Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie siebie wyrazy, i w momencie ich z sobą poznało. — «Jakieś to Pan podobny! — — rzekła potem z żywością Panna Kunegunda (każdy znajdując zwykle w twarzy nowo poznanej osoby, rysy drogiej zachowanej w sercu pamiątki) — do nieboszki swej matki, Pani Starościny Buczniewskiej; — gdyż pomimo największego rozczulenia, nigdy Panna Kunegunda, póki mogła, nie przestawała nazywać po godności osoby, które szanowała. — Zdaje mi się, że ją widzę, gdym ją trzydzieści i trzy lat temu, na Najświętszą Pannę Gromniczną, z Panią Wojewodziną do szlubu ubierała. Daruj Pan, że tak niestosownie należnemu Panu respektowi, nie uprzedziwszy z winną attencyą i nieubrana stawam; ale starość, nie radość.... Dłużej teraz sypiam, stare kości potrzebują odpoczynku! Inaczej to było za nieboszki Jejmości! Zwinniejszą wtenczas byłam; miewałam dziewczynkę do usługi, i dwa razy na dzień kawę, a teraz tylko na śniadanie pijam, i to z cykoryą, bo droga i ciężkie czasy! Dziewczynkę także odprawiłam, choć mi jednak o to nikt nie mówił; bo czegóż mam ciężyć Panu, kiedy stara, coraz bar-