Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ludzi Pan Szambelan; piorunująceni spojrzeniem patrzała za nimi jego zona; kwaśno napominała Panna Hortensya, i prawdziwą poniósł utarczkę Władysław, dla uniknienia aby jemu przed damami półmisków nie podawano. Następowały, kolejno po sobie, jarzyny, potrawy, leguminy, ryby i zwierzyna, pieczyste, kompoty, sałaty, ciasta i galarety; różne jeszcze inne staroświeckie i modne specyały; tak jakby wszystkie na świecie przysmaczki, tam się jednego dnia zgromadzić umówiły.
Spostrzegł jednak z zadziwieniem Władysław, iż cokolwiek było wyborniejszego, przechodziło jakby nadpowietrznie, koło siedzących na szarym końcu, kilku officyalistów i wyprostowanej Panny służącej, którzy w najgłębszem milczeniu, wkrótce już nic nie jedząc, jak nieme osoby na scenie tylko figurowały. Nalewano gęsto wina nieco kwaśnego, czekając z starym Węgrzynem na przybitkę. Rozmowa coraz głośniejszą po nim się stawała; rozpoczęły się różne krotofilne żarty. Odcinał się z pełną gębą tłusty Komornik, pomiędzy gośćmi będą<5f, któremu w podwojonej winem gadatliwości, wymawiał gospodarz domu, opiesza-