Strona:Elżbieta Jaraczewska - Powieści narodowe 01.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


słuchała, coraz słabsza Zofia. Schodziła ona z trudnością po schodach, któremi kilka godzin wprzódy, uskrzydlona młodością i nadzieją, tak żywo wbiegła, i w przykrem uczuciu rozmarzenia, nie pozwalającem jej rozróżnić ułudzenia od rzeczywistości, wracała do domu sądząc, iż jej się tylko marzą przesuwane przed oczami obrazy.
Miły jednak letni poranek, wszystko odżywiał. Gęste brylantowe od słońca krople rosy, szklniły się na liściach drzew, i szerzyły na około, wonie odrodzonych kwiatów. Słychać było zdaleka kościelne dzwony, na poranną wzywające modlitwę: szły śpieszno mleczarki z nabiałem do miasta, jako i ogrodnicy z koszami kwiatów i owoców. Jechały skrzypiące na targ wozy pracowitych chłopków. Przechadzali się wolno, świstając, małe studenciki z książkami pod pachą, których daleko mieszkający rodzice, wcześniej do szkoły wysyłali. Szły równiejszym krokiem koło nich do szkoły, małe dziewczynki z woreczkami na ręku. Przypatrywali się wszyscy z zadziwieniem przy nowo rozpoczętym dniu, wracającym z Łazienek osobom, dla których się po-