Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strony biegających ludzi, a we wsi nędzne podparte chałupy, złe drogi, błotne kałuże na samym nawet dziedzińcu, dzieci dzikie, na wpół nagie, zewsząd uciekające; taki był sprzeczny obraz, który po Milinie przedstawił się oczom Władysława.
Przyjął go Pan Szambelan z wielkim trzaskiem i łoskotem; kiwnęła na córkę żona; wyszła po szybkiem dygnięciu Panna Hortensya. Wnet wniesiono ogromną tacę z dwunastą flaszkami likworów, i tylu miseczkami konfitur i marynat, i z wielką biedą uginający się pod nią szamerowany lokaj, któremu ta brzęcząca kolonia powierzoną była, do portu z nią zawinął i na stoliku postawił. Częstowano wszystkiem Władysława, przymuszając, ażeby wszystkiego kosztował. Prawnicy zaś, przybyli na potwierdzenie układu jego z Szambelanem, chociaż mniej nakłaniani, po niejakiem szastaniu się smaczno zajadali.
Otworzyły się podwoje, ukazał się ogromny stół z zastawą na kilkadziesiąt, chociaż tylko kilkanaście osób było. Zaczęły się krzyżować podwójne zupy, paszteciki, sztuki-mięsa białe i rumiane. Szeptał coś ustawicznie do swych