Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lionem rozmawiającego. Pani Mielińska drżąca i blada, szła naprzeciw szybko przybywającemu Lekarzowi, a Emilia łzami zalana, klęczała u nóg załamującego ręce Pana Sławińskiego.
Stanęła Delfina jak wryta; nie żałowałby mąż tak namiętnie Hrabiny! jedno tylko nieszczęście przyszło jej na myśl; jednego tylko nieszczęścia, serce jej odpierało przekonanie.
Zimnym potem oblana, na wpół uwiadomiana o zagrażającym jej ciosie, wydała głuchy jęk, nieszczęśliwa matka, padła na kolana, zasłoniła twarz rękami i wzniósłszy duszę do Boga, o nadzieję jeszcze błagała!!!
«Żono! — rzekł, nadeszły w tej chwili, wraz ze wszystkiemi, rozpaczający Pan Sławiński: — więc już wiesz.... Niech cię Bóg pociesza, nieszczęśliwa matko!...» Odsłoniła Delfina twarz i zdziczałe oczy, krzyknęła przeraźliwie: «Zofia! więc już nie mam córki!...» i padła bez przytomności na łono podnoszącego ją męża. Ledwo się jej dotrzeźwiono. Przyszedłszy do siebie, zaczęła przecierać oczy, jak po przykrym śnie. Widok żalu męża i córki, której twarz śmiertelna okrywała bladość, przypomniał Pani Sławińskiej doznane nieszczęście,