Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


hamonji powoli go ułagodził; stanął za jej krzesłem; konwulsyjne tylko palców na nim przebieranie, dowodziło Delfinie ostatnich miotającej nim burzy wzruszeń. Wkrótce zegar dziesiątą wybił; Delfina wstała od fortepianu pod pozorem wypoczęcia z podróży, a rzeczywiście dla wylania na łono Panny Rozalji, różnych spostrzeżeń: tak, jak zwykła od dawna czynić podczas wieczornego rozbierania, przy używaniu różnych kosmetyków do zachowania piękności służących. Edward zaś w milczeniu, wziąwszy siostrę pod rękę, poszedł z nią do staroświeckiego po rodzicach szpaleru, gdzie wynurzył jej smutek, po utraconej nadziei, odzyskania kiedyś serca żony. Słuchała go w milczeniu; lekkie tylko czasem ręki ściśnienie dowodziło bratu, iż dzieliła jego cierpienie, i już poźno w noc wrócili szukać spoczynku. Jeszcze go był nie znalazł Edward, gdy brzask wschodzącej jutrzenki okna jego ozłocił.
Wesoła, jak wiosenny ptaszek rano się budząca Emilka, zaraz po poświęceniu z ciotką pierwiastków dnia Stwórcy, przypomniała sobie czekające ją w nim szczęście oglądania matki i siostry. Cicho się wykradłszy, i nie wnosząc,