Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czuleniem Władysław, szanowne jej rysy nieco zatarte w jego pamięci, i wypogadzający je miły uśmiech, zdawał mu się oświadczanem przez nią z nieba zadowolnicniem, na widok wzrastającej w jego sercu ku Emilji miłości.
Nadeszła i ta niezwłocznie po ich powrocie do bawialnego pokoju, bez żadnej powierzchownej oznaki, doznanego pierwej rozrzewnienia. Zachwaliła ciotce z żywością kilka rozkwitających w oranżeryi zagranicznych roślin, wznieciła chęć oglądania, i wszyscy poszli do ogrodu. Pokazywała Emilia z wszelkiem zaufaniem sąsiadowi, mającemu wkrótce w jej mniemaniu bratem jej zostać, kręte wśród pięknych klombów uciekające ścieszki, przez nią utworzone, mały na wodzie bacik, na którym często pływano, ulubione jej miejsce do łowienia ryb na wędkę, i nareszcie mały ogródek lekarskich roślin, szczególniej pod jej dozorem zostający. — Drobny deszczyk zaczął padać; wrócono do domu.
Nadeszła i szara godzina; na żądanie ojca, usiadła Emilia do klawikortu przy otwartem oknie stojącego, na pulpicie którego, leżały śpiewy historyczne Niemcewicza, te czułe pie-