Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zwykle) na stronę panny Rozalji, z pochlebstwem mówiącej, ile się w tem ubraniu ładnie figurka panienki wydaje, i kładąc sama gwałtownie gorsecik Zosi, gdy z powodu jej oporu ramiączko pękło, do największego uniesienia doprowadzona, mocno ją uderzyła. Iskrzące się oczy, zbladłe i drżące usta Delfiny, rzewny płacz Zosi, tak mocno przeraziły nieprzyzwyczajoną do podobnych zdarzeń Emilkę, iż padając do nóg matki, łzami zalana, i składając ręce, o przebaczenie siostrze najmocniej błagała.
Usłyszany w ten moment turkot zajeżdżającego powozu, szczególną zmianę w tej scenie uczynił. Zarumieniły się nagle blade lica Delfiny; podniosła szybko klęczącą jeszcze Emilkę, zalecając jej kwaśno, żeby sukni nie gnietła, i pocałowała w czoło Zasię, zamiast czekać przeproszenia dąsającej się dziewczynki. Gorzko jej tylko wymawiała, że zastaną ją z czerwonemi jak królik oczami, i zaczęła kolejno na nie chuchać i różanną wodą przemywać. Poprawiwszy sobie potem włosy w zwierciedle, darowała pannie Rozalji, dla przebłagania, zdjętą z siebie suknią, i szybko z dziećmi