Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dny burek!... — dołożył jeszcze z westchnieniem, po niejakim czasie, rozrzewniony stary Tomasz; — jak to on się łasił zawsze, i skowyczał, gdy mu Panna Emilia ośródkę od chleba ze stołu pańskiego przynosiła; bo już stary pies zębów nie mając, skórki jeść nie mógł; jakże ona go będzie żałować!...»
Na tę wzmiankę o Emilji, zarumienił się Władysław, a rozweselony tem spomnieniem kochający ją, jak swe dziecko, stary Tomasz, nie mógł przestać o niej mówić. «Ona to, ona — dodał z zapałem — tak będzie dobra jak nasza nieboszka Pani! — gdyż już większej pochwały nie mógł nikomu użyczyć, przywiązany sługa. — Z jakim ona to respektem, z jakim affektem była dla Jejmości; jak to ona nie raz podczas szarej godziny, na małym stołeczku u jej nóg przy kominku siedząc, lub klęcząc oparta na poręczy, słuchała dawanych jej przez nią morałów! z jakiem to ona ukontentowaniem, gdy Jejmość słaba była, widziała ją pijącą ze smakiem, zgotowaną przez siebie polewkę! z jakim to pośpiechem wstawała od krosienek, na których haftowała apparat kościelny, i na pal-