachnącej kopertce, którą Zofia po wydobyciu z niej pierścionka, jak z niechcenia w ręku zgniótłszy, do woreczka schowała; gdy tymczasem Delfina przy okazanej nowej z kart sztuce; badała kuglarza, czy nie umie ciągnąć kabały? Podjął się i tego figlarny posłaniec, który niegdyś służąc u jarmarcznego szarlatana, z łatwością go teraz naśladował. Pytała się go więc Pani Sławińska o przeznaczenie Zosi, która po krótkiem oddaleniu się w tej chwili wracała. Obiecał jej pompatycznie (jak zwykle) zwodniczy kuglarz pomyślne listy, wielki majątek, licznych konkurrentów, szczęśliwe małżeństwo i długie życie. Ucieszona tem biedna i łatwowierna matka, wynagrodziła go hojnie, a Zofia w papierku zawinięte dała pieniądze, twierdząc żartobliwie, iż nie może nadto opłacić tak pomyślnych nadziei.
Wrócił zręczny żokiet do swego Pana w blizkości na niego czekającego. Nie długo potem rozpoczęto wiska, a turkot nadjeżdżającego powozu, z którego wysiadł Adolf, wszystkich, oprócz Zofji mocno zadziwił. Przedstawiła go z nieukontentowaniem i przymusem Pani Sławińska mężowi. Zaczął się Adolf przypatrywać Emilji, a Władysław jak każdy szczerze zakochany, mniemając, iż znajdzie spółzalotnika w każdym nowo przybyłym, częste brał bury od Delfiny, z którą wtenczas w zastępstwie Pana Sławińskiego grał robra. Spostrzegł to wesoły Adolf i tem bardziej się na pozór Emilią zajmował, lubiąc się także i swojej przeciwić Zofji, której radość z jego przybycia nie uszła jego uwagi.
Zniecierpliwiona Zofia, wyprowadziła Emilię do ogrodu, a nieukontentowany Władysław, uwolniony od wiska, nie wiedząc o czem mówić z Adolfem, usiadł z nim do szachów, przy których częste popełniając błędy, miał właśnie być zamattowanym, gdy obie siostry wróciły ze spaceru.
Korzystała Zofia z tej przechadzki dla odkrycia Emilji całej swej miłości dla Adolfa. Przyjechał on z pośpiechem do Topolówki, za poradą Hrabiny, prosić rodziców o jej rękę, uprzedzając starego, bogatego Wojewodę, mającego niebawnie pisać w takim samym interessie do Pani Sławińskiej, której odmówienia Adolfowi, jedynie się Zofia lękała.
Przerażona Emilia, wyznaniem tak długo przed matką tajonej miłości, obawiając się sprawiedliwego jej gniewu, sądziła, iż najlepiej Zofji poradzi, gdy ją namówi, ażeby się ojcu zupełnie zwierzyła; jego dobroć albowiem w każdym przykrym i trudnym razie, pierwszą była jej serca i myśli ucieczką. Pomimowolnie nawet, zamyślona i żywo zajęta tem zwierzeniem Emilia, wróciwszy do pokoju, gdy gra układania słów z liter, po szachach nastąpiła, i dała Zofji i Adolfowi sposobność się porozumienia, z roztargnieniem to słowo «ojciec» ułożyła. Spostrzegł to Adolf, i wdzięczny za radę Emilji, którą mu w tej chwili udzieliła, pocałował ją w rękę; gdy tymczasem niespokojny, zazdrośny i wszystko zważający Władysław, ledwo się posiadał. Pani Sławińska, choć nie zgadując powodu, zaczęła to spostrzegać, a lękając się jej napomnienia Zofia, szybko litery pomięszawszy, zaproponowała wolanta we cztery osoby. Ogólny ruch pokrył osobiste pomięszanie. — Uganiały się w niego z równą zręcznością obiedwie siostry. Wkrótce jednak, Delfina chcąc dać sposobność Władysławowi pomówienia na osobności z Zofią, w której sądziła, iż się zawsze kocha, zawołała Adolfa dla zastąpienia jej w wiska, a biorąc Emilią pod rękę, poszła nakazane sobie o tej godzinie zażywać lekarstwo. Zofia, korzystając z jej niebytności, i litując się nad biednym Władysławem, wszystko mu przez ten czas odkryła, a odebrawszy nawzajem wyznanie jego miłości dla Emilji, poradziła mu, aby się tego samego wieczora oświadczył Panu Sławińskiemu, bo chciała jak najprędzej płonne matki w tej mierze zakończyć nadzieje.
Myślał z upodobaniem o tem wyznaniu nazajutrz rano, wcześnie radością obudzony, Pan Sławiński, przechodząc się po pokoju; gdy cicho drzwi uchyliwszy zmięszana Zofia weszła do niego. Szanując charakter ojca, choć go mało znała, i wiedząc, iż żaden wybieg tyle mocy, co prawda przed nim mieć nie może, otwarcie, z niezwykłą sobie szczerością, wszystko mu wyznała. Spoglądał na nią Pan Sławiński kolejno z nieukontentowaniem lub litością, i nie mógł odmówić żądanego u matki pośrednictwa. Rozsądnie atoli i spokojnie, jak prawdziwy przyjaciel, przypomniał jej małą pomiędzy nią a kochankiem różnicę wieku, i lekki od dzieciństwa charakter Adolfa, którego znał dokładnie, przez częste wzmiankowanie o nim w swych listach, nielubiącej go Delfiny. Przedstawił jej oraz, co jeszcze na myśl nie przyszło przenikliwej, lecz próżnej Zofji, że tak młodo powzięta miłość, mogła być nietrwałą, a ubieganie się za bogatem ożenieniem niemajętnego Adolfa, niekoniecznie samej miłości jest dowodem. Dodał jednak Pan Sławiński z czułością, iż niczem nie chcąc zniewalać wyboru córki, pragnie tylko szczerze widzieć ją szczęśliwą, i niebawnie po szlubie, jakiekolwiek będzie zamężcie, sto tysięcy, oprócz należnego posagu, w ręce jej odda; ponieważ Pani Mielińska oddawna swój wniosek Emilji zapisała, a Zofia w mieście i w zbytku wychowana, słusznie większego od niej potrzebowała majątku.
Przygotowana do odporu Zofia, i niezwyczajna tak łagodnych i rozsądnych uwag, tak szlachetnego i bezstronnego postępowania, z żywością wdzięczność ojcu oświadczyła, prosząc jeszcze, ażeby niezwłocznie uwiadomił matkę, o wyborze Władysława, dla zniesienia zawczasu jednej przynajmniej trudności, w żądanem od niej dla Adolfa zezwoleniu. Pokazała mu przytem, odebrany przez niego list od Hrabiny, najmocniej zalecający; aby Zofia korzystając z połączenia rodziców, otrzymała zezwolenie na swój związek z Adolfem; gdyż babka pragnęła go przyśpieszyć, chcąc przy coraz bardziej gasnącem życiu, być jeszcze świadkiem ich szczęścia.
Pan Sławiński zamyślony udał się do Delfiny. Zastał ją po kąpieli siedzącą na kanapie, i czytającą z uśmiechem odebrany świeżo z poczty list, na który ciekawie zaglądała, poprawiająca swej Pani na głowie Panna Rozalia. Spostrzegłszy Pani Sławińska, wchodzącego do jej pokoju męża, o niezwykłej godzinie, domyśliła się, iż jakiś ważny interes musi być tego przyczyną; odesławszy więc Pannę Rozalią, oczekiwała ciekawie, co jej ma powiedzieć; i niecierpliwa chciała nawzajem pokazać mu list bogatego, starego Wojewody.
«Delfino! — rzekł jej Pan Sławiński z rozwagą, jakby nigdy nie pamiętał jej innych w tej mierze ułudzeń; — prosił mnie Władysław o rękę Emilji, i czeka twego tylko zezwolenia.» — «Czy tak! — odpowiedziała z gorzkim uśmiechem, nieukontentowana Pani Sławińska; — to może będziemy mieli razem dwa wesela: gdyż Wojewoda Mirski pisze właśnie do mnie, oświadczając się o Zofią, i nie wątpię — dodała z szybkością — iż znając, co wymaga posłuszeństwo córki i przystojność towarzyska, pójdzie za moją radą, i odda mu swą rękę. Jest on wprawdzie nie młody, ale dwa razy bogatszy od Władysława, i oprócz pięknego imienia, i przepysznego w Warszawie domu, znaczny chce uczynić zapis Zosi. Z rzeka się przytem posagu żony, i cały majątek, do jej własnego zostawia rozrządzenia.» Te dowody miłości rozkochanego starca, które uważał po ogólnej znajomości ludzi, za najskuteczniejsze dla ujęcia rodziców Zofji, z tryumfem przez Delfinę wyszczególnione mężowi, zupełnie przeciwne uczyniły wrażenie na jego szlachetnym charakterze. Mocne wzruszenie zniszczyło w jednej chwili wszystkie przygotowania, które czynił w myśli, dla uwiadomienia Delfiny o wyborze Zofji; odpowiedział jej z żywością: «Zofia tego nie potrzebuje. Ten, który ją weźmie za żonę, odbierze z nią właściwe jej wiano, a jej szczęście ani złotem opłacone, ani blaskiem pozornej pomyślności zastąpione nie będzie. Ona nie kocha Wojewody i nie pójdzie za niego.» — «Jakże to wiesz?» — zapytała w największem zadziwieniu Delfina. — «Zwierzyła mi się swej miłości ku Adolfowi — odpowiedział Pan Sławiński zmięszany, nie mogąc już trafić do pierwszego swych myśli porządku — i oświadczyła, iż nikogo innego nie pojmie za męża.» — «Zofia to WPanu powiedziała? — zawołała drżącemi ustami bledniejąca, rozgniewana Delfina, i dzwoniąc gwałtownie, kazała ją natychmiast przywołać do siebie, a patrząc na drzwi z niecierpliwością, nie słuchała tego wszystkiego, co jej przychylnie i z łagodnością mąż przedstawiał.
Weszła nareszcie Zofia, blada, ale żadnego powierzchownie nie okazując pomięszania. «Zofio! — zawołała matka z żywością; — czy to prawda? czy to być może — dodała potem poprawiając nieprzystojny wyraz — abyś ty opierając się mojej woli, ojca za pośrednika między nami używała?» — «Prawda matko — odpowiedziała Zofia, chcąc ją wziąść za rękę, ale Delfina odpychając ją z oburzeniem: — więc WPanna — rzekła jej, z gorzkim wyrzutu przyciskiem — wzywałaś powagi ojca przeciwko mnie, ażeby wymódz zezwolenie małżeństwa, na które nigdy nie przystanę? Oto się trafia przyzwoitsze WPannie zamęźcie. Czytaj — dodała, rzucając jej z gniewem list Wojewody — a nie wątpię, że po krótkiem obłąkaniu, wrócisz do swego obowiązku i wypełnisz moję wolę.» Wyrzekłszy mocno te słowa, jakby sama siebie o tem przekonać chciała, patrzała Delfina wciąż na nieporuszoną podczas czytania listu twarz Zofji, gryząc wargi przez ten czas, i drżącemi rękami przerywając frandzle od szalika, którym się bawiła. «Matko! — odezwała się nareszcie Zofia, kładąc list na stole, i pierwszy raz przed nią całą moc swego charakteru rozwijając; — nie będę nigdy żoną Wojewody! Nigdy — dodała z lekko szyderskim uśmiechem — nie zaprzedam mej ręki, i nie stawię się w smutnej konieczności, żądania śmierci tego, któremu miłość przysięgnę, i udawania przed zazdrością drugich szczęścia, którego w domowem pożyciu, ani cienia nie będę znajdować! Mam już umysł i charakter wykształcony; myślę, czuję sama przez siebie; mogę więc już wybór uczynić, i o swoim losie stanowić. Wkrótce i w obliczu prawa, do tego usamowolnioną zostanę, a nigdy, przysięgam, nie posiadającemu mego serca, nie oddam mej ręki.» — «Zofio! Zofio! — zawołała ze łkaniem matka, i przechyliwszy się w tył kanapy, zasłoniła sobie twarz rękami, pragnąc ażeby widok jej żalu poruszył córkę — takaż to jest nagroda mego ku tobie przywiązania, szczęścia przezemnie tobie użyczanego, i licznych dla ciebie poniesionych ofiar?... — «Nie wymawiaj mi matko — odpowiedziała w coraz większem uniesieniu, nieposiadająca się już Zofia — twej macierzyńskiej miłości, ani dawanych jej dowodów. Czyż kocha swoje dziecko matka, która dla czczej przystojności, poświęca szczęście a może i cnoty jego? Jakież były twoje, matko, uczynione dla mnie ofiary? Oto, siedząc z upodobania w mieście, wychowując mnie niedbale, wśród próżności i świata, oderwałaś mnie od szanownego ojca, cnotliwych zasad i uczuć, którebym była czerpała wśród rodzicielskiego domu i zgodnie żyjących rodziców.» — «Wyrodna córko! — zawołała zrywając się nagle z kanapy Delfina, i posuwając się ku Zofji z twarzą grożącą całą mocą rodzicielskiego gniewu. — Idź więc za Adolfa, ale oddal się na zawsze z mych oczu! Nigdy twój dom moim domem, twoje szczęście mojem szczęściem nie będzie, i nigdy przywiązane dziecko — dodała z wzrastającym coraz bardziej gniewem, widząc w zaciętem milczeniu trwającą Zofię — macierzyńskich ci nie da uczuć słodyczy. Sprawiedliwy albowiem Bóg, nakazujący szanować rodziców, ukarze cię za mnie; przekli...» — Na to okropne zaczęte słowo, zawarł Pan Sławiński ręką usta żony, zawoławszy z całą mocą powagi męża i troskliwości ojca: — «Matko, nie przeklinaj twego dziecka!» Przerażona zaś Zofia, bez zmysłów u nóg jej padła.
Na ten widok, przestraszona Delfina, bojąc się aby wysłuchaną nie była, najokropniejszą przejęta obawą, o wszystkiem zapomniawszy, zaczęła najczulej trzeźwić córkę, która przez ojca podniesiona, na łonie jego wsparta, leżała na kanapie, nie dając żadnego znaku życia. «Idź za Adolfa, tylko żyj i kochaj mnie!» były pierwsze macierzyńskie wyrazy, które przychodząca do siebie usłyszała Zofia. Dobroć w jednej chwili zdziałała to, czego surowość dokazać nie mogła. Obfite łzy oblały wpółobumarłą jeszcze twarz Zofji, i przepraszając tkliwie matkę, z najwymowniejszą czułością, rękę jej z ręką ojca połączyła i na swojem przycisnęła sercu. Przyszła nie długo zupełnie do siebie, równie z uradowaną z jej odzyskania matką; przywołano Władysława i Adolfa, dla potwierdzenia danego im zezwolenia.
W następującą niedzielę obydwóch siostr ogłoszono pierwsze zapowiedzi; wesele jednak Emilji spokojnie w Topolówce, a Zofji później w Warszawie, w domu babki, odbywać się miało. Napisano natychmiast do Hrabiny, donosząc jej o wszystkiem, jako i do Wojewody, odejmując mu wszelką nadzieję, a do mającego nastąpić niebawnie Emilji szlubu, zaczęto czynić przygotowania.
Emilia, odebrała wkrótce od Hrabiny uszczęśliwionej, iż idąc za Władysława, zbliżyła połączenie Zofji z Adolfem, kosztowne dary; sama zaś wymogła u Władysława, przeciwko powszechnemu zwyczajowi, nie czynienie jej żadnych przed weselem podarunków, bo miała zaszczepioną od ojca zasadę: że zamiłowanie zbytku najprawdziwszą jest nędzą, i że wszystkie przedszlubne, nierozsądne fantazye, długiemi się częstokroć po szlubie okupują kłopotami.
Ożywiona tymczasem Topolówka, miłością młodych kochanków mocno atoli się z sobą różniących, gdyż Władysław zostawał ciągle w zgodzie z Emilią a Adolf nieustannie się z Zofią kłócił i godził, hucznej wesołości i nieznanych dotąd zabaw, stała się siedliskiem. Po uprzykrzeniu sobie albowiem wszystkich wiejskich rozrywek, które z nowością cały swój wdzięk straciły, utworzyła Zofia naprędce, mały teatrzyk. Przybyło kilka osób z sąsiedztwa, rozdano role. Uczenie się ich i powtarzanie, próby i rozmaite przygotowania do sceny, zajęły wszystkich przyjemnie, i dostarczyły zabaw, wesołemu towarzystwu, które dopiero zdawało się sposobić, do udzielenia ich drugim.
Wystawiono najprzód, ładną sztuczkę «Zmyślone niewierności» której przekład na polski język, chwilowa igraszka jednego z najszczytniejszych naszych poetów, tyle nabrała mocy i wdzięku, pod jego pędzlem, zwykłym pełne życia nieśmiertelnego, kreślić obrazy. Przelał w nią albowiem, nie tylko żywość dowcipu i giętkość rozmowy oryginału, ale wszędzie czcze wysłowienia i przesadzone francuzkiego języka obroty, zamienił w wyrazy uczucia i rysy charakteru. Ta sztuczka nabrała jeszcze trafności, zastósowaniem do grających ją, tak różniących się od siebie kochanków. Nastąpiły po niej niektóre wdzięczne obrazy, z naiwnych ballad Mickiewicza i Odyńca wybrane. Potem dla odmiany, zaczęto grywać, różne dowcipne sztuczki, skutek chwilowego pomysłu, których role podług charakterów rozdane, ze zmówieniem się tylko o ostatnie każdej sceny słowo, zapełniane były wesoło, i z wszelką wolnością, przez grających w nich aktorów, dla których tym sposobem, równie jak i dla widzów, zabawne i nieprzewidziane tworzyły widowisko. Zofia i Adolf celowali w tym rodzaju; Władysław i Emilia daleko mniej; wszystko ich przecie bawiło, bo byli szczęśliwi.
Zakończyły się jednak powabne i płoche wesołej wyobraźni igraszki, przed powagą zbliżającej się uroczystej chwili, mającej na zawsze połączyć Władysława z Emilią.
Już oddawna pomimo zapowiedzenia cichego wesela, mając wszelką sobie w tej mierze użyczoną wolność, zatrudniony był tym dniem, poczciwy Bartłomiej dawny kucharz Wojewodziny, teraz w Topolówce służący.
Przezornie on już, od pierwszej Władysława bytności, podług staroświeckich zwyczajów, najłatwiej do rozebrania urządzone dawał pieczyste i starannie wystrzegał, broń Boże! nigdy gęsi z szarym sosem na stół nie pokazywać. Przygotowywał pracowicie, na wzór wyrysowanych mu przez Pana Hoffel modelów, przepyszne ciasta w różnych kolorach na weselną wieczerzę. Zdobiły je ze wszech stron cukrem lukrowane kupidynki do serc strzelające, czułe gołąbki trzymające w pyszczakach róże i niezapominajki, a nadewszystko brylantowane cyfry państwa młodych, umieszczone wśród wieńców mirtowych.
I w Brzoznowie niemniej było znać zakrętu. Wszystko starannie okurzano i ustawiano w appartamentach nieboszki Wojewodziny, w których mieli mieszkać państwo młodzi; gdyż Emilia nie chciała w niczem zmieniać ozdób i porządku pomieszkania, szanownej przyjaciołki, wśród którego wspomnieniami jej cnót, i dawnych jej przestróg, otoczoną, i niejako obwarowaną się znajdowała. Myśl, iż Emilia po niej nastąpi, wszystkich w Brzoznowie uszczęśliwiała. — Widziano w tem albowiem i koniec wszystkiego złego dotąd doświadczanego, i wróżbę wszystkich żądanych nadal pomyślności.
Już oddawna połączenie Władysława z Emilią, było celem powszechnych życzeń. Pościła, prosząc o to Pana Boga, od dziewięciu wtorków do świętego Antoniego Panna Kunegunda i poczciwa Wojciechowa; stary zaś Tomasz ostatni holenderski obrączkowy dukat, w skórzanym woreczku na węzeł zawiązany dał w tej intencyi, na wotywę do blizkiego cudownego miejsca.
Wśród więc licznych błogosławieństw i gorących modłów, przywiązanych sług i włościan, pielęgnowanych przez siebie dzieci, kalek i starców, została Emilia połączona z Władysławem, przez cnotliwego Proboszcza Brzoznowskiego, który po ukończeniu tkliwego obrzędu, w gorącej modlitwie dziękował Bogu, za uiszczenie ostatniego na ziemi życzenia. Pan Sławiński prowadząc córkę od szlubu, i oddając mężowi, życzył z rozrzewnieniem, ażeby mu tyle szczęścia w dom przyniosła, ile z nią w Topolówce znajdował. Szczęśliwy i pyszny z posiadania swej Emilji Władysław, wyprowadził ją przed kościół, i jako matkę wskazał licznie zgromadzonym włościanom, którym sutą sprawiał ucztę, hojnie obdarzając wszystkich oraz nieszczęśliwych we wsi, w imieniu już swej żony.
Sędziwy Doktor, i szanowny Sędzia pokoju, obadwa szlachetni i bezinteressowni przyjaciele nieboszki Wojewodziny, i dobrodzieje całej prawie okolicy, z godnym Brzoznowskim Plebanem, jedynymi w tym dniu byli Topolówki gośćmi. Nazajutrz, uszczęśliwiony stary Tomasz, w karmazynowym żupanie, w perłowym kontuszu, żółtych bótach i tryumfująca Panna Kunegunda, w obszernym materyalnym papuzim robronie, w żółto-gorące goździki rzucanym, przyjmowali na czele wszystkich Brzoznowskich ludzi, nową swoję panię. Prędsze jej pozyskanie, pocieszało ich jedynie w doznanym smutku, z powodu niesposobności urządzenia na prędce, paradniejszych przenosin. Odprowadzili jednak wszyscy państwa młodych do Brzoznowa, gdzie wkrótce nastąpiły exekwie za nieboszkę Wojewodzinę, a przytomny tym poważnym i religijnym obrzędom Adolf, mimowolnie pierwszy raz rozczulony, zapomniał z nich szydzić. Dumająca zaś Zofia zaczęła żałować, iż inaczej wychowana jak siostra, równego jej szczęścia, w pożyciu z Adolfem, nie mogła się spodziewać.
Odebrano wtedy list od Hrabiny życzącej wszelkich pomyślności, nowo zaślubionej parze, która do niej po staroświecku pisała, prosząc o błogosławieństwo. Wzywała ona natychmiast do siebie Adolfa, potrzebując porady, przy odświeżaniu całego swego domu, na jego wesele. Żądała tudzież jak najmocniej od Delfiny, kończącej kuracyą w Topolówce, ażeby nie przerywając swoich kąpieli, przysłała jej niebawnie przynajmniej Zofię z Panną Rozalią, pragnąc ich pomocy w licznych zatrudnieniach poprzedzających wesele Zofji. Życzyła także, aby jej wnuczka pokazała się jeszcze raz w świecie, na pięknej fecie w Łazienkach, gdzie osoby z towarzystwa, miały przedstawiać na romantycznym amfiteatrze wodą otoczonym, nową melodramę: «Pani Jeziora» ułożoną ze znanego poematu Walter Skota, tłomaczenia Sienkiewicza; po której, przy ogólnej illuminacyi, piękny bal miał nastąpić w Łazienkowskim Pałacu.
Z ukontentowaniem pojechał do Hrabiny na jej wezwanie, zaczynający się już nudzić samotnością wiejską, lekkomyślny Adolf. — Nie długo ze szczerym żalem, pożegnała się, choć w nadziei prędkiego ich zobaczenia, Zofia z siostrą i rodzicami, a szczególniej z matką; pierwszy raz albowiem od niej się oddalała, a żywa boleść którą z tego powodu okazywała Delfina, na tak krótko się z nią rozłączając, mocno ją wzruszyła. Panna Rozalia, korzystając z tego momentu, oświadczyła swej Pani, chęć przejścia w służbę do Zofji, na co po krótkiem zasmuceniu z nawyknienia pochodzącem, zezwoliła chętnie Pani Sławińska, której nowo przyjęta w pomoc Pannie Rozalji na rekommendacyą Pani Mielińskiej służąca, daleko lepiej usługiwała, i zdrowie pielęgnowała. Zofia zaś, od niejakiego czasu, umiejąca powściągnąć Pannę Rozalią, i otrzymać górę nad swoją dawną ochmistrzynią, uznającą wyższość jej umysłu, z ukontentowaniem oddaliła od matki, dokuczliwą towarzyszkę.
Jechały smutno w milczeniu; Panna Rozalia przemyśliwała, iż nowej swej Pani nie będzie mogła tak, jak Delfinie imponować, a Zofia, za każdym krokiem, który ją od matki oddalał, mniej pamiętała o jej wadach, a więcej o czułem ku niej przywiązaniu. Z przykrem nawet uczuciem po Topolówce, zastała dom babki w zgwarze i zamięszaniu. Skarżyli się wszyscy ludzie na podwojoną pracę, lub szydzili z pomnażających się coraz bardziej chorej pani konceptów i kaprysów.
Leżała w istocie Hrabina na szezlągu, wśród rozmaitych rzemieślników, martwą prawie ręką wskazując im jeszcze różne do poczynienia odmiany. Nadzwyczajna żywość w jej przywitaniu, bystrość wzroku, twarz już nieco strupiała, ustanie wszystkich dotąd doznawanych bolów (z czego się mocno cieszyła), wszystko okazywało w niej, zasmuconej Zofji, ostatnie gasnącej lampy odżywiające się płomienie. Znalazła w swoim nowym ozdobnym appartamencie, naprzeciw pokojów Babki, śliczną od niej szlubną suknię i najpiękniejsze od Adolfa wazony kwiatów; po pierwszem jednak przywitaniu, widziała ze smutkiem, iż roztargniony, Adolf pod różnemi pozorami często się z domu Hrabiny oddalał. Próżny i lekkomyślny, długo od swych zwyczajnych w stolicy uciech oderwany, chciwie do nich powracał, i obojętniejszy na wdzięki Zofji, od powzięcia pewności, że się z nią połączy, zaczął odpowiadać łechczącym jego próżność uczuciom, bogatej i młodej rozwiedzionej Leokadyi. Jej majątek nawet, znaczniejszy od tego którego się po Zofji spodziewał, dostateczniejszym mu się wydawał, do zapłacenia skrycie zaciągnionych a dokuczających długów, i nieco już żałował zbyt wcześnie skojarzonego związku.
Zaczęła się tego domyślać mało babki odstępująca Zofia, spostrzegając łatwo w samotności te wszystkie odcienia. Chcąc więc odżywić gasnącą miłość Adolfa, zezwoliła na naglące prośby babki, i z przyjaciółką od niej wybraną, wyjechała na piękną fetę do Łazienek.
Snuło się i mijało ustawicznie na drodze, w pięknych aleach Ujazdowskich, mnóstwo rozmaitych powozów. Widać było eleganckie pomiędzy niemi karykle, nad któremi unosiły się strojne kapelusze, i powiewne kolorowe pióra, lekko od wiatru kołysane; i poczwórne karety, w których postrojone damy na wpół spuszczonemi zielonemi firankami, zasłaniały się od słońca i kurzu. Przesuwały się modne kocze pięknemi zaprzężone końmi, od zręcznych kierowane żokietów, nad któremi się unosiły, jak chińskie daszki, różnofarbne parasolki. Ordynaryjniejsze doroszki, w których się poufale rozpierali lub tłocznie siedzieli, niedzielnych widowisk bezpłatni widze; gdy tymczasem, mały za niemi, mimo ich wiedzy, siedzący chłopiec, cieszył się figlarnie ze zdobytego miejsca, sadowiąc się w niem jak na pozyskanym tronie. Obok z obydwóch stron drogi, przechadzało się między drzewami, od jadących obwarowane, mnóstwo osób różnego stanu i wieku, ciekawie im się przypatrujących, biegały z wesołemi okrzykami dzieci, kolejno zważając na przechodnich i po drodze zrywając kwiatki. Szli powoli z familiami, w niedzielnym stroju poczciwi rzemieślnicy, swobodnej w dzień świąteczny używając przechadzki, a rozmawiając poufale o interessach swojego handlu, rozpoznawali pomiędzy jadącemi, osoby, których zbytkowi dostarczali, i z westchnieniem te u których znaczne mieli długi.
Inny jeszcze widok czekał Zofią w Łazienkach. Otoczone ze wszech stron brzegi kanału, różnego rodzaju widzami, zdawały się jak bujna łąka kwiatami okryta, którą wiatr powiewa. Spostrzegane zdaleka młode osoby w bieli wśród ciemnych kasztanów, lub gruppy witających się na murawie, świetnie na bal ubranych i kwiatami uwieńczonych nadobnych tanecznic, wydawały się jak nimfy lub młode Grecyi dziewice, zabierające się obchodzić uroczystość bogini wdzięków lub kwiatów. Miły chłód wieczorny i piękny zachód słońca powtarzający się w wodzie, uprzyjemniały tę piękną scenę. Zmierzch wieczorny, wszystko atoli pokrył jednostajną szatą; tysiąc gwiazd zajaśniało na zaciemnionym niebios lazurze; zniknęła różność kolorów, same cienie zdawały się przechadzać po miłych Elizejskich polach; i już tylko słychać było, szmer spacerujących i urywki na różne strony prowadzonych rozmów.
Wkrótce, jak czarami, piękny pałac w ogniste zajaśniał kolumny; drugi taki sam, wśród wody zdawał się wznosić. Zaczęto się garnąć ku teatrowi, który się także coraz bardziej oświecał. — Zapełnił się Amfiteatr. — Otoczono bliższe brzegi kanału, śmielsi nieproszoni widzowie, na szczyt się nawet drzew pięli, a tysiączne ze wszech stron błyszczące lampy, niemniej piękny widok tworzyły, oświecając amfiteatr napełniony damami w balowym stroju, których wieńce i bukiety, fantastycznemi z kwiatów uplotami, zdawały się łączyć.
Wnet początek widowiska wszystkich ściągnął uwagę. Zajęła najprzód, kierująca zręcznie swem czółnem piękna Ellena, która, lekko na swojem wiośle wsparta, wołała ojca, a potem trwożliwie kochanka, którego imie ledwo przez usta wymówione, z serca się tylko wstydliwie przedzierać zdawało. Dał się potem słyszeć w statkach napełnionych lennikami Rodryka, wojenny śpiew Klanu Alpina. Najbardziej zaś podobały się, scena, w której nieznany Rycerz z Snowdonu zastaje w grocie lubą Ellenę zajętą pobożnem pieniem z dźwiękiem harfy wznoszącem się ku niebu, i ta, w której przy zakończeniu, Król otoczony świetnym dworem, odbierając swój pierścień, łączy złotym łańcuchem ręce Elleny i Malkolma.
Już się skończyło widowisko, a liczne po niem jeszcze szerzyły się oklaski. Wnet uwaga na bal przybyłych gości, tak długo od siebie samych oderwana, zaczęła się zwracać ku myślom osobistego figurowania. Zapomniana próżność na chwilę, wróciła do zwykłego sobą zajęcia; gdyż każdy na tym świecie, choćby w największym tłoku, sądzi iż osobiście figuruje i szczególniej jest uważany, i każdy się cyfrą, a nikt zerem nie mieni w tak wielkiej ilości. Zaczęto poprawiać suknie, odświeżać stroje, turbować się czy wilgoć nie rozkręciła włosów. Zasięgano obok siebie rad przyjacielskich, lub surowych sądów bezpostronnej krytyki dla oświecenia się w tak ważnym przedmiocie.
Dała się słyszeć w pałacu huczna balowa muzyka. Udały się wesoło, lekkim już prawie krokiem tańca, spragnione tej zabawy młode osoby. Szły za niemi wolniej starsze, jeszcze rozmawiając o widowisku. Zapełniono wkrótce przygotowaną salę do balu. Stanął w wieniec w pośród niej, poważny taniec narodowy. Patrzyli na niego ze smutkiem ludzie dawnych czasów, żałując szlachetnej godności, niegdyś go znamienującej, którą stracił od czasu, gdy goszczący wśród nas cudzoziemcy, nie mogąc się do niego zastósować, chodzącą tylko nazwali rozmową. Przypatrywali mu się ciekawie ci, którzy go uważali jako katalog balu, rozwijający przed nimi, w całej swej świeżości, liczbę tanecznic i rozmaitość ich ubiorów. Nastąpił po nim żywy walc, dla nadania od razu ruchu balowi: potem ulubione naszemu narodowi żwawe i skoczne mazury. Dla odpoczynku utworzył się po nich kontredans, ten starannie urozmaicony taniec, który dla widzów jest zawsze miłym balu epizodem. Wszyscy się cisnęli dla przypatrzenia mu się z blizka, i mało go można było widzieć.
Opuszczone damy, które już nie figurowały, zaczęły ziewać, skarżyć się na gorąco, i dla zadowolnienia ich, jako i zajęcia jak najwięcej tanecznic, stanął potem długi anglez, ten jednostajny i ulubiony taniec Albionu, w którym tanecznica uciekając jak młoda łania, przed goniącym ją tanecznikiem, wraca, oddala się, znika i znów powraca, jak rym powrotny, zakończający każdą strofę miarowej pieśni. Czyż się nie zdaje widzieć zarówno w tych nagłych zwrotach, obraz czułego serca, wahającego się pomiędzy znajomością ludzi i chęcią ich kochania, które kolejno, unikania i powrotu do nich czuje potrzebę?
Po anglezie nastąpił powtórnie szybko walc, dla wskrzeszenia wesołości, nieco już stygnącego balu. Zajaśniała na nowo Zofia, jak błyszcząca gwiazda, po lekkiem zaćmieniu z pod chmury świetnie wschodząca. Zwrócili na nią oczy z podwójnem się nią zajęciem, od czasu jak była zaręczona, i męzczyzni i młode osoby życzące iść za mąż, i matki panien na wydaniu, pierwszeństwa jej w tej mierze zazdroszczące. Chciała Zofia zawstydzić Adolfa i zalotną Leokadyą. Tańcowała pięknie i ulotnie, jak nadpowietrzna istota; przytomność matki, w niczem już jej wesołości i żywości dowcipu nie ćmiła. Osiągnęła cel pożądany; zakochał się w niej na nowo Adolf, na widok zazdroszczących sobie spółzalotników, i po urojonej heroinie melodramu, Zofia prawdziwą następującego po nim balu została. Upojona próżnością, zmęczona i bez tchu prawie, po przedłużonym walcu, usiadła na sofie pod otwartem oknem, przypatrując się pięknej illuminacyi powtarzającej się w wodzie. Napiła się z roskoszą w tej chwili chłodzącego napoju, którego jej zawsze matka po tańcu usilnie wzbraniała.
Przypomniała to sobie Zofia z lekkim wyrzutem sumienia, uczuła wewnętrzny dreszcz i przypisując to zbyt raptownem ochłodzeniu, chciała pójść w taniec, dla zapobieżenia szkodliwym skutkom. Długi jednak, ochoczy po walcu rozpoczęty mazur nie zdawał się kończyć.
Wkrótce wschodzące słońce, zaciemniając prawdziwym swym blaskiem, sztuczne sali oświecenie, tak jak jasność prawdy gasi błyszczące ułudzenia, wykrywając oraz wszystkie sekreta toalet, i zaszłe w nich niepomyślne zmiany, stało się przyczyną zakończenia balu i ogólnego rozjechania. Kilka najprzód znakomitych osób wyjechało, a za niemi ruszyli się wszyscy. Wszędzie albowiem, pod czas licznych zgromadzeń, a szczególniej u nas, lada rzecz spłoszy i rozprasza najweselszą ciżbę. Pierwsi którzy ją porzucają, mają powód do tego, drudzy czynią z naśladowania, bojąc się tam znajdować sami ze swego towarzystwa. Reszta tłumnie za niemi się wynosi; gdyż każdy chcąc należeć do wyższego grona, lęka się w poczet gminu być policzonym; i dla tego przybycie pierwszemu na miejsce zabawy, pomimo największego upodobania, lub pozostanie ostatniemu, za hańbę prawie poczytują.
Wyjechała niebawnie i Zofia ze swoją towarzyszką, która widząc ją cierpiącą, z żalem ciepłej herbaty dla niej dostać już nie mogła, pomimo ubiegających się o to usilnie licznych wielbicieli jej wdzięków, których już obojętnie słuchała, coraz słabsza Zofia. Schodziła ona z trudnością po schodach, któremi kilka godzin wprzódy, uskrzydlona młodością i nadzieją, tak żywo wbiegła, i w przykrem uczuciu rozmarzenia, nie pozwalającem jej rozróżnić ułudzenia od rzeczywistości, wracała do domu sądząc, iż jej się tylko marzą przesuwane przed oczami obrazy.
Miły jednak letni poranek, wszystko odżywiał. Gęste brylantowe od słońca krople rosy, szklniły się na liściach drzew, i szerzyły na około, wonie odrodzonych kwiatów. Słychać było zdaleka kościelne dzwony, na poranną wzywające modlitwę: szły śpieszno mleczarki z nabiałem do miasta, jako i ogrodnicy z koszami kwiatów i owoców. Jechały skrzypiące na targ wozy pracowitych chłopków. Przechadzali się wolno, świstając, małe studenciki z książkami pod pachą, których daleko mieszkający rodzice, wcześniej do szkoły wysyłali. Szły równiejszym krokiem koło nich do szkoły, małe dziewczynki z woreczkami na ręku. Przypatrywali się wszyscy z zadziwieniem przy nowo rozpoczętym dniu, wracającym z Łazienek osobom, dla których się poprzedzający jeszcze nie był skończył, i co tak chciwie się ubiegały za stratą czasu, gdy przeciwnie im korzystać z niego nieustannie zalecano.
Świeżość tego widoku, przykre odwrotnie uczyniła wrażenie, żałującym namiętnie zabawy, hołdownikom przepychu i próżności, a zwłaszcza chorej Zofji, której pomnażające się coraz cierpienia, każdą chwilę podróży przedłużały. Ciepłe wino, którego się napiła przyjechawszy do domu i gorączkowy sen, który po nim nastąpił, już jej nie zdołały zdrowia przywrócić.
Z sinemi ustami i spalonym na twarzy rumieńcem, nazajutrz zaledwie się podniosła z łóżka Zofia, dla napisania kilka czułych słów do matki, obiecując jej wszystko obszernie opisać, następującą pocztą, i chwiejącym się już krokiem zaszła do babki, której Adolf opisywał, poprzedzającego dnia zabawy. Spostrzegli oboje z przerażeniem widoczną w niej zmianę; przymusili ją więc powrócić do siebie i położyć się. Posłali po kilku najbieglejszych lekarzy, lecz wkrótce Zofia w najmocniejszą wpadłszy gorączkę, zupełnie przytomność straciła, nieustannie mówiła, żaliła się, płakała lub śmiała się przeraźliwie. Zaklinał lekarzy o wyratowanie jej, rozpaczający Adolf, nie mogąc ani ukryć swojego pomięszania babce, ani zapobiedz uiszczeniu żywej jej chęci, odwiedzenia chorej, dla przekonania się o jej zdrowiu.
Kazała się nareszcie zanieść w wieczór próżna i zgrzybiała Hrabina, ze staraniem dotąd wszelkiego widoku cierpienia i śmierci unikająca, i na młodej istocie czule przez nią pielęgnowanej, ukazało jej się pierwszy raz okropne śmierci zjawisko. Już jej nie poznała Zofia, leżąca wśród rozlicznych lekarstw i rozrzuconego nie dawno zdjętego halowego stroju. Krzyknęła i zaczęła się śmiać okropnie, wziąwszy w tej chwili za widmo, spostrzeżoną swoję własną w zwierciedle postać. Wpatrująca się dotąd w nią pilnie osłupiała babka, wstrzęsła się, zasłoniła oczy i kazała się odnieść do siebie, gdzie już ani słowa nie wyrzekłszy, chęć tylko spania okazała.
Rozebrano ją, zasunęła firanki, uciszyli się wszyscy i odeszli ją, a nazajutrz, zimne już tylko jej zwłoki w łóżku znaleziono. Liczni przyjaciele zatrudnili się jej pogrzebem, gdyż Adolf niebezpieczeństwem Zofji przerażony, zupełnie głowę stracił, i ledwo zdołał, dopełniając ostatniego przystojności obowiązku, wyprowadzeniu zwłok babki być przytomnym. Wyszła także przypatrzyć się, pozostała sama przy chorej Panna Rozalia, nie domknąwszy drzwi, w nadziei prędkiego powrotu. Nieszczęśliwa zaś Zofia zawsze obłąkana, siedząc na łóżku z długiemi rozpuszczonemi włosami i założonemi rękami, słuchała chciwie śpiewania księży, i przypatrywała się ciekawie, migającemu się przed jej drzwiami pogrzebowemu światłu, nucąc z okropnym uśmiechem, niedawno słyszane śpiewy Pani Jeziora, mniemając, iż jest jeszcze obecną, pięknemu w Łazienkach widowisku.
Przeszły pochodnie, ucichły pobożne pienia, głębokie nastąpiło milczenie. Wróciła Panna Rozalia, a w kilka godzin Zofia, która owej świetnej fety w Łazienkach najpiękniejszą była ozdobą, już żyć przestała, i leżała na środku pokoju całunem przykryta, wśród otaczających ją tylko, modlących się kościelnych babek i obojętnego zgwaru, wynoszeniem wszystkich rzeczy, zatrudnionych ludzi.
Posłano natychmiast sztafetę po Władysława do Topolówki. Czekano tam w ówczas spokojnie, drugiego od Zofji obszerniejszego listu; nie nadszedł, a oczekiwanie zamieniło się w niespokojność.
Następowało święto; oświadczyła Delfina, iż mimo swego zwyczaju, nie chce się tego dnia kąpać, i pojedzie do Brzoznowa na mszę, a potem na obiad do dzieci. Ucieszyło to szczerze wszystkich i zaraz po summie, do młodego małżeństwa na obiad się udano. Przybyli tam wkrótce, sędziwy Pleban i poczciwy Doktor ze swoim sąsiadem poważnym Sędzią Pokoju, zwykli niedzielni dawniej Wojewodziny goście i kilka jeszcze innych osób, z sąsiedztwa na summę do parafji przybyłych. Przyszedł na palcach z radością, z serwetą w ręku stary Tomasz oznajmić, że waza na stole, a stojące obok niej ze dwóch stron duże piramidy ciasta dowiodły, że Panna Kunegunda z chlubą swe dawne w domu objęła zarządy.
Wkrótce po obiedzie przyjechała z ceremonialną wizytą Pani Podczaszyna z nowo zaślubioną córką, dla której wyprawy, ukończonej później w Warszawie, była z Panią Mielińską i Emilią w Łęcznie. Zajechała, starą niedawno odświeżoną, sześcioma nędznemi końmi zaprzężoną, pani młodej, karetą. Wysiadła z niej podeszła osoba, w niewłaściwem sobie, podług ostatniego Dziennika mód, najnowszem ubraniu, i młoda osoba wystrojona jak na bal. Wyskoczył za niemi, świstając, przybyły na wakacye do matki studencik, ulubiony synek Pani Podczaszyny. Wylazł nareszcie powoli dzielący, z nim jej pieszczoty stary, krzykliwy i krztuszący się mucyk, którego nikt w sąsiedztwie cierpieć nie mógł, dla ustawicznego szczekania, i zdradnego zwyczaju chwytania za nogi wchodzących osób.
Weszli na górę; posadzono damy na kanapie. Zaczęła się Pani Podczaszyna w niezgodnej ze swoim strojem mowie, przypominać Pani Sławińskiej, którą miała honor widzieć siedm lat temu u nieboszki Pani Wojewodziny, z którą ś. p. jej ojczym miał zaszczyt być w kolligacyi, a ona w najlepszej zawsze zostawała komitywie. Wywodziła następnie, różne inne genealogie, podobne jej prawa nadające do kolligacyi z Państwem Sławińskim. Przypomniała sobie w końcu, iż miała do wyexkuzowania męża i zięcia, którzy równie jak ona, państwa młodych Brzoznowskich chcieli wizytować, ale zostali w domu nieco słabi, po sutej gali, na której wszyscy byli w wilią u Państwa Szambelaństwa, z którymi się oddawna przyjaźnili. Z drugiej zaś strony pani młoda, starannie nazywając tylko «On» nowo zaślubionego męża, opisywała Pani Mielińskiej, warszawskie przyjemności, to jest: kawę wiejską, ogród Goebla, teatr, dobre Leslowskie karmelki, hecę i sklep Pana Dyzmańskiego, gdzie bardzo jej się dobrze kupna powiodły, bo tam miała znajomego, po jarmarku Łęczyńskim Pana Teofila kupczyka. Dołożyła przytem ogólnie, do Pani Sławińskiej się obracając: iż chociaż żałowała, że Warszawa podczas jej bytności, tak ogołoconą była z godnych osób zwykle w niej zamieszkałych, z przyjemnością jednak znalazła jeszcze pozostałe rozproszonego wielkiego świata (jak sądziła) szczątki, Panią Majorową Nielską córkę bogatego sąsiada, Pana Stolnika i Panią Podprokuratorowę Trybunału, która w jej mniemaniu, na Krakowskiem Przedmieściu mieszkając w pięknym woskowanym appartamencie, bardzo wielką była damą. Przez ten czas, młody jej braciszek, pił smaczno kawę, maczając aż do dna filiżanki biszkopty, potem gryząc w najlepsze, piękne rumiane jabłka i soczyste brzoskwinie na podwieczorek przyniesione, wylatywał na ganek rzucać ogryzki i pestki na śpiącą w słońcu kotkę Panny Kunegundy, do której i sam zbiegł wkrótce, wszystkie drzwi otworzywszy a żadnych za sobą nie zamykając. Uciekła zadrasnąwszy go harda myszołówka. Zaklął ją rozgniewany chłopiec, i kamieniem za nią rzucił, a potem świstając sobie znowu wesoło, zaczął kwiatki zrywać, i gruszki otrząsać.
Pani Podczaszyna atoli, chcąc wkrótce odjechać, podług prawideł etykietalnej wizyty, zawołała go przez okno, i uśmiechając się na te niewinne igraszki, mówiła z politowaniem: iż sprawiedliwie było, aby sobie biedne chłopczysko po nudnych naukach użyło trochę wolności, podczas wakacyi. Rzucił Tomuś kwiatki, opakował kieszenie gruszkami, i wyjechała wkrótce z nim i całą swoją karawaną Pani Podczaszyna, rekomendując się łasce i przyjaźni Pani Sławińskiej, którą żegnająca potem jej córka pani młoda, prosiła usilnie z krótkiem dygnięciem, ażeby o niej pamiętała i ją kochała.
Nadjechała niebawnie druga w zupełnie innym rodzaju wizyta, prawdziwie wszystkim sprawiająca ukontentowanie. Odwiedzał ich albowiem nowy sąsiad, znany nam już dawniej Podpułkownik Bronisław, który wziąwszy dymisyą, ożenił się w Krakowie i zostawiwszy żonę u krewnych, przyjeżdżał sam objąć, nowo nabytą za jej posag, okoliczną wioskę. Rozmawiał żywo z Panem Sławińskim, bawiąc się, dawnym zwyczajem, pozostałemi jeszcze wąsami, o swoich gospodarskich zamysłach: takim pragnąc być dobrym i skrzętnym gospodarzem, jakim był niegdyś odważnym i akuratnym żołnierzem.
Opisywał potem Pani Sławińskiej, piękne dwie fety dawane tego roku w Krakowie, na korzyść dobroczynności. Jedna z nich, przedstawiała najpiękniejszą galeryę żyjących obrazów, z historyi Polskiej wybranych, w urządzonych na ten przedmiot Sukiennicach. Druga zaś feta, w oświeconych podziemnych Wieliczki gmachach dawana, czarodziejski łączyła widok dyamentowo-błyszczących skał i filarów solnych, tej sklepionej przestrzeni, i płynącej na ciemnem w pośród nich jeziorze, oświeconej z muzyką łódki.
To opisanie fet i widowisk zasmuciło Panią Sławińskę, przypominając jej bal w Łazienkach i Zofię. Spostrzegł to Bronisław, i nie wiedząc przyczyny, sądził: iż to chwilowe zachmurzenie, pochodziło tylko z pomimowolnego uczucia smutku, które wzbudza w każdej niegdyś pięknej osobie, opisanie zabaw, którym już nie uczęstniczy. Skierował więc rozmowę ku różnym dziwnym wyobrażeniom, które mieli o Wieliczce w Hiszpanji, gdzie podług dawnych jeografów sądzono: iż to jest ludne, podziemne miasto, w którem wielu rzemieślników, i różne gatunki zwierząt, ciągle przemieszkiwa. Spomnienie o Hiszpanji było powodem Bronisławowi spojrzenia z uśmiechem na Emilią, którą żywe czarne oczy i kształtna kibić, do nadobnych tamtego kraju kobiet, czyniły podobną. Witała ona uprzejmie, w tej chwili, przybyłego Bonifratra, kwestującego na swój szpital.
Zaczęto potem mówić ogólnie o Hiszpanji, i o świetnie odbytych w niej kampaniach. Zaiskrzyły się oczy Bronisława, który był ich sławy uczęstnikiem; lecz pomimo usilnego natężenia myśli, nie mógł sobie wtedy przypomnieć imienia małej wioski, pod którą żywo się ucierał z broniącemi swej ziemi mieszkańcami, haniebnie od nieprzyjacioł, Brygantami zwanemi. Powiedział mu je z żywością Bonifrater kwestarz, skromnie przy drzwiach siedzący, którego Emilia gościnnie winem i ciastem częstowała. To spomnienie, tak zadziwiające, w człowieku tego stanu; głos znany Bronisławowi; twarz, którą sobie zaczął przypominać, wszystko to, żywą ciekawością go przejęło. Wstał, poszedł ku poczciwemu kwestarzowi; ten równym pociągiem tknięty, zbliżył się także ku niemu, i poznał w nim z zadziwieniem Bronisław, jednego z najwaleczniejszych w tenczas żołnierzy, swojej kommendy.
«Mości Kapitanie — rzekł mu Bonifrater, po dawnemu go jeszcze nazywając: — wiele widziałem; zwiedziłem dużo krajów; byłem świadkiem wielu świetnych czynów; wielu przeżyłem godnych wiecznej chwały mężów; wiele widziałem pobojowisk po zwycięztwie; tęschno mi było bez wojny i sławy, a smutno spominając co po nich następuje, i wstąpiłem do tego zakonu, w którym miło mi Bogu służyć, i być użytecznym ludziom.» Ścisnął go za rękę Bronisław z mocnem wzruszeniem, zamyślił się, i wkrótce spojrzawszy na równie wzruszonego Braciszka, którego był w swem dumaniu stracił na chwilę z oczu, wsunął mu w rękę worek z pieniędzmi, polecając mu tonem, pół rozkazu, pół przyjaźni, ażeby przyjechał do niego na noc, po gęsi i barany, które kwestował dla swego szpitalu. Cieszył się albowiem z sposobności ciągnienia dalej przerwanej z nim rozmowy o Hiszpanji. Przyniósł mu także i swoją assygnacyą Władysław.
Rozjechali się goście; Emilia zaproponowała wiska, jako najskuteczniejszy sposób rozerwania matki i towarzyszyła jej potem z mężem do Topolówki, gdzie wieczorem po księżycu wrócono; gdyż Pani Sławińska, nie chciała nocować w Brzoznowie, dla nieprzerywania, branych rano kąpieli.
Przyjechano późno do Topolówki. Delfina, która się zwykle drogi bała w nocy, nie zdawała się nawet tą razą na nią zważać; cała jej myśl zaprzątnioną była niespokojnością o Zofią. Mało się zwykle spostrzega koło siebie, kiedy dusza i wyobraźnia mocno są zajęte, a wszelka lękliwość charakteru, znika przed obawami serca.
Położyła się spać Pani Sławińska myśląc jeszcze o Zofji, i śniła jej się w całym uroku powabnych lat dziecinnych, na smentarzu za motylem się uganiająca. Ucieszyła się Delfina, gdy obudziwszy się przypomniała sobie: iż jej wróżka niegdyś podobny sen wytłomaczyła, z zapewnieniem: iż Zofia uniknie wszelkich w życiu chorób i nieszczęść, i do najpóźniejszych lat, przy najczerstwiejszem zdrowiu i najdoskonalszem szczęściu dojdzie. Z ukontentowaniem porównywała tę przepowiednią, z podobną wędrującego kuglarza wróżbą. Wstawszy więc raniej i wesoło, zeszła szybko, przeciw swemu zwyczajowi, przed kąpielą jeszcze, do bawialnego pokoju, gdzie się o tej godzinie zwykle na śniadanie zgromadzano.
Nie zastała tam nikogo; ujrzała tylko napełnione kawą filiżanki nietknięte, i leżącą na ziemi próżną kopertę z czarną pieczątką, pod adressem Władysława. Serce jej mocno bić zaczęło, pomyślała o ciotce, i spostrzegła wkrótce, przez szklanne drzwi do ogrodu, Władysława w największem pomięszaniu z pocztylionem rozmawiającego. Pani Mielińska drżąca i blada, szła naprzeciw szybko przybywającemu Lekarzowi, a Emilia łzami zalana, klęczała u nóg załamującego ręce Pana Sławińskiego.
Stanęła Delfina jak wryta; nie żałowałby mąż tak namiętnie Hrabiny! jedno tylko nieszczęście przyszło jej na myśl; jednego tylko nieszczęścia, serce jej odpierało przekonanie.
Zimnym potem oblana, na wpół uwiadomiana o zagrażającym jej ciosie, wydała głuchy jęk, nieszczęśliwa matka, padła na kolana, zasłoniła twarz rękami i wzniósłszy duszę do Boga, o nadzieję jeszcze błagała!!!
«Żono! — rzekł, nadeszły w tej chwili, wraz ze wszystkiemi, rozpaczający Pan Sławiński: — więc już wiesz.... Niech cię Bóg pociesza, nieszczęśliwa matko!...» Odsłoniła Delfina twarz i zdziczałe oczy, krzyknęła przeraźliwie: «Zofia! więc już nie mam córki!...» i padła bez przytomności na łono podnoszącego ją męża. Ledwo się jej dotrzeźwiono. Przyszedłszy do siebie, zaczęła przecierać oczy, jak po przykrym śnie. Widok żalu męża i córki, której twarz śmiertelna okrywała bladość, przypomniał Pani Sławińskiej doznane nieszczęście, i lękając się że i to jeszcze straci dziecko, wyrzekła cicho: «Emilio! — i wyciągając ku niej drżące ręce, z głębi duszy potem zawołała: — moje dziecie! — gdyż, moja córko! wymówić już nie mogła. Padła Emilia przed nią na kolana. Uściskała ją matka, łzy obfite jej się puściły. «I ty ją żałujesz! — rzekła potem, obracając się do męża, płaczącego rzewnie; i znajdując ulgę, w wespół z nim dzielonem cierpieniu, wsparła głowę na jego ramieniu. Wiadomość o śmierci Hrabiny, którą jej wtenczas udzielono, już nie zdołała nawet nic przydać do jej żalu.
Władysław jednak, pojechał pocztą do Warszawy, ostatnią Zofji oddać usługę. Wszystko w drodze i wjeżdżając do Warszawy, raziło jego oczy i serce; i jasność słońca, i piękność dnia, i spotykane młode osoby, i dzwony kościelne, i nareszcie zwykły wesoły ruch, równie jak dawniej stolicę ożywiający. Z przykrością spotykał śpieszące zewsząd powozy na teatr, lub idące powoli na przechadzkę do ogrodów publicznych wystrojone osoby; gdyż w żywej boleści, życzemy, aby i natura i ludzie, i świat w zwykłym mogły nie zostawać porządku.
Zajechał wkrótce, przed niegdyś tak wesoły, a teraz czarną chorągwią zasmucony dom, gdzie zmarłej Zofji ciało odwiedzano. Szły z ciekawością, głośno i wesoło rozmawiając, różnych stanów osoby, które wkrótce potem, modląc się, lub w milczeniu głową potrząsając, ztamtąd wychodziły, zastanawiając się z goryczą, nad marnością nadziei i dóbr światowych. Wśród odświeżonego na jej wesele pokoju, ozdobionego żółtem obiciem w arkady z kwiatów, leżała Zofia na katafalku, w przeznaczonym do szlubu ubiorze, na pozór śpiąca, lekko zarumieniona, i piękna, jak wdzięczny młodości posąg Kanowy. Naokoło niej stały duże, pogrzebowe świece w bronzowych balowych świecznikach, i piękne w wazonach kwiaty, przez nią pielęgnowane, które ją przetrwały!!... — Niedaleko zawieszono powabny jej, w greckim stroju obraz na wpół przykryty, jako i obicie czarnym kirem, którym okna całkowicie zasłonięte były.
Z drugiej strony domu, w pięknie dla Zofji urządzonym, a teraz ogołoconym appartamencie, gdzie jeszcze widać było na oknie flaszki od parfum, i drugie zaczęte z lekarstwami, papiery zapiżmowane od proszków, i elegancki bilet na bal Łazienkowski zapraszający, targowano się i godzono o różne tyczące jej pogrzebu szczegóły. Rozmawiało tam z sobą dwóch Lekarzy, przytomnych otworzeniu ciała; z których jeden zaokrąglając z wdziękiem ozdobioną brylantowym pierścieniem rękę, zażywał hiszpankę ze złotej tabakierki, oświadczając z grzecznością drugiemu, iż może nieboszkę byłby uratował krwi puszczeniem, gdyby nie winna starszemu koledze na konsylium uległość. Obok nich, młody felczer chował ze smutkiem anatomiczne narzędzia, rozłożone na stoliku, na którym dawniej stała Zofji gotowalnia. Opodal zaś, obojętny urzędnik sądowy, do pieczętowania rzeczy przywołany, częstował burgundskiem winem, młodego wyświeżonego kanonika, który miał mieć nazajutrz mowę pogrzebową, na exekwiach nieboszki. Ten, nie myślał ani o świętych namiestnika Boskiego obowiązkach, ani o pożytku moralnym, któryby mógł czerpać dla swych słuchaczów, z nagłej śmierci młodej osoby, tak długie życie, tak świetne sobie mogącej obiecywać szczęście. — Rozmyślał tylko próżnie, jakie zrobi na nich wrażenie, piękną koronkową rokietą, błyszczącem nowo otrzymanem dystynktorium, i górnostylną mową, w której i Senekę i Horacego nawet przytaczając, w określeniu krótkości życia i marności jego uciech; gotował się wychwalać wysokie cnoty Zofji i jej zgon chwalebny, o żadne się atoli, oprócz jej wieku i imienia, nie wypytując szczegóły.
Uczyniwszy wszystkie konieczne rozrządzenia, żywo tym smutnym widokiem przejęty Władysław, poszedł odwiedzić chorego Adolfa, którego się żal na chwilę odnowił, przy zobaczeniu go, i ulżył oraz, szczerością z którą go dzielił. Po pierwszych jednak czułości oznakach, zaczął już utyskiwać Adolf przed Władysławem, iż mu Hrabina oprócz swego pięknego domu, żadnego nie uczyniła zapisu. Lecz Adolf przychodził do siebie po gwałtownej słabości, a obawa śmierci, już była nieco zwróciła jego czułość ku samemu sobie. Wkrótce nawet gdy mu się znowu dłużnicy naprzykrzali, przedał znienawidzony dom, pierwszej osobie która mu za niego dobrze zapłaciła, i wyjechał z zadziwieniem wszystkich (wielki zawsze żal po Zofji okazując) do rodziców na Podole, gdzie nie dawno się udała bogata Leokadya. Oddalił jednak wprzód Pana Grzegorzewskiego, który mu się i za drogim i za ciężkim do usług wydawał. Władysław zaś, zgadując serce żony, hojnie Pannę Rozalią wynagrodził, zostawiwszy jej oprócz rzeczy Zofji, wszystko, co dla niej na wyprawę kupione było. Przyjęła wszystko z radością, prędko pocieszona po śmierci swej Pani, Panna Rozalia, i zapytana czy wróci do Topolówki; oświadczyła, iż już niechce być w służbie i w Warszawie pozostanie.
Sam więc Władysław wrócił smutnie do Topolówki. Przyjazd jego, zamiast wzniecenia radości, bolesnych tylko ran był odnowieniem.
Starała się jednak Delfina powściągać gwałtowność swego żalu, dla zaczynającej się cieszyć nadzieją macierzyństwa Emilji; ale blada jej twarz zarumienione od łez oczy, coraz bardziej niknące siły, zapomnienie nareszcie zwykłych około swego zdrowia starań, wszystko niszczącego ją głębokiego smutku było dowodem.
Spostrzegał to dzielący jej cierpienia, niespokojny o nią mąż, wspólnem nieszczęściem na nowo z nią połączony. Postanowił przeto, za poradą światłego lekarza, w moralnych uczuciach przyczynę słabości odkrywającego, oddalić żonę od miejsc, gdzie tak bolesny cios ugodził jej duszę, i nie powrócić do nich, póki niejako nowej dla niej nie przygotuje przyszłości. Życzył przytem Pan Sławiński, mimo szczerego żalu oddalenia się od Emilji, zostawić ją jakiś czas sam na sam z mężem; tak, jak troskliwy ogrodnik odosabnia i opiekuńczem szkłem zasłania, od wszelkich przygód, zaczynającą kwitnąć roślinę; czemuż albowiem ważniejszy zawiązek, czemu powinni rozsądni rodzice dać puścić głębsze i rozleglejsze korzenie, jeźli nie domowemu szczęściu swych dzieci? Nie jestże to szczęście, kiedy owe drzewo, pielęgnującemu go starannie, w młodości kwiatów, później owoców i cienia, a na starość podpory jeszcze użycza?
Wyjechał zatem niedługo Pan Sławiński do południowej Francyi z żoną, i szczerze od niej pokochaną siostrą; Pani Mielińska bowiem potrzebująca i żywo kochać i mocno się zająć, czule Panią Sławińskę pielegnując, z łatwością jej przywiązanie pozyskała. Zaczęła ona wraz z bratem, dziecinne dotąd prawie władze umysłu Delfiny, skrępowane lub nieużyte w wielkim świecie, rozwijać i kształcić. Snadno jest naprowadzić do cnoty osobę nieskażonych obyczajów.
Wkrótce, wzruszona i udojrzalona nieszczęściem dusza Delfiny, tak, jak nieurodzajna rola, burzą użyźniona, zaczęła obfite powierzonego jej czystego ziarna obiecywać plony; zeszło nad nią albowiem i ogrzało ją ożywiające słońce religji. Za pomocą czystego jej światła i dobroczynnych prawideł, rozsądna pobożność zastąpiła w Pani Sławińskiej trwożliwą zabobonność; moc obowiązku, prawa przystojności; szczerze kochana, nauczyła się także nawzajem szczerze kochać, i już nie okazywać się ale usiłować stać się cnotliwą. Doznawszy znacznego ulepszenia zdrowia, przez długi pobyt w południowej Francyi, zwiedziła potem z mężem i siostrą Włochy, Szwajcaryą i Paryż. Podróże ukształciły umysł Delfiny, i po dwóch latach wróciła do ojczyzny, zdrowa, rozsądna i już nie w urojonym, ale w rzeczywistym umiejąca żyć świecie. Ze strachem i boleścią jednak zbliżała się do Warszawy, gdzie mąż życzył z nią przebyć zimę, mającą być przedziałem, między łagodnym klimatem i ruchem Paryża, a wiejską samotnością; chciał on bowiem ażeby siostra, która naprzód pojechała, miała czas urządzić, jak najdogodniej nowe pomieszkanie dla Pani Sławińskiej, między Milinem i Brzoznowem utworzone.
Delfina tymczasem, której mąż najął dom, daleko od zamieszkanej dawniej przez nią ulicy, widząc odmienną zupełnie jej postać, nie tyle przykrych ile się spodziewała, znalazła spomnień. Nowość jej połączenia z mężem, wszystkich z początku zwróciła uwagę; ale, że Państwo Sławińscy przyjeżdżali z Paryża, byli bogaci, przyjemny dom utrzymywali, wkrótce zaczęli jedni szczerze, drudzy pozornie, lecz wszyscy jednogłośnie, męża chwalić, żonę bronić, obojga dobre przymioty wysławiać, i winę tak długiego ich poróżnienia (jak to zwykle bywa), na zmarłą tylko rzucać Hrabinę.
Unoszono się nawet sentymentalnie, nad ciągłem staraniem z którem Delfina unikała domu przez ciotkę i Zofią dawniej zamieszkanego, i wszystkie bale i fety nieszczęśliwą córkę jej przypominające. Pojmowały to z czułością wszystkie matki, które jedne tylko, Zofię w Warszawie spominały, przywodząc jej los na pamięć, niebacznie chcącym ją naśladować towarzyszkom.
Adolf zaś, już od roku z Leokadyą na Podolu był zaślubiony, a Panna Rozalia, którą porzucił Pan Grzegorzewski, z bogatą owdowiałą ożeniwszy się oberżystką (gdyż przyjaźń filutów jest tylko krótką zmową trwającą do korzystniejszego układu), założyła sklep mód. Używa teraz kolejno, znajomej sobie sztuki pochlebstwa kupującym, i własnego doświadczenia, dla pilnowania ostro swych Panien, którym cierpkie, o zmienności ludzi i o ich przewrotności, użycza przestrogi.
Tak daleka od niej poczciwa Panna Kunegunda, z radością ostatni raz w swój piękny się ustroiła robron, trzymając do chrztu ze starym Tomaszem, nowo narodzoną córkę Władysława i Emilji, której dano imię Jadwiga. Wkrótce potem ci dwaj poczciwi staruszkowie, jakby tylko czekali tego pomyślnego wypadku, dla uwiadomienia o nim ukochanej swej nieboszki Pani, pożegnawszy się z tym światem, z nią się połączyli.
Zmartwiona ich zgonem, blizko po sobie nastąpionym Emilia, ale przytomna wszędzie, gdzie pomoc i pociechę nieść mogła, miała do pocieszenia jeszcze, zasmuconą i chorą Szambelanowę, tkniętą apoplexyą, po wykradzeniu jej jedynaczki, przez awanturnika Francuza guwernera bawiącego w sąsiedztwie. Potrafił on sobie ująć serce Panny Hortensyi, takie same zapewnienia miłości jej czyniąc, jak bohater, łaskawie przez Pana Porucznika pożyczanego romansu. Największa więc rozpacz panowała w domu nierozsądnej Szambelanowej; gdy tymczasem szczęśliwsza od niej matka, poczciwa Wojciechowa, z radością kołysała nowo narodzonego syna swej Małgosi, przy której osiadła.
Donosiła o tem wszystkiem Pani Mielińska bratu, z ukontentowaniem mu oraz oznajmując, zupełne jego nowego pomieszkania w Topolówce ukończenie. Udali się tam Państwo Sławińscy, po odbytej Świętej Zofji smutnej rocznicy, w której Delfina umieściła na grobie Hrabiny i córki, zamówione dla nich we Włoszech grobowe pomniki. Był to ostatni hołd przez nowo-odrodzoną duszę Delfiny, dawnym jej wyobrażeniom, o czułości i przystojności wypłacony. Nie sprzeciwiał jej się w tem mąż, nadto znający ludzi, aby nie wiedzieć, iż przez nabyte przymioty, cokolwiek zawsze przegląda dawnego charakteru. Sam zaś, inaczej pamiątkę córki uczcił, fundując na wieczne czasy w dawnym swym domu w Topolówce, pod dozorem Pani Mielińskiej, na ten przedmiot przerobionym, szkółkę dla sześciu biednych panienek, którymby oraz, przy wyjściu ztamtąd, przyzwoity był dany posag w dzień Świętej Zofji. Obwarował jedynie, stosowne do ich stanu wychowanie, tak rzadkie w naszym kraju, gdzie się prawie każdy mieni równym wyższemu o stopień od siebie.
Uprzyjemnił także ile możności nowy domek, dla żony zbudowany: tak, jak się staramy uwdzięczyć miłemu ptaszkowi, którego wabiemy, klatkę na mieszkanie mu przeznaczoną. Chętnie albowiem tym sposobem pozostaje w niej, i już nawet mogąc odzyskać, nie zapragnie swojej wolności; gdyż przymuszona tylko i nudna osobność, staje się więzieniem.
To nowe, przyjemne pomieszkanie, zupełnie w innej stronie jak dawne, mocno ulżyło lękającej się bolesnych spomnień Delfinie, i z rozczuleniem ścisnęła rękę męża, wjeżdżając na ładny dziedziniec, murawą i klombami ozdobiony. Czekała ją na progu uprzejma Pani Mielińska, uradowany zięć, i uszczęśliwiona Emilia, piastująca na swem ręku, śliczną Jadwisię, którą sama karmiła. Zaczęto się witać jak najczulej; nastąpiły tłumne krzyżujące się zapytania o siebie, o drugich, o zagraniczne kraje, o wieś i Warszawę.
Przybyli w kilka dni i sąsiedzi dla przywitania nowo powracających z Paryża, pogodzonych małżonków. Szacunek, który Pan Sławiński okazywał Delfinie, ogólny jej nie długo pozyskał; gdyż jeżeli się zajmują chwilowo w towarzystwie, opuszczonemi od mężów żonami, nie pozyskują zwykle ciągłego szacunku tylko te, które od nich są poważane: w świecie albowiem urywki tylko ich charakteru, w domu całe ich życie się rozwija. Od powrotu więc dopiero Delfiny do męża i obowiązków, szczerze powzięto o niej dobre mniemanie. Zaszczycano się jej przyjaźnią; słuchano z ciekawością opowiadań jej podróży, i nabrała jeszcze więcej przewagi w sąsiedztwie, przy nowo otrzymanej przez męża godności Kasztelana.
Wkrótce, przy dobroczynnej pomocy i prawie macierzyńskiej opiece Pani Mielińskiej (która pierwsza umiała nie obarczając słabości charakteru Pani Sławińskiej, wesprzeć ją skutecznie), zajęła się Delfina domem i gospodarstwem. Te albowiem konieczne zatrudnienia, milszemi by się częstokroć wydawały, nie obeznanym z niemi w młodości osobom, gdyby z początku łagodnie do nich nakłaniane, a nie nagle przymuszane, pod postacią miłych obowiązków, a nie zrzędnej skrzętności je poznawały.
Oswojona powoli Delfina, z tak przykrem niegdyś dla niej, swobodnem wiejskiem życiem; i czerpając w religji coraz nowe siły, i większą łatwość do pełnienia cnotliwych ofiar; zwyciężyła nareszcie, długi wstręt, i postanowiła od drugiej rocznicy Świętej Zofji, odwiedzać szkółkę biednych panienek, gdzie tego dnia modlitwy wdzięcznych serc, imię jej nieszczęśliwej córki, przed Bogiem spominały. Nie długo nawet potem, uczęszczając do niej chętnie z Panią Mielińską, zajęła się z upodobaniem, pokazywaniem wychowywanym młodym osobom, różnych pięknych robót, w których bardzo zręczną była.
Najbardziej atoli duszę jej odżywiło, powzięte przywiązanie ku małej Jadwisi, którą bardziej jak swe własne w tym wieku pokochała dzieci; próżność osobista, nie dozwoliwszy jej wtenczas doznać w całej swej rozciągłości, słodyczy macierzyńskich uczuć.
Jeżeli jednak czasem, poprawia sukienkę, lub włosy wnuczki, albo napomina ją, dawnym zwyczajem, aby się prosto trzymała, wnet spomnienie Zofji głębokiem jej piersi wznosi westchnieniem; przestaje nagle mówić, i pocałowawszy lekko Jadwisię w czoło, nic już nie dodaje; nie sprzeciwiając się w niczem użyczanemu jej przez rodziców wychowaniu, tak różnemu od tego, które odebrała Zofia.
Sama zaś, oprócz tej bolesnej i niezgojonej rany, ustawicznie wyrzutami sumienia odnawianej, swobodne, użyteczne i miłe przepędza życie i rzeczywiściej szczęśliwszą się nawet czuje, niż w czasie próżnych ułudzeń. Słodko jest albowiem spocząć po wypełnieniu przykrych nawet obowiązków, podczas gdy zatruta tylko gorycz, osiada na dnie upajającej czary, marnych świata rozkoszy; a jeżeli ten, co się mija z cnotą, ze szczęściem spotkać się nie może: ten także który podług cnoty postępuje, nigdy bez pociechy nie zostaje.
Dobra Pani Mielińska, której przykłady najlepiej ułatwiły to, co w samych przepisach zbyt trudnem się wydawało Delfinie, cieszy się wraz z bratem i Władysławem, z jej powrotu do cnoty; gdyż miło nabywać co dzień nowych powodów szacowania coraz bardziej tych, których kochamy. Emilia zaś, rozsądnie prowadząc Jadwisię, będąc ciągle dobrą żoną i córką, ze słodkiem zaufaniem może się spodziewać, iż jej nieba szczęśliwą matką być dozwolą.

KONIEC ZOFJI I EMILJI, I TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elżbieta Jaraczewska.