Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dością matce oddała, wtedy gdy opodal stojący Władysław, tą samą myślą wiedziony, biegł także w tę stronę.
Już się zbliżał do młodej wybawicielki nieszczęśliwego dziecka, przy odgłosie szczerze jej dawanych pochwał (bo pierwsze uczucie żywo poruszonych ludzi, zawsze jest sprawiedliwe i szlachetnej) gdy spotkany przez młodego Officera, którego ledwo znał w Warszawie, i wzięty od niego pod rękę, w inną stronę do stajni, w której konia kupował, zaprowadzonym został. Ledwo mu się wymknął zniecierpliwiony Władysław, ważnym się zasłaniając interessem, i pobiegł za swoją nieznajomą.
Nigdzie już jej nie znalazł: inne tylko damy rozpierając się w bławatnym sklepie, naśladując pierwsze, oczom się jego przedstawiły. Wychodził ztamtąd Władysław, gdy usłyszane imie Panny Emilji, i nadzieja powzięcia wiadomości, kto ona była, do pozostania w sklepie i zatargowania pierwszej fraszki, za szkłem wystawionej, były mu powodem. «Doprawdy, — mówiła przez nos dobitnie jedna z dam tam siedzących, przy której stała wysoka córka bujająca się jak trzcina; — cały kozak z tej