Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do pokoju bawialnego się udała, przyjacielsko już po drodze rozmawiając z Zosią; gdy tymczasem zimna i drżąca ręka Emilki, dowodziła jej ciągle, ile jeszcze zmięszaną była.
Zastali już wszystkich w salonie. Twarz Pani Sławińskiej najmilszy znowu przybrała uśmiech, i z przyjemnością o szczegółach tyczących się stolicy, z gośćmi zaczęła rozmowę. Gdy jednak po wyczerpaniu tejże, Pan Uniecki kollega niegdyś szkolny Pana Sławińskiego, dawne zaczął przywodzić spomnienia, a jego żona znudzona miastem, z ciekawością pytała się Pani Mielińskiej o najlepszy sposób założenia ogrodu i odchowania pięknego bydła, z Podpułkownikiem już tylko Delfina o Warszawie mówiła. Pierwszy raz nawet od przybycia w dom męża, dla zapełnienia czczości prowadzonej z nią rozmowy, wzięła się do gospodarstwa herbaty. Co jej się zaś jeszcze przykrzejszem stało, to było spostrzeżenie, iż po krótkiem zajęciu się Zosią, z żywością rozmawiano o Emilcę, którą widząc mocno pomięszaną, dobrze ją znająca ciotka, z jakimsiś zleceniem w tej chwili z pokoju wysłała, ażeby jej dać czas przyjść do siebie. Wbiegła wkrótce zdać sprawę żwawa