Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zofia z szyderskim uśmiechem, wszystkim ją otaczającym się przypatrywała.
Nastąpiły w kościele szepty; patrzono i na Władysława i na Emilię, i na Zofię i na jej ubiór. Wszedł na kazalnicę cnotliwy Pasterz, a święte słowa pokoju które głosił, w jednej chwili wszystko uciszyły; jak głos Boży zastanowia miotane nawałnością bałwany morskie, lub jak wypogodzone niebo, przywraca spokojność, bujanym przez zawieruchę gęstym kłosom. — Mówił o właściwych każdego stanu obowiązkach, o dobrych panach, o niewiastach cnotliwych. Zroszone łzami oczy Emilji, obróciły się ku miejscu, gdzie spoczywała szanowna jej przyjaciołka; Władysława zaś spojrzenie Emilji szukało, a Panna Kunegunda, na przeciw niego siedząca, z starym Tomaszem, w małej ławeczce koło wielkiego ołtarza, trąciła łokciem swego sąsiada, który z uśmiechem zakręcając wąsa, kiwnięciem głowy jej odpowiedział.
Wrócono do Topolówki, do której przybyło kilku innych niedzielnych gości. Wyszli wszyscy po obiedzie na wystawę przed dom, dla widzenia różnych sztuk przybyłego kugla-