Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiński szybkim krokiem poszedł do okna, a Pani Mielińska schyliła się dla podniesienia upadłych nożyczek.
Spostrzegła Delfina rażącą stronę, przerywającą harmonią; zarumieniła się nawzajem, obawiając się wrażenia, które mogła uczynić na Pani Mielińskiej. Podwoiła przeto uprzejmości i zaproponowała ogólną przechadzkę.
Wszystkim się lżej zrobiło. Edward był kontent, iż pokaże potem żonie, ozdobiony dla niej appartament, Pani Mielińska cieszyła się myślą, iż pięknie urządzony ogród jej się podoba, a Emilka, którą matka pocałowała w wynagrodzeniu, z tryumfem Zosię do swego ogródka i baranka prowadziła. Lecz i ta nadzieja przyjemności ich zawiodła. Delfina o niczem podług siebie, ale o wszystkiem podług mody sądząc, nie mogła wybaczyć mężowi; iż obok pięknych klombów, zostawił dla cienia, staroświecki szpaler. Zosia, nosząc dla ukształcenia nogi, materyalne tylko trzewiki, skarżyła się na rosę, bała się chrabąszczów, i nie śmiała ani na krok wstąpić do ogródka Emilki, ażeby się nie zaczepić o agrest, ani się dotknąć świeżo umytego baranka, żeby się nie powalać;