Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cach do mnie wybiegała: gdy uchylając drzwi z uszanowaniem, nie śmiejąc Jejmości przy gościach inkommodować, przyszedłem się o jaką względem obiadu spytać dyspozycyą, w czem zawsze umiała nieboszki Pani Wojewodziny, chociaż tak doświadczonej damy, zgadywać życzenia! Godnego też to, godnego ojca córka! bo o matce, to różnie różni mówią... Cieszymy się wszyscy z jego powrotu w nasze strony; lubośmy jeszcze nie widzieli naszej kochanej panienki, która teraz z ciotką pojechała w sąsiedztwo.» To słowo «sąsiedztwo» na inną znowu rozmowę skierowało rozbrykany język poczciwego staruszka, którego już ledwie słyszał zamyślony Władysław. Pożegnał go wkrótce, chcąc spocząć po podróży, czyli bardziej nie odrywać się inną rozmową, od wskrzeszonego Babki i Emilji spomnienia. Wyszedł natychmiast z wszelką submissyą, czule swego Pana żegnając stary Tomasz, a późny sen dumającemu Władysławowi skleiwszy powieki, w nieporządku i dziwnem połączeniu, przedstawił (jak zwykle bywa po tłumnie doświadczonych uczuciach), i Wojewodzinę, i Zofią, i Emilkę, i burka.