Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do bocznego ołtarza. Zwiedził potem szkółkę, gdzie tylko zastał czworo jąkających się dzieci dworskich, uczących się czytać od fukliwie na nich wołającego bakałarza, który już nikogo darmo do swojej szkółki nie przyjmował.
Odwiedził także Władysław ze smutkiem, zaniedbany szpital, gdzie w istocie podług opisania Panny Kunegundy, zastał szyjących krawców Żydów, utrzymywanie felczera (jak mówił Pan Rzegota) «będąc tylko niepotrzebnym dla Jaśnie Wielmożnego Pana wydatkiem; gdyż nic tak słabości nie mnożyło, podług niego, jak lekarstwa, bez opłacenia których, nasze chłopki, ten pół bydlęcy ród od Chama pochodzący, najlepiej do zdrowia przychodzi, lub najspokojniej, nie cherlając, umiera.» Nie mieszkał też w szpitalu, wypróżnionym podług tych zasad przez Pana Rzegotę, tylko jeden ślepy dziadek, który żebrał śpiewając pod kościołem, i tłusty, z czerwonym nosem Mateusz, na przybycie Pana starannie dużą miotłą próżne kąty wymiatający.
Udał się potem Władysław do poczciwej Wojciechowej. Wybiegła na przeciw niemu, i najserdeczniej swego dawnego panicza przywi-