Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z Jedrychowa; przemyślnych, szenekatarynką obciążonych wędrowników, i piskliwie swój towar zalecających preclarzy. Ogółem, wszędzie wjeżdżając do tego jarmarcznego miasta, w którem jak w filozoficznej allegoryi, wszystkie pomieszkania są tylko zajezdnemi domami, widać było ruch i pośpiech, ciekawość i odurzenie, skwapliwą chciwość, lub niespokojną zysku nadzieję.
Bawiła ta różność obrazów Władysława; gdy przy skręcie ulicy, spostrzegł, mijający w tym momencie niepakowny elegancki kocz, możniejsze (jak się zdawało) z sąsiedztwa osoby, dla chwilowej zabawy na jarmark przywożący. Siedziały w nim cztery damy, a na przodzie w czarnym kitajkowym płaszczyku i dużym słomianym kapeluszu, ładna, młoda osoba, która nawzajem na powóz Władysława spojrzawszy, coś z szybkością wiozącemu stangretowi u koła wskazała. Zaintrygowany tem Władysław, z ciekawością dla widzenia jej lepiej się wychylił, ale się mu tylko jak błyskawica mignęła. Korzystając z jej niemej przestrogi, stangret zastanowił konie, i spostrzegł w istocie spadające od powozu koło. Przez czas na-