Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skim, kamerdynerem Hrabiny, kochankiem Panny Rozalji, i mała rola, którą czuła, iż będzie grać na wsi, jedynym były jej nieukontentowania powodem. Zaspakajała ją Delfina z uśmiechem, ale razem i z obawą, dowodzącą częste jej kaprysom uleganie. Pan Sławiński oschle jej odpowiedział: iż żałuje, że inaczej być nie może, i prowadząc żonę do stołu, nie mógł jej utaić zadziwienia, które w nim wzbudzał przykry humor Panny Rozalji, sądząc, iż dla niej równie nieprzyjemnym być musiał. Broniła jej z żywością Delfina, twierdząc, iż nie można być przywiązańszą, zręczniejszą, i że jej wiele winna za łożone około Zofji starania. Na te słowa, ścisnęło się serce Pana Sławińskiego, a zarumienione z płaczu oczy Zosi, w tym momencie ich doganiającej, z łatwością go przekonały, iż się stała ofiarą złego humoru Panny Rozalji, potrzebą jej przebierania podwojonego.
Kolacya była smutna i milcząca. Edward miał serce ściśnięte, widząc gościem w domu tę, którą sądził, iż panią jego i uprzyjemnieniem będzie. Emilka patrzała z zadziwieniem na wybór i małą ilość potraw udzielanych Zosi,