Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zajechały niezwłocznie powozy, i wkrótce za laskiem zielonym, w którym wyobraźnie i spomnienia obydwóch dziewczynek, kolejno widziały i przypominały zbierane kwiaty, rydze lub orzechy, spostrzeżono kilka chałup, z których kominów gęste kłęby unoszącego się dymu, jak fantastyczne obłoki po niebie się przesuwały. Ujrzano potem wielki staw, zastawiony młyn, koło niego budkę z chróstu, w której duże rozpalone ognisko oświecało snujących się przed nim żydów o ryby się targujących, i starą wieśniaczkę, co w kuczki siedząc, dla robotników jeść gotowała. Dalej, przy wesołych okrzykach wyciągali pracowicie rybacy ciężkie siecie, i starannie rozplątując uwięzłe w nich różnego rodzaju ryby, wrzucali je w duże naczynia wodą napełnione. Obok bawiące się dzieci, komicznie ich naśladując, ciskały w staw małe płotki, ze wzgardą na bok odrzucone. Z drugiej zaś strony, widać było rozwieszone w festony na wierzbach suszące się sieci, jadące z turkotem po grobli wozy z beczkami, krążące po stawie czółna, zarzucane po nim sieci, za któremi się ciągnęły jak wieńce szerokolistne biało kwitnące wodne rośliny; gdy