Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzewka, cośmy w naszym ogrodzie siatką przykryli, chcąc jego owoce przesłać Pani Szambelanowej.» — «Nie, matulu — odpowiedział śmiało chłopiec — to z pańskiego ogrodu.» — «A to co innego — rzekła ułagodzona Pani ekonomowa, która jak to często bywa, inną w tym względzie dla siebie, jak dla drugich moralność tworzyła. Dołożyła jednak po krótkim namyśle: — a nie widziałże cię kto?» — «Ej! któżby mnie widział — mówił, odburkując się zniecierpliwiony chłopiec — Panna Kunegunda śpi, a Pan pewno, tem bardziej jeszcze w łóżku być musi.»
Gdy hardo domawiał te ostatnie słowa, otworzyły się drzwi, i ten o którym spomniał, nagłe przed nim stanął. Zalękła się matka, schował się za nią przestraszony chłopiec, a Władysław powiedział jej ozięble, jako i nadbiegającemu w ten moment z czeladnej izby Panu Rzegocie: «Słyszałem dziś rano waszego syna nazywającego złodziejką biedną dziewczynę, za mojem pozwoleniem w ogrodzie zioła dla matki zbierającą; gdy tymczasem widziałem go zaraz potem, ukradkiem przed ogrodnikiem, zrywającego najpiękniejsze wi-