Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Siedział spokojnie Władysław, nie domyślając się nawet tej zbytecznej parafiańskiej attencyi, gdy przymilająca mu się Panna Hortensya, z dużą lulką, nagle przed nim stanęła. Zerwał się przestraszony, nie śmiejąc nawet jej podziękować, i jakby omyłką sobie podaną lulkę, ojcu jej odniósł. — Uporczywie się potem opierał naleganiom, przez Pana Szambelana czynionym, palenia fajki bez subiekcyi, zapewniając go jak najmocniej, iż nigdy nie pali, ani przy damach palićby nie śmiał. Nie przeszkodziło to jednak w niczem śpieszącym do fajek rubasznym gościom, i w jednym momencie, gruba atmosfera na wpół ordynaryjnego tytuniu, cały pokój zapełniła.
Zbliżył się Władysław do dam. Zaczęła mu pokazywać Pani Szambelanowa za szkło oprawne i na ścianach wiszące, landszafty atłaskiem haftowane, jaskrawo malowane bukiety, nogi i ręce kredą rysowane, jako oznaki wybornej edukacyi przez Pannę Hortensyę na pensyi odebranej. Dodała pyszniąca się matka, iż się córka i po francuzku wybornie mówić nauczyła, i doskonali się jeszcze i teraz w tym języku, za pomocą książek francuzkich, które