Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trwożliwie mu nawet podawała listek z ręki, lękając się ciągle, czy jej nie ukąsi. Zaspokajał ją w tem ojciec z niejaką goryczą, widząc zasmucenie Emilki. Pani Mielińska pocieszyła go, przypomniawszy mu ile Zosia była obcą wiejskim przyjemnościom, i dała jej w zamianę duży bukiet z kwiatów.
Wrócono smutno do domu. Delfina chciała pójść do swego appartamentu, ubrać cieplej Zosię, dla której się bała chłodu wieczornego. Zastali tam Pannę Rozalią wyrzekającą na brak tysiącznych przedmiotów do wygody służących, które Pani zostawiła w appartamencie swoim w mieście; na niedostatek szafy do zawieszania bez pogniecienia jej sukien; drugiej z szklannemi drzwiami do kapeluszy, nareszcie na krzyk pawiów, które Pani spać nie dadzą, i mocny zapach kwiatów w jej pokoju będących; gdyż te na ganku przed domem stać powinny, ażeby nie szkodzić delikatnym nerwom Jejmości. Pełno było goryczy w jej uwagach, i mniemanej dla Pani gorliwości; gdyż nic nie ma bardziej przesadzonego, jak skargi pokrywające prawdziwą przyczynę, nieukontentowania, a rozłączenie się z Panem Grzegorzew-