Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widoku Pan Hoffel, zabierał się go już kreślić.
Delfina jednak, gotowa stanąć w obrazie korzystnie, ile razy była na widoku publicznym, z uprzejmością ofiarowany sobie wieniec przyjęła, obróciwszy się w koło z poddającą go sobie przednicą. Pan Sławiński hojnie tejże wynagrodził, a dziewczynki przez niego zawołane, z równą ochotą do przeznaczonych im kramików pobiegły. Zosia atoli, lękając się matki, z nieśmiałością różnofarbne wstążki i i świecące dary do góry wznosiła, rozdając je cisnącym się dziewczętom; podczas gdy Emilka z najserdeczniejszą wesołością, wołając kolejno znajome, zachęcając nieśmiałe, uprzejmie z każdą mówiąc, sumiennem się tylko troszczyła rozdaniem.
Zasiedli wszyscy do stołów. Śmiały chłopak, już schodził przy powszechnych oklaskach z chustką zdobytą ze ślizkiego słupa. Zaczęto spełniać głośne wiwaty za zdrowie państwa, zagrzmiała muzyka, i syn wójta z nieśmiałą oracyą, gniotąc w ręku kapelusz ponsową wstążką ozdobiony, przyszedł prosić Zosię w taniec. Spojrzała trwożliwie na matkę; lecz