Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odświeżoną, sześcioma nędznemi końmi zaprzężoną, pani młodej, karetą. Wysiadła z niej podeszła osoba, w niewłaściwem sobie, podług ostatniego Dziennika mód, najnowszem ubraniu, i młoda osoba wystrojona jak na bal. Wyskoczył za niemi, świstając, przybyły na wakacye do matki studencik, ulubiony synek Pani Podczaszyny. Wylazł nareszcie powoli dzielący, z nim jej pieszczoty stary, krzykliwy i krztuszący się mucyk, którego nikt w sąsiedztwie cierpieć nie mógł, dla ustawicznego szczekania, i zdradnego zwyczaju chwytania za nogi wchodzących osób.
Weszli na górę; posadzono damy na kanapie. Zaczęła się Pani Podczaszyna w niezgodnej ze swoim strojem mowie, przypominać Pani Sławińskiej, którą miała honor widzieć siedni lat temu u nieboszki Pani Wojewodziny, z którą ś. p. jej ojczym miał zaszczyt być w kolligacyi, a ona w najlepszej zawsze zostawała komitywie. Wywodziła następnie, różne inne genealogie, podobne jej prawa nadające do kolligacyi z Państwem Sławińskim. Przypomniała sobie w końcu, iż miała do wyexkuzowania męża i zięcia, którzy równie jak ona,