Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


osobę. Wsunęła z najżywszem politowaniem resztę pozostałych w woreczku pieniędzy, w rękę żebrzącej z niem nieszczęśliwej matki. Przypatrując się potem pilnie zawartym oczom dziewczynki, badała troskliwie, czy nie wpędzony wewnątrz kołtun był tej ślepoty przyczyną? a po odebranej potakującej odpowiedzi matki, użyczyła jej, tak pospolitego i skutecznego na przywrócenie go sekretu, i radziła obłożyć głowę barwinkiem w wódce namoczonym; gdy wołający ją głos ze sklepu, wejść do niego ją przymusił.
Wychodziły wtenczas wszystkie damy, zabierając się przejść przez ciasną błotną uliczkę podniesienia przedzielającą, przez którą szła błogosławiąca Emilkę ciemnego dziecka matka. W tem nagły krzyk, tłumy cisnących się ludzi, poprzedzone popłochem tak łatwo się w ciżbie szerzącym, oznajmiły zdjęcie się z arkanu dzikiego konia, pędzącego w tę stronę. Zaczęto tłumnie krzycząc, uciekać na wszystkie strony; biedną kobietę oderwano od jej dziecka, które mocno popchnięte, padło na środek ulicy: gdy z szybkością błyskawicy, biegnąca młoda osoba, porwawszy je na ręce z najżywszą ra-