Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z niego występków, najlepiej się poprawi, i będzie się mógł stać, nie hańbą, ale pociechą waszej starości.» Postąpił równie wspaniale Władysław z bakałarzem, którego także oddalił, zostawując wszystkich w zadziwieniu, iż może być razem Pan tak dziwaczny i tak dobry, tak gospodarny a tak wspaniały. Sam zaś, ulżonem sercem, widząc już w myśli uskuteczniające się dobroczynne zmiany, około których pracował, udał się konno do Milina.
Jechał przez bujne łąki, rozległe i kwieciste jak wyobraźnia pierwszej młodości, po której w odległości, uwijali się jak mrówki, ochoczo grabiący siano robotnicy. Przejeżdżał koło wznoszących się zdaleka jak chałupki stogów, które dalej w innej postaci, jak parasole chińskie między drzewami się wydawały. Nowa nareszcie w bok drzewami sadzona ulica, wkrótce go do Milina zaprowadziła.
Znalazł Władysław, piękny domek z małym za nim ogródkiem, ładnym gołębnikiem i pasieką; zsiadł przy fórtce z konia i do drzewa przywiązawszy, wszedł na dziedziniec, umajony piękną murawą. Otaczały go na przodzie, domek Emilji, a z drugich dwóch stron, fol-