Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


, maczając aż do dna filżanki biszkopty, potem gryząc w najlepsze, piękne rumiane jabłka i soczyste broskwinie na podwieczorek przyniesione, wylatywał na ganek rzucać ogryzki i pestki na śpiącą w słońcu kotkę Panny Kunegundy, do której i sam zbiegł wkrótce, wszystkie drzwi otworzywszy a żadnych za sobą nie zamykając. Uciekła zadrasnąwszy go harda myszołówka. Zaklął ją rozgniewany chłopiec, i kamieniem za nią rzucił, a potem świstając sobie znowu wesoło, zaczął kwiatki zrywać, i gruszki otrząsać.
Pani Podczaszyna atoli, chcąc wkrótce odjechać, podług prawideł etykietalnej wizyty, zawołała go przez okno, i uśmiechając się na te niewinne igraszki, mówiła z politowaniem: iż sprawiedliwie było, aby sobie biedne chłopczysko po nudnych naukach użyło trochę wolności, podczas wakacyi. Rzucił Tomuś kwiatki, opakował kieszenie gruszkami, i wyjechała wkrótce z nim i całą swoją karawaną Pani Podczaszyna, rekomendując się łasce i przyjaźni Pani Sławińskiej, którą żegnająca potem jej córka pani młoda, prosiła usilnie z krótkiem dygnięciem, ażeby o niej pamiętała i ją kochała.