Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ustannie mówiła, żaliła się, płakała lub śmiała się przeraźliwie. Zaklinał lekarzy o wyratowanie jej, rozpaczający Adolf, nie mogąc ani ukryć swojego pomięszania babce, ani zapobiedz uiszczeniu żywej jej chęci, odwiedzenia chorej, dla przekonania się o jej zdrowiu.
Kazała się nareszcie zanieść w wieczór próżna i zgrzybiała Hrabina, ze staraniem dotąd wszelkiego widoku cierpienia i śmierci unikająca, i na młodej istocie czule przez nią pielęgnowanej, ukazało jej się pierwszy raz okropne śmierci zjawisko. Już jej nie poznała Zofia, leżąca wśród rozlicznych lekarstw i rozrzuconego nie dawno zdjętego halowego stroju. Krzyknęła i zaczęła się śmiać okropnie, wziąwszy w tej chwili za widmo, spostrzeżoną swoję własną w zwierciedle postać. Wpatrująca się dotąd w nią pilnie osłupiała babka, wstrzęsła się, zasłoniła oczy i kazała się odnieść do siebie, gdzie już ani słowa nie wyrzekłszy, chęć tylko spania okazała.
Rozebrano ją, zasunęła firanki, uciszyli się wszyscy i odeszli ją, a nazajutrz, zimne już tylko jej zwłoki w łóżku znaleziono. Liczni przyjaciele zatrudnili się jej pogrzebem, gdyż