Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cierzyńskich ci nie da uczuć słodyczy. Sprawiedliwy albowiem Bóg, nakazujący szanować rodziców, ukarze cię za mnie; przekli...» — Na to okropne zaczęte słowo, zawarł Pan Sławiński ręką usta żony, zawoławszy z całą mocą powagi męża i troskliwości ojca: — «Matko, nie przeklinaj twego dziecka!» Przerażona zaś Zofia, bez zmysłów u nóg jej padła.
Na ten widok, przestraszona Delfina, bojąc się aby wysłuchaną nie była, najokropniejszą przejęta obawą, o wszystkiem zapomniawszy, zaczęła najczulej trzeźwić córkę, która przez ojca podniesiona, na łonie jego wsparta, leżała na kanapie, nie dając żadnego znaku życia. «Idź za Adolfa, tylko żyj i kochaj mnie!» były pierwsze macierzyńskie wyrazy, które przychodząca do siebie uszłyszała Zofia. Dobroć w jednej chwili zdziałała to, czego surowość dokazać nie mogła. Obfite łzy oblały wpółobumarłą jeszcze twarz Zofji, i przepraszając tkliwie matkę, z najwymowniejszą czułością, rękę jej z ręką ojca połączyła i na swojem przycisnęła sercu. Przyszła nie długo zupełnie do siebie, równie z uradowaną z jej odzyskania matką: przywołano Władysława