W matni (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W matni
Wydanie drugie
Data wydania 1898
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WACŁAW SIEROSZEWSKI
(SIRKO)

W MATNI

JESIENIĄ — SKRADZIONY CHŁOPAK
CHAJŁACH — W OFIERZE BOGOM

WYDANIE DRUGIE

WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1898

  KRAKOW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.  



JESIENIĄ
OBRAZEK
ŻYCIA PÓŁNÓCNO-WSCHODNICH KRAŃCÓW SYBERYI.


Deszcze i słoty, trwające bez przerwy od dni kilku, trzymały w chacie mieszkańców jurty „Tałaki“[1], skazując ich na bezczynność. Wychodzili często z izby i długo a żałośnie spoglądali na zapłakane niebo, bo siano gniło, porzucone na łąkach. Niestety, szara siatka dżdżu spoczywała na okolicy, nad nią nizko kłębiły się ciężkie czarne chmury, wśród których spragnione oko napróżno szukało najmniejszej szparki błękitu.
Nadomiar złego ulewa nie zadowolniła się zostawionemi jej z lat przeszłych dziurami w dachu i zrobiła sobie wiele innych; lało się więc w izbie zewsząd na głowy i ramiona, a pod nogami na glinianej podłodze utworzyła się dość głęboka i wciąż wzrastająca kałuża wody. Różne nieczystości, pozostałości jadła, resztki ryb i zwierzyny, nawóz trzymanych w kącie cieląt, wdeptane w ziemię i wysuszone podczas lata, odmokły i napełniły wnętrze jurty nieznośną wonią. Było więc w niej duszno, wilgotno i zimno. Ogień na kominku palił się jakoś leniwie, zdławiony kłębami sinej pary, krążącej po izbie.
A izba była maluczka: wzięła ona z otaczającej ją pustyni nie więcej nad cztery kwadratowe sążnie przestrzeni; ukośne ściany, ułożone z postawionych prostopadle, a z kory oczyszczonych pni modrzewiowych. zmniejszały jeszcze jej objętość, zwężając u góry. Płaski, zbudowany z takichże belek dach zawisł tak nizko nad głowami mieszkańców, iż jeden z nich, Michajło, tęgi parobczak, u maleńkiego okienka rozplątujący pęk sieci, trącał o pułap kędzierzawą czupryną.
Środkiem izby szła przegroda z desek ciosanych toporem, dzieląca ja na dwie równe połowy: prawą — męską i lewą — żeńską. U słupa, stanowiącego jej zakończenie, twarzą zwrócony do ognia, z rękami założonemi na prawe kolano siedział i palił fajkę Kyrsa[2], mój gospodarz, niemłody, lecz czerstwy jeszcze Jakut, zamożny i niezależny pan pracujących parobczaków, właściciel domostwa, mnogich sieci, zwierząt i sprzętów, oraz trzech kobiet: jednej żony i dwóch córek. Młodsza była już sprzedana, lecz mieszkała u ojca, ponieważ umówiona za nią suma nie została jeszcze w zupełności przez kupującego wniesioną.
W izbie panowało głębokie milczenie, rzecz dość niezwykła w miejscu, gdzie znajduje się kilkoro Jakutów. Na kominku ogień parskał i sykał, a za przegrodą chrzęściły mięte przez dziewczęta skóry. Przeczuwałem, że cisza owa źle się skończy; rzeczywiście wkrótce wybuchła burza. Wywołał ją parobczak, przezwany „Szmatą“ dla swego niedołęstwa. Włócząc się z kąta w kąt od samego rana, przewrócił wreszcie wiaderko i wylał wodę. Ta „kropla“ przepełniła czarę. Wszystkich oczy zaiskrzyły się, a twarze pobladły.
Przelękły „Szmata“ próbował spędzić winę na Michajłę, który zgubił szukany przez niego rzemień. Michajło w odwet przypomniał Szmacie przeszłoroczne grabie. Zwada wszczęła się na dobre. Języki obracały się z szybkością młyńskich kół, wyrzucając obelgi i przycinki, na tle których groźne okrzyki gospodarza grzmiały jak trąba archanioła. Gospodyni nie zaniedbała też wyjść ze swego ukrycia i wziąść udziału w szermierce z właściwą kobietom całego świata zapamiętałością. W jurcie zaszumiało nagle, jak w zmąconym ulu. Gospodarz twierdził, gospodyni przeczyła, parobcy wymyślali sobie, dziewczęta wydawały wojenne okrzyki, zbudzone dziecko płakało w kolebce, a cielęta beczały, odpowiadając na przeciągły, gruby ryk krów, które, wieczór przypędził pod drzwi domostwa. Ten ostatni wypadek wpłynął znacznie na osłabienie hałasu, wycofując z walki żywioł kobiecy i byłby go może zupełnie zażegnał, gdyby gospodarzowi nie przyszła nagle do głowy szczęśliwa myśl dodania jeszcze czegoś, wówczas, gdy już wszyscy umilkli.
Słowo to pękło niespodzianie, jak spóźniona po walce bomba i wywołała tak straszną wrzawę, iż krowy i cielęta umilkły, wylękły wiatr ucichł, chmury uciekły, a ja ujrzałem złoty promień słońca, który przekradłszy się przez dziurę pęcherza w oknie, wpadł nagle do wnętrza naszej ciemnej, brudnej, hałaśliwej budy. Figlarny, wesoły spoczął błyszczącem kółeczkiem na siwej, wystrzyżonej głowie mego gospodarza, przed którego nosem właśnie w tej chwili sterczała ogromna, ułożona z palców jego żony „figa“.
— Ot tobie!! Zjedz!! Na!! — krzyczała rozgniewana, lecz zawsze piękna „Kiumiś“.
Figa coraz bliżej przysuwała się do rozwartych ust nieszczęśliwego.
Co się stało dalej? Czy Kyrsa pomścił w sposób godny mężczyzny tę największą zniewagę, jaką tylko może zrobić Jakutowi kobieta? Czy i tym razem okazał się „żoną swej żony“, babą, niedołęgą, jak go nazywali sąsiedzi, i nie wybił zębów, nie połamał żeber tej skrzętnej kobiecie, pracą której żył i bogacił się? Nie wiem, gdyż przewidując upadek mego przyjaciela, w którym miłość dla żony zawsze zwalczała poczucie obowiązku, a nie chcąc być świadkiem jego porażki, schwyciłem za broń i wyniosłem się z chaty.
Wiatr ucichł, powłoka chmur pękła i rozsunąwszy się, odsłoniła tu i owdzie kawałki blado-błękitnego nieba. Słońce wyjrzało nagle przez jedno z takich okienek i okolica, przed chwilą tęskna i zapłakana, rozjaśniła się blaskami złota i pogody. Padł na nią odcień wesela pół figlarny, pół rzewny i była w tym uśmiechu, w tych szatach jesiennych, zawiędłych, wyżółkłych, podobna do opuszczonej kobiety, której przelotny kaprys stygnącego już kochanka znów podarował chwilę pieszczoty i szczęścia. Krople deszczu błyszczały, jak brylanty na poczerniałych gałązkach drzew i krzewów; niebo umalowało się kolorami karminu, a na kołyszących się jeszcze łozach drgały perły minionych łez, minionej burzy.
Przedemną, między dwoma słupami dwóch wysokich przylądków, będących cząstką dwóch, w przeciwnym kierunku biegnących ramion lasu, błyszczała powierzchnia jeziora. Jego brzegi coraz bledsze, coraz niższe i mglistsze, w miarę tego, jak się oddalały, nikły za krawędzią pobliskiego urwiska. Rosły tam cienkie, wysokie modrzewie, gęsta łozina, krzewy i trawy, drobne z powodu odległości, a wyraźnie i czarne wskutek odbijających się na nich z tyłu promieni zachodu, tworząc na blado-różowem niebie dziwnie misterną koronkę czarnych gałązek i liści. W górze nad niemi zawisły szare, ciężkie, złotem i purpurą dzierzgane chmury, a u dołu między dwoma pianą obryzganymi brzegami igrały, goniąc się wzajem, malowane barwami nieba fale jeziora.
Ścieżką, wijącą się śród pożółkłych traw, poszedłem przez łąkę ku owemu urwisku.
Jakże brzydko i ponuro wyglądał z bliska ów „szajtan tumuł“![3]. Jednostajne, płaskie, brudnozielonym mchem i liśćmi „maroszki“[4] porośnięte wzgórza, łagodną falą toczyły się na zachód ku gasnącemu słońcu; pokrywający je las — rzadki, suchotniczy nie ubierał ich, lecz szpecił, stercząc tu i owdzie pojedynczymi osobnikami, podobnymi do włosów, pozostałych na świeżo wyłysiałej głowie. Milczenie i zmrok nadciągającej nocy opanowały już podnóże boru, tylko gdzieniegdzie w górze na nagim, skrzywionym przez wiatry wierzchołku modrzewia dopalał się zapomniany promień słońca.
Chwilę postałem, przypatrując się tej dzikiej miejscowości, w głąb której zapuścić się o zmroku nie śmiałby żaden z krajowców. Głęboki spokój ją zalegał: coraz ciszej szumiały rozkołysane wody; zorza gasła, raz jeszcze tylko błysnęła wyraźniej, przedostając się przez siatkę mniej gęstych zarośli, i zapalając po drodze powierzchnię jakichś nieznanych mi jezior. Poszedłem ku owym wodom, nęcony ciekawością, pędzony tęsknotą.
Podróż jednak okazała się trudniejszą, niż się spodziewałem. Zmuszony byłem co chwilę skakać i czepiać się zarośli, wymijając głębokie, wązkie studnie, ocembrowane pniami zwalonych setki lat temu drzew, a zdradziecko ukryte pod zarastającemi je mchami i ziołami, pełne wody o ślizkiem lodowatem dnie, gdzie wpadając nieostrożny przechodzień, łatwo mógł skręcić kark, lub połamać nogi. W wielu miejscach sączyły się bagniste strumienie o niewyraźnem korycie i brzegach płytkich, lecz grząskie i trudne do przebycia, wskutek zawalających je pni i gałęzi. Gęsto po lesie rozrzucone „wykroty“, z korzeniami sterczącymi ku górze, okryte ziemią i mułem, tworzyły o zmroku, gdy wszystko tak niewyraźne przybiera kształty, pokręcone, dziwaczne figury. Białe plamy „jagielu“, świecące w ciemnościach u ich stóp, podobne do olbrzymich szmat porwanego całuna, uwydatniały i podwajały jeszcze dzikość ich kształtów; nic więc dziwnego, iż krajowcy widują tu często przy purpurowem świetle zorzy, lub w blasku księżyca błądzące postacie, wysokiego „leśnego dyabła“, lub czarną sylwetkę słowiańskiego Strzelca „siatuna“, co przyszedł z południa i włóczy się obecnie w pobliżu chat jakuckich, polując na ich bydło.
Biada okolicy, gdzie minął jego cień: od jednego wystrzału zabija on niekiedy po 50 do 200 sztuk zwierząt. Straszna ta broń południowa, szczególniej gdy jej używa dyabeł! Tego wieczora nie spotkałem jednak żadnego ze wspomnianych mieszkańców boru.
Nie widziałem też i „szajtana“ — wysuszonego trupa Tunguza. Niegdyś znajdowano ich tu dość często i bór od nich wziął swą nazwę. Siedzieli zazwyczaj gdziekolwiek pod drzewem lub urwiskiem, wyschli, drobni, poczwarni, patrząc na wschód otworami, wyjedzonych przez ptaki oczu; na kolanach trzymali drewniany łuk, lub gwintówkę, u nóg ich leżała siekiera o złamanym trzonku, a u sadzonego srebrem i paciorkami pasa wisiał w pochwie także złamany nóż; — złamany w tym celu, aby umarły nie mógł szkodzić nim żywym. Nieco z boku leżały porozrzucane kości zabitych na grobie nieboszczyka reniferów, uprząż i niewielkie sanie tunguskie. Nikt nigdy nie ośmielał się przywłaszczyć sobie czegokolwiek z tych dość tu cenionych rzeczy. Śmiałkowi groziła kara: dnie całe błądził, póki nie przyszedł na to samo miejsce i nie zwrócił skradzionego przedmiotu. Uparci wracają kilka, kilkadziesiąt, kilkaset nawet razy, nie mogąc wyjść z zaklętego koła, dopóki nie uczynią zadość sprawiedliwości i nie przebłagają datkiem rozgniewanego właściciela. Niebezpiecznie jest nawet dotknąć się którejkolwiek z rzeczy, należących do zmarłego, gdyż to wywołuje „purgę“ — zamieć, a w najlepszym razie wiatr mocny. Choć życzliwi krajowcy radzili mi unikać spotkania z „szajtanem“, gdyż sprowadza ono rychłą, a niekiedy natychmiastową śmierć, żałowałem jednak mocno, iż nie zdybałem go tego wieczora. Za tę grzeszną chętkę zostałem jednak surowo ukarany.
Zmrok gęstniał. Ostatnie purpurowe odbłyski zorzy już zgasły, gdy zmęczony i obszarpany przedarłem się nareszcie przez zarośla, „szajtan tumułu“. — Na niebie panowała noc, migocąc miljardami gwiazd. Wyprawa moja była ze wszechmiar — chybioną. Na domiar złego biały muślin mgły, zwieszający się nad doliną, stawił nieprzepartą zaporę mej ciekawości. Mogłem więc tylko lubować się grą światła księżycowego.
Widok był prawdziwie piękny, choć nieco dziki i ponury. Kłęby białej pary zapełniały całą prawie kotlinę do samych krawędzi lasu, którego, wierzchołki wyglądały z poza jej rąbków czarne nagie, nieruchome; po nad nimi sunął zwolna księżyc. Zajrzał na chwilę w głąb doliny, roztrącił osłaniającą ją powiewną zasłonę i obnażywszy pierś śpiącego pod nią jeziora, dotknął jej srebrzystym pocałunkiem. Długo stałem, przypatrując się i wypoczywając; głębokie milczenie, spokój, panujący zazwyczaj w tutejszych lasach, świadomość, iż dziesiątek wiorst dokoła niema nikogo, prócz mnie, w tej pustyni, rozbudziły dziwny niepokój, dziwną w duszy tęsknotę. Ruszyłem przed siebie, by je rozpędzić. Czas było wszakże pomyśleć już o powrocie — a rzecz to była niełatwa gdyż przedzierając się przez las, straciłem jasne pojęcie o drodze, którą wracać byłem powinien.
Natrafiłem nareszcie na maleńką jakąś ścieżynkę i postanowiłem iść nią dalej, w nadziei, iż doprowadzi mię do jakiegoś ludzkiego mieszkania. Zrobiwszy zaledwie kilkanaście kroków, przekonałem się, iż szedłem nie ścieżką, ale jednym ze szlaków, wymytych przez wodę, czy też wydeptanych przez zwierzęta, jakich pełno w lesie. Trzeba było wracać w to miejsce, gdziem się był przedtem zatrzymał, gdyż stamtąd tylko mogłem jeszcze mniej więcej wykreślić sobie drogę przez las na przełaj, — lecz miejsce to znikło: noc ubrała je nowymi już cieniami, mgła zasnuła swą srebrzystą pajęczyną! Czas jakiś chodziłem, szukając daremnie. Leśne widmo obłędu stanęło przedemną. Widziałem ludzi przez nie opanowanych, gdy przyprowadzono ich z „tajgi“ do domu bladych, wynędzniałych, z resztkami trwogi i szaleństwa w oczach! Nieszczęśliwi błądzą niekiedy w pobliżu domostw, nie widząc ich, płacząc i wyjąc, jak zwierzęta, nie mogąc rozpoznać stron świata, choć słońce świeci na niebie; wyzdrowiawszy, opowiadają, iż widzieli dyabła. Jedną z przyczyn tej choroby jest zmęczenie spowodowane daremną a naprężoną bieganiną; usiadłem więc na zwalonym pniu, postanowiwszy zaczekać świtu.
Powietrze było chłodne. Odzież moja zwilgotniała od mgły i deszczu, była prócz tego zbyt lekką, ażeby nocować w lesie; wkrótce więc zimno zaczęło mi dokuczać. Próbowałem rozniecić ogień, lecz zapałki zamokły, a jedna jedyna, która się zatliła, nie mogła zapalić mokrego chrustu i drzewa. Narwawszy więc trawy, przykryłem nią nogi, które najwięcej cierpiały od chłodu; opatrzyłem broń, założywszy brandki i otwory luf suchemi pakułami i przytuliwszy się do pnia, próbowałem zasnąć.
W takiem położeniu prędko tępieją od bólu wszystkie czucia: dotykanie, węch, nawet wzrok, jeden słuch tylko robi się niesłychanie delikatnym. Po kilku chwilach jużem słyszał bicie mego serca, szum przelewającej się krwi w żyłach, szept drzew i szelest kłębiącej się mgły — martwa cisza lasu zapełniła się nagle gwarem, ledwie pochwytnym, lecz wciąż wzmagającym. Nagle wśród tych dźwięków mej fantazyi rozległ się odgłos zupełnie realny, który zmusił mię otworzyć oczy. Płynął on z głębi jeziora i podobnym był do miarowych uderzeń wiosła. Wlepiłem oczy w to miejsce, skąd zdał się pochodzić. Zasłona mgły kołysała się nieco; poza nią nizko nad wodą coś majaczyło. Po chwili z cieniów wynurzyła się i wybiegła na jezioro maleńka jakutska „piroga“. Widziałem doskonale wioślarza, jak siedział skulony na jej dnie i uderzał z kolei to prawą to lewą łopatką długiego wiosła, z którego wznoszonych naprzemian końców woda lała się strugą, błyszcząc, jak roztopione srebro.
Wkrótce przybył do brzegu i wyciągnął łódkę na ziemię. Popełznąlem ku niemu, kryjąc się, by mnie nie ujrzał przed czasem, gdyż wiedziałem, że umknie. Zajęty był wybieraniem czegoś z dna łodzi.
— Rozpowiadaj! — powitałem go według krajowego zwyczaju, ukazując się zwolna z po za krzaków.
Krzyknął i odskoczył, lecz nie uciekł, gdyż mię, poznał, poznałem go i ja: był to biedny Jakut, mieszkający o pięć wiorst odemnie.
— Nic nie wiem! Nic nie słyszałem!! Wszystko dobrze! Och! jakżeś mię przestraszył! — odrzekł pośpiesznie i wyciągnął ku mnie rękę.
— Cóżeś ty myślał?
— Czego bo nie zdarza się spotkać człowiekowi nocą w lesie! — odrzekł wymijająco i podejrzliwie obejrzał mię od stóp do głowy. Niekiedy myślisz — człowiek i znajomy i rozmawiasz z nim, jak ze znajomym, a ot w końcu okazuje się, że nie człowiek!!
— A cóż ty tu robisz tak późno?
— Wracam do domu! Jutro przecież święto! a połów mam daleko na „Babylonie“[5] wiorst stąd trzydzieści. Wiesz przecie, my ludzie biedni, rybą żyjemy... konia nie mam; wciąż więc na łódce i na łódce!! Ot ciągnąc ją przez las przebiłem sobie nogę i zamarudziłem!
— Przebiłeś nogę! A bardzo?
— Bardzo, ledwie, żem krew zatamował!...
— Toś ty może świstał i wołał — spytałem, przypominając sobie dziwny dźwięk, słyszany przed chwilą.
— Ja!... Nie... — zamilkł, i widziałem, jak pochyliwszy się nad łodzią zrobił znak krzyża.
— A ty co tu robisz?... — spytał mię z kolei.
Zawahałem się.
— Kaczek szukam!... — skłamałem, nie chcąc go więcej jeszcze trwożyć.
— Kaczek... — powtórzył i roześmiał się szczerze, a białe jego zęby zaświeciły w ciemności, jak perły. — Kaczki tu nigdy nie bywają!...
— Nie bywają?... Dlaczegóż?... — pytałem, pomagając mu wyciągnąć łódkę krawędzią lasu ku widniejącemu w dali jezioru. Rybak kulał.
— Jeziora są różne... — objaśniał — A tak ich jest wiele w naszym kraju, jak gwiazd na niebie, a i gwiazdy to przecież tylko odbicie ich blasku na chmurach! różne więc są jeziora, jak są różne gwiazdy... Duże, małe, głębokie, że dna nie dosięgniesz i płytkie znów, a bagniste. W jednych ryba tłusta, w drugich chuda, w jednych woda zła, bydlę od niej zdycha, a człowiek choruje, w innych znów czysta, jak powietrze.
Zatrzymaliśmy się nad brzegiem sąsiedniej wody spuściliśmy łódź i wsiedli w nią: rybak na przodzie, ja z tyłu. Zwróceni plecami jeden do drugiego opierając się zlekka o siebie płynęliśmy podobni do dwulicowego boga, u którego jedna głowa była brodata, europejska, druga — płaska, goła, mongolska.
Mongolska głowa ciągnęła swe opowiadanie, przerywając je chwilami, gdy łódka zbyt się nachylała, przestrogą, bym się nie ruszał.
...Wszystko z wody... I krowa żyła przedtem w wodzie, póki człowiek nie schwytał jej i nie przyswoił... W wodzie jak i w powietrzu żyją różne zwierzęta, nawet ludzie. Albo, ot patrz! i ukazał wiosłem na rozkołysane biegiem pirogi, długie wodorośle. Czy to nie las?
Tak to był las, czarny, tajemniczy, zwiedzany tylko przez ryby i topielców!... Żaden pływak nie wyrwałby się z jego gąszczy, raz w nią wpadłszy.
— Dawniej... — ciągnął Jakut — mówią starzy, wszystko było inaczej... wszystko było dobrze, gdyż wody było więcej... i sobole same przychodziły do wrót zagrody i ryb było tak wiele, że dość było strzałę wypuścić w jezioro, by ona wypłynęła z nadzianą nań zdobyczą, a teraz niema nic, soból uciekł, ryb mało; tylko kupcy, ojcowie nasi, ratują nas, bo umarlibyśmy... dają pieniądze na podatki, dają herbatę, tytoń, perkate. Oj tak! kupcy!... Bardzobym chciał być kupcem!
Łódka stuknęła o brzeg. Znów więc przeciągnęliśmy ją na następne jezioro i tak dalej... gdyż jedyny to sposób podróżowania w lecie w tym kraju jezior, błot i porośniętych lasem bagien.
Po godzinie takiej podróży, wązką, zarośniętą sitowiem rzeczką, przedostaliśmy się nareszcie na ostatnie jezioro. W dali na jego brzegu migały czerwone gwiazdki sypiących się z komina jurty iskier.
— Zajdziesz pewnie do „Chachaka?“ — spytał mię mój towarzysz, gdyśmy zatrzymali się u brzegu, ja tam zanocuję.
Wziąłem część rzeczy rybaka i poszedłem ku jurcie.
Poznałem Chachaka już dawniej. Był to dziwak, który swymi wybrykami często śmieszył, a nieraz nawet oburzał naszą okolicę.
— „Chachak ohonior“[6] uszył sobie czapkę z całego wilka! — opowiadali mi ze śmiechem. Chachak ohonior zapłacił kupcom tylko po dwa ruble za cegłę herbaty; po trzy, mówi, zbyt wielki mieliby zarobek.
— Cóż kupcy: dali?...
— Ее... — starucha po cichu dodała im. — Co to, nie znasz Chachaka? nie weźmie po trzy... pić nie będzie, a nie weźmie.
W młodości Chachak słynął, jako najlepszy w okolicy myśliwy. O jego odwadze, zimnej krwi i zręczności opowiadano dziwy. Nad wszystkie łowy przekładał polowanie na niedźwiedzia, a chodził na nie latem i zimą z oszczepem i gwintówką, bijąc w polu lub na barłogach gdzie i jak się zdarzyło. A był tak pochopny do owych bojów, jak i do kart. Niech tylko zasłyszy o niedźwiedziu, już spać nie może, już się męczy i gniewa i marudzi, póki nie wyrwie się z domu, nie wytropi, nie zabije zwierza! Nieraz zaproszony przez łowców, którzy wynaleźli gniazdo z kilkoma bestyami, palony gorączką myśliwską, nie mogąc doczekać się ranka, wymykał się szarym świtem na koniu sam z wiernym psem, spiesząc na wskazane miejsce, — gdzie go zwykle znajdowano bladego, obryzganego krwią z cielsk walających się na ziemi „panów lasu“. Towarzyszom nie pozostawało nic, jak zjeść po kawałku surowego serca i wątroby zwalczonych, wypić po czarce krwi i wykrzyknąć głośno trzykrotnie, zwycięzkie „uch“. Wszystkie oczy zwracały się wtedy na Chachaka, który niby obojętny, choć zmieszany a dumny, chylił czoło, otoczone aureolą bohaterstwa. Przecież to on zabił niedźwiedzia „z ogonem“, który, jak wszystkim wiadomo, nie był niedźwiedziem, ale dyabłem. Czyż nie on zabił „lodowego szatuna“[7], który prześladował ludzi, porywał bydlęta, a którego nie imała ni kula, ni oszczep? Chachak sam nigdy się nie chwalił, nigdy nie opowiadał o swoich zwycięstwach, zawsze był skromny i milczący, jak przystało człowiekowi, który więcej może wie od innych; jednakże od przypadku, który ostatecznie zdarzył mu się na łowach, zupełnie się zmienił. Przestał polować i grać w karty, zbiedniał, zmarudniał i zdziwaczał — stracił wpływ i poważanie.
Jego jurta stała blizko brzegu, więc rychło znalazłem się u jej wrót. Wewnątrz palił się wesoły ogień i słychać było głosy rozmawiających. Nie spali więc jeszcze! Zbliżyłem się do drzwi i zajrzałem przez szczelinę. Przed ogniem twarzą zwrócony do mnie siedział Chachak i trzymał sieć, lecz jej nie wiązał, ale wyciągnąwszy rękę nieco przed siebie, opowiadał coś skupionym obok słuchaczom. U jego nóg małe, nagie dziecko bawiło się mosiężną okówką noża, wiszącego w drewnianej pochwie, przyszytej do jego skórzanych spodni, роwyżej goleni prawej nogi. Sam Chachak był bardzo ożywiony: pochylał się co chwila ku słuchaczom i stukał potężną piętą w glinianą podłogę chaty.
— Oni brzydzą się jeść koninę, a jedzą świninę!... — opowiadał — a przecież koń jest to bardzo czyste i rozumne zwierzę!...
— O, tak!... — potwierdzili słuchacze.
— A świnia? Widziałem ją!... Obrzydliwa! Sierść nie rośnie na niej żadna! Goła, brudna, głupia i zła! Uszy ogromne, ogon cienki, jak wąż się wije; oczy maleńkie, a zęby jak u psa! A złośliwa!... Bgdąc w Jakucku miałem zdarzenie, — ledwie, że mnie nie zjadły... Tam ich dużo. Wyszedłem sobie rankiem na ganeczek, aby wypalić fajkę, wszyscy jeszcze spali, a niebo tylko co zapaliło się świtem. Po dziedzińcu kręciły się, kwicząc, świnie. Ja byłem młody i lubiłem figlować, kiedy więc zbiegły się dokoła mnie, pokazałem im „figę!“ Rzuciły się na mnie, jak szalone! — kończył ze śmiechem. — Ja na ganeczek, one za mną, ja na ławkę, otoczyły mię i chrząkają, a ja im wciąż pokazuję „figę...“ Na, na, na!
Spluwał w kułak i wyciągał go przed siebie.
Nagle skrzypnęły drzwi. Kobiety krzyknęły, parobcy zerwali się z ziemi, dzieci zapłakały.
— Ktoś idzie! Może „nucza“[8], a z nim świnia! Chachak zamilkł i cofnął wyciągniętą figę.
Wejście, jak zazwyczaj w jurtach jakuckich, umieszczone było z tyłu komina, jedynego źródła światła wieczorem; upłynęła więc dobra chwila naprężonej trwogi i oczekiwania zanim wyszedłem z ciemności. Tak, to był „nucza“, ale dobry znajomy, przyjaciel i w dodatku bez świni!
Twarze rozjaśniły się, ręce wyciągnęły, witając serdecznie, otwarcie, jak tu na północy zawsze gościa witają. Chachak roześmiał się, zrobił mi miejsce przed ogniem na ławie i rozkazał postawić na kominie czajniki.
— Rozpowiadaj со i jak! — pytali.
Zacząłem opowiadać sąsiedzkie nowiny; wszyscy słuchali z uwagą, choć jak się okazało, dawno je już znali. Przyszedł towarzysz mej nocnej podróży i rozmowa stała się ogólną. Mężczyźni skupili się dokoła stołu, na którym żona Chachaka postawiła nam wieczerzę: miskę świeżego, kwaśnego mleka i całą górę suszonej ryby „jukały“.
Chachak stał u ognia i grzał plecy, nie mieszając się do rozmowy. Córka jego, młoda, dość piękna dziewczyna, postawiła na stole parę spodków i filiżanek białych, fajansowych i zaczęło się zwykłe przyjęcie jakuckie: herbata z mlekiem i zimną zakąską, a później gotowana wieczerza z ryby. Ghoć ofiarowany pokarm był bardzo smaczny, a my byliśmy dość głodni, nie podołaliśmy jednak wszystkiemu, co postawiono. Chachak zaraz to dojrzał i napadł na mnie ze zwykłą sobie szorstkością:
— Nie jesz? Sytyś?... Co to za nowa moda chodzić sytym w odwiedziny! Wy Słowianie jecie u ludzi jak ptaki, a przyjdziecie do domu i wołacie: żono, samowar! kocioł staw na ogień! Głodny jestem. Bezwstydni!...
Wszyscy śmiać się poczęli a stary nie mniej od innych. Zawiązała się rozmowa z początku ogólna o różnych krajach i zwyczajach, lecz wkrótce wróciła do palących miejscowych zagadnień.
— Cóż Andrzej? Płacze! A chłopaka niema ani śladu!...
— Niema!
— Szkoda, tęgi chłopak!
— I nic nie znaleźli?
— Nie! Wszyscy sąsiedzi zeszli się szukać, szukali w jeziorach, szukali w lesie, szukali tydzień cały... niema i niema!
— Eee... Niedźwiedź pewnie! Mówią, zjawił się w dolinie, Kecherges widział go!... — burknął nagle przybyły ze mną rybak.
Przy słowie „niedźwiedź“ Cbachak, który stał w milczeniu u ognia i bawił się swymi palcami, podniósł nagle głowę. Wszyscy zamilkli i spojrzeli mimowolnie w jego stronę. Stara jego żona z niepokojem próbowała zwrócić rozmowę na inny przedmiot.
— Niedźwiedź! A gdzie go widzieli? — spytał nagle półgłosem Chachak, siadając na ławie.
— Eee... Kto go wie! Może i nie — odpowiedział zakłopotany rybak.
— Niedźwiedź! Zapewne... — zauważył powoli Chachak. — Nie znaleźli ani ciała, ani odzieży... Tak „on“ zazwyczaj zakopuje w ziemię resztki zdobyczy... zdrapuje nawet krew... Tak to „on“. Mówisz: Kecherges widział go? — spytał znowu rybaka.
— Łże!... — odrzekł tenże z niechcenia.
— O! „on“ mądry, chytry, a mściwy; musiał mu coś Andrzej zrobić, pochwalić się, lub co powiedzieć. On długo pamięta obrazę, więc wziął mu chłopaka! Choć daleko u siebie, w górach, w boru dobrze jednak słyszy, co my tu mówimy, a rozumie wszystko, jak człowiek, lepiej, niż człowiek!... Kto wie, co „on“ jest! Zdejmcie zeń skórę, a zobaczycie, jak podobny jest do kobiety... A mściwy i zapamiętały aż strach! — dodał Chachak i opuścił głowę. — Nie przebacza!
— Ty, ot, ruski, wybierasz się w drogę! — zwrócił się nagle do mnie, — strzeż się! strzeż! Niedźwiedź, choć wielki, umie chodzić cicho, jak cień, kiedy znienacka chce napaść człowieka. Radzę ci zostań u nas na noc! Z „nim“ nie żarty! Niegdyś i ja nie bałem się, a teraz, to, patrz! — i odwinął rękaw koszuli. Widok był okropny: lewe ramię, którem, jakem to przedtem zauważył, stary źle władał, było, poczynając od łokcia, wyschłe i cienkie, jak skórą obciągnięty piszczel; dokoła kości, prawie na wierzchu, wiły się ocalałe żyły i ścięgna, — masa białych szram kiereszowała ją w różnych kierunkach.
— Zabiłem ich wiele... wiele! — ciągnął dalej — i wiem, że za to one mnie teraz zjedzą... zjedzą, gdyż boję się... A zdarzyło się to w taki sposób. Pora była nieco późniejsza od obecnej, marzło, zastawiłem „łuki“[9] na łosie i Bóg dał mi jednego dużego „zwierza“[10]... Wozić daleko, droga zła, а mięsa, skóry, wnętrzności w jednem „zwierzu“ będzie na siedm, osiem koni... Postanowiłem więc na miejscu zbudować śpiżarnię i złożyć w nią zdobycz czasowo, do zimowej drogi. Rano wybrałem się z chłopakiem na robotę. Dzieciak pozostał nieco w tyle, a ja sobie idę spokojnie drogą. Właśnie mijałem łozinę, co tu niedaleko rośnie na wzgórzu, gdy „on“ wypadł. Jak pies pobiegł do mnie i nimem się opatrzył, już wstał na łapy. Sięgnąłem po nóż, lecz daremnie usiłowałem wydobyć go z pochwy. Był przymrozek, a ja, wychodząc z domu, nie wytarłem go jak się należy po jadle i przymarzł do pochwy. Bóg dopuścił!... Powalił więc mię „czarny“ na ziemię. Widząc, że nie zmogę, schwyciłem go prawą ręką za gardło, a lewą włożyłem mu w paszczę i zacząłem krzyczeć na chłopaka, by pobiegł po ludzi. Chłopak głupi poskoczył i pac! swoim nożykiem w niedźwiedzia... a nożyk miał ot taki — i ukazał na palec. — Tatula pozrzeć chcesz! — zakrzyczał. „Czarny“ zląkł się i uskoczył w zarośla, a chłopak żelazem trafił mię jak raz w pierś i byłby zabił, tylko jeleniej świty przebić nie mógł. Ledwie mię docucono!
I ot! od czasu, gdy „on“, siedząc na mnie, spojrzał mi w oczy, zamąciło mi się w duszy... boję się... — dodał cicho — bardzo się boję.
Niedługo po tem pożegnałem uprzejmych gospodarzy i poszedłem do domu. Księżyc świecił jasno, mgła znikła, przede mną blado majaczyła znana ścieżka. Tysiąc razy przechodziłem po niej bez trwogi i żadnej złej myśli, lecz tym razem, gdym zbliżył się do miejsca, na którem Chachak został napadnięty, mimowoli dotknąłem rękojeści noża i chwilę zdało mi się, że widzę w cieniu zarośli leżącą na wyciągniętych naprzód drapieżnych łapach kosmatą mordę potworu.
W parę lat później dowiedziałem się, że Chachak zginął w tajdzie bez śladu, — pewnie „panowie lasu“ zemsty swej dokonali.

Jąża, Dolina Ałazeja, 1884 r.


SKRADZIONY CHŁOPAK


I. WESELE.

— Skończyłam! — rzekła ciotka Ania i odgryzła nitkę, którą szyła.
Ta cioteczka[11] była mistrzem w wynajdywaniu odpowiedniego miejsca dla guzika, fałdy lub ozdoby srebrnej, czy mosiężnej — rzeczy na pozór tak drobnej i nieznaczącej, a tak trudnej, tak bardzo upiększającej lub szpecącej wszelkie odzienie. Umiała też ona pleść „kymny“[12] lepiej niż ktokolwiek, ułożyć w pstry deseń jasne i ciemne kawałki futra, zespolić różnokolorowe skrawki perkalu i sukna w prześliczne, „oju“[13], bez którego nie mogły się obyć „bile“[14], czaprak, „matacha“[15], wszelki ubiór weselny, tak jak i nie weselny. Uprzejmie więc zapraszano i witano ją wszędzie, gdzie była w domu wyswatana dziewczyna lub chłopiec. Pojono, karmiono, podejmowano, wybaczano nawet ciągłe szczebiotanie, brak powagi, miłość zabaw i wesołości, częste nieposłuszeństwo i lekceważenie starszych.
Jak tylko Ania zjawiała się gdzieś w domu, tam dziatwa stawała się zaraz krnąbrniejszą. Cały dzień słychać było piosnki i żarty, a wieczorem na dworze rozlegały się do późnej nocy śmiechy i wołania, tupot nóg uciekających i goniących, gwar młodzieży, grającej w „zmrużone oczy“[16]. Po mroźnem powietrzu daleko szedł odgłos wesołych okrzyków i gorących całusów. Pocieszano się jednak, że skoro Ania skończy robotę i pójdzie sobie, dziatwa wróci do dawnego porządku. Od czegóż wreszcie popręg od siodła na duże, a łoza na małe?
Ania tymczasem co dnia najpierwsza na nogach. Nim świt błyśnie — rozpala ogień, budzi dziewczęta, a sama siada do roboty i siedzi tak dzień cały, szyjąc i gwarząc, a za robotę nie żąda więcej nad dobre słowo i trochę strawy. Chętnie dają jej jedno i drugie, dołączając niekiedy drobne podarki. Niech więc hula, niech całuje i swawoli. Czyż to grzech? Pocałunków jej nikt jeszcze nie kupił, a i odprzedać ich niema komu. Ojciec umarł, starszego brata nie ma, a ślepa matka z resztą drobnego rodzeństwa dawnoby z głodu umarła, gdyby nie Ania.
Choć więc wszyscy swym córkom surowo zabraniają wstępować w jej ślady, lubią ją jednak powszechnie. Ma lat 22, figlarne oczy, białe zęby, kształtną figurkę, drobne ręce i nogi, okrągłe ramiona, stan mocny i giętki, a buziak świeży, rumiany, nie dziw więc, iż wielu zwierza się jej pod sekretem, iż kochają ją więcej, niż kogokolwiek.
Ania siedziała na ławie, pod oknem, w jurcie starego Tarasa, dalekiego swego krewnego. Przyjechała tu umyślnie z domu, odległego o więcej niż sto wiorst, aby pomódz w szyciu wyprawy dla starszej jego córki.
— Trzeba przymierzyć! — zawołała, rzucając na ręce otaczających ją kobiet bogaty torbachani „sagyniak“[17].
Zawołano „Byczę“[18], która, zrzuciwszy pospiesznie swą świtę z krowiej skóry, zwykłą domową odzież Jakutek, przywdziała strój weselny. Torbachan piękny zwierz! Futro jego nieco wprawdzie drogie[19], ale za to jak pięknie błyszczy jedwabisty jego włos; jak cudnie mieni się na zgięciach fałd jasnym połyskiem i ciemnym, prawie czarnym w zagłębieniach. Jak wygląda lekko, delikatnie, а poważnie szczególniej w długim do kostek sagyniaku!
Nieco blada od trzydniowego postu twarz Byczy zarumieniła się. Ona, zazwyczaj tak chudziutka, czarna i drobna, w tem ładnem ubraniu wyrosła nagle i wypiękniała. Sztywno obracała się dokoła, by ją patrzący lepiej mogli zobaczyć, wołając na małego braciszka, który próbował pogłaskać jej piękne futro rączętami, wyciągniętemi z miski zsiadłego mleka.
— Nie ruszaj mię! nie — ruszaj!...
— Nie ruszaj jej!... — powtarzali wszyscy chórem i uśmiechali się, kiwając głowami. Matka poprawiała na córce fałdy, a odpychając otaczających, odstępowała co chwila parę kroków, mrużyła oczy i przechylając na bok głowę, patrzała z wyrazem głębokiego zafrasowania. Nawet Taras przybliżył się z fajką w zębach i z uśmiechem na ustach; tylko pan młody, nie ruszając się, siedział na ławie w pobliżu drzwi i z flegmą wpatrywał się w ogień.
— Pieniek drewniany!... pieniek drewniany!... Pójdź-no tu! popatrz — ze śmiechem zawołała Ania.
Młody chłopak zwrócił do niej pucołowatą twarz, nagłym oblaną rumieńcem. Na ustach jego pojawił się uśmiech lękliwy. W miarę tego, jak stawał się przedmiotem ogólnej uwagi, rumieniec ciemniał, a uśmiech rozlewał się coraz szerzej, rozciągając purpurowe jego usta i końcami zbliżając je do czerwonych, sterczących uszu.
— No... no... dajcie mu pokój — rzeki Taras, wytrząsając fajkę. — Dajcie mu pokój! Niech siedzi.
— Na co mu spokój? on go przecie nie lubi!... — zawołała Ania. — Trzeba było wiedzieć, jak on mię wczoraj uczęstował, gdym go trąciła przypadkiem! Nie trzy dni, ale rok cały trzebaby go głodzić przed weselem, a może wówczas ustatkowałby się.
— No... no... — powtarzał Taras — niech siedzi! Kecherges! — zawołał, zwracając się do chłopaka — idź popatrzeć za końmi. A żywo!... Tu dziewczęta zjedzą cię jeszcze...
Chłopak zerwał się, pochwycił czapkę i wśród ogólnego śmiechu wybiegł za drzwi.


∗             ∗

Nazajutrz, skoro pobladły iskrzące się na niebie gwiazdy i dnieć poczęło, nowożeńcy wyruszyli z ojcem do miasta, pomieściwszy się we troje na dwóch koniach. Przodem jechał Taras, za nim Kecherges, mając Byczę z tyłu za sobą.
— Boisz się? — pytała chłopca dziewczyna, tuląc się do jego szerokich pleców.
Jechali doliną wśród gór. Gęsta mgła pokrywała las, rosnący na stokach; dokoła było cicho, jak zazwyczaj w tajdze; tylko chrzęścił śnieg pod kopytami końskiemi. Konie parskały raźno, a między drzewami, wyrastającemi jak białe widma, majaczyła śniegiem zasypana, wązka, leśna drożyna.
Kecherges, utopiwszy usta w czarne włosy swego wiewiórczego naszyjnika, milczał i kiwał z zadowoleniem nogami. Choć w mieście nigdy jeszcze nie był, jak żyje, wiedział jednak, iż mieli kawał drogi przed sobą.
Minęli las, wyjechali nad rzekę, spuścili się w zasypane śniegiem koryto i znów się wdrapywali na urwisko. Na południu blado tliła się zorza. Mgła rzedniała i opadała, odsłaniając wynioślejsze miejsca okolicy; wyjrzały strome grzbiety gór, czoła borów, uwieńczone śniegów koroną, dalekie płaszczyzny jezior i faliste, światłem jutrzenki nieco zróżowione łąki i pagórki. Wszystko to białe, przeźroczyste, kryształowe, przyćmione resztkami znikającej pary, zdawało się oczekiwać niecierpliwie ukazania się słońca, które zapalić na nich miało blaski tęczowe.
— Nie zostawajcie daleko z tyłu — zawołał Taras. — Miasto już blizko... Widzicie? — zapytał, ukazując w głąb doliny.
Młodzi napróżno wytrzeszczali oczy we wskazanym kierunku, nie widzieli nic prócz śniegu, mgły i wierzchołków lasu. Na chwilę tylko błysnęło gdzieś daleko, jakby spadająca gwiazda zapłonęła i zgasła.
— Ogień, ojcze, czy co? — zapytała Bycza.
— Nie, to dach zloty na wieży cerkiewnej. Zobaczycie... wszystko zobaczycie, tylko daleko odemnie nie oddalać się, bo zabłądzicie. Domów w miecie wiele, a ludzi jak komarów w lesie... Patrzcie także, żeby wam czego nie świsnęli... a nie zgubcie też czego!... Co upadło, to przepadło... to nie u nas w domu... — mruczał stary, zlazłszy z konia i oczyszczając go ze śniegu zębatem żelazem, przymocowanem do rękojeści jego bicza.
Młodzi zsiedli także z konia i zaczęli otrzepywać ubieloną szronem odzież.
— Boisz się? — spytała znowu Bycza Kechergesa, gdy ruszyli dalej.
— Jakże się bać nie mam! — odrzekł Jakut markotno.
Na twarze obojga wystąpił gorący rumieniec, wargi drżały im nieco, a w każdem urwisku, za każdym pagórkiem widzieli ukrywające się jakieś przerażające zjawisko.
Kiedy wreszcie miasto wynurzyło się z poza lasu i ujrzeli przed sobą wijące się w błękitnem przeźroczu wszystkie trzydzieści jego dymów, gdy wybitniej zarysowały się na białem tle okolicy, nieznane im dotąd, kształty i cudzoziemskie spiczaste dachy jego budowli — wówczas zdumieni szeroko rozwarli oczy. Przyglądali się temu obcemu dla nich widokowi, niezwykłej ilości domów i ludzi — jak dzieci ciekawej nowości.
Słońce weszło. Zaiskrzyły się leżące na dachach śniegi, pobielały i gęściej zakłębiły purpurowe dymy, zapaliły się zwierciadlane blaski na szybach bogatych mieszkań, zalśniły tafle lodu w oknach biedaków. Kilku ludzi obojętnie minęło jadących.
Kecherges stracił głowę i, zapomniawszy, że Bycza siedzi za nim, kręcił się na siodle, oglądał się na wszystkie strony i co chwila robił głośne uwagi.
— Tu widzę, co człowiek, to naczelnik okręgu — mówił, zdejmując czapkę przed każdym przechodniem w europejskiem ubraniu. Szczęściem, nie było ich wielu, bo biedak na pewno byłby sobie uszy odmroził.
Wjechali wreszcie w sam środek miasteczka i wkrótce znaleźli się przed cerkwią. Wysoko, w kryształowem, zimowem powietrzu, przesiąkniętem promieniami słońca, przesypanem brylantami śnieżystej kurzawy, jakby z ognia ukuty — gorzał krzyż złoty.
Kecherges ściągnął cugle i w zachwycie zadarł głowę do góry.
— Taras! Taras! — krzyknął na całe gardło, nie mogąc powstrzymać się dłużej. — Tam, blizko Pana Boga, pewnie sam pop siedzi?
Lecz nie usłyszał odpowiedzi. Jego wierzchowiec, przestraszony wołaniem, a niemniej zdziwiony od swego pana, spiął się nagle i skoczył w bok. Pas Kechergesa wyśliznął się z rąk Byczy; dziewczyna padła w śnieg, za nią potoczył się jej narzeczony, a koń, zadarłszy ogon, pomknął z kopyta w pole ledwie go złapał Taras. Stary Jakut mocno się zgniewał, tłómaczącego się chłopca skrzyczał i kazał mu milczeć. Kecherges przycichł, posmutniał i począł unikać starego.
Taras zresztą nie potrzebował jego pomocy. Wkrótce znalazł świadków i druchnę, którą była żona jego starszego brata, w tym celu przybyła do miasta. Wszyscy więc razem ruszyli do popa. Pop zapisał co trzeba do księgi i kazał przyjść jutro. Jakut zaczął go prosić, aż wreszcie duchowny, zniecierpliwiony jego skomleniem, przywołał „diaczka“, obiecując dać ślub dziś jeszcze. Udał się więc orszak weselny do cerkwi. Pierwszy szedł Taras, za nim druchna, potem Bycza, a ostatni, na przekór zwyczajowi, Kecherges, który zapomniał już o przygodzie rannej i, otwarłszy usta, gapił się.
Wnętrze cerkwi pełne było blasków słońca i kurzu, podniesionego miotłą zamiatającego stróża.
Zaczął się obrzęd. Rozpleciono cienkie warkocze panny młodej, wystawiono na środek „anałoj“, rozłożono przed nim ręcznik i, za wspólnem staraniem druchny i Tarasa, zmuszono państwa młodych stanąć na nim. Bycza ośmieliła się wkrótce i posunęła nieco naprzód, ale Kecherges, czując na nogach śnieg, który wchodząc zapomniał strzepnąć, za nic w świecie nie chciał stanąć dalej, jak na samym brzegu ręcznika, a i to zdało mu się jeszcze za daleko, za bardzo na widoku wszystkich, zbyt blizko tego ołtarza, iskrzącego się otokami światła, powodzią wpadającego do wnętrza przez wielkie, podłogi prawie sięgające, okna, a zbyt daleko od tych ciemnych kątów, gdzie tak dobrze biedakom. Pod uderzeniem promieni słonecznych, złoto, srebro, kryształowe ozdoby rozbiły się w tęczowe kolory, szaty świętych na obrazach mieniły się tysiącami barw. Na tę migotliwą, świetlaną siatkę dym kadzidła zarzucał szary muślin swych kłębów. Blado w nim gorzały płomienie świec i lamp; tylko surowa twarz odprawiającego obrzęd kapłana rysowała się wyraźnie. Kecherges drżał na jego groźne spojrzenie, utkwione w sobie.
Czego on chciał od niego? Prawda, korona niezbyt dobrze siedziała na jego wystrzyżonej głowie, lecz cóż on temu winien?
Wyciągnąwszy za siebie rękę, kiwał palcami przed samym nosem Tarasa, lecz ten, zamodlony, nie zważał wcale na te sygnały rozpaczy. Chyląc czoło ku ziemi, bił się w piersi i gorąco prosił Boga, potężnego Boga z południa, o szczęście dla swej córki. Serce starego Jakuta mocno kołatało, oczy zachodziły łzami, nie dziw więc, że nie widział kłopotu chłopaka. Nie wiedział nawet, że sam świeczkę trzymał krzywo, kapiąc woskiem, ku wielkiemu zgorszeniu dziada kościelnego, na którego korzyść szły ogarki kupionych do obrzędu świec.
Tylko druchna, która częściej bywała w kościele, a za jej przykładem i Bycza, trzymały się przyzwoicie, poważnie żegnając się znakiem krzyża w miarowych odstępach i bijąc pokłony.
— Panie!... Panie!... Panie!... — dudniał gruby głos diaczka, aż drżały szyby w oknach i trzęsły się breloki, zdobiące kandelabry.
Kecherges pocił się, nie śmiejąc odetchnąć. Korona zsunęła mu się już na sam czubek.
— Świeczka! — krzyknął nareszcie dziad, doprowadzony do ostateczności i szarpnął Tarasa za rękaw. Taras ocknął się. W tejże chwili korona zsunęła się z głowy Kechergesa i z brzękiem potoczyła się na środek cerkwi, pod nogi duchownego. Chłopak zbladł okropnie.
Podniósł ją diaczek i włożył na głowę Jakuta; przyczem nie zaniedbał nieznacznie a mocno pokręcić go za ucho.
— Panie!... Panie!... — zadudniało znów w świątyni, a w głowie biednego Kechergesa zamajaczyło, zahuczało. Kiedyż, nakoniec, skończy się ta męka? Na domiar złego śnieg, pozostały na jego obuwiu, zaczął topnieć, a woda popłynęła w tym właśnie kierunku, w którym niedawno potoczyła się korona.
Kecherges spuścił oczy, w głowie mu się mąciło. Co to będzie, jeżeli uwala się bogaty ornat kapłana?
— Pocałujcie się!... — rozległo się nad jego uszami.
Bycza trąciła narzeczonego i podstawiła mu swój buziak. А więc skończyło się nareszcie. Pan młody wytarł nos rękawem i pospieszył schować się do kąta, pannie młodej zapleciono warkocz, potem jedno za drugiem ostrożnie wysunęli się z cerkwi.
— A to nakapał! — mruczał dziad, zeskrobując z podłogi krople wosku. — Jemu co... szafować z cudzej kieszeni... Oj, ludzie! ludzie! — i kręcąc głową, a pobrzękując kluczami, podążył za wychodzącymi.
I znowu cerkiew została pustą i niemą, tylko promienie słońca gorzały na rąbkach złota i kryształów, a olbrzymie świeczniki, potrącone falami śpiewu, czy też przypadkowem dotknięciem ludzi, kołysały się łagodnie na swych złoconych łańcuchach.
Taras czuł się niezwykle dobrym i wzruszonym.
— Skończyło się! — powtarzał, patrząc na dzieci wilgotnemi oczami.
Tak, skończyło się! Jakuckie wesele przecie się już dawno odbyło! Dlaczegóż nie wszyscy się cieszą? Widział zakłopotanie i wstyd Kechergesa, a chcąc go rozruszać i okazać mu, że wszystko przebaczył i zapomniał, zawołał chłopca do siebie, dał pieniądze i kazał pójść po wódkę do szynku.
— A spiesz się i dogoń nas... zaraz pojadziemy! — wołał za nim. — Beczułkę weź od szynkarza; powiedz, że przychodzisz ode mnie, on mój dobry znajomy.
W szynku było ludno, jak zwykle, gwarno i ciemno. Paliła się wprawdzie świeca na szynkwasie — niezgrabnym, zbitym z desek siekierą ciosanych, lecz długi jej knot i krzywa postawa malowały dobitnie wstręt otaczających do światła. Nie dbał też o nie stojący obok szynkwasu Jakut o wyschłej, zwiędłej twarzy: nie patrząc, widział on, nie słuchając, słyszał wszystko, co się działo w jego zakładzie. Było zresztą dość jasno, by dojrzeć duże, przed nim stojące, do góry dnem wywrócone czarki, które ręka jego zawsze była gotową napełnić; czasami, zapewne przez omyłkę zamiast wódki nalewał je wodą.
Biedna łojówka parskała, syczała, walcząc daremnie z kłębami tytuniowego dymu i wilgocią oddechów kupiących się dokoła ludzi. Migotliwe jej światło oświetlało niekiedy twarze gości i czarne, iskrzące się od szronu i pleśni ściany izby; częściej jednak było w szynku ciemno, a zawsze duszno; pachniało siwuchą i skórami reniferów, stanowiących ubranie większości uczęszczających.
Kecherges podszedł do gospodarza zakładu, oddał mu pieniądze, powiedział to co Taras powiedzieć kazał. Szynkarz kiwnął głową, krzyknął na pomocnika i schylił się pod ławę, aby ze stojącej tam baryłki utoczyć żądanej wódki.
Kecherges rozejrzał się po izbie.
W pobliżu jakiś Tungus ruchliwy, niewielki, żylasty, podskakując na cienkich nóżkach, jak na sprężynach, opowiadał otaczającym go o dziwnych zdolnościach swojego ojca, o jego Jowach i nieśmiertelnym, nigdy niekończącym się funcie prochu, który kupił dziesięć lat temu. Raz zdarzyło mu się zabić z gwintówki, która bezwątpienia najlepszą była w okolicy, od jednego wystrzału i jedną kulą: łosia, trapiącego go niedźwiedzia, lisa, który tam nadleciał przypadkiem, czternaście pasących się naprzeciwko reniferów, gęś, która siedziała na górze nad jeziorem, kaczkę, pływającą na jeziorze... wreszcie ołów, wpadłszy w wodę, trafił w olbrzymią rybę, w ogonie której znalazł go i chowa dotychczas na pamiątkę; gotów jest wszakże sprzedać pierwszemu amatorowi za dobre pieniądze.
— Jezioro na górze!... jakże to może być?... — zapytał ktoś, lecz oburzeni słuchacze rozkazali mu milczeć. Każdy z nich mógł opowiadać nie mniej zadziwiające wydarzenia. Powstał gwar. Tungus wrzeszczał, jak opętany, dowodząc, że jest obrażony, że powinni postawić mu na zgodę butelkę wódki; jeśli nie, to on „szalony Prońka“ wybije komukolwiek zęby. Chociaż wszyscy przyznawali mu słuszność, nikt jednak nie śpieszył z zadosyćuczynieniem jego żądaniu, co widząc, umilkł, ale po chwili zawołał znowu, wyciągając z pochwy nóż wązki i cienki, jak szydło:
— Oto nóż, który należał do mego ojca. Zrąbał on nim nieraz grubego zwierza prędzej, niżbyś zdążył zważyć kawałek mięsa. Ja sam jednego razu, ugodziwszy nim w bok pędzącego łosia, zostałem wciągnięty impetem żelaza do brzucha zwierza i podróżowałem w jego wnętrznościach wiorst kilkanaście!... Wątpię, by lepsza stal znajdowała się gdziekolwiek na świecie! Ot, patrzcie!... — i wziąwszy nóż za koniec ostrza, uprzejmie podawał trzonkiem słuchaczom.
— Siedział on już w ludzkiem mięsie... — dodał wkońcu niedbale.
Ciekawy oręż szedł z ręki do ręki, a gdy wrócił do właściciela, ten migocąc jego ostrzem ku światłu, przysięgał, iż nie oddałby go za żadne pieniądze, podarowałby wszakże przyjacielowi, któryby mu postawił półkwaterek wódki. Szynkarz zgodził się dać mu połowę żądanej ilości, ale Tunguz, tocząc pijanym wzrokiem do koła, spostrzegł nagle stojącego opodal Kechergesa z rozwartą gębą i baryłką pod pachą, krzyknął, rzucając się ku niemu:
— Na! bierz!... mówię ci!...
Chłopak z niezwykłą mu zręcznością wymknął się za drzwi.
Słońce zaszło i poczęło się już zmierzchać.
Kecherges szedł śpiesznie w tym kierunku, w jakim zdało mu się, że powinien był znaleść Tarasa. Lecz nie dogonił go; zatrzymał się więc pośrodku zasypanego śniegiem zagłębienia, które w lecie tworzyło jezioro, a w zimie było punktem rozstajnym licznych dróżek miasteczka, i patrzył w wielkim kłopocie na rozrzucone dokoła domy. Ruszył wreszcie w kierunku jednego z nich; lecz już w połowie drogi ogarnęło go zwątpienie. Lękłiwie otworzył drzwi i wszedł do obszernej izby, gdzie na kominie palił się suty ogień. Izba była pusta, tylko stojący w kącie na ławie duży, błyszczący samowar syczał i gwarzył.
Kecherges chrząknął i poczekawszy nieco, ośmielił się wreszcie zbliżyć do przegrody, przez szpary której widać było migające w sąsiedniej izbie cienie, słychać głośną rozmowę, śmiechy i dźwięki muzyki. Ośmielając się stopniowo, uchylił nieco drzwi i ostrożnie wsunął głowę do wnętrza.
— Raz! — zawołał kozak, siedzący naprzeciw drzwi z harmonijką w rękach.
Tańczący zatrzymali się, spoglądając.
Kecherges cofnął się; lecz po chwili głowa jego znowu pojawiła się we drzwiach.
— Dwa!
Głowa znów znikła.
— Czy tu mieszka?...
— Trzy! — przerwał kozak, a widząc, że Jakut tym razem nie chowa już głowy. — Dawaj pieniądze! — krzyknął. — Trzy ruble!... Cóż ty myślisz darmo wsadzać głowę do cudzego mieszkania?...
— A skąd ja wezmę?... — odrzekł Kecherges, uśmiechając się szeroko.
— Et, oszukujesz!... Dobrze!... Chłopcy, weźcie-no go!...
Kupiąca się pośrodku młodzież zaświstała, zachichotała, zatupała nogami. Kecherges jednym skokiem znalazł się za drzwiami i na oślep popędził przed siebie; wreszcie nie słysząc już pogoni, zatrzymał się.
— Z drogi! poszoł! — krzyknął ktoś nagle nadjeżdżając nań sankami. Chłopak odskoczył w bok, brnąc po pas w głębokim śniegu, aż zziajany, zmęczony ujrzał się przed cerkwią.
Przysiadłszy, pytał ziemi, czy nie powie mu czasem, dokąd poszli ci, co tu z nim byli tak niedawno.
Nie. Ziemia, której pierś zbrukana była tylu dotknięciami, nie odpowiedziała mu. Dziki westchnął i podniósł się markotny, myśląc o dziewiczej „tajdze“ rodzinnej, gdzie każda złamana gałązka, każdy listek potrącony, lub zmięta trawka tak dokładnie zapisują nazwisko i drogę przechodnia.
Noc zapadła.
Dokoła niewyraźnie czerniły się sylwetki domów, z nizkich kominów buchała łuna palących się wewnątrz ognisk, krwawo, jak ślepia wilków, świeciły okna. Jakut chodził dokoła, bojąc się zajrzeć do wnętrza, drżący z zimna, głodu i wzruszenia. Postanowił wreszcie iść na podwórze, gdzie stały przywiązane ich konie; lecz krążąc i wymijając różne budynki, zaszedł w jakieś krzaczki, z których wybiegły nagle spłoszone dwie dziewczyny — i nie zważając na jego prośby i wołania — ze śmiechem uciekły. Chłopak zawrócił i przytuliwszy się do sztachet jakiejś zagrody, czekał.
— Może Bóg miłosierny zeszle nakoniec jakiego litościwego człowieka! — myślał sobie.
Czekał długo; wreszcie usłyszał zbliżające się kroki. Ktoś szedł, nucąc wesoło. Jakut wysunął się z ukrycia.
— Gdzie tu mieszka Czojon? — zapytał nieśmiało przechodnia.
— A czego chcesz od niego?
— Tam jest Taras, który pewnie jeszcze czeka na mnie.
— Co za Taras?
— Taras! Jakut Kannagałas.
— A!... a co tu masz pod pachą?
— Wódkę.
— Wódkę! — powtórzył z ożywieniem nieznajomy. — Dobrze — rzekł pomyślawszy nieco — chodź, ja cię zaprowadzę.
Czas był karnawałowy, bawiono się więc i na odwachu. Wańka siedział na Kieszce i lewą ręką bił go po twarzy, gdyż dwa palce jego prawej ręki Kieszka trzymał mocno zębami. Opasły Daniłko, skrzyżowawszy na piersiach ręce i zwiesiwszy melancholijnie głowę, wzdychając, przyglądał im się z boku i powtarzał od czasu do czasu: biją się! Waśka, schowawszy się w ciemnym kącie, rzępolił na skrzypcach, a koślawy Michałko, włożywszy nabakier czapkę tańczył solo „hołubca“ na środku izby. W głębi ktoś kogoś ściskał i całował.
— Chłopcy! — krzyknął Aloszka Treguby, wpadając nagle. — Znalazłem człowieka, który nie wie, co robić z wódką!
— Cha, cha, cha! my go nauczymy!... Gdzie on, gdzie on? — wrzasnęli wszyscy, obstępując przybyłego.
— Oto jest! — zawołał Aloszka, popychając naprzód Kechergesa — a to ona! — dodał, unosząc w górę baryłkę.
— Jego żona! — wtrącił Michałko.
— Wypić! — wrzasnęli — Rozumie się! Co? może zostawić?...
— Ach! wy, świnie morskie! — wołał Aloszka wyrywając z rąk Waśki wyszczerbioną filiżankę. — Pierwszy przecie gospodarz! — i nalawszy po brzegi, podał filiżankę Kechergesowi.
— Pij!
— Wódka Tarasa — rzekł chłopak nieśmiało.
— Tarasa, kiełbasa — zaśpiewał Michałko.
— Pij! albo w gardło lać będziemy!
Chłopak zawahał się, wreszcie uchwycił filiżankę i wychylił ją do dna.
— Zuch! brawo! Aj da! aj da! huraaa! — zakrzyczeli kozacy.
Zaskrzypiały drzwi, ktoś wbiegł. Krzyki, śmiechy rosły, potęgowały się, aż zlały się w jeden nieustający chór wesołości. Usłyszawszy to, stojący na warcie Miszka, nie mógł wytrzymać i postawiwszy na swojem miejscu słomą wypchany kożuch z karabinem w łapach, sam wpadł do izby.
— Hulaj, bracie! hulaj! — powitały go okrzyki. — Bóg dał całe dwa garnce wódki!
Jaśniej buchnął płomień ogniska, głośniej zabrzęczały skrzypce, z ciemności wyjrzało kilka śmiejących się, zbydlęconych twarzy kobiecych, zaświstało, zatupało, zakołowało się i dokoła osłupiałego Kechergesa utworzył się iście karnawałowy korowód czerwonych koszul, reniferowych świt, tunguskich czapek. Ogarnięty wirem szalonego tańca i on wreszcie rozwiązał na piersiach rzemienie sukmany, odwinął poły i rzucił się śladem szalejących kozaków.
Późno w nocy znalazł go Taras śpiącego pod zaspą śniegu. Obok leżała pusta baryłka. Z pomocą Byczy wsadził chłopaka na konia i powiózł do domu.



II. IDYLLA.

Kecherges, obudziwszy się nazajutrz, nie śmiał podnieść oczów na nikogo. Usiadł, jak zwykle, w kąciku przy drzwiach, milczał i patrzał w ogień, rad, iż nikt doń nie mówił i nikt nań nie zwracał uwagi.
— Ciekawa rzecz, jakeś to ty Pieńku taczał się po mieście? — próbowała zażartować z niego Ania; lecz na twarzy chłopca odbiła się taka męka, iż dziewczyna, ulitowawszy się, dała mu pokój.
Na domiar złego Bycza zachorowała; z początku bolała ją tylko głowa, a pod wieczór napadł ją „menryjer“[20] — zaczęła krzyczeć i rzucać się. Nikt temu nie był winien, rozumie się, a Kecherges najmniej. Ot, poprostu, wczoraj zapomniano rzucić na ogień masła i tłuszczu, więc dusze zmarłego rodzeństwa panny młodej przyszły się o to upomnieć. Chłopak jednakże siedział przygnębiony. Za każdym wykrzyknikiem żony boleśnie kurczyła się jego twarz, a sarnie wilgotne oczy wyrażały tyle męczarni i błagania, że wreszcie Taras, ulitowawszy się, powiedział mu:
— Ty chłopcze, lepiej jedź sobie jutro do domu.
Rozkaz ten rozradował chłopca widocznie. Tego jeszcze wieczora obejrzał i przygotował do podróży cugle, siodła i rzemienie, a było tego wszystkiego niemało, miał bowiem odwieść Anię z powrotem do domu.
Nim świt błysnął, oboje konno dążyli na północ dróżką, wijącą się wśród lasu. Kecherges, któremu pilno było stąd się oddalić, wybrał drogę na przełaj przez stepy i bory, krótszą, choć mniej dogodną i mało uczęszczaną, ale omylił się w swojej rachubie.
Kto, z mających lat dwadzieścia kilka, nie zechciałby choć dzień, choć dwa dłużej zostać sam na sam, wśród milczących olbrzymich borów, z dziewczyną, mającą oczy tak figlarnie błyszczące, jak Ania, usta śmiejące się tak często i wdzięcznie, głos tak srebrzysty, jak dzwonek dźwięczący i budzący w sercu niespokojne echa; z dziewczyną tak mało przytem sprawiającą kłopotu?
Na noc sama sobie wygrzebała dół w śniegu, sama rozpaliła ogień, dosiadła konia i złapała go na stepie. Kecherges prędko więc zapomniał, jak śpieszno było mu do domu, a coraz dłużej i częściej zaglądał w czarne błyszczące oczy towarzyszki. Ona zaś nie wstydziła się i nie bała tych pełnych zachwytu spojrzeń chłopaka: spotykała je śmiało, otwarcie, niekiedy z błyskiem namiętności w oczach lub wyczekująco spuszczała ku ziemi długie rzęsy, białe od osiadłego na nich szronu.
Dobrze im było we dwoje nocą u ogniska. Wiedzieli, że dokoła nie było nikogo prócz lasu, którego gałęzie śniegiem obsypane wisiały nad ich głowami, purpurowe i zda się, wyrastające nie z pnia, lecz z ciemności. A jeśli przypadkiem Ania zanuciła piosnkę i cicha „tajga“ obudzona nagle głosem dziewczyny zaśmiała się lub zapłakała tęsknotą, wówczas Kecherges zapominał o domu, o ojcu, o bożym świecie i zasłuchany siedział nieruchomie, póki dziewczyna nie zawołała:
— Ach, Pieńku! rozbieraj się, czas spać! Dobrze im było przytulonym do siebie leżeć na miękkiej skórze niedźwiedziej i słuchać szczebiotu[21] iskrzących się w górze gwiazd, lub ścigać wzrokiem przepływające po niebie fale zorzy północnej, tak lekkie, nieujęte, a cudne, jak cień, a tak barwne i zmienne, jak sama miłość!
Nie dziw więc, iż Kecherges ową krótszą drogą jechał dłużej, niż jechać trzebaby było najdłuższą i że zmuszony był napocząć ten kawał mięsa, który Taras ojcu jego posyłał w podarunku.
— Posiedź u mnie z kilka dni — mówiła chłopcu dziewczyna, przyjmując go w swoim domu. — Posiedzisz? — prosiła, zaglądając mu w oczy. — Czas brzydki, koń wypocznie!
Kecherges milczał i myślał o zjedzonem mięsie, ale zgodził się zostać, ponieważ rad był odwlec dzień sądu, jak można najdłużej.
Upłynął jeden dzień, upłynął drugi i trzeci. Chłopiec ani myślał o odjeździe. Było mu tak dobrze, iż lepiej nie pragnął mieć w raju.
Po całych dniach leżał zadarłszy nogi i słuchał wyrzekań starej ślepej Matrony lub puszczał z dziećmi bąka, gdy mu się bezczynność sprzykrzyła. Wieczorem, zwiastowana krzykiem dziatwy i szczekaniem psów, zjawiała się Ania, cały dzień zwykle nieobecna. Dziewczyna nigdy nie wracała z pustemi rękami: niosła to kosz ryb, to dziesiątek kuropatw, to zająca — a najlepszy kąsek dawała zawsze Kechergesowi.
— Ach Pieńku, Pieńku!... narąbałbyś choć drew na ogień — wołała niekiedy żartobliwie.
Kecherges skrobał się w głowę, odpowiadając niewyraźnem mruczeniem, lecz czas spędzał po staremu, leżąc na ławie w oczekiwaniu wieczora i powrotu Ani. Dziewczyna przynosiła z sobą wesołość, żarty i piosenki, a kiedy wszyscy spać się pokładli — całusy i pieszczoty w cieniu rozwieszonych pękami sieci, na posianiu z miękkich skór reniferowych. Niekiedy było im duszno w ciasnej izdebce, wówczas w otoczeniu hałaśliwej zgrai dziatwy wybiegali na zewnątrz — w pole, do lasu.
— A utop się, utop, Pieńku! — wołała dziewczyna, wepchnąwszy Kechergesa w zaspę śniegu — już cię wtedy napewno tatulo wysmaga.
Chłopak zrywał się i puszczał się w pogoń za nią; dziewczyna chyża i zwinna dobrze go zmęczyła, zanim pozwoliła się schwytać i ucałować w usta wilgotne i gorące.
Życie płynęło jak sen, ale i na jasnem jego niebie Pan Bóg pozwolił się ukazać chmurce. Pomimo wszystkich, prawie wymarzonych warunków szczęścia, troska nie była obcą sercu chłopaka.
Pod wpływem tej troski zrobił pewnego dnia daleką wycieczkę na sąsiednią łąkę, gdzie pasł się jego koń. Wierzchowiec nie poznał pana, a gdy Jakut próbował go złapać, zadarł ogona i znikł w głębi pola.
— E, tatulo pewnie wysmaga!... — rzekł, patrząc za nim i drapiąc się w głowę.
Wieczorem zwierzył się Ani ze swoich obaw. Dziewczyna jednak zamiast współczucia, okazała tyle gniewu, iż umilkł zmieszany.
— Jedź! jedź!... — krzyknęła — niech cię tam powiozą do miasta.. A bądź pewny, że tym razem nie koronę, ale beczkę wsadzą ci na głowę!
Mierzyła go badawczem, niespokojnem spojrzeniem.
Kecherges długo nie ośmielił się wszczynać tej kwestyi.
Chmurka tymczasem istniała i wciąż rosła.
— Że do miasta powieść mogą to mogą — odezwał się raz wreszcie, przerywając zwykłe przy wieczerzy milczenie — lecz żeby mi beczkę na głowę kłaść mieli, to pewnie łżesz... — dodał, spoglądając na kochankę z ukosa.
Dziewczę pobladło.
— Ty chcesz jechać!... — wyjąkała.
Kecherges nic nie odpowiedział, lecz na drugi dzień zabrał się do szukania uzdeczki; szukał jej i na trzeci i na czwarty dzień, szukał sam i z pomocą Ani — daremnie! Uderzony nagłą myślą wybiegł wreszcie raz za oddalającą się dziewczyną.
— Ania! oddaj uzdeczkę natychmiast!
Dziewczyna siedziała już na sankach, krzyknęła na psy, a rozumne, posłuszne zwierzęta uniosły ją z szybkością wiatru. Kechergesowi zdawało się, że obejrzała się, pokazując mu figę; przestał więc mówić o odjeździe. Ale pewnego ranka porzuciwszy śpiącą na łożu dziewczynę, wśliznął się do spiżarni i zabrał schowaną tam uzdę. Gdy jednak po odjeździe Ani zajrzał do czapki, gdzie zgubę schował, znalazł tam zamiast uzdy, garść łuski rybiej. Oburzenie jego nie miało granic.
Chciał jechać zaraz, natychmiast, w nocy jeszcze.
Ania musiała długo prosić, zaglądać w oczy i obejmować go rękami, nim zgodził się zostać jeszcze dzień jeden.
— Jedź, jedź! — mówiła dziewczyna, tłumiąc żal. — Ja wiem, że ty już nie wrócisz!...
Chłopiec zmiękł i został jeden dzień, potem drugi i trzeci, i ani się spostrzegł jak minął dni cały dziesiątek. Wreszcie doleciały ich wieści, że poszukują zaginionego bez śladu chłopca lat dwudziestu trzech, wysokiego, barczystego, członka gminy Kangałas, rodu Esie, zwanego zazwyczaj Kechergesem.
Gdyby piorun padł u nóg psotników, nie przeraziłby ich więcej. Kecherges spojrzał z wyrzutem na Anię; dziewczyna posmutniała. Nie zatrzymywała go już. Chłopak nadął się, osowiał, ale z miejsca nie ruszał. Uciekła mu ostatnia deska ratunku — możność skłamania, że siedział u Tarasa. Milczał więc i lękliwie spoglądał na drzwi, wstrzymując oddech, ile razy dał się słyszeć za nimi jaki szmer niezwykły.
Jednego dnia wieczorem, kiedy siedzieli, gawędząc, drzwi rozwarły się niezwykle szeroko i ukazały się w nich postacie kilku przybyszów.
Kecherges zerwał się i stanął jak wryty.
— Tatulu! to ona!... — krzyknął rozpaczliwie. — Ona schowała mi uzdeczkę.
Ania wysunęła się naprzód.
— No, no, dobrze! Niechno ja się rozgrzeję!... — odrzekł krępy, szpakowaty Jakut i rozwiązawszy rzemienie podróżnego odzienia, grzał ręce i piersi u ognia.
— I jak ci nie wstyd?... — mówił Taras do Ani. — Gdyby żył twój ojciec, onby ci...
— Suka, suka! — popędliwie krzyknął ojciec Kechergesa.
Dziewczyna pobladła i wyprostowała się.
— Nie łajcie! — rzekła z dumą. — Nie karmicie wy mnie i nie odziewacie... Nie panowie wy mnie i nie książęta... a coby mój ojciec zrobił — darmo o tem gadać. Ty, Taras, chociażeś mój krewny i stary, czego chcesz ode mnie? Com ja złego zrobiła? Toć on nie maleńki... Choć wy bogaci, ja się was nie boję.
— My popu powiemy, co ty wyrabiasz, on cię nauczy!
— Powiedzcie! — odparła ciszej nieco dziewczyna i z pogardą spojrzała na mówiących. — A ty Kecherges... — zwróciła się do chłopaka, lecz nagle zdziwiona umilkła. Nie było go nigdzie.
Za kominem tylko zatrzeszczały drwa, drzwi stuknęły i ktoś niezgrabnie wyskoczył na dwór.
— Łapaj!... — krzyknęli przybysze i rzucili się za zbiegiem.
Taras zabrał rząd na konia i odzież Kechergesa.
Ania, spuściwszy głowę, stała chwilę u ognia, przysłuchując się dolatującemu za drzwiami wołaniu. Gdy wreszcie wszystko ucichło i rozległ się tętent oddalających się kopyt końskich, krzyknęła z rozpaczą, załamując ręce:
— Matulu, zabrali „Pieńka!“ zabrali!

Bajagantajski ułus,
18 września 1885 r.


CHAJŁACH


Таk krajowcy nazywają deportowanych, jest to przezwisko obraźliwe, znaczące to samo co „złoczyńca“.


Zbliżało się lato, nastały ciepła i futrzana bermyca Chabdżija[22] już nie była potrzebną. Jego żona Keremes, z kawałków sukna, które przypadkiem zabłąkały się do jej pudełka, uszyła mu czapkę. Chabdżij, jak żyje, nie nosił czapki; w czasie upałów czoło zazwyczaj obwiązywał chustką, nie dziw więc, iż poczuwszy europejskie nakrycie na swojej okrągłej, gładko wystrzyżonej głowie, długo przeglądał się w kawałku rozbitego lusterka robiąc odpowiednie do tego stroju miny.
— Prawdziwy ruski! — wyrzekł wreszcie z powagą, zwracając się do stojącej obok żony, a jego bronzowa, płaska twarz rozjaśniła się szczerym, dobrodusznym uśmiechem.
— Idź już... idź... — wołała Keremes, zlekka uderzając go dłonią po szerokim grzbiecie, za co „prawdziwy ruski“ schwycił ją wpół, a powąchawszy naprzód po jakucku jej policzek, pocałował następnie po rosyjsku w usta: przyczem oboje roześmiali się na całe gardło.
— Adtołłer![23] Kiedyż ty nakoniec pójdziesz?! — broniła się zalotnie kobieta, popychając męża ku drzwiom.
Chabdżij westchnął, spoważniał nagle, schwycił przygotowane już rękawice i włosianą „machałkę“ dla odpędzania komarów, zrobił niedbale trzy razy znak krzyża i ruszył ku wyjściu.
— A nie siedź długo! Jeżeli zastaniesz księcia, to przynieś podarunek! — poprosiła Keremes, odprowadzając go do wrót.
Chabdżij kiwnął głową.
Długo jeszcze stała na dworze, patrząc za oddalającym się mężem, a gdy wreszcie znikł na zakręcie drożyny, westchnęła i, zanuciwszy z cicha piosenkę, zwolna powróciła do jurty. Nie lubiła ona być samą. Cisza pustego domu zdawała się jej nieznośną; — posmutniała więc i zamilkła, niedbale zbierając rozrzucone po ławie gałganki, nitki i inne drobnostki.
Jakże tęskno! Dałby już Bóg prędzej dziecko! Jak ona będzie je pieścić i kochać, pocałunkami okrywać. A jeżeli umrę... błysnęło jej nagle w głowie; tak wiele kobiet umiera przy pojawieniu się tych małych gości z innego świetlanego świata, którego choć dusza nie pamięta, ale wiecznie za nim tęskni![24] Ależ to grzech! Po cóż tęsknić? Czyż jej tu nie dobrze, nie wesoło?... Szczególniej latem, kiedy jest co jeść, kiedy dokoła ciepło i jasno.
Spojrzała w otwarte drzwi, przez które uśmiechała się do niej zalana słońcem okolica.
Czyż nie piękne te chmury, to blado-błękitne niebo rodzinne, ta tajga czarna, posępna, a tak miła, tak znana?... Jakże upajająco pachną rozkwitłe lasy modrzewiu! Nie! piękna jest ziemia jakucka, ich ziemia; a choć mówią, że tam na południu są piękniejsze, to pewnie kłamią, bo dlaczegożby tu do nich przyjeżdżali?
Przez uchylone drzwi zajrzały do wnętrza izby rozdęte, wilgotne nozdrza, a za niemi ukazał się czarny, kosmaty, z białą łysiną po środku łeb krowy, za którym widać było jeszcze kilka innych łbów białych, pstrych, wyciągających się ku jurcie, bodących się rogami i przeraźliwie ryczących. Stado z łąk wracało. Uwiązane za kominem cielęta, poczuwszy matki, zaczęły brykać i beczeć w sposób nieopisany.
— He! — krzyknęła Keremes, odpędzając krowy ode drzwi i wyszła ze skopkiem w ręku. Bydła było nie wiele: wszystkiego pięć krów dojnych, czarny duży wół, przedstawiający wraz z siwym koniem jedyną siłę roboczą ich gospodarstwa, cztery jałówki, dwa byczki, „łończaki“, para cieląt — ot i wszystko. Lecz cielęta często tu zdychają. Bóg więc wie, czy się chować je opłaci. A tu z gospodarstwa trzeba zebrać na zapłacenie podatków i powiności, na sprawienie odzieży i pożywienia podczas lata, na zakupienie naczyń, herbaty i wielu innych rzeczy, bez których obejść się nie można, a które co rok niszczą się i psują, trzeba jeszcze odłożyć na zimę, kiedy krowy nie dają mleka. Zresztą, ona skarżyć się nie może. Bóg jej dał pracowitego męża, łowcę i majstra do wszystkiego, tylko że... tu uśmiechnęła się filuternie, puściła cielę do ostatniej wydojonej krowy, schwyciła wiadro z mlekiem i poszła do mleczarni — nizkiej piwnicy, gdzie rzędem stały na ziemi bronzowe „czybyczahy“[25], pełne nabiału. Ze starych zebrała śmietankę, w nowe nalała świeżo nadojonego mleka, z innych znowu wylała zawartość do miedzianego kotła, w którym zazwyczaj przygotowywała „sorat,“[26] powszedni pokarm Jakutów. Chabdżij upewniał, iż go przyrządzała najsmaczniej w całej okolicy; nie przeczyli temu odwiedzający sąsiedzi, gdyż mieli wówczas najczęściej usta zapełnione owym białym, śmietanką polanym przysmakiem, którego, nie szczędząc, obficie dostarczała im Keremes.
Nie Keremes, ale Eumenia! — przypomniała sobie, uwijając się około ognia gosposia. — „Eumenia Ślepcowa!“ Tak poprawił ją pop, gdy przed ślubem powiedziała mu swoje imię, to imię, którem zwała ją matka, sąsiedzi, narzeczony... Eumenia!... Eumenia!... Karemes!... Keremes znaczy „srebrzysty lis“, zwierzątko, którego futro bardzo jest drogie, a takie miękkie i jedwabiste, jak jej warkocze, za które to ją pewnie tak przezwali, gdyż były one gęstsze i dłuższe, niż się to zazwyczaj zdarza u Jakutek. Keremes daleko piękniejsze imię niż Eumenia. Ona je rozumie. Wie, jak się Chabdżij cieszy, gdy przyniesie z tajgi takiego lisa, a handlarze futra chwalą go za to i poją herbatą. A Eumenia!.. Cóż to znaczy? Mówią jej, że ona dzika, gdyż nie pamięta swego imienia! Na co jej ono. Wiedzieć je obowiązany jest pop i pisarz gminny, którym przecież za to, a nie za co innego płacą Jakuci pieniądze. Tak, ona dzika i nie uczona! A czyż pomimo to wszyscy jej nie lubią, czyż jej nie pieściła matka, nie kochał ojciec, czy Chabdżij powiedział jej choć jedno przykre słowo kiedykolwiek... Niech tam sobie!... Ale co to „jego“ nie widać tak długo. Już się zmierzcha! Przecież wie, że ona boi się sama. Co go mogło zatrzymać u księcia?...
Noc zapadła. — Na północy krwawy pasek zorzy zrobił się już tak wązkim i bladym, jakim pozostać miał do jutrzejszego świtu. Ciemniejące stopniowo ku południowi niebo już się ubrało paru lękliwie błyskającemi gwiazdami; przestały świstać na błotach kuliki, para dzikich kaczek, szumiąc skrzydłami, przeleciała i zapadła na poblizkiem jeziorze; — zarośla, łąki, rzeka i bory powlekły się przejrzystą zasłoną letniej nocy biegunowej, a w „tajdzie“ zamajaczyły widziadła. Keremes przymknęła drzwi. Daremnie! Prześladowały ją duchy, stukając w ściany jurty, straszyły dziwnymi głosami, majaczyły w ciemnych kątach izby. Serce jej biło, oczu nie śmiała podnieść do góry. Daremnie próbowała zapomnieć, chyląc się nad robotą u ognia i szyjąc odzież mężowską.
— Kiedyż on przyjdzie nareszcie! Nie! nigdy już nie zgodzi się pozostać samą; koniecznie uprosi Chabdżija, żeby wziął kogokolwiek do chaty, jaką babę starą, jakiego dziada ślepego, niedołęgę, o którego w żadnym już razie nie będzie mógł być zazdrosnym! Byle tylko nie być samej, nie cierpieć...
Nagle u wrót zagrody dały się słyszeć kroki i głos jej męża. Zerwała się, ażeby wybiedz na jego spotkanie, lecz nagle stanęła w połowie drogi, wstrzymana tajemną myślą... Dyabli są niekiedy nieskończenie przebiegli!... — Schwyciła więc tlejącą głownię i w chwili ukazania się przybywających we drzwiach, cisnęła ją pod próg. Było ich dwóch; — dojrzała ich wśród kłębów dymu, który buchnął ku górze, a jednym z nich był jej mąż.
— Cóżeś ty tak się wylękła? — zapytał, badawczo ogarniając ją wzrokiem.
Zawstydzona Keremes w milczeniu podniosła z ziemi głownię. Drugi był to jakiś cudzoziemiec, wysoki, rudobrody, białolicy, zapewne „nucza“[27]. Przyniósi z sobą jakieś węzełki i worki, a gdy je zaczął układać w kącie na ławie, Keremes domyśliła się, że to pewnie ów chajłach, którego tylko co przywieziono do ich miejscowości. Cóż to znaczy? Dotychczas nie zmuszano ich karmić żadnego z tych przybyszów! Pytająco spojrzała na Chabdżija, który był zły i blady. Przybysz rozbierał, porządkował, układał swoje manatki, wreszcie usiadł i zapalił krótką miedzianą fajeczkę.
— Gotuj wieczerzę! — rzekł żonie Chabdżij i przysiadł się do gościa.
— Oto mój dom! moja siedziba! — rzekł, wyciągając przed siebie rękę. — Prawda, kiepska! Nie wiem, czy ci tu będzie dobrze! Podczas deszczu leje się na głowę, a w zimie zimno; — lecz ja ostrzegałem, że jestem biednym człowiekiem. Sam mówiłeś, że chcesz mieszkać w jednem miejscu! I prawda; takiemu porządnemu jak ty panu nie wypada włóczyć się z jurty do jurty. Ale sam pomyśl tylko, czy ci będzie u nas dobrze? Tyś powinien mieć dom biały, porządny — tyś „nucza“; lobie trzeba jeść mięso i chleb, mieć pod nogami podłogę, na stole talerze i srebrne łyżki, a u nas niema żadnej z tych rzeczy; dom, sam widzisz, kiepski... bydła mamy mało, jesteśmy biedni! Damy, co mamy, lecz pokarm nasz nie wybredny: wciąż „sorat“ i „sorat“. Dziki Jakut, sam wiesz, zje wszystko.
— A czy gmina nic ci nie płaci za moje utrzymanie? — spytał nagle milczący dotychczas przybysz.
— Ależ nie! U nas tu inne zwyczaje, u nas „nucza“ wożą z jurty do jurty, gdzie oni żyją po dni kilka; lecz ty sam mówisz, że jeździć nie będziesz, że ci to dokuczyło, że chcesz żyć na jednem miejscu. Dobrze! Doskonale! Otóż ja tobie poradzę, poradzę jak przyjacielowi, ponieważ ciebie kocham! Ja w ogóle kocham „nucza“. Dzielny lud, piękny lud, bogaty lud, rozumny lud! Otóż nie mieszkaj ty u mnie! Idź jutro na zebranie i powiedz „panom książętom“, że mieszkać u mnie nie chcesz, że jestem biedny, że nie mam nic, że dom mój niewygodny i brudny... powiedz im, a oni znajdą ci piękne mieszkanie, gdzie będziesz mógł siedzieć ciągle. Czy nie tak? Pomyśl sam! W naszej ziemi chleb nie rośnie, wszystko u nas idzie z bydła i odzież i pokarm i pieniądze. Bogaci mają wiele krów, wiele kobył, mają więc wiele śmietanki, wiele masła, mięsa... mają ciepłe odzienie, mają domy... Dlaczego ty nie chcesz mieszkać u bogatych?...
— Ależ chcę!!... — krzyknął przybysz — lecz gmina tu naznaczyła mi mieszkanie!
— U bogatych — ciągnął nie zważając na wykrzyknik słuchacza Chabdżij — byłoby ci dobrze, byłbyś syty, mieszkałbyś czysto! Idź więc jutro, lub pojutrze na zebranie i powiedz: ja nie chcę mieszkać u niego, on biedny, źle je i źle żywi, dom brudny i woda cieknie z dachu... o! zobaczysz jak woda u mnie cieknie z dachu, kiedy deszcze padać zaczną... — Pójdziesz? co? — pytał natrętnie.
— Nie zawracaj mi głowy, stary ja wróbel! — odrzekł w cudzoziemskim języku przybysz i odwrócił głowę.
— Nie! więc zawsze będziesz siedział u mnie! — z hamowaną rozpaczą i wściekłością zawołał Jakut.
— Nie wiem! Obecnie lato! obecnie wszędzie dobrze, a później zobaczymy! Chabdżij pomyślał chwilę, splunął w bok, wstał i podszedł do ognia.
— Co ty grzebiesz się! — krzyknął gniewnie na żonę — dawaj wieczerzę!
Dusił się z gniewu.
— Drewniany pień! — mruknął, wpatrując się w zielonawe, lodowato-spokojne, w ogień wlepione oczy chajłacha, w jego twarz szeroką, na której leżało, choć uśpione, piętno czegoś groźnego i niepohamowanego. — Rozbójnik! Lodowate oczy! — złościł się Jakut. Cała jego wymowa, którą się tak szczycił i którą sobie wyrobił, służąc trzy lata jako dziesiętnik w swej gminie, nie wywarła najmniejszego wrażenia. — Zjadł go czort!
Lecz głośno Chabdżij nie rzekł ani słowa; spluwał tylko gniewnie. Wieczerzę przybyszowi postawiono oddzielnie, lecz on sam zawołał gospodarzy do siebie i dał im nawet do herbaty po garści sucharów, zaoszczędzonych resztek swego więziennego pokarmu.
— A przecież on dobry! — głośno, niby do żony, rzekł Jakut z chytrym, ledwie dostrzegalnym uśmiechem. Keremes, milcząca, ostrożnie jak cień, suwała się po izbie, za każdym razem obchodząc dokoła kominek, by ani na chwilę nie zasłonić ognia oczom rozgniewanych mężczyzn. Zauważyła jednak parę razy skierowany na siebie niemiły wzrok Chajłacha; Chajłach spostrzegł także, że i ona choć ostrożnie, ale wciąż mu się przypatruje, poprawił więc wąsa i pogładził gęstą czuprynę.
Keremes jeszcze dotąd nigdy nie widziała Słowianina, z wyjątkiem popa i pisarza gminnego, którzy tutaj urodzeni, twarzą zupełnie byli podobni do Jakutów; ten chajłach był więc pierwszym człowiekiem z południa, z jakim zdarzyło jej się spotkać.
— Oj! jaki duży!... A na pysku rosną włosy jak u psa! — ze wstrętem zauważyła do męża, kładąc się spać.
— A czy na długo?
— Na miesiąc!
— Boże mój! tak długo!
— Cóż ja zrobię? — markotnie odrzekł Chabdżij, — rozkazali!... — i przewróciwszy się na drugi bok, zasnął. Długo nie mogła zmrużyć oka Keremes. Wciąż majaczyła się jej postać Chajłacha taka, jaką ujrzała raz pierwszy w kłębach dymu i iskier; wciąż czuła utkwione w siebie wielkie, świecące, cudzoziemskie oczy koloru nieba; zasypiając, widziała bladą, szeroką jego twarz, chylącą się ku niej... włosy jego wstrętnej brody, trącając jej pierś i lica, budziły ją ze snu. Słyszała wiele gawęd o tych „nucza“. Podania jej ojczyzny opowiadały okropności o ich okrucieństwach, a w bajce imię ich stało się synonimem złego — drżała więc. Spotniała, wylękła, zrywała się z posłania za każdem poruszeniem rzucającego się niespokojnie na łożu chajłacha, a gdy nagle w ciemnościach rozległ się jego gruby głos, wymawiający niezrozumiałe wyrazy, kopnęła męża nogą budząc go:
— W przerębel... Wiem... nic z tego... lepiej... ja was... morderstwo... ja chcę żyć... Matko Przenajświętsza... a za co??...
Głos ucichł, przeszedłszy w niewyraźne mruczenie. Czas jakiś małżonkowie, przytuleni do siebie, z trwogą wpatrywali się w ciemną głębię izby, lecz dzikie wołania już się nie powtórzyły; położyli się więc. — Keremes płakała.
— Nie płacz! — pocieszał ją Chabdżij — miesiąc tylko... jakkolwiek przetrwamy... Bóg da!


∗             ∗

— Nucza... nucza.. Wstawaj pić herbatę! Śniadanie gotowe!... — budził Chabdżij na drugi dzień swego gościa... Chajłach zerwał się, przetarł oczy: na kominie wesoło płonął ogień, buchały parą stojące czajniki i kotły; po środku izby kręciła się, zamiatając ją, Keremes. Przybysz pośpieszył odziać się; Chabdżij podał mu wody i ustąpił miejsca u ognia.
— Jacy to u was na południu wszystko ludzie biali, rośli i otyli, a piękni... — zauważył Jakut, wpatrując się z podziwianiem w tęgą postać Chajłacha. — Nie to, co my! A dlaczego? Dlaczego u was rośnie chleb? Dlaczego wy jesteście panowie, a my Jakuci?
Chajłach milczał, zajęty rozczesywaniem brody, wreszcie wytarł grzebyk, zawinął go w papierek i chował do kieszeni, poczem zrobił kilka głębokich, namaszczonych pokłonów przed stojącymi na półce w rogu izby obrazami i usiadł przy stole. W sutej, wypuszczonej na zewnątrz czerwonej koszuli, umyty, uczesany, wyglądał wcale przyzwoicie. Prawda, jego spodnie były nieco zniszczone i wytarte, lecz w każdym razie nie były skórzane, ale manszestrowe; u jego sukiennej kamizelki brakowało paru guzików, lecz z pozostałych dwa były znacznie większe od swoich sąsiadów, metalowe i z orłami; w dodatku kiwnięciem głowy podającej mu filiżankę herbaty Keremes (czem rozśmieszył bardzo Chabdżija) zdradził dobre wychowanie... Poważnie a łaskawie, gdyż, jak się wyraził, postanowił żyć z niemi „po ludzku“, wypił jedną, drugą i trzecią filiżankę herbaty i dopiero w odpowiedzi na pytanie Jakuta, zaczął rozwodzić się w sposób głęboki i ciemny. Ponieważ chciał być wymownym i zbyt wiele użył przekleństw, gestów, oraz tajemniczych terminów galer i zbrodni, Keremes myślała, że wymyśla jej za przydymione nieco mleko, a Chabdżij zrozumiał tylko: wiele chleba, wiele słońca, wiele powietrza!!...
— Od słońca więc rosną... jak siano... — objaśnił żonę. O użyciu chleba miał bardzo słabe pojęcie; wiedział, że go ludzie jedzą, lecz wątpił, ażeby mogli od niego tyć.
— A jak nazywać ciebie? — spytał Jakut gościa nieśmiało.
— Kostia Chruszczow!
— Kostia Kru... kru... — próbował wymówić Chabdżij, lecz się zakrztusił — jakie wielkie imię! My już lepiej będziem nazywać cię wprost: „nucza! nasz nucza...“ — Czy dobrze?
Kostia uśmiechnął się pogardliwie. — A niech sobie nazywa, jak chce! Czy on myśli, że Chruszczów to jego prawdziwe nazwisko? Prostak! To tylko tak... dla policyi; a jego nazwisko?... O, jego nazwisko! — dodał znacząco — za jego nazwisko napewno daliby mu sto pałek i powiesili, lub, co najmniej, przykuli do taczek.
— O, tak! prawda! Wszystko jedno, jak zwać... Ty dla nas będziesz: „nucza“, nasz „nucza“, przyjaciel... Czyż obecnie nie należysz do naszej gminy!... Nasz więc jesteś, nasz człowiek... Bądźmy przyjaciółmi... Tyś dobry! Wszak prawda?... — łasił się Jakut.
Kostia rozwalony na ławie, wsparty na łokciu lewej ręki, patrzał leniwie przed siebie; jego gruba, ubrana w czarną jakucką sarę, prawa noga, zarzucona na zgięte kolano lewej, kiwała się przyjaźnie. Prawda, czuł się dobrym, ponieważ był sytym, lecz nie miał ochoty rozprawiać. Chabdzij więc po bezskutecznych kilkakrotnych zaczepkach, wziął wreszcie siekierę i poszedł do roboty; Keremes też się gdzieś podziała, Kostia został sam.
W zakrytej zewsząd jurcie było cicho i ciemno; piękny dzień słoneczny, otaczający ją na zewnątrz, pękami swych złotych promieni przedzierał się jednak i do jej środka przez mnogie otwory ścian, szczeliny źle domkniętych drzwi, dziury i pęknięcia rozciągniętego w oknach pęcherza, pstrząc jasnymi krążkami i paskami glinianą podłogę izby, igrając na rozstawionych dokoła sprzętach i zaglądając w bezmyślnie wytrzeszczone oczy chajłacha.
Kostia ziewnął, wytrząsnął popiół z zagasłej fajki, schwycił czapkę i wyszedł z domu.
Szedł bez celu, zaglądał wszędzie ciekawie, a niby od niechcenia rozpatrywał wszystko. Był w lesie, był nad jeziorem, był na łące, gdzie pasło się stado i wkrótce wiedział prawie tyle, co i gospodarz, wiedział, wiele ma krów, co u niego leży w spiżarni i jak ją zamyka, gdzie stawia sieci i sidła, gdzie rąbie drzewo...
Włócząc się po okolicy, Kostia wyszedł wreszcie nad brzeg rzeki i przysiadł, ażeby odpocząć. Tu było nieco weselej, niż w głębi posępnej, wiecznie milczącej i nieruchomej tajgi z jej obszernemi jednostajnemi łąkami, z jej czarnemi śpiącemi wśród błot jeziorami. Tu było życie.
Wstęga rzeki, marszcząc się zlekka, dążyła pośpiesznie, skwapliwie, gdzieś w nieznaną dal, jej fale z szelestem szarpały urwiste brzegi. Biała czajka, wylatując nagle z poza lasów, z poza sinych gór, zawisła z krzykiem nad jej powierzchnią. Z głębi wód, błysnąwszy srebrną łuską, z pluskiem wyrzuciła się ryba. Siedząc na urwisku, oblany promieniami słońca, mając przed sobą wdzięczne, błękitne górzyste dale, Kostia zadumał się, posmutniał i zanucił nagle:

„Jak w kopalniach urząd dostał,
„Jak lud wieszał, gnębił, chłostał,
„Morzył głodem, w szachtach tracił,
„Ale skarbu nie zbogacił
„Rozgildiajew syn...
.................
.................

Gdy okoliczne echa powtórzyły ostatnie słowa tej więziennej, długiej a bolesnej piosenki, powtórzyły i zamarły, śpiewak westchnął głęboko i rzucił się nawznak w gęstą, pożółkłą trawę, której kępy osłonione przed wiatrami pniem zwalonym, szumiały wysokie i niepołamane.
Wisiały nad nim w górze blado-błękitne, nieskończenie głębokie niebiosa i zwolna płynęła po nich para puszystych białych chmur — bliźniąt. Śledził za niemi wzrokiem, dopóki nie znikły za krawędzią zwieszających się nad jego czołem kłosów. Niczem niezmącona cisza zapanowała na wybrzeżu. Wystraszone śpiewem człowieka czajki i ptaszęta uciekły, ryby przestały się bawić i odpłynęły na głębię, tylko rzeka szemrała, biegnąc wciąż, lub plusnął nagle, waląc się, podmyty jej brzeg. Kostia zamknął oczy i wkrótce usnął.
Spał długo. Obudziły go krzyki i chrzęst łamanych zarośli. Otworzył oczy, drżąc z zimna. Niebo wiszące nad nim było już inne, ciemniejsze i bliższe; tu i owdzie słabo migotały zrzadka porozrzucane na niem gwiazdy; na północy nad lasem paliła się zorza. Był więc wieczór, czy też poranek? Wilgotny od rosy i przejęty jeszcze przyjemnym dreszczem przebudzenia Kostia, nie ruszając się, skierował oczy ku temu miejscu, skąd go dobiegło wołanie.
Tuż nad jego głową, na zwalonym pniu stała Keremes; — wysunąwszy nieco naprzód jedną nogę, odzianą w czarne, drobne, zalotne „sary“[28], stała niedbale, a wdzięcznie, przegiąwszy w tył giętki stan i odrzuciwszy młode ramiona. Bieg czy też wzruszenie umalowało lekkim rumieńcem jej okrągłe policzki, przez świeże rozwarte usta połyskiwał rząd zębów perłowych, a z pod narzuconej na głowę jasnej chusty wymykały się sploty ciemnych włosów i duży, srebrny kolczyk, którego biały blask mocniej jeszcze uwydatniał bronzowy kolor jej, zalanego obecnie purpurą zorzy, oblicza. Jedną ręką przytrzymywała gałązki chylącego się ku niej krzewu, a w drugiej, opuszczonej ku ziemi, ściskała zieloną łozę; wzrok jej czarnych jak noc, długiemi rzęsami ocienionych oczu, szukał czegoś pośród zarośli. Nie widziała leżącego u jej nóg mężczyzny i jego spojrzenie mogło z zupełną swobodą korzystać z krótkości i prostoty jej ubrania, ubrania dzikiej; — a była młoda i kształtna.
— Posłuchajno! — wyrzekł nagle Kostia, podnosząc się i chwytając ją za rąbek koszuli, lecz kobieta, spostrzegłszy go, krzyknęła, szarpnęła się i znikła w zaroślach. Czas jakiś słychać było, jak szybko przedzierała się przez gąszcz, łamiąc gałęzie i pędząc przed sobą zbłąkane krowy. Kostia próbował rozgniewać się; wołał, by wróciła, klął, groził, lecz w końcu roześmiał się, zerwał na równe nogi, strzepnął zielsko z ubrania i z głowy i powoli poszedł ku domowi.
— Gdzieżeś ty, „nucza“, przepadł? — zagadnął, ujrzawszy go, Chabdżij. — My tu ciebie już dawno czekamy z wieczerzą!
— Przepadł? on? On zupełnie nie przepadł, zbłądził tylko i ledwie znalazł drogę! — odrzekł Kostia, zalotnie zaglądając w zarumienioną twarz Keremes. — I zaczął pleść smalone duby o tem, gdzie był i co widział. A łgał tak zabawnie, że Keremes mimowolnie roześmiała się. Ze zdziwieniem patrzał nań Chabdżij, lecz widząc, że „nucza“ jest w dobrym humorze, przysiadł się bliżej i zaczął:
— Nucza! nucza! Posłuchaj! Kamień milczy, lód milczy, pień milczy. Jeśli człowiek siedzi, jak zamarzły i milczy, jak pień, serce jego robi się ciężkie. Ptaki mają język i krzyczą, zwierzęta też krzyczą, nawet woda krzyczy, kiedy płynie, i wiatr, kiedy wieje... człowiek ma język, a więc powinien krzyczeć! Ty, „nucza“, masz duży język, mądry język, ciebie warto posłuchać, warto zrozumieć, lecz ty nie uwierzysz, jaki ja jestem głupi, taki jestem głupi... że nic nie mogę zrozumieć. Jeśli nie wierzysz, spytaj kogo chcesz, a wszyscy ci to powiedzą!... Tobie, „nucza“, dodał, chyląc się ku niemu i zniżając głos... dobrze byłoby mieszkać, gdzieby cię rozumieli, u bogatych, rozumnych, u takich, co umieją mówić po twojemu... bo ty masz język zamarzły, a ja nie mam uszów; ja mam język zamarzły, a ty nie masz uszów; pomyśl: wiele to pięknych i rozumnych rzeczy przepada... Ja tobie poradzę, poradzę jak przyjacielowi, gdyż ciebie kocham: ot jutro lub pojutrze idź do księcia, zwołaj zebranie i powiedz mu: „on jest głupi, nic nie rozumie; on jest nieuczony i dziki, nie chcę mieszkać u niego!“ Dobrze?... Czy pójdziesz?... W dodatku jadło...
Kostia parsknął śmiechem. Rozgniewany Chabdżij odsunął się... Podano wieczerzę.
— Rzuć ty te głupstwa, a będziem żyć jak „ludzie“, — rzekł Kostia, biorąc za łyżkę. Ty nie wiesz jeszcze, jaki ja jestem wesoły... Do wszystkiego... co się nazywa, i do tańca, i do śpiewu, do kart... W kopalniach wszyscy mię lubili... O! jak tam wesoło! Pić pewnie i ty lubisz! Tam dużo wódki. A co za figle, co za śpiewy. Chcesz — zanucę ci jeden? Najpiękniejszy! — i zapomniawszy o pełnej łyżce, którą trzymał w ręku, zanucił:

„Znów Łańców ucieczkę zamierzył
Zabrzmiał dzwonek wołając do cel“.
.................

— Cóż ty durniu! Nie słuchasz? — krzyknął na Chabdżija, widząc, że Jakut wstaje od stołu. — Ja z nimi, jak „z ludźmi“, a on!!
Zapanowała chwila głębokiego, przykrego milczenia.
— No, no! Nie bójcie się! — rzekł opamiętawszy się nieco Kostia. — Ja jestem dobry... doprawdy dobry! — i zaczął pośpiesznie, a w milczeniu przebierać swoje manatki... — Ot, na! Weź! Ja jestem dobry, tylko zapomniałem, że wy nie możecie mię rozumieć!... choć zawsze nuta... nuta piękna... Weźże! i tkał w ręce Keremes listek tytoniu. Lecz ta odsuwała się, podnosząc ręce do góry, jak gdyby bała się dotknąć podarunku. Oczy jej poglądały pytająco na męża.
— Czemu nie bierzesz? Ja przecie za to niczego od ciebie nie żądam! — dodał Kostia, mrużąc oczy.
— Weź! — rozkazał Chabdżij, chmurniejąc ostatecznie. Siadł plecami do ognia i począł się grzać, spluwając często przez zęby. Keremes zasunęła się w cień. Na kobiecej połowie izby, niekiedy tylko niejasno migała jej biała koszula i stukał cicho nóż, którym krajała tytoń. Kostia też przycichł i siedząc na ławie, długo z pod oka przypatrywał się obojgu; wreszcie szyderski uśmiech wykrzywił mu twarz, odwrócił się i splunął.
Cicho, jednostajnie płynęły dni mieszkańcom jurty Chabdżija. Co rano, zaraz po śniadaniu, gospodarz brał siekierę i szedł na podwórze ciosać belki na nową spiżarnię, którą zamierzył wybudować tuż obok domu. Keremes brała robotę i natychmiast wychodziła za nim, a usiadłszy gdziekolwiek w cieniu, szyła. Kostia pozostawał sam, wiecznie sam. Przez jakiś czas włóczył się po okolicy, odwiedzał sąsiadów, lecz naprzykrzyło mu się to wkrótce; próbował więc zająć się czemkolwiek; zaczął zastawiać sieci i sidła, lecz nic nie mógł złapać; zresztą i łapać nie było potrzeby, gdyż przemyślny Chabdżij dostarczał ryby i zwierzyny poddostatkiem. Siedział więc w domu, paląc niemiłosiernie.
Keremes lubiła bardzo tytoń, ale to, co dostawała, nie wystarczało jej nigdy, często więc z rozdrażnieniem odpędzała od siebie kłęby puszczanego przez Kostię dymu, a on, jak gdyby umyślnie, sadowił się zawsze gdziekolwiek w pobliżu niej. Chajłach ofiarował jej wprawdzie kilka razy trochę tytoniu, lecz odepchnięty za każdym razem milczeniem, zaprzestał robić tego przy mężu, samej zaś nigdy prawie nie miał sposobności widzieć.
— Powiedz mi! — spytał go raz gospodarz, gdy, jak zwykle, siedział z fajką w zębach na przyzbie, przypatrując się jego robocie, — powiedz mi! Czy tam u was na południu są Jakuci.
Kostia spojrzał nań zdziwiony.
— Jakuci? Po co?...
Chabdżij wyczytał to zapytanie w oczach Chajłacha; otarł więc pot z czoła rękawem koszuli i, sparłszy się na trzonku siekiery, ciągnął dalej:
— Mówisz, iż tam u was wiele, wiele chleba, wiele krów i wołów, dużo stad koni; że są tam wielkie miasta z kamienia... szerokie drogi... Któż to wszystko porobił? Kto tam u was pracuje?... Mówisz, że niema Jakutów!
Westchnął i wyciągnął rękę ku dymiącej fajce Kostii. Chajłach chciał mu ją podać, lecz w miarę rozumowania Jakuta ramię Kostii kurczyło się, twarz nabrzmiała, zalewając się falą gęstej, gorącej krwi, wargi drgały:
— Kto pracuje, pytasz? Głupcy i durnie... I ja kiedyś próbowałem pracować!! — krzyknął nagle i gwałtownym ruchem schował fajkę za plecy.
— Jeżeli pracować nie będą, to pomrą!... — odrzekł obrażony odpowiedzią i odmową „zaciągnięcia się“ Jakut.
Kostia zerwał się.
— Pomrą!! Niech pomrą... Patrz! Wyrwę z gardła!! Zduszę! A żyć będę, żyć chcę!... Niech umierają — i machnął w powietrzu potężną pięścią. — Niech umierają!... ja próbowałem!...
Kopnął nogą leżący na drodze pieniek i poszedł, nacisnąwszy czapkę na oczy.
— Szajtan! — szepnął wybladły Jakut, patrząc chwilę za odchodzącym i splunął przez zęby. Żałował, że rozpoczął tę rozmowę. Wprawdzie jego wielo- i kraso-mówstwo znacznie zmalało od czasu, jak Chajłach na oświadczenie przyjaźni i rady zamieszkania gdzieindziej, zaczął odpowiadać cichem poświstywaniem. W każdym razie pozostało mu jeszcze dosyć, aby zacząwszy od najodleglejszego przedmiotu znaleźć zawsze drogę do swego „Rzymu“ i zrobić w końcu rozmowy wniosek, iż Kostia nie mógłby zrobić nic lepszego, jak uciec od niego natychmiast.
Kostia rzeczywiście niekiedy, a ostatnimi czasy nawet dość często, uciekał, lecz nie dalej, jak do sąsiedniego lasu, a robił to zazwyczaj pod wieczór, kiedy spodziewał się tam zdybać szukającą krów Keremes. Daremnie! Dotychczas nie mógł jej złowić. Widział ją wprawdzie kilka razy daleko, wśród zarośli; lecz gdy próbował iść za nią, lub zbliżyć się do niej, znikała mu zawsze, mignąwszy wśród krzewów, chyża, jak spłoszona sarna. Zaczął więc w końcu urządzać na nią prawdziwie myśliwskie zasadzki. Odpędzał daleko w las krowy i chował się w zarośla, leżąc w nich ukryty nieraz godzin kilka. Bydło przywykło doń i nie uciekało już, zadarłszy ogony, jak to zrobiło, gdy zjawił się wśród niego raz pierwszy. Wiedział on wkrótce doskonale, jak ono się pasie, poznał ścieżki w lesie i ich skrócenia. Daremnie! Ścigana Keremes zawsze mu uciekła i znajdował ją w domu, grzejącą się spokojnie u ognia; wówczas prosiła zazwyczaj Chabdżija, by poszedł z nią odszukać stado, które widocznie zaszło zbyt daleko.
Tak minęła połowa miesiąca.
— Idę dziś do księcia — rzekł Kostia pewnego rana, biorąc za czapkę.
— Po co?
— O! mam ważne powody... Chcę go o coś prosić.
Twarz Chabdżija rozjaśniła się. Dawnoby już był powinien. Czyż on mu tego nie powtarzał co dnia? Kostia słuchał, słuchał z uśmiechem, stojąc u proga i patrząc w ziemię.
— Niech więc nie zapomni: z dachu cieknie, brudno... jedzenie złe, jest biedny i nieuczony... nie nie rozumie, co do niego mówią — wyliczał Chabdżij.
Kostia wyszedł, lecz zrobiwszy nie więcej jak kroków trzysta, obejrzał się, a ujrzawszy się samotnym, skręcił w bok, w krzaki.
Biegł na przełaj przez las, przez pnie i doły, przedzierał się przez gąszcze i bagna, spieszył chyłkiem, rozpędzając i strasząc chroniące się tu przed upałem kuropatwy i dzikie kaczki, aż wyszedł na polankę, z której na przestrzał, między dwoma gajami widać było w oddali jurtę Chabdżija.
Tu zatrzymał się u stóp zarośniętego malinami i głogiem wzgórka, a znalazłszy odpowiednie miejsce, gdzie nie czuł wiatru wiejącego od północy, gdzie krzewy nie tamowały mu widoku, położył się na czatach. Lecz wkrótce ogrzawszy się promieniami wysoko stojącego słońca, posiliwszy przyniesionym z sobą pokarmem, zdrzemnął się, co zresztą leżało w jego programie działań.
Obudził się wieczorem, wylękły, że może już zbyt późno i pośpieszył natychmiast bocznemi drożynami w stronę pastwiska.
Chwała Bogu! Krowy pasły się jeszcze, część ich tylko wyszła już na drogę i skubiąc trawę, zwolna posuwała się ku domowi. Odpędził kilka z nich dalej i przyczaił się za krzakiem rosnącej przy ścieżce łozy.
Niewielki otwór, utworzony przez kaprysnie zwijające się dokoła liście, pozwalał mu widzieć doskonale całą ścieżkę, biegnącą wzdłuż brzegów jeziora. Ścieżką tą koniecznie musiała iść Keremes. Po chwili ujrzał ją, wychodzącą z lasu. Czas jakiś stała, rozglądając się dokoła, poczem zaczęła zbliżać się ku niemu, zaganiając w stronę domu rozproszone po łące bydło. Nareszcie! Już blizko tuż, tuż... Przez zarośla mignęła czerwona jej chustka.
Zatrzymał oddech. Chwilę jeszcze. Trzasła złamana jej stopą gałązka i kobieta zjawiła się przed nim, wdzięcznym, swobodnym ruchem, rwąc listki krzewu, za którym się on ukrywał. Podniósł się na kolana i chwycił ją w pół:
— Czy mię kochasz? Czym piękny?... — pytał, chyląc ją ku ziemi.
— Zabije!! zabije!... — wyszeptała — blednąc kobieta, lecz nie broniła się.
Późno dnia tego, przyprowadzony przez Jakuta z sąsiedniej jurty, dokąd zaszedł, prosząc o przewodnika, wrócił Kostia do domu. Nie był u księcia, zabłądził i tylko trafem znalazł ludzi, którzy zresztą przyjęli go doskonale, jak opowiadał na drugi dzień Chabdżijowi.
Keremes schyliła się ku ziemi, kryjąc twarz, zalaną gorącym rumieńcem.
Chabdżij markotny obiecywał sam pokazać mu drogę, lecz Kostia podróż odłożył na później. Oszukany jednak uprzejmością i łaskawością chajłacha, Jakut zabrał się raźno do pracy, pełen tęczowych nadziei. A pracy było wiele. Trawa wyrastała, czas było poprawić ogrodzenie dokoła sianożęci, oczyścić łąkę z wody, przegrodzić sąsiednią rzeczkę, która już opadła i łatwo dałaby się ująć w karby, wszystko to, a szczególnie ostatnie trzeba było zrobić koniecznie jeszcze przed końcem tego miesiąca, bo inaczej nie będzie co jeść podczas sianokosu. Chabdżij nieśmiało poprosił gościa o pomoc, tłómacząc, że właściwie i jemu będzie lepiej, gdyż ryby w rzece nadzwyczaj smaczne. Zdziwił się jednak i mocno ucieszył, gdy Kostia, nawet nie przecząc, natychmiast się zgodził.
— Jak niedźwiedź!!! jak niedźwiedź!!! — zachwycony opowiadał żonie wieczorem o swym pomocniku. Lecz Keremes wiedziała o tem lepiej od niego. Czuła jeszcze na swych ramionach ślady żelaznych uścisków Chajłacha. Pracował on teraz wprawdzie z Chabdżijem, ale jej pomimo to nie przestał prześladować. Stał się nawet natrętniejszym. Ale jej łatwiej było go unikać.
Po upływie pewnego czasu Kostia zaprotestował, że nie pójdzie dziś do roboty.
— Dlaczego? — pytał Chabdżij, który już przywykł do jego pomocy.
— Dlatego, że nie i basta. Wam zrobić łaskę, to wy już myślicie, że to obowiązek! Wszystko... chcecie darmo.
Jakut zamilkł i pochylił głowę. Do roboty trzeba było iść koniecznie, a jakaś paląca myśl jak błyskawica przeleciała mu przez mózg i uderzyła prosto w serce. Wyszedł, lecz natychmiast prawie wrócił i usiadł w izbie, wpatrując się podejrzliwie w przybysza i żonę.
Keremes zbladła jak płótno.
Kostia zaczął się skarżyć na ból głowy i cały dzień przeleżał na ławie, wróciła więc Chabdżijowi wesołość. Nie poszedł jednak w pole, ale siedząc przed ogniem, wyrzynał z drzewa łyżkę, która była wprawdzie użyteczna, lecz niekoniecznie potrzebna. Nazajutrz także nie poszedł, dłubał tylko coś około domu, pilne dając na przybysza baczenie.
Kostia wściekał się. Wyzdrowiał zupełnie z wczorajszej choroby i począł dawną gonitwę za tą kobietą, tak upragnioną a tak nieujętą.
Przestał już nawet ukrywać się, ścigając ją przy mężu, przy odwiedzających sąsiadach, przy wszystkich, natrętnemi, palącemi spojrzeniami.
Keremes truchlała i stawała się jeszcze słodszą, potulniejszą i pracowitszą, niż zwykle. Chabdżij kochał ją, jak nigdy, choć czuł, iż działo się coś, co go przejmowało niepokojem.
Zdybać ją samą, — udawało się Kostii coraz rzadziej.
— Głupia!... Dlaczego mię nie kochasz... chcesz pieniędzy? Masz! Kupię ci pierścionków! Kupię ci chustę... Dam tytoniu!... Uściśnij, ucałuj! — mówił gwałtownie, gdy nareszcie, po wielu wybiegach i całogodzinnych czatowaniach, schwycił ją gdziekolwiek. — Dlaczego mię nie kochasz?... Dlaczego boisz się?... — szeptał całując jej usta, jej oczy wilgotne od rosy wieczornej, od łez może.
Lecz ona, choć nie broniła się, nigdy nie odpowiadała na jego pieszczoty, nigdy nie przychodziła w naznaczone miejsce, nigdy nie odpowiadała na jego pytania. Próżno ją głaskał i pytał, i trzymał, i wściekał się, i klął, i groził, jak tylko wolniały jego uściski, zrywała się i uciekała chyżo.
Raz nalegał tak długo i natarczywie, że aż, spoglądając z trwogą na niebo, obiecała przyjść.
Czekał więc szczęśliwy a pewny. W oddali usłyszał kroki, serce mu gwałtownie zabiło, lecz z zarośli wyszedł nagle Chabdżij — i zapytał znacząco, czy nie widział, gdzie poszło bydło.
Podejrzywał on już dawno, że Chajłach, nie zadawalniając się podawanem mu jadłem, wydaja w polu krowy. Milczenie Keremes, gdy jej zwierzyl się z tą myślą, utwierdziło go w tem mniemaniu.
— Jeszcze możesz się z nim spotkać gdzie w lesie — mówił żonie — zły człowiek! — i zaczął sam chodzić co wieczór po stado.
Lecz ledwie Jakut wyszedł z izby, w jurcie zjawił się Kostia.
Z początku kilka razy udało się kobiecie ukryć przed nim i wrócić do izby z Chabdżijem. Lecz kryjówek było już zbyt mało, a Chajłach zbyt był przebiegły. Bladła więc i chudła z dniem każdym, a oczy jej świeciły gorączkowym blaskiem. Ogromne włochate cielsko Kostii napełniało ją wstrętem, a wspomnienie jego pieszczot, tchnących całą sprosnością więzienia i zepsuciem wielkich miast południa, oblewało jej lica palącym rumieńcem wstydu.
— Tyś pewno chora — mówił Chabdżij, widząc, jak była roztargnioną, jak drżały jej ręce, gdy nalewała herbatę w stojące przed nim naczynie.
— Ależ nie!...
W tej chwili wszedł do izby Kostia.
— Gdzie ty, nucza, siedzisz tak długo wieczorem? — zauważył z rozdrażnieniem Jakut. — W lesie przecież zimno.
— A tobie co do tego! — burknął Kostia, siadając na ławie, na której przed niedawną chwilą pieścił Keremes.
— Postaraj się o kogokolwdek do domu. Ja nie chcę zostawać samą... — rzekła wreszcie wieczora tego do męża Jakutka, tuląc się do jego boku.
— A więc stało się?! Gdzieżeś spotkała się z nim? Nieszczęście! — krzyknął Chabdżij głosem, w którym drgały hamowana wściekłość i łzy. Uniósł się na posłaniu i odpychając gwałtownie, wyciągnięte ku niemu nagie ramiona żony, wołał zapamiętale: — Powiedz! powiedz! suko!
— Ależ nie!... nie!... tylko ja się boję. Ot tak! boję się! — szeptała kobieta, tłumiąc łkania i zakrywając łagodnie ręką usta mężowi.


∗             ∗

Nazajutrz pod wieczór zjawił się w jurcie Chabdżija nowy mieszkaniec, ślepa Upacza. Umiała ona tylko miąć skóry i opowiadać długie, a choć prawdziwe, przez nikogo jednak niesłuchane historye.
Nikt inny nie zgodził się mieszkać w domu, gdzie przebywał „Chajłach“. Napraszał się wprawdzie młody parobczak „Piotiur“, lecz tego sam Chabdżij wziąć nie chciał.
Upaczę napojono, nakarmiono i wyznaczono jej miejsce na jednej ze stojących pod ścianami ław, gdzie też nazajutrz rano siedziała już ze skórą w ręku i nie zważając ani na rozmowy domowników ani na ich nieobecność, snuła dalej wątek przerwanego opowiadania. Zresztą słuchaczów miała teraz prawie zawsze — gdyż Keremes, wyciągnąwszy z komory odłożoną na zimę robotę, jakieś skóry kobyle i jelenie, siadywała obok niej, oddalając się tylko na bardzo krótko, ażeby wydoić krowy, lub przyrządzić wieczerzę.
Kostia nie chodził też do lasu. Gniewny, milczący, leżał po całych dniach na ławie.
Sam gospodarz wreszcie, porzuciwszy robotę, zaglądał niekiedy do izby. Jednakże tylko Keremes zabawiała i pobudzała do opowiadania starą żebraczkę swymi wesołymi, dźwięcznymi, a częstymi wykrzyknikami, zdradzającymi to żywe zajęcie, to inne, stosowne do treści opowiadania, uczucia. Inni milczeli.
Zdarzył się dżdżysty, pochmurny dzień. Kostia wstał niezwykle zły i ponury. Przy śniadaniu pokłócił się z gospodarzem o jadło, a choć później zmiękł nieco i dał się przeprosić, to jednak zachmurzona jego twarz kazała się domyślać, iż się jeszcze o coś gniewał.
— Czy nie pójdziesz czasem do księcia? — spytał go Jakut jak można najuprzejmiej, zdejmując z kołka uzdeczkę.
— Nie! Albo co?
— Bo ja jadę! Święto, więc na pewno zastanę go w domu. Książę lubi gości, przyjąłby cię, jak należy... Prócz tego tam dziś zebranie i ty mógłbyś... — dodał Jakut nieśmiało podnosząc nań oczy...
— Nie!... — szorstko przerwał Kostia, Po twarzy Jakuta przemknął cień, dodał więc łagodniej: — Chory jestem... szkoda, że jechać nie mogę. Głowa mię boli, a od jazdy rozbolałaby więcej... — Odszedł od ognia, przed którym stał i położył się na posłaniu.
— Śpi? — zapytał wchodząc po chwili Chabdżij.
Lecz Kostia nie spał, a bacznie śledził za nim, i gdy według jego obliczeń Jakut powinien już był odjechać, wstał nagle i wyszedł.
We drzwiach zetknął się z wracającą Keremes, usunęła mu się z drogi, tuląc się do ściany. Deszcz przestał padać, lecz było chmurno i zimno.
Sprawdziwszy więc, że Chabdżija i jego konia rzeczywiście już nie było, Kostia wrócił do izby.
Upacza opowiadała o jakimś Tunguzie, obok niej siedziała zafrasowana Keremes. Kostia czas jakiś stał przed ogniem i patrzał na nią z podełba posępnie, hamując gwałtowne wzruszenie, wstrząsające nim.
— Jestem głodny! Gospodyni, przynieś jadła! — rzekł wreszcie, odwracając się.
Uderzona jego zmienionym głosom, Keremes nie ruszyła się z miejsca.
— Czy słyszysz? Jeść chcę! Masła! — krzyknął, tupnąwszy nogą.
Jakutka wzięła drewnianą miskę i wyszła, po chwili udał się za nią i Kostia. Kobieta odgadła jego obecność po cieniu, który mignął nad otworem do piwnicy i długo zwlekała z ukazaniem się. Kostia czekał chmurny, szalejący. Wyszła wreszcie, trzymając pełną misę masła i drżąca, nie śmiejąc spojrzeć w twarz Chajłacha, siadła u drzwi piwnicy. Ten czekał, patrząc jak wolno układała kawały kory na otworze ich, lecz gdy podniósłszy się próbowała niepostrzeżenie przemknąć mimo, chwycił ją za ramię i objąwszy, próbował przewrócić na ziemię.
Słońce wyjrzało niespodzianie z po za chmur i oświeciło okolicę. Obszerna, otaczająca dom łąka, poblizkie jezioro, zielona „tajga“ z widniejącemi w jej przełomach drożynami, zabłysły nagle wśród rozproszonych mgieł, jasne, nagie, otwarte... Ogarnięta wstydem kobieta, odepchnęła Kostię i pobiegła ku domowi.
— Co rok Tunguz przychodził i prosił o córkę, co rok dawał za nią tysiąc jeleni więcej, lecz Jakut odmawiał. Nie do niższych, ale do wyższych iść nam trzeha — mówił — córkę oddam Jakutowi alho „nuczy!“ Włóczył się więc myśliwiec ze swemi niezliczonemi stadami po sąsiednich górach — ciągnęła monotonnym głosem Upacza.
Kostia wpadł do izby i podszedł wprost do zdyszanej Keremes, siedzącej obok żebraczki.
— Nic z tego!
Popchnął ją na wznak i pięścią zatkał usta, aby nie krzyczała.
— Kiedy jelenie wyjadły wszystko pożywienie w tajdze, wypiły wszystką wodę w strumieniach... — mruczała ślepa — wówczas znikł Tunguz z okolicy, a z nim razem i jakucka dziewczyna zniknęła z jurty w burzliwą noc jesienną, gdy wyszła popatrzeć, na kogo psy zaszczekały.
Upacza zamilkła, przysłuchując się ze zdziwieniem płaczowi młodej swej gospodyni.
— Żałujesz jej?!
Płacząca nie odpowiadała.
Tej jeszcze nocy wyznała wszystko mężowi.
Chabdżij szalał. Ryczał, kopał i bił bez litości blado w ciemnościach migające ciało żony, która prosiła tylko, aby bił cicho, gdyż usłyszą... a sama kąsała do krwi wargi, by wstrzymać łkanie. Wreszcie dziki się opamiętał i schwyciwszy się za głowę upadł, jak dziecko, na łono pobitej.
Od owego dnia nie opuszczał jej ani na chwilę, ani na mgnienie oka. Jak cień chodził za nią wszędzie, śledził najmniejszy jej ruch, najmniejsze spojrzenie i drżał nerwowo, boleśnie, gdy przypadkiem zbliżał się do niej Kostia. Starał się zawsze znaleźć między nim a nią, a pomimo to czuł nieustanny niepokój, trawiła go gorączka. Zaniedbane gospodarstwo groziło ruiną. Sąsiedzi zbierali się kosić, już kosili, a on siedział wciąż u komina, dłubiąc cokolwiek, lub patrząc w ogień bezmyślnie.
Słaby, chory, apatyczny, liczył tylko dni miesiąca, liczyłby chwile, gdyby znał ten podział czasu.
— Sześć dni jeszcze! Jakże nieskończenie wiele! Jakże nieskończenie wiele!
A gdy spoglądając w przyszłość, widział w perspektywie całe szeregi podobnych gości, ogarniała go rozpacz, wszystko wypadało mu z rąk, a w głowie roiły się myśli okropne. Milczał jednak.
Milczała Keremes, gawędziła tylko Upacza, lecz bardzo już coś niewyraźnie.
— Tfu! Do dyabła! Z nikim ani słowa!... — krzyczał Kostia i próbował świstać lub śpiewać, lecz po chwili milkł, zwarzony otaczającą go atmosferą nienawiści, pogardy i bojaźni, którą boleśnie odczuwał, choć towarzyszyła mu przez życie prawie całe. Nawet „Upacza“ przestawała mruczeć, gdy zbliżał się do niej.
— No! no! Dość tych dąsów — mawiał w chwilach dobrego usposobienia, uderzając Jakuta po ramieniu. — Nie bój się, nie zjem ciebie!
Lecz widząc dokoła nieufne tylko lub mściwe spojrzenia, sam tracił dobry humor. Cieszyła go wtedy ruina Chabdżija, jego boleść, radował strach i cierpienia Keremes; stawał się wybrednym w jadle, tak że w końcu Jakut był zmuszony zabić dla niego krowę, gdyż jego sieci i potrzaski nie dostarczały już zwierzyny.
A na świecie tymczasem jaśniało słońce, pachniały lasy, falowały jeziora, gasły i zapalały się w jednym pocałunku złączone zorze świtu i zachodu, ale dla nich było chmurno i posępnie. Siedzieli w dusznej i ciemnej izbie, śledząc i jątrząc się wzajemnie.
Znudzony Kostia parę razy wyszedł wprawdzie na przechadzkę, lecz znalazłszy się w gęstwinie lasu, uczuwał jakiś niepokój, ogarniał go strach nieokreślony, paniczny. Milczenie boru mówiło mu okropności. Widział porzucone wśród pni i liści trupy takich jak on „przybłędów“ z rozpłataną głową lub kulą w sercu. Cóż! Czyż on nie jest sam? Kto go lubi? kto go kocha? Kto ujmie się za nim!?... Zginął bez śladu!...
I zdawało mu się, że widzi wśród zarośli przyczajoną postać z bronią w ręku!...
— Co oni tam robią!...
Wracał więc szybko do domu podejrzliwy, gniewny; zmuszał Jakuta do próbowania podanego sobie jedzenia.
Ów strach nawiedzał go coraz częściej. Niekiedy budził się w nocy i leżał nadsłuchując, co się dzieje za zasłoną łoża gospodarzy, a nie mogąc usnąć, przewracał się na pościeli z boku na bok, dręczony to myślą nagłej śmierci, to obrazem Keremes i wspomnieniami doznanych z nią rozkoszy.
Raz zdało mu się, że ktoś idzie ostrożnie, lekko stąpając po podłodze izby, zerwał się więc i schwycił ze stołu zapomniany tam nóż. Lecz było to złudzenie. Jego oczy wpatrzone w ciemności jurty, nie dojrzały nic, a do uszu dochodziło tylko chrapanie śpiących. — Legł więc, lecz żelaza nie wypuścił już z ręki: chłodne jego dotknięcie wywołało całą masę niejasnych a znanych obrazów. Wyprężony, spotniały i drżący wpatrywał się w nie, czując, iż jeżą mu się włosy i lodowacieje krew w żyłach. Widział się na tle takiego zmroku z nożem w ręku, pochylonego nad śpiącym bliźnim, widział blade, krwawe ludzkie postacie, kurcze i boleści zabijanych... i z głuchym jękiem przewrócił się na bok.
Weszło słońce i uderzyło promieniami swymi w zamknięte drzwi jurty, a znalazłszy w nich szczelinę, wpadło do izby i zajrzało w oczy rozbójnikowi. Widma znikły.
Kostia wstał i wyszedł na dwór odetchnąć świeżem powietrzem. Gorący, purpurowy blask młodego dnia oblał go i olśnił. Stał chwilę, przysłaniając oczy dłonią. Wśród wielkiego, ogrodzonego płotem z żerdzi podwórza leżały krowy jeszcze senne i żuły wczorajszy pokarm. Czarny byk, spoczywający nieco na uboczu u wygasłego dymokuru[29], podniósł się i nastroszywszy kosmate uszy, patrzał nań zdziwiony; w oddali na łące biały ogier, pasąc się, pędzał swoje klacze. Kostia uśmiechnął się. Resztki niedawno przebytych cierpień znikły w jego mętnych oczach. Podszedł ku ogrodzeniu, a oparłszy się o jeden ze słupów, z lubością śledził za szczegółami tej dzikiej, stepowej miłości.
Powróciwszy do izby, niedługo leżał spokojnie na swojej pościeli.
Po chwili zerwał się i tając oddech, zbliżył na palcach do łoża Chabdżija.
W jurcie było już o tyle jasno, iż mógł zrobić to wszystko, nie trąciwszy o żaden z rozstawionych po izbie przedmiotów. Bez szelestu uniósł nieco skórzanej zasłony i zajrzał do wnętrza. Małżonkowie spali, objąwszy się.
— Keremes — zawołał przytłumionym głosem.
Kobieta zerwała się i siadła na łożu.
— Pójdź no! — szepnął groźnie.
Lecz ona nie ruszała się, szeroko otwierając zaspane oczęta.
Kostia wyciągnął ku niej rękę, lecz nagle ujrzawszy wlepione w siebie błyszczące oczy Chabdżija, ścisnął pięść i ciężko opuścił ją na jego czoło. Mężczyźni poczęli się z sobą borykać, przewaga jednak była po stronie Chajłacha. Daremnie Keremes starała się pomódz mężowi. Kostia nie czuł uderzeń, nie czuł dłoni, silących się ścisnąć jego krtań, a schwyciwszy za gardło Jakuta, sypał na jego głowę ciosy, zdolne byka ogłuszyć. Chabdżij bronił się coraz słabiej, wreszcie rozwarł ręce, zwolnił uścisku i rzucony przez Kostię, potoczył się z łoża, zrywając za sobą zasłonę. Jak przez sen widział Keremes broniącą się jeszcze czas jakiś, zmuszoną uledz w końcu — i omdlał.
— Suka! Ukąsiła! Czego wyjesz? — zawołał wpół z gniewem, wpół ze śmiechem zrywając się Kostia i ocierając z twarzy broczącą krew.
— Zabity!... Nie żyje! Ratunku!... — zajęczała Keremes, lecz Jakut ocuciwszy się, już odepchnął ją i nakrył głowę zerwaną zasłoną.
W kącie mruczała wystraszona Upacza.
Keremes odurzona tem wszystkiem co zaszło, siedziała na ziemi, oparłszy się plecami o łóżko; dopiero wtedy, kiedy odziany już Kostia rozniecił ogień, przypomniała sobie, że jest nagą i wstydliwie naciągnęła koszulę.
— Cóż ty! długo będziesz klepała pacierze?! — krzyknął na nią Chajłach. — Niewinność jaka... Myślałby kto — panienka... Wstawaj! wstawaj! i ty! — krzyknął na Chabdżija, trącając go nogą, lecz dziki wyszczerzył zęby i ukąsił go za obuwie.
— Pies!... pies... istny pies! — wołał wesoło Kostia, znowu trącając.
— Werr! wrr...
Jakut zerwał się drżący z pianą na ustach.
— Bryś! — krzyknął pobladły zbój. Cofnął się krok w tył i chwycił za nóż.
Tym razem musiał sam postawić czajniki i zaparzyć herbaty; mleka i masła przynieść kazał Jakutce, a rozkazał tak groźnie, iż ta nie ośmieliła się nie usłuchać.
Życie zaczynało wracać do zwykłego trybu, Keremes wydoiła krowy, Chabdżij podniósł się z ziemi i odział.
— Ty tak nie patrz na mnie, jakbyś mię chciał zjeść, ale lepiej napij się herbaty — mówił mu z uśmiechem Kostia. — Nauczyłem cię troszeczkę rozumu i nic więcej! I o co to wszystko! o co? O jedną babę! Tfu! Pluń na to! Ty myślisz, że ona mnie jednego kochała! Nie wierz!... miała ona już na pewno tysiące kochanków! Wierz mi, iż każda baba myśli tylko jakby męża oszukać! Czyż nie ona pierwsza zaczepiła mię?...
— Łżesz! łżesz! Zabij mię, ale łżesz! — krzyknęła, zalewając się łzami Keremes. — Tyś mię wziął przemocą! — Te... te... te — odrzekł flegmatycznie Kostia. — A kto wypędzał męża wieczorem do lasu po krowy, żeby zostać sam na sam ze mną?
Keremes zamilkła ugodzona w samo serce.
— I ty mu wierzysz? Wierzysz? — pytała gorąco męża, podając mu nalaną filiżankę herbaty. Ten milczał, lecz filiżankę wziął wtedy, gdy ją Keremes postawiła na stole.
Jakutka łkała, zanurzywszy głowę w poduszki, Chajłach śmiał się.
— Wierz jej, babskie łzy, to rosa poranna...
Lecz Chabdżijowi zrobiło się nagle niewymownie żal żony i niedopiwszy herbaty schwycił czapkę i wybiegł z jurty.
— Idź! idź! do księcia... skarżyć... — szydził Kostia — a świadków! świadków nie zapomnij wziąć z sobą... świadków!...
Chabdżij rzeczywiście poszedł do księcia. Głodny, obdarty, zbity wlókł się te kilka oddzielających go odeń wiorst, Bóg wie jak długo. Matka, żona i siostra księcia, gdy wszedł do chaty krzyknęły, nie poznawszy go, tak był zmieniony cierpieniem. Samego księcia nie było w domu. Jeszcze wczoraj pojechał z robotnikami po znalezioną przez siebie w pobliżu kość mamutową.
— Dziś zapewne będzie z powrotem. Niech więc zaczeka. Lecz co to za sprawa tak ważna i pilna i co takiego ma na twarzy? — pytały otoczywszy go kobiety.
Jakut bąkał coś niewyraźnie, lecz ugłaskany i nakarmiony, wybuchnął nagle bolesną skargą.
Opowiedział im nocną scenę, zamilczawszy o jej przyczynie i końcu i połykając łzy ciekące jak groch po twarzy, pokazywał sińce i ślady razów na ciele.
Kobiety spojrzały po sobie i zrozumiały. Obrzuciły Chajłacha przekleństwem i lamentowały, kiwając głowami i wykrzykując:
— Wszyscy oni tacy ci przybysze z południa! I po kiego dyabła ich tu przysyłają? Za co nas karzą? Za co? Za jakie grzechy? Niechby już sobie siedzieli, tam gdzie nabroili.
— Prawo! takie już prawo! — rzekła smętnie stara, ledwie nie stuletnia ich matka — prawo! — Umilkły więc, ogarnięte mistycznym strachem przed tą tajemniczą, dziwną istotą, mającą kształt zadrukowanego papieru, a tak żywą i potężną, że może sprawiać ludziom bardzo wiele cierpień i boleści. Wiedziały one, że dość było tego jednego słowa, aby mężowie ich opuszczali głowy ze drżeniem... Kto wie, co tam nadrukowano w tych książkach? Może tak być powinno?
— Ale też i Keremes, ktoby się spodział? A więc ją złapał?... — pytały natrętnie Chabdżija. — Jak to było? Jak to było? Niech opowie. Czy dawno?
Lecz Jakut, pod wpływem jakiejś upartej myśli, niespokojnie obracał w ręku czapkę, którą mu tak niedawno uszyła Keremes! Niedawno! o jakżeż to było dawno! Jak dawno. I już nigdy nie wróci!...
Chabdżij zerwał się i zaczął żegnać...
— Idzie więc! Księcia czekać nie będzie? — pytały kobiety.
— Nie!
Odprowadziły go do wrót i stały, patrząc, jak szedł ze spuszczoną głową.
Wieczór zbliżał się, słońce nie zaszło jeszcze, lecz ukryte za lasem mało dawało światła, a na ścieżce panował gęsty zmrok. Gdzieniegdzie tylko poprzez gałęzie strzelał złoty promień słońca.
Chabdżij szedł, co chwila potykając się o korzenie, niekiedy zatrzymywał się i wypoczywał, spoglądając tęskno w dal.
— Ach gdyby Bóg dał spotkać księcia!
Lecz księcia nie było widać nigdzie.
Już zupełnie stracił nadzieję ujrzenia go, gdy na skręcie ścieżki, prowadzącej do jego domu, ukazali się dwaj jeźdźcy, w których poznał natychmiast księcia i jego robotnika. Za sobą prowadzili konia, obciążonego kośćmi.
Chabdżij zatrzymał się. Książę[30] zrównawszy się z nim, przystanął i pochyliwszy się na siodle, zapytał:
— Co nowego? Skąd i po co idzie i co mu potrzeba?
A domyślając się, że sprawa Chabdżija musi być ważną, zlazł z konia i puściwszy go na trawę, siadł na ziemi.
— Opowiedz od początku, jak było — rzekł do Jakuta, zapalając fajkę. Książę był to krępy, szpakowaty mężczyzna o surowej, nieco dumnej twarzy.
— Każdy człowiek! — zaczął skarżący się głosem byłego dziesiętnika, lecz nagle, zapominając o swojej wymowie, schylił się do nóg księcia i obejmując je wybuchnął:
— Ja zazdrosny!... zazdrosny!... zazdrosny!... o weź go... weź!
Książę więcej zdziwiony, niż wzruszony, odepchnął go.
— Powiedz porządnie! Czego trzeba? — pytał.
— Weź go!...
— Kogo?
Chabdżij wskazał na dom.
— Jego!...
Książę pokręcił głową.
— Chajłach kocha jego żonę — objaśnił parobczak księcia.
Książę zamyślił się.
— Cóż on zrobi? Każdemu zdarza się nieszczęście. Niech pocierpi! Pozostało przecież już niewiele dni do końca. Za parę dni odbiorą od niego Chajłacha.
Lecz gdy Chabdżij, uspokoiwszy się wreszcie opowiedział mu wszystko jak było, książę postanowił pojechać do niego. Rozkazał więc robotnikowi zdjąć z koni juki i, położywszy na każdej z nich trzy zielone gałęzie na krzyż, na znak, że nie są zgubione, zawrócił ku zagrodzie Jakuta. Robotnika i konia wziął też ze sobą na wszelki wypadek.
Wkrótce ujrzeli snop iskier, wylatujący z komina jurty.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyli, wchodząc do izby, była czerwona szyja i szerokie plecy grzejącego się przed ogniem Chajłacha. Ponuro a bacznie przyglądał im się, gdy, stojąc po środku izby, bili pokłony i czynili znaki krzyża przed obrazami świętych.
— Jak się masz, nucza — rzekł uprzejmie książę, podając mu rękę.
Chajłach od niechcenia wyciągnął dwa palce.
— Co porabiasz? Co wiesz? Czy dobrze ci tu? — pytał z westchnieniem nieco zmieszany urzędnik gminy, siadając na ławie.
— Nie!... — odrzekł Kostia — a ty po coś przyjechał? co wiesz?
Książę odchrząknął.
— Wy tu, podobno, pobiliście się z gospodarzem!... Posłuchajno... dlaczego ty go bijesz? ty nie masz prawa... ty powinieneś się poskarżyć!...
— Komu?
— Mnie!...
— A ty kto taki? Taki sam Jakut jak i on!... Kruk krukowi oka nie wykole!... zresztą nieprawda, ja go zupełnie nie biłem!...
— A to co? — spytał książę, pokazując na posinioną twarz Chabdżija.
— Albo ja wiem! — odrzekł obojętnie Kostia, nie patrząc nawet we wskazanym kierunku — sam sobie pewnie zrobił!
Książę zamilkł i wyjąwszy nóż, zeskrobał nim na czole i twarzy kroplami osiadły pot.
— A dlaczego ty ruszasz jego żonę! — zapytał niezwykle surowym tonem.
— Ruszasz... — przedrzeźniał Kostia i przystąpiwszy bliżej, — chłop jestem — krzyknął — i ruszam... — i tak uderzył pięścią w stół, że ten aż jęknął i trząsł gdzieś.
Książę pobladł i odsunął się nieco.
— Ty się nie gniewaj — rzekł łagodniej — a powiedz jak i co... poproś gminę... gmina ci nie odmówi i da, ale inną kobietę. Ta kobieta ma już człowieka.
— A jeżeli ja innej nie chcę?
Książę zamilkł i otarł pot z czoła.
— A ty ot lepiej spytaj, jak mię karmią, co mi dają?... — zawołał gwałtownie Kostia. — Sorat i sorat... Czy ja cielę, czy co? Tfu! Do stu dyabłów! Toć to tu gorzej, niż w kopalniach, niż w katordze... Świnie wy wszyscy i basta... Chcesz z nimi żyć po ludzku, a oni... Ja was... — i energicznym zamachem przesunął kułak tak blizko nosa księcia, iż ten cofnął się, spoglądając z ukosa na wiszący u boku Chajłacha nóż.
— Czegóż ty się na mnie gniewasz? Cóż ja ci zrobiłem złego? — rzekł książę łagodnie. — Ot! lepiej zabierz się i pojedziemy tam, gdzie ci dadzą mięsa i wszystkiego...
Kostia odwrócił się doń tyłem.
— Wszyscy wy jednakiej wiary... Gadaj sobie... A mięso przywieź tu... Tu mi dobrze! Nie pojadę! — odrzekł.
— Jakże, nie pojedziesz? Termin się skończył... My już zrobiliśmy rozkład powinności, ty nam zepsujesz rachunki... Umieścimy cię teraz u dobrego człowieka!...
Kostia milczał, nie obracając się nawet, umilkł więc i książę, a posiedziawszy w zamyśleniu chwil kilka, zaczął zbierać się w drogę.
— Do widzenia, nucza! — rzekł zatrzymując się przed Kostią. — Przestań więc, bo to nie ładnie! A ty Chabdżij staraj się: pokarm dawaj porządny i w niczem nie sprzeciwiaj się panu! — rozkazywał groźnie Jakutowi, okiem zaś dawał mu znać, by udał się za nim.
— A ty nie odjeżdżasz? — spytał Kostia robotnika księcia, widząc go powracającego z Chabdżijem do chaty.
— Ja nie stamtąd, a stąd — wymijająco rzekł Jakut.
— Łżesz!... przecież ja widziałem ciebie u księcia.
Jakut zająknął się i udał, że nie rozumie.
— Spirydyjon Winokurów!
— Dureń jesteś! — rzekł z pogardą Kostia, splunął i odszedł.
Było już bardzo późno, ale Jakuci nie myśleli kłaść się spać.
Keremes, przystawiwszy do ognia czajniki i kotły, udała się wraz z mężem do głównej spiżarni, niewielkiej, czworokątnej budowli, stojącej nieco na uboczu.
— Jutro będziemy mieli dużo gości!... Jutro wezmą Chajłacha... — mówił Chabdżij, wynosząc z kątów resztki ocalałej żywności. — Niegdyś byłem bogaty, a teraz jak tu wszystkiego mało... aż wstyd! Goście będą głodni!
Keremes objęła męża wpół rękami.
— Znowu będziemy bogaci! Bóg da. On pójdzie... a ty wszystko zapomnisz? Wszystko?... — przez łzy szeptała kobieta, tuląc się do niego.
O tak zapomną o przeszłości i będą żyć jak dawniej.
Roili jak małe dzieci, nie wiedząc, że przeszłość nie znika. Nie! Oni uciekną stąd w góry do Tunguzów, będą włóczyć się z nimi po lasach, tamtych przynajmniej nikt nie zmusza żyć z przybyszami.
Chajłach stał na progu i widział przez otwarte drzwi, jak tlejące łuczywo błądziło z kąta w kąt po spiżarni. Światełko migało w ciemnościach jak gwiazdka, przedzierając się na zewnątrz przez szpary źle dopasowanych ścian budynku.
— Coś wyprzątają?... Coś knują, knują niezawodnie! — I twarz zbója poczerwieniała, a oczy zabłysły niespokojnie. Skrył się do chaty na widok powracających Chabdżija i Keremes.
Niepokój jego rósł w miarę zbliżającego się świtu. Nie mógł sobie znaleźć dogodnego miejsca. To chodził, to kładł się, to siadał — i znów zrywał się i chodził.
Jakuci śledzili go bacznie, popijając w kąciku herbatę. Nikt do niego nie odzywał się ani słówkiem.
— Herbaty nawet nie dali! — myślał z goryczą. — Nóż zapomniany skradli.
Nagle chodząc, potknął się o pęk leżących w kącie rzemieni.
— Co to?
— To moje... Ko... konie pętać! — wyjąkał robotnik księcia, wyrywając mu rzemienie z ręki.
— A! — Kostia zbladł jak chusta... wargi mu zadrgały, twarz wykrzywiła się, czoło pokryło się guzami skurczonych mięśni. Przeszedł się zwolna wzdłuż izby, ciągnąc za sobą po ziemi prawą nogę, która znowu poczuła dawno zdjęte z niej łańcuchy i błyszczącemi oczyma wpatrzył się w ostrze leżącej w kącie siekiery.
— Nie! Nic z tego!... Ani ja, ani ty! — ryknął i schwyciwszy żelazo z błyskawiczną szybkością, wzniósł go i stanął nad wieczerzającymi.
Jakuci w osłupieniu patrzyli nań, nie ruszając się z miejsca, lecz gdy świsnęła siekiera i najbliżej Chajłacha siedząca Upacza potoczyła się bezwładnie na ziemię, rzucili się ku wyjściu. Jednym tygrysim skokiem dopędził ich Kostia. Keremes biegła ostatnia.
— Mam cię... raz więc jeszcze... — wyszeptał ochrypłym głosem. Chwycił ją i odepchnął w głąb jurty.
Dniało. Ciężkie, czarne przez jutrzenkę pędzone chmury, kupiły się ku północy, tworząc ruchomy, gruby a potężny wał, który, płynąc ku środkowi nieba, gasił z kolei gdzieniegdzie migocące jeszcze gwiazdy, a za sobą zostawiał obnażone z ciemności blado-różowe świtanie. Czas zwijał swój czarny płaszcz.
Uciekający zatrzymali się.
— Keremes!... — wyszeptał Chabdżij, szukając żony oczyma — Keremes!! Gdzieżeś ty?! — powtarzał w obłędzie, zawracając ku jurcie. — Gdzieżeś ty?! srebro moje! słońce!
Drzwi chaty były zamknięte.
Słyszał jak Chajłach łamiąc ławy i sprzęty, zakładał je ze środka, słyszał jego sapanie i przekleństwa, lecz nie słyszał co mu rzekł, znikając w kłębach pokrywającej drogę mgły towarzysz.
— Keremes — szeptał cicho i pieszczotliwie. Nagle drgnął: w głębi jurty rozległ się okropny krzyk, krzyk trwogi, ratunku, błagania.
Chabdżij rzucił się ku drzwiom i uderzył w nie pięścią. Lecz krzyk uciekł już z tego miejsca i brzmiał pod jednem z okien. Tam więc biegł Jakut. Lecz głos wciąż uciekał, odzywając się coraz w innych kątach. Chabdżij ścigając go, krążył dokoła swej chaty, wreszcie u jednego z węgłów krzyk zamarł zduszony. Jakut przyległ do ziemi, bijąc ścianę rękoma, odwalając nogami pokrywający ją nawóz i glinę, wreszcie ucichł, skupiwszy się cały w słuchaniu.
Tu blizko, zaraz po za cienkimi balami z modrzewiu czuł, widział prawie, jak się szarpało, ciężko dysząc, dwoje ludzi, słyszał stuk uderzeń, chrzęst kości, usłyszał raz jeszcze czyjś słaby, żałosny jęk, który wreszcie zamarł na wieki, okropną, powolną gammą konania. Chabdżij słuchał dalej i słyszał wciąż ten jęk, choć w jurcie zapanowała już cisza.
Ocknął się dopiero, gdy jacyś konni, zbrojni ludzie otoczyli jego zagrodę.
Zaczęli go wypytywać, lecz odurzony mruczał tylko coś niewyraźnie. Przybyli, ostrożnie zbadawszy wnętrze jurty przez szpary i okna, podważyli drzwi siekierą i wpadli do środka.
Na podłodze izby leżał trup zamordowanej Keremes. Z rany, otwartej na jej pięknych młodych piersiach, jeszcze się sączył strumyk koralowej krwi, której cała kałuża zebrała się w zagłębieniu gliny.
Nad tą okropną kałużą skurczony siedział Chajłach i chlupał w niej ręką.
— Robię masło! — rzekł z uśmiechem, podnosząc na wchodzących błędne spojrzenie.
Jakuci rzucili się na zabójcę.
— Pozwól! — pozwól mi go zabić! — błagał Chabdżij, obejmując kolana księcia. Lecz ten go odtrącił.

S. Kołomysk, 1887 roku.

W OFIERZE BOGOM


Tam, gdzie rzeka Szeroka, wybiegając ze skalistych wąwozów, na rozległą wypływa dolinę, w blizkości wód jej na środku niewielkiej polanki, zieloną porosłej murawą, stoi słup drewniany, rzeźbami ozdobiony. U tego słupa rok rocznie gromadzą się w sąsiednich górach koczujący Tunguzi. Już w pochodzie łączą się oni w liczne karawany, tworząc malownicze szeregi, złożone z setek reniferów, przeplatanych dziesiątkami ludzi, i wkraczają na dolinę wesołymi tłumami, których gwarne i pełne wrzawy odgłosy zagłuszają plusk toczących się wód rzeki.
U podnóża gór rozrzucone w półkole ogniska migają wśród lasu, na tle wieczornych cieniów, niby błyskotliwa przepaska, przetykana delikatną zielonością wiosny i szarą, przeźroczystą tkaniną pni i konarów.
Jest to najprzyjemniejsza pora w dolinach górskich: komary i inne owady nie dokuczają jeszcze, powietrze jest rozkosznie chłodne, wszystko dokoła rozwija się i kwitnie, a tylko na wierzchołkach gór ciepłem nie tknięte leżą zimowe śniegi. Nad śniegami rozpostarte blade, przeźroczyste niebo nie ciemnieje nocami, gwiazdami nie błyska, ale nieustającą jaśnieje zorzą, co łączy zachód dnia uchodzącego ze wschodem następującego.
U słupa na polance w ciągu całego tygodnia gromadzi się lud, zbiera się starszyzna, schodzą naczelnicy rodów, poważni starcy i radzą nad ogólnemi potrzebami, odbierają podatek ze skór i rozdzielają ciężary.
A młodzież tymczasem weseli się; idą tańce zalecanki, urządzają się wyścigi. Po dolinie brzmi śmiech i krzyki, rozlegają się uderzenia topora, echa pieśni; ziemia dudni pod racicami rozpędzonych reniferów, w powietrzu świszczy rzemień „momoków“, zarzuconych na rogi przeznaczonych na rzeź zwierząt, a szklanne i srebrne ozdoby dzwonią na piersiach kobiet, pojawiających się wszędzie, gdzie jest praca, gdzie życie wre.
Tak bywało od czasów niepamiętnych.
Roku jednego wszakże zdarzyło się inaczej.
Na dolinie, jak zwykle, zebrało się dużo ludzi, ale gwar ich rozmów nie zagłuszał szumu rzeki, młodzież nie pląsała na majdanie, nie było widać reniferów rozpędzonych w gonitwie, ani słychać śmiechów i pieśni.
Wspólne narady nie udawały się także: ludzie małemi gromadkami zbierali się u oddzielnych namiotów. Twarze ich były smutne, spojrzenia mętne rozmowy leniwe. Tak umiłowany przez Tunguzów żart i śmiech rzadko pojawiał się wśród rozmawiających, mrożony ogólnym chłodem.
Nie rozchodzili się jednak, oczekiwali niecierpliwie przybycia starego Selticzana, bez którego nie ważyli się rozbierać głównych spraw. Stary tymczasem nie przybywał.
— Nie jedzie stary, nie jedzie... i nie przyjedzie! — mruczał jeden z gromady, siedząc лvśród towarzyszy, kołem otaczających ognisko. Był to mężczyzna lat może pięćdziesięciu, na Tunguza nie wyglądający, otyły, po jakucku odziany i jakuckim srebrnym pasem opasany, z miną nadętą bogacza, znającego swoją wartość.
— Komużbo pilno nawiedzać ginących!... — dodał jeszcze, odymając wargi.
— Przeznaczenia nie unikniesz — chmurno odezwał się, naprzeciw niego, po drugiej stronie ogniska siedzący starzec biednie odziany, jak miedź śniady, jak mech pomarszczony.
— To prawda! — przywtórzył mu trzeci. — Nie unikniesz... nie uchowasz się. Czyżem ja nie uciekał, nie chował się? I cóż stąd?... Wiadoma rzecz... — i, wzruszony, po raz setny może zaczynał opowiadać dzieje swojego nieszczęścia, którym za każdym razem przysłuchiwano się z równą uwagą.
— Kiedy nadeszła wieść o klęsce, znajdowałem się właśnie na szczytach Bur-Jangi i zabierałem się spuścić w doliny, alem się zatrzymał; zacząłem zwlekać. I Bóg dość długo miał miłosierdzie nade mną — a jam spyszniał od tego... Aż jednej nocy zbudziłem się przerażony, z bijącem sercem... Nadsłuchuję... słyszę — coś niby strzał, niby głośne wołanie. Wysuwam głowę z pod nakrycia i znowu słyszę niby szum w lesie, niby dalekie wystrzały. Psy skowyczały i wyły, jak gdyby ujrzały niedźwiedzia. Wychodzę z namiotu, patrzę, — księżyc świeci, a w głębi doliny jakiś ogromny cień, minąwszy wzgórza, idzie w lasy. Psy przypadły do nóg moich, ja ręką zakryłem oczy, nie mogąc patrzeć. Serce tłukło się w piersi, niby ptak wylękły, nogi zdrętwiały od przerażenia.
— Och! — rozległo się westchnienie słuchających.
— I cóż? Sto reniferów padło naraz. Nie czekając dnia, tejże nocy ruszyliśmy dalej. Uciekaliśmy, nie zatrzymując się nigdzie, a stada nasze wciąż malały; więc rozdzieliłem je na trzy części i wyprawiłem w różne strony; po upływie kilku dni powrócił syn a za nim wkrótce córka — oboje z pustemi rękami. Postanowiłem wówczas uciekać na kraj świata, gdzie nikt nie chodzi. Ale czy jest gdziekolwiek takie, miejsce, gdzieby nikt przedtem nie był? Ze zdychających nie brałem niczego, nawet uździenic. Wszystko zostawiałem... A kiedy padł przodownik, nie zdjąłem ze łba jego wzorzystej przepaski, odziedziczonej po pradziadach.
— Ach!...
— Kobiety zalewały się wówczas łzami — ciągnął dalej, zachęcony współczuciem otaczających — ale kupcy rosyjscy tak radzą: nie zabieraj nic, bratku, „jego“ ofiarom, wszędzie „on“ znajdzie swoją własność, odszuka ją. Więc posłuchałem, wszystkom rzucił i uciekałem. Nakoniec zapędziłem się już tak daleko, żem się sam przestraszył... Być może, że nikt tam jeszcze nie był przede mną. Nigdzie drzew, ani krzewów nawet — tylko same kamienie, śnieg wszędzie... i wicher... Nie było można rozbić namiotu dla braku drągów, a posyłać po nie do lasu bałem się. Wykopaliśmy więc jamę лу śniegu pod zrębem skały i w niej gnieździliśmy się. Dobrze nam było, radość zaczęła powracać do serc naszych, bo mór ustał. Minął dzień jeden, drugi, a z renów żaden nie zachorował. W milczeniu strwożeni czekamy dalej... Nie tylko mówić o „nim“ unikamy, ale i myśleć, bo może i „on“ o nas zapomni! Reniferów nie spuszczamy z oczu i tam idziemy, gdzie one nas prowadzą, nocując, jak Czukcze wśród stada. Tak nam przeszedł czas jakiś. Żona zaczynała już się uśmiechać, ja sam myślałem, że wszystko już dobrze będzie, że z czasem przymnoży się bogactwa, aż znowu nagle obudziłem się w nocy targany niespokojnością. Księżyc świecił, jak wtedy i wszędzie dookoła jasno było i cicho. Reny zbite w kupę spały na śniegu, tylko tam na powietrzu wisiał cień jakiś, nie od kamieni idący, ale sam pojedyńczy...
— Och!...
— Ostrożnie wysunąłem się z posłania, nabiłem broń i, nie odziewając się, nago zacząłem skradać się do „niego“. „On“ mnie nie zauważył — stał na kamieniach i przypatrywał się memu dobru. Ale, kiedym w pośpiechu zaszeleścił, nastawiając podpórki, obrócił i utkwił we mnie swoje ogromne gorejące oczy. Wystrzeliłem między nie... Co się potem stało — nie wiem. Czyli uderzył mię, czy też obrzucił swojem tchnieniem — nic nie wiem! Jak burza przeleciało coś nade mną, a kiedym oprzytomniał, nie miałem już ani jednego renifera. Tumara był nędzarzem...
Opowiadający umilkł, ręką machnął i, zerwawszy się na nogi, stanął z głową opuszczoną na piersi, z wyrazem bólu w twarzy.
Młodsi z otaczających podnieśli się także; tylko starcy nie ruszyli się z miejsca, a utkwiwszy wzrok w opowiadacza, czekali dalszego ciągu.
— No, i cóż dalej?...
Tumara podniósł głowę, otworzył usta, ale w chwili, kiedy wzrok jego, wybiegłszy poza obręb koła, zagłębił się w dal, na twarzy jego ukazało się zdumienie, usta zadrżały, a z oczu potoczyły się łzy. Wszyscy natychmiast obrócili się w kierunku jego spojrzenia.
W pewnem od ogniska oddaleniu, wsparty na grzbiecie białego, jak mleko, renifera, stał siwowłosy Tunguz w staroświeckim narodowym stroju. Za nim, trzymając za cugle wierzchowego renifera, wysuwał się młody chłopak, twarzą i ubraniem do niego podobny.
— Selticzan! — krzyknęli wszyscy — przyjechałeś nareszcie... ty — ojciec nasz!... A my już myśleli, żeś ty nas ginących opuścił! Co nowego? Goś tam usłyszał i widział za górami? Co porabia lud Memela? Żyjąż jeszcze? — Czy też może, jak my, ostatniem oddychają tchnieniem? A ty co myślisz robić, panie nasz? Przychodzisz-li sam, czy z całym narodem? Powrócisz w góry? — Czy też pójdziesz nad morze? — wypytywali przybyłych.
Selticzan, synowi oddawszy cugle, wszedł pośród otaczających ognisko, każdego przywitał podaniem ręki i siadł obok kniazia[31], ubranego po jakucku, który pośpiesznie usunął mu się z miejsca; poczem, wydobywszy z kapciucha maleńką chińską fajeczkę, powoli napełniał ją tytuniem.
Gromada przycichła i kołem rozsiadła się znowu.
— Już dwa miesiące temu, jak mór przedostał się za szczyty spokojnym, poważnym głosem odezwał się starzec. — Lud Memela przerażony rozproszył się, pociągnął nad morze, ale innemi drogami, ażeby ominąć miejsca klęski. Tu nie macie ich co czekać. A mój obóz przybędzie wieczorem.
— Ach, Selticzanie, któżby wątpił, że ty przyjdziesz. Tyś mądry, śmiały; ty, my wiemy nie boisz się niczego... — wykrzyknął kniaź, wyciągając rękę po dymiącą się fajeczkę sąsiada. Po twarzy starca przemknął cień.
— Nikt nie uniknie swojego przeznaczenia... — odparł chłodno.
— Aleś ty do szczęścia się urodził, Selticzanie! Ciebie Bóg kocha... Czyż nie tak? Padłoż u ciebie choć malutkie koźlątko, gdy naokoło całe stada giną?...
I znów zachmurzyło się oblicze starca.
— Kocha ciebie Bóg, Selticzanie!... — wzdychając, powtarzał kniaź.
— Kocha mnie dlatego, że starych przestrzegam obyczajów. Dobro moje nie powstało z łez ludzkich, ale dały mi je góry, skały, lasy i wody! — sucho odrzucił starzec.
— To prawda! I szczodrą była ręka twoja — podchwycili obecni. — W dni klęski tyś podtrzymywał naród swój, dzielił się.
— A komuż łatwiej pomagać, jeśli nie tobie? Co ja mogę dać, naprzykład? — ja, który mam tylko towary i długi? Czyż długi będę rozdawał na te ciężkie czasy? Zgoda... nic nie mam przeciw temu... wszak i jam Tunguz... Tylko co komu przyjdzie z moich śmierdzących długów? One nie rodzą reniferów... — zakończył, śmiejąc się kniaź.
— To prawda! zginiemy bez ciebie, Selticzanie!... Od kogóż dostaniemy?... Kto posiada liczniejsze od twoich stada? Kto lepsze ma serce?... Czyj ród znamienitszy i bogatszy? Czyi synowie zręczniejsi strzelcy i udatniejsi myśliwi? Czyje córki, dorastając, przykuwają spojrzenia naszej młodzieży?... Czyżeś ty nie najpierwszy pomiędzy nami? Kto nie cierpiał, nie lękał się, nigdy nie kłamał i nie oszukiwał, tak jak my, łatwo korzący się przed losem? Ty — Selticzanie! I gdzież się udamy, jeśli ty się nad nami nie ulitujesz? — wołali ze wszech stron.
— Bóg widzi, że się podzielę z wami! Po tom tu przyszedł! — odpowiadał wzruszony starzec.
— Tumara!... Tumara!... — wołał tymczasem kniaź, szukając opowiadającego — a ty kończ swoją historyę! Zobaczysz, Selticzanie, co będzie dalej.
Znowu zapanowała cisza. Tumara, siedzący w pierwszym rzędzie radzących, prawą ręką pogładził się po prawem uchu i, pomilczawszy chwilę zaczął opowiadać:
— Mówiłem wam już, jak straciwszy renifery, wzięliśmy na plecy rzeczy nasze, dzieci i zawrócili w doliny. Dzieci nam chorowały od zgniłego mięsa i rychło poumierały. Myśmy także posłabli od tego pokarmu. Ale co w taki czas znaleźć może myśliwy w pustyni...
— To prawda!...
— Niebawem zabrakło zupełnie pożywienia. Zjedliśmy wszystkie nasze zapasy — i skórzane wory, i stare rzemienie, i zatłuszczone fartuchy kobiet. Nic się już nie zostało, co mogło mieć smak. Czyż my, koczujący w górach, z głodem się nie znamy? A i Tumara czyż był ostatni wśród „dobywających?“
— Pierwszym był!... — zaświadczyli słuchacze.
— Ale tymczasem stała się rzecz taka... Dużo nas było, a pozostało tylko czworo: ja, żona, syn i córka. Szliśmy wciąż, spragnieni widoku ludzkich twarzy... Wstępowaliśmy do wszystkich znanych miejsc, do wszystkich starodawnych legowisk i wszędzie znajdowali wystygłe popioły ogniska... Ludzie pouciekali, przez niebezpieczeństwo rozpędzeni... My w naszej wędrówce coraz bardziej oddaliliśmy się od nich... A kiedy, spuściwszy się z gór, ujrzeliśmy drągi namiotów, skórą nie pokryte, siły nas opuściły... Mimo to jednak szliśmy dalej, nie ustawali w szukaniu. Nie tak to łatwo bowiem człowiekowi wyrzec się życia i umierać w śniegach, nie dawszy żadnej wieści o sobie... Grzebaliśmy w śmieciach, rozrzucali wilgotny popiół zimnych ognisk, szukając okruszyn jadła, a ogryzaniem kości, porzuconych przez psy, podniecaliśmy jeszcze nasz głód. Aż przyszło do tego, żeśmy nie mogli patrzeć bez drżenia na własne nasze dzieci pełne ciała i ciepłej krwi. „Tumara, dla ocalenia rodziców niechaj umrze dziewczyna“ — powiedziała nakoniec żona. Żal było dziecka; patrzyła na nas, nie rozumiejąc. „Talo“, mówi jej matka, „według starego obyczaju, kiedy ród ginie, naprzód umiera córka...“
— Racya!... — potwierdzili słuchacze.
— „Idź, Tale, umyj się w śniegu i po raz ostatni wyjrzyj na świat boży...“ Dziewczyna zrozumiała i chciała uciekać, ale ją zatrzymali; więc płakała i prosiła: „Zaczekajcie do wieczora; Bóg może co ześle... Ja chcę żyć... ja się boję!...“ Więc my czekali i wypatrywali. Dziewczyna co chwila wychodziła z namiotu, dłonią osłaniała oczy i spoglądała w stronę lasu, a za nią za każdym razem szła matka, nóż schowawszy w rękawie. Zaczynało już szarzeć. Dziewczyna coraz częściej wychodziła i coraz dłużej wystawała w progu, a ja leżałem w cieniu, oczekując co z tego będzie. Nagle słyszę na dworze krzyk... Serce zamarło we mnie. Wchodzi żona z nożem w ręku i zatacza się, jak pijana... „Zabiłaś?!... „Nie, Bóg ulitował się, — mówi — zwierz idzie lasem na dwa stąd strzały!...“ Porwałem się z miejsca i z synem wybiegłem za drzwi. Pod namiotem siedziała dziewka, z wyciągniętemi przed siebie rękami, a w lesie, niedaleko, stał zwierz...
— Stał zwierz!... — powtórzyli słuchacze.
— Czyliż trudno myśliwemu zabić pasące się zwierzę? Ale członki moje wyschły od głodu, żyły osłabły od męki i, skradając się do zdobyczy, ledwie mogłem utrzymać broń w trzęsących się piszczelach. A kiedy ugodzony kulą zwierz zaczął uciekać w krzaki, jak wilki rzuciliśmy się za nim... I tak. Bóg pomógł — zostaliśmy przy życiu, aby znów jutro umierać...
Tumara umilkł, głowę spuścił i znowu prawą ręką pogładził się po prawem uchu. Otaczający milczeli. I w owej chwili natężonej uwagi wydało im się, że słyszą plusk każdej oddzielnej fali w rzece, uderzenie każdej gałązki w lesie, wichrem kołysanej. Nagle, wpośród tych jednostajnych dźwięków zabrzmiał inny, odrębny odgłos, który wszystkie twarze rozjaśnił, wszystkie głowy obrócił w tę stronę, skąd dolatywał.
Syn Selticzana, młody Miore, pochylił się do ojca i szepnął:
— Ojcze, nasi idą!...
— Tak, idą!...
Rzeczywiście nadchodził tabor.
Starzy pozostali na swoich miejscach, ale młodzi jeden po drugim wysuwali się z koła, gromadnie zbierając się na skraju zarośli, skąd lepiej było widać cały oddział, ukazujący się w skalistych wrotach doliny.
Przodem, na ciemno-płowym reniferze jechała młoda dziewczyna. Bogato srebrem ozdobiona jej odzież kazała się domyślać, że kochaną i pieszczoną była w rodzinie. W ręku trzymała „oszczep-palmę“, na głowie na rozpuszczonych włosach miała przepaskę, wyszywaną kolorowymi paciorkami. Jadąc, oczyszczała drogę, ścinała gałęzie i sęki, które mogły zaczepić o juki lub odzież postępujących za nią. Kiedy podnosiła oręż, promienie słońca płomiennymi błyskami odbijały od stalowej powierzchni jego ostrza, które chwilę, jak błędny ognik, unosiło się nad jej głową, następnie spływało wzdłuż połyskującego srebrem fartucha, aż wreszcie, rzucone wprawną ręką, ginęło w kępach zieleni.
— Choka!... Chogaj!... — wykrzykiwała zachwycona młodzież.
Dziewczynie towarzyszyły dwa czarne psy, które to wybiegały naprzód, to wracały się, wszystko oglądały i obwąchiwały, niczego nie pomijając. Za nią długim szeregiem szły objuczone renifery. Na niektórych siedzieli ludzie; kobiety stare i młode, niedorostki, dzieci; te ostatnie na wierzchu jak w workach przywiązane, tłuste, grube, nieruchome, prawdziwe bożki domowe.
Na samym końcu karawany dwóch uzbrojonych łowców pędziło przy pomocy psów stado nieobjuczonych bydląt i samic z koźlętami.
Hałas, tętent i wrzawa, strwożone pochrząkiwania samic reniferowych, poszukujących zagubionych w odmęcie koźląt, brzęk dzwonków, grzechotanie kołatek, zawieszonych na szyi przodujących zwierząt, krzyki ludzi, nawołujących się lub porządkujących stado — cały ten wir kipiącego, bujnego życia rozgłośnem echem napełnił dolinę, zlewając się w uszach słuchaczy w jedną znajomą pieśń szczęścia i dostatku w wolnym, koczowniczym bycie.
Patrzącym rozgorzały źrenice i, niezdolni powściągnąć wybuchu uczuć, zaczęli głośno wypowiadać wrażenia swoje, wywołane obrazami i twarzami, przesuwającemi się, niby niknące cienie.
— Ot, stara Nioren!
— Dzielna starucha!
— Takiemi były dawniej wszystkie Tunguzki.
— Tak powiadają...
— Patrzcie, jak zręcznie kieruje reniferem.
— Wielka rzecz!... Mówią, że niedawno Selticzanowi urodziła syna... — to lepsze.
— Nic w tem niema szczególnego... żona Majantylana — starsza, a urodziła także...
— Cicho! Patrzcie, Sala, synowa starego, o której śpiewają pieśni.
— Alboż ich nie warta?
— Prawda i to!...
— Gadajcie, gadajcie, a jak Miore usłyszy, to wam da!...
— Góżto nam zrobi?... Nie boim się go...
— Patrzcie, patrzcie!... Laubzal!... Zleci!...
— Naprawdę!... renifer dzikowaty... niepotrzebnie posadzili malca!...
— Zuch chłopak!... zobaczycie, będzie miał stary z niego pociechę...
— A Czun-Me?...
— Hm!... Czun-Me... Czun-Me... — westchnęli niektórzy, szukając spojrzeniem dziewczyny ze stalowem ostrzem nad głową.
— Mówią, że kniaź chce ją swatać dla syna...
— Ech! nie da mu stary ulubionej córki, nie da...
Kiedy przejeżdżał starszy syn Selticzana, znakomity myśliwy, znany pod przezwiskiem „Odblask lodów“, rozmawiający z uszanowaniem zamilkli.
A kiedy zniknął w krzakach ostatni ren karawany i kołyszące się gałęzie lasu zamknęły za nimi, Selticzan podniósł się z miejsca, lekkiem skinieniem głowy pożegnał obecnych i odjechał. Znaczyć to miało, że wszystkich wkrótce oczekiwać będzie u siebie.
Wieczorem dokoła rozbitego namiotu starca dużo zebrało się ludzi; zeszli się prawie wszyscy chwilowi mieszkańcy doliny. Gospodarz kazał zabić kilka reniferów i przyjmował gości. Po tak długim poście, najadłszy się do syta mięsa i tłuszczu, ucztujący z lekkomyślnością prawdziwych Tunguzów, zapominając o minionych cierpieniach, zaczęli tańczyć i przyśpiewywać wesoło:

„Chugaj — chegij! chegij! — chyjra!
„Chyjra — chumgoj! Chumgaj — choka!
„Chaka — echando! — charga!...
„Chorgo — czoo... o... cza!...“[32]

Starzy, siedząc u ognia, przypatrywali się bawiącym i w takt poruszając głowami, wtórowali:

„Chugaj — chegij! chegij! — chyjra!

— Jak myślisz, Oltungaba, a może Bóg cofnie karzącą rękę i pozwoli wesołości powrócić między góry? — zapytał Selticzan, zwracając się do jednego z gości, jak miedź ciemnego, jak mech pomarszczonego starca.
— Życie nasze, Selticzanie, to cień padający na wodę — odpowiedział w zamyśleniu Oltungaba.
Następnego poranku ludność doliny w niezwykle uroczystym obudziła się nastroju. Dzień zapowiadał się bogatym w wydarzenia. Czas był prześliczny, niebo czyste, błękitne, chmur ani śladu.
Kiedy zgromadzeni na wiec zajęli swoje miejsca: starsi i dostojni członkowie rodów w pierwszym szeregu, młodzi z tyłu za nimi, a dzieci i kobiety jeszcze dalej poza obrębem koła, Oltungaba, ulegając wielokrotnym zaproszeniom, wszedł w środek i, kłaniając się, przemówił:
— A więc, bez względu na moją starość żądacie?...
— Do kogóż zwrócić się mamy?
— Są młodsi, potężni wróżbici!...
— O, Oltungaba! Któż z nas śmiałby prorokować w twojej obecności!... — wołano ze wszech stron.
Starzec milczał i na wzburzoną gromadę z pode łba patrzał.
— Ty się wahasz... a dla wielu ostatni to, być może, nastąpił dzień.
— Nie o sobie ja myślę, ale dawne na pamięć przywodzę obyczaje... Cóż wara powie język mój?... Trudny dzień potrzebuje trudnego, a ciężki ciężkiego... I poco nadaremnie budzić niebezpieczeństwo!... Jeśli nie znajdzie się mężny, mnie umierać przyjdzie?!...
— Niechaj wszyscy pomrzemy!... Wszak ty nam dobrze życzysz, Oltungaba?... Myśmy już postanowili...
— Niechże więc tak będzie! — zgodził się nakoniec wróżbita po krótkiej chwili namysłu.
Dwóch najznamienitszych czarodziejów podało mu czarodziejski kaftan z długą frendzlą i mnóstwem metalowych godeł i brząkadeł. Rozpuścili następnie siwe włosy starca i włożyli mu na głowę rogatą żelazną koronę. Jednocześnie podżyły Tunguz, paź wróżbity, suszył przed ogniem bęben. Kiedy wysechł dostatecznie i wyprężył się, uderzeniem pałeczki spróbował jego sprężystości: ponury, znany odgłos poruszył echa doliny i przerwał rozmowy. Wówczas na środku koła rozpostarto białą reniferową skórę, głową obracając ją ku południowi. Stary siadł na niej, zapalił fajkę i, połykając dym, zapijał go wodą; potem resztkami tej wody bryznął na wszystkie cztery strony świata i, obróciwszy się twarzą ku słońcu, wpadł w zupełną nieruchomość. Długo tak siedział ze spuszczoną głową, włosami spadającymi mu na oczy i wzrokiem, utkwionym w oślepiająco białe wierzchołki gór. Nakoniec lekki dreszcz wstrząsnął jego ciałem, przykra czkawka wydobyła się z piersi. Dreszcze i czkawka powiększały się stopniowo, aż przeszły w nieustające, trochę udane, a trochę rzeczywiste konwulsye i jęki. Wśród otaczających dały się słyszeć łkania.
Starucha jakaś padła, wijąc się w kurczach.
Jednocześnie tuż obok czarownika na ziemi pojawił się mknący cień czarny — między nim a stojącem na niebie słońcem zawisł orzeł. Przejmujący krzyk rozdarł powietrze. Tłum ludzi pochylił się, jak trawa, wichrem porwana.
Kto krzyczał?... Czarownik, czy orzeł? — Nikt nie wiedział.
— Niedobrze, niedobrze... — szeptali ludzie.
— Cicho!
Uderzono w bęben: silny, posępny odgłos kilkakrotnie jak grom zahuczał... Orzeł uleciał w dal.
I znowu zapanowała cisza... Przerywały ją tylko niewyraźne mamrotania czarownika... Po chwili, niby z oddalonego lasu, niby z głębin rozpadlin górskich, zaczęły płynąć pojedyncze dźwięki i zlewać się w jakieś harmonijne brzęczenia, niby szmery pszczelnego roju, lub ćwirkania nawołujących się ptaków. To Oltungaba potrząsał dzwoneczkami. Stopniowo dźwięki rosły, wzmagały się, przybliżały, przechodząc w szum wodospadu, w plusk deszczu, lejącego strumieniami, a w pośród nich coraz częściej odzywały się głuche, bolesne westchnienia. Nagle bęben został podniesiony w górę... Straszliwie wstrząsany, gradem sypiących się razów zalewany, zaryczał on, jak stado drapieżników na widok łupu... i w jednej chwili mistrzowską ręką na miękką rzucony skórę, umilkł, chociaż drgać nie poprzestał.
— O, Goloronie!... — jęknął wróżbita, twarz zakrywając rękami.
I znowu cisza. Słychać tylko było czkawkę, poziewanie i niewyraźne mamrotanie czarownika; taka, jak poprzednio, muzyka i takież odzywały się westchnienia. Górą, ponad tymi dźwiękami, płynęły naśladowania zmieszanych krzyków orłów, jastrzębi, wron i czajek, które, niby krążąc stadami, wrzeszczały i krakały naprzemian z niezrozumiałemi zaklęciami wróżbity, niby, poruszone nadziemskim widokiem czegoś groźnego, śpieszyć chciały powiadomić o tem panów swoich, w napowietrznych przebywających światach.
Stopniowo zaklęcia stawały się wyraźniejszemi, słowa — zrozumialszemi, aż wreszcie z ust wróżbity wybiegła pierwsza zwrotka hymnu:
— „Czy słyszycie szum od morza?...“
— O, tak! — odpowiedział paź.
— „Ja, który jestem pierwszy wśród stworzenia...“
— Zaiste — potwierdził paź.
— „Ja wśród wybranych najpierwszy...“
— Zaprawdę — powtórzył paź.
— „Niech przyjdą palący jak tarcza słoneczna!...“
— Niech przyjdą!
— „On sam, podobny chmurze... Kruk ognisty poprzedza go...“
„Dziecię zagadki!...“
— Dziecię zagadki...
— „Ja syn twój... Ja marny, stopami depcący ziemię, błagam ciebie!...“
— Błagam!...
— „Pomóż słabemu sercu w tej trudnej drodze...“
— O, pomóż!...
— „Bęben — mój zwiastun, a wiatr — moje skrzydła!...“
— Prawda...
— „Do was zmierzam, otoczony wieńcem skrzydlatych i niespokojnych...“
— Skrzydlatych i niespokojnych...
— „Szpony ich rozwarte — gardziele naprężone...“
— Naprężone...
— „I góry jęczą, a drżą wnętrzności ziemi...“
— O!...
— „A ja wciąż idę, nieśmiały, ale niepowstrzymany...“
— Zaiste...
— „Obrońco mój — panie mój, wołam ku tobie...“
— Dobrze...
— „Przecz ja z cierpiącego narodu!...“
— Czyż nie...
— „Potężny dopomóż, rozgniewany ocal, groźny — ulituj się!...“
— Prosimy!...
— „Jeśli błądzę — nie daj zginąć na bezdrożu!...“
— Nie daj!...
— „Ocal zbłąkanego, prowadź mnie...“
— Idziemy...
Podniósł się starzec, a ożywiając się coraz więcej, zaczął tańczyć.
Taniec wyobrażał pochód. Czarownik niezwykłemi wyrażeniami opisywał napotykane przeszkody i obrazował je giestami. Paź, wtórując, szedł za nim, chwilami podtrzymywał go za łokieć. Tak doszli do celu — do kresu. Uroczysty, spokojny, podniósł wieszczbiarz milczący swój bęben ku niebu i zaśpiewał:
„Ty, Etygar, wężowi podobny, w podziemnych krajach żyjący, władnący powietrzem, chorobami i samą śmiercią...
— O, Etygar!...
„I ty, Iniany, podobny do człowieka z ogromnemi skrzydłami, ty, chroniący od zguby stada...
— Iniany!...
„I ty, Arkunda, obdarzony mocą jasnowidzenia!...
„I ty, Nomandaj, którego przerażający krzyk w lód serce zamienia!...
„I ty, żelazno-pióry Ławadabaki!...
„I ty, którego poznajemy tylko po cieniu!...
„Pytam was, czego potrzebujecie i jaka waszego gniewu przyczyna?...
„Powściągnijcie podwładnych waszych; wstrzymajcie prześladowanie wasze! Czyż nie widzicie, że giniemy, a jeśli zginiem, kto składać wam będzie ofiary?
— Kto będzie?...
„Ku wam idę, w długiem zaplątawszy się odzieniu, bezbronny!... Latami przygarbił się mój grzbiet; oczy szeroko rozwarte nie widzą.
— Prawda! — pochwycił znowu paź, który był umilkł, nie śmiąc powtarzać wszystkich groźnych zaklęć.
„Idąc ku morzu i wracając do morza, koczujem...
— Zaiste...
„Wy lubicie czarne renifery, lubicie pstre renifery. Czyżby wam one przestały już się podobać?...
— Czyżby przestały?
„Cha! cha! cha!... Tańcując, zapomnieliście o nas, a weseląc się, ominęli nas...
„Żądacie może drogich futer, srebra, szklanych upiększeń, barwistych sukien, słodkiego ciasta, wódki?...
— Co za pyszności!... — cmokał paź.
„Głupcze! Cóż znaczy dla potężnych zabrać choćby wszystko!....
„Wybierzcie więc z pośród nas dzieweczkę, która nie poznała mężczyzny, a my ją naznaczym i żaden młodzieniec nie dotknie się jej...“
Milczenie.
„O, Goloronie ognisty, przeleć nad ziemią, zwiastując!...
Milczenie.
Oltungaba uderzył w bęben i wśród sypiących się i jak grom huczących razów dały się słyszeć urywane, groźne i jakby z daleka płynące słowa:
„Zbywające psom dają! Niech się naród upokorzy, człowiek posłusznym będzie. Inaczej poginą podobni mgle porannej.
— Och! Cóż my dać możem, nie posiadający niczego?...
— „A więc ja wam powiem, jak dawniej bywało: niech będzie ten, który jest dumny; ten, który jest bogaty; czyi synowie — to strzały lecące, a córki to — piękności; kogo kochają wszyscy, czyje myśli dobrotliwe, rady mądre, serce mężne, ręka szczodra, dusza dobrego życząca... My chcemy widzieć grozę przerażenia, bladość oblicza, łzy ostatecznego rozstania...
Oltungaba umilkł i bęben opuścił.
— „Nie! — wyrzekł, zamyśliwszy się chwilę — imienia ja nie powiem... Powiedzieliby może: Oltungaba zazdrosny. A mnież krew ludzka na co? Czarownikowi nie potrzeba nic więcej prócz bębna. Ja już wszystko powiedziałem...“
Pobieżnie dokończył reszty obrzędu i ponury, wyczerpany zajął swoje miejsce w szeregu widzów. Dla niego i dla szanowniejszych gości podano herbatę, dla innych zaś młodzież niezwłocznie zaczęła bić renifery i stawiać na ogień kotły. Wszystkiemu temu nie towarzyszyła jednak wesołość i ożywienie. Jakie w podobnych razach opanowują zazwyczaj siedziby tunguskie. Obecni rozmawiali z wielką powściągliwością, zniżając glos do szeptu prawie. Względem rodziny Selticzana zachowywali się z wyróżniającą grzecznością, a na gospodarza starali się nawet nie spoglądać.
Selticzan, jak gdyby niczego nie spostrzegał, był spokojny i uprzejmy, jak zwykle, próbował nawet zawiązać rozmowę z Oltungabą, ale czarownik milczał posępnie; wówczas starzec zaczął głośno rozpowiadać, jak to się ten rok przeżyło za górami. Posypały się różne anegdoty myśliwskie, które opowiadał z takim humorem i dowcipem, że wkrótce otaczały go same śmiejące się i rozweselone twarze.
Tylko Miore, najulubieńszy syn jego, stojąc za ojcem, ponuro spoglądał na wszystkich.
Powoli zapanował zwyczajny przed jedzeniem nastrój umysłów.
A kiedy wydobyto z kotłów aromatycznie woniejące kawały mięsa, wszyscy już zupełnie o smutku zapomnieli; wówczas na chwilę zasępił się Selticzan, którego porzucili dotychczasowi jego słuchacze, a Miore, uważnie śledzący za ojcem, jeszcze się bardziej nachmurzył.
— Doprawdy, jak widzę, chcielibyście zjeść starego, — nie mogąc dłużej wytrzymać, bryznął chłopak gniewnie przechodzącemu Oltungabie.
Ten ze zdziwieniem i gniewem popatrzał na niego.
— Młody jesteś i nieświadomy...
— No, dobrze, ale z tego nic nie będzie — odrzekł łowiec i, potrząsnąwszy głową, odszedł na bok.
Ta krótka rozmowa nie uszła uwagi innych i wywołała różne postronne gawędy.
Selticzan pod koniec uczty odzyskał zwykłą sobie uprzejmość, jak przystoi na gospodarza, ugaszczającego drugich i nie żałującego dobytku.
Ale kiedy wrócił do siebie pod namiot, nie ukrywał zatroskania swego i zamyślony siedział przed ogniem, na nic nie zwracając uwagi; nie widział nawet wieczerzy, którą żona przed nim postawiła.
— Jedz, Selticzanie!... Nie smuć się, panie nasz: my twoje sługi wierne... — przemówiła ona nareszcie, trącając go w ramię.
Starzec pytająco wzrokiem powiódł po rodzinie, z miłością wpatrzonej w niego, i uśmiechnął się. Zjadł sporo i ze smakiem, gdyż, według wyobrażeń tunguskich, niema w życiu takiego wydarzenia, które byłoby w stanie odebrać tłustej reniferzynie jej smakowitość.
Następnego ranka wcześniej obudził się od innych i, nie rozniecając przygaszonego ognia po raz pierwszy może od czasu, jak został gospodarzem, ostrożnie, nie budząc nikogo, pocichutku wymknął się z namiotu.
Słońce nie ukazało się jeszcze nad górami, ale świeciło gdzieś tam już nad ziemią. Jutrzenka znikła, a na nieboskłonie rozpostarło się światło dzienne. Gdzieniegdzie na powierzchni górskich śniegów, wpośród błękitnawych cieniów rozpadlin, rysowały się złociste linie krawędzi. A tymczasem niżej w dolinach wszystko jeszcze spało: spał las, we mgły spowity, spali pomęczeni ludzie i ognie spały, zaledwie żarząc się w przygasłych ogniskach, i renifery po krzakach na mchach leżące i wieczorną przeżuwające strawę; gulgotała tylko woda, płynąca w rzece, i kuropatwy górskie krzyczały na się, opuszczając rosą pokryte nocne legowiska i wzlatując już na oschłe wierzchołki drzew.
Starzec długo i uważnie przypatrywał się znanej dolinie. Nagle zadrżał: w oddaleniu przed jednym z namiotów ujrzał stojącego człowieka, który także zdawał się przyglądać okolicy. Bystry wzrok Selticzana poznał Oltungabę, a namiot należał do kniazia. Starzec zachmurzył się i wszedł do domu. „Wstawajcie, dzieci! Ej! Czun-Me! — rozpal ogień... Dość już spania w taki dzień!...“
Wszyscy zerwali się i zakrzątnęli, opanowani trwogą. Starzec z upodobaniem przypatrywał się, jak od wieków ustanowionym porządkiem; obecni bez żadnego gadania rozdzielili między siebie zajęcia; kobiety stawiały na kominie czajniki i kotły, wynosiły na dwór pościele; mężczyźni, opatrując rzemienie i broń, gotowali się iść w las przeglądać stada. Ruch się uspokoił, kiedy podano herbatę. Poważnie zasiedli wszyscy dookoła deski, służącej im za stół, ale, że gospodarz milczał, nikt nie śmiał rozmawiać: wszyscy jednak, nie wyjmując starej Nioren, byli wzburzeni. Młode kobiety i dziewczyny z niewypowiedzianą trwogą spoglądały na starego ojca, Miore zasępiony był i gniewny, a „Odblask lodów“ z uszanowaniem, nie pozbawionem jednak pewnej ciekawości, przyglądał się starcowi.
Selticzan, napiwszy się herbaty, zjadł cokolwiek i wypalił fajkę, poczem odezwał się do młodszego syna:
— Idź, chłopcze, obejdź ludzi!..
Miore nie ruszył się z miejsca.
— Czy słyszysz?!...
Dopiero za powtórnem groźnem wezwaniem chłopak podniósł się i zaczął zapinać świtę, ale zamiast iść, nagle rzucił się do nóg ojcu:
— Tyś postanowił... tyś postanowił!... O, ojcze, nie opuszczaj nas! Rodowi nie zgadzają się... Ja mówiłem wczoraj z młodymi, oni rzekli: niech wyzdychają wszystkie nasze renifery, my żyć będziemy przemysłem... A jeśli już tak chcą koniecznie, to... niech zarzną tłustego kniazia!...
— Głupiś, dziecko moje!... — uśmiechnął się starzec. — Nie wiadomo jeszcze, co zrobię, ja chcę zobaczyć naród... Idź, mówię tobie...
— O, panie nasz, dlaczego nas łudzisz nadzieją?...
— Nie paplaj! powiedziałem już!...
— Nie puszczą nas, uchodźmy lepiej pokryjomu.
— Powiedziałem już!... — uparcie powtarzał stary.
— О, ojcze! uciekajmy, uciekajmy... — prosili, wyciągając do niego ręce, ale starzec uderzeniem nogi w pierś odepchnął od siebie Miorego, najnatarczywszego ze wszystkich i krzyknął:
— Przeklęte kruki, przestańcie szarpać serce moje!...
— Istotnie — odezwał się „Odblask lodów“, dotąd posępnie milczący — dlaczego Miore nie słucha, kiedy ojciec rozkazuje? — Chłopak, który, jak upadł, tak leżał i płakał, podniósł się i w milczeniu opuścił namiot.


∗             ∗

U słupa na dolinie znowu zebrał się naród. Zeszli się wszyscy, od małego do największego. Uzbrojeni, w najlepszą odzież przybrani, rozsiedli się kupkami według rodów, świecąc w słońcu ozdobami, popisując się wzorzystemi futrzanemi sukniami, opuszonemi długiemi frendzlami.
Bawili się, mocowali, a niczem nie zdradzali po co tu przyszli.
Ród Selticzana wyróżniał się wpośród innych doborem broni, bogactwem odzieży, siłą, zręcznością i dumną niezawisłością postawy. On sam siedząc na czele swoich, wielką na wszystko dawał baczność.
— Osłabł naród, zmarniał... — odzywał się od czasu do czasu. — Takież było pokolenie Tumara? Gdzie Leljel, nie ustępujący w dzielności naszemu rodowi? Gdzie Nilken?...
— Jak ty nas opuścisz, i my osłabniem i rozproszyła się — odpowiadali mu rodowi.
— Po mnie zostanie „Odblask lodów“ — nie syn mój, ale towarzysz!...
Smutniały twarze należących do rodu Selticzana, a starzec, patrząc na nich, ociągał się.
Wśród zgromadzonych tymczasem coraz większe zapanowywało wzburzenie, chodziły jakieś dziwne, głuche pomruki. I tak się jakoś stało, że ród Selticzana coraz bardziej się wyosabniał. Nikt do nich nie podchodził, a za zbliżeniem wszyscy milkli. Miore jednak i kilku jeszcze młodych, nie zrażając się tem, wciąż się snuli pomiędzy gromadami.
Wieczorem rozeszli się wszyscy, ale wzburzenie nie uspokoiło się, przeniosło tylko pod namioty, dookoła oddzielnych ognisk. Do późnej nocy siedzieli Tunguzi i rozmawiali półgłosem, zaniepokojeni zjawieniem się każdego obcego. Niektórzy z nich ostrzyli oszczepy.
— Taki człowiek nie umiera bez wypadków! — mówili.
Na trzeci dzień stawili się wszyscy w pełnem uzbrojeniu.
Wielu młodych wojowników przyniosło z sobą kopie i, opierając się na nich, stało poza kołem. Narady nie były rozpoczęte, ale wśród tłumu krążyły burzliwe szmery namiętnych, powstrzymywanych wybuchów. Co chwila spojrzenia wszystkich zwracały się na Selticzana, który, wspaniale odziany, siedział wpośród wzruszonych członków swojego rodu, sam jeden spokojny i pogodny.
— Czyż pozwolimy się staremu oszukać?... — szeptali inni.
— Czyż pozwolimy, żeby nas stary oszukał?... — zapytywał kniaź, przechodząc od jednych do drugich.
— Cóż to? — zapytali go w jednej gromadzie — myślisz może, że ci łatwiej zawładnąć będzie córką, jak starego nie stanie?... Nie spodziewaj się, nie odda wam jej nigdy „Odblask lodów..“ Nie zapomni on tobie tej sprawki...
— Jakiej sprawki?!... Bogdajby wyzdychały wszystkie moje reny, bogdajem do końca życia na jednem pozostał miejscu, jak ruski w drewnianym domu, jeżeli to prawda... — zaklinał się kniaź — Oltungaba nie taki człowiek!...
— Oltungaba wódkę pije!...
Kniaź, zmieszany, nie wiedział zrazu, co odpowiedzieć.
— Głupcy!... — wykrzyknął nakoniec i, gładząc się po obu uszach, pobiegł poskarżyć się innym.
Wszystko to jeszcze większe spowodowało wzburzenie i wywołało gadania, które przedostały się nakoniec między Selticzanowych krewniaków do uszu Miorego.
— Ojcze, ciebie oszukują... — namiętnie wykrzyknął młodzieniec, podchodząc do niego. — Ty chcesz umierać, a to wszystko robota kniazia; on przekupił Oltungabę! On myśli, że jak ciebie nie stanie, nie będzie jemu równego pośród nas... Ojcze, błagam ciebie, wstań spokojny i uchodź!... Namioty nasze zdjęte, młodzież gotowa, renifery posiodłane; zanim się obejrzą, my będziem w górach. A choćby się i spostrzegli, czyż my nie dzieci twoje?!...
Zasępiło się oblicze Selticzana.
— Niech pozwą Oltungabę, niech będzie sąd! — zawołał wstając.
— Oltungaba!... Oltungaba!... — podchwyciły liczne głosy z rodu Selticzana.
— Oltungaba!... Oltungaba!... — wołano zewsząd.
Posępny, jak mech ciemny, jak gołąb siwy, starzec niechętnie wszedł w koło.
— Czy prawda, żeś brał od kniazia podarki?... Żeś nas dla miłości jego oszukał?... — krzyczeli wszyscy.
— Czekajcie, niech mówi jeden. Czyż nie widzicie, że ja mam tylko dwoje uszu, gdzie się nie zmieści sto głosów...
— Niech więc gada jeden!
Wystąpił jeden z najszanowniejszych naczelników jednego z najpotężniejszych rodów, siadł i zaczął robić pytania:
— Brałeś podarki?...
— Jakże nie miałem brać. Czyż to ja nie żyję z dobroci ludzkiej? Czyż mi ich nie dawał i Selticzan i ty? Dawał i kniaź, ale o nic nie prosił i ja niczego mu nie obiecywałem... Czyż to nie grzech przypuszczać?... Czyż można mówić coś podobnego?... Toć człowiek umierać będzie!... Wstydźcie się!... Ludzi spytajcie!...
Wezwano świadków, wezwano kniazia; wszyscy stanęli cokolwiek wylękli pośród groźnego koła. Ale badania niczego nie wyjaśniły; dowiedziano się tylko, że Oltungaba odwiedzał namiot kniazia, tak jak i drudzy i korzystał z jego szczodrobliwości.
Kniaź zaklinał się, oba uszy gładził obiema rękami i z nadzwyczajną skwapliwością niezwykle szeroko opowiadał o swojej bezinteresowności, swoich zasługach, swojej gorliwości w interesach plemienia wobec władz i swojem poświęceniu szczególnie... w sprawie płacenia podatków.
Oltungaba opowiadał pogardliwie i monosylabami.
— Nie wierzysz mi, Selticzanie — zwrócił się nakoniec do starca. — Zapomniałeś, jakem ja ciebie kochał i uczył, kiedyś był chłopcem? Jakem ci radził w kłopotach, opowiadał o dalekich krajach, o starych dziejach... Czyż ja nie byłem rówieśnikiem twojego ojca?... jego przyjacielem wówczas, kiedyś ty jeszcze czołgał się po ziemi? A potem, kiedyś ty wyrósł, czyż nie pyszniłem się tobą, a ty, czyś rad moich nie słuchał? Kto wśród nas najpierwszym był wojownikiem i łowcem? Czyja mowa mądra była i przezorna?... Ty, Selticzanie, zawsze byłeś prawdziwym Tunguzem; my wszyscy o tem wiemy... a czyż za prastarych czasów na śmierć szli najgorsi? Przysięgam, starcze, tobie i całemu narodowi, że powiedziałem prawdę. Powiedziałem, co mi głos z nieba przykazał!... Bogdajby twarz moja wykręciła się na plecy moje, a ciało wyschło, jak liść tytuniowy... bogdaj wypadły moje oczy, a żyły osłabły, jak źle wysuszone nici... i... niech zgorzeje ręka moja, jak gorzeje serce od poniewierki... — tu szybkim ruchem włożył rękę w płomień ogniska.
Wszyscy z miejsca się porwali, a Selticzan odtrącił starca od ognia.
— Oltungabo, przebacz i wy obecni, przebaczcie!... — odezwał się wzruszony. — Grzech o złe posądzać!... Ja odejdę... jam już postanowił, narodzie mój!... Odejdę wezwany... Gdybym został, wybyście odejść musieli... cóżby to więc warte było?... Jedno jajko zawsze zgnije... Czy człowiek może być człowiekiem bez reniferów?... Czy Tunguz może być Tunguzem bez Tunguzów?... Ja odejdę, ale pamięć o mnie zostanie z wami!... Bywajcie zdrowi!... Niech rozmnażają się stada wasze!... Niech dzieci wasze wyrosną na mężów!... Niech radość nie omija namiotów waszych!... Niech w kotłach waszych nie zabraknie pożywienia, w rogach prochu, a w sercach dobroci!... Ja odchodzę, ale myśli moje łagodne, jak promienie zachodzącego słońca... Już idę!... Narodzie mój, żegnam cię!... Żegnajcie!
Szybkim ruchem rozerwał na piersiach wzorzysty „dałys“ i po rękojeść wbił sobie nóż w serce.
Stał chwilkę, gasnącym wzrokiem wodził po wszystkich, potem zachwiał się, potoczył — i upadł.
Tłum jednem ogromnem odezwał się westchnieniem.
Oltungaba pośpiesznie przykląkł obok umierającego, obnażył jego pierś i, oparłszy dłoń prawej ręki około rany, lewą wyciągnął ku słońcu i zawołał:
— O ty, bóstwo, ponad wszystkiemi stojące!... Pomóż nam!... Obroń nas!... Nie najostatniejsi my, nie najpodlejsi jeszcze, jeśli takie wyhodowaliśmy serce!...
— Takie serce!... — jęknął tłum.
Im wszystkim, nawet tłustemu kniaziowi, zdało się w tej chwili, że serca ich biją taką samą gotowością ofiary, jak to, które stygło pod dłonią Oltungaby.
— Ten był wojownikiem!... — szepnął po chwili wieszczbiarz i na twarz, drgającą kurczami konania, narzucił podniesiony z ziemi „dałys“.

Irkuck, 2 marca 1893.

W MATNI

I.

W głębi ciemnej jurty jakuckiej, na nizkiej drewnianej ławie, pod ścianą, naprzeciw ognia leżała chora kobieta. Zajmowała najlepszy kącik w izbie, najsuchszy i najjaśniejszy, gdzie zwykle sypiają gospodarze domu. Otaczano ją taką troskliwością, na jaką tylko stać było mieszkańców jurty; zimne ściany nad jej pościelą zasłonięto białem futrem zajęczem, a samo posłanie ułożono niezwykle wysoko i miękko.
Ogień tlił się na kominku. Na tle brudno-rdzawego zmroku izby jasno odcinało się tylko białe łoże chorej i biała jej postać. W cieniu, na uboczu, głowę i ręce wysunąwszy na światło, siedziała na pieńku Jakutka i szyła obuwie. Miarowo szeleściły żylne nici, przeciągane przez skórę. Chora oddychała ciężko i głośno. W kącie, jak amor gołe, jakuckie pachole bawiło się z pięcioletnią dziewczynką po europejsku ubraną. Dzieci budowały coś z patyczków i rozmawiały przyciszonym głosem.
— Gospodyni... gos-po-siu!... — z trudnością przemówiła chora.
Jakutka z niechęcią położyła robotę i wstała poprawić ogień.
— Toch nado?
— Popatrz... wyjrzyj!... Nie gniewaj się, że tak często... ale boję się, że nie doczekam... Czy nie widać jeszcze?
Dzika pochyliła się nad chorą i wpatrywała się w jej twarz wychudłą: starała się odgadnąć, co mówiła, po wyrazie oczu, po ruchu ust, gorączką spieczonych.
— Ach, nie rozumie... Co za męka!
— Toch?... Toch skazywaj... — pytała Jakutka.
Chora wskazała drzwi.
— Eng... eng!... — kiwnęła głową, poprawiła kołdrę i poduszki, które się osunęły i wyszła.
W jurcie zapanowała zupełna cisza; nawet dzieci umilkły i oczy na drzwi zwróciły. Chora leżała bez ruchu; głowa jej opadła na bok, oczy zamknęły się, długie rzęsy rzucały cień na zapadłe policzki. Płomień ogniska, porwany podmuchem wpadającego przez otwarte drzwi powietrza, buchnął jaśniej i jaskrawym blaskiem oblał białe futro na ścianie, fałdy i zagięcia pościeli i na poduszce rozsypane, gęste, złote włosy, niby nimbus otaczające twarz chorej. Na maleńkim stoliczku, tuż u wezgłowia, połyskiwał złoty zegarek, stały szklanki, flakoniki i rozmaite podróżne drobiazgi.
— Zosiu, chodź tu... Gdzie jesteś?... — szepnęła chora...
Dziewczynka podniosła się, otrzepując sukienkę.
— Tu jestem, mamusiu.
Pobiegła do matki i położyła kędzierzawą główkę na jej poduszce. Mały Jakut wstał także i poszedł za nią; oparł się o krawędź pościeli i jął skubać koronkowe obszycie poszewek.
— Boli, mamusiu? bardzo boli?... — pytała dziewczynka, wpatrując się w twarz matki.
— Niema tatusia!... nie przyjeżdża... — skarżyła się chora.
Skrzypnęły drzwi; na progu ukazała się Jakutka.
— Musi być oni... Nikt inny być nie może... Dwóch jedzie!... — krzyknęła radośnie — swegom poznała... Jeszcze daleko: z tamtej strony jeziora! Chora poruszyła się gwałtownie i szeroko rozwarła duże, gorączkowo błyszczące oczy. Jakutka pojęła, że jej nie rozumieją i ruchami zaczęła objaśniać, pokazując na dłoni, jak stąpają konie.
— Jeden — mój chłop, dwa — twój chłop — powiedziała po rosyjsku.
— Jadą!... nareszcie!... Gosposiu, zabierz ot to... prędzej! — zawołała chora, pokazując rozrzucone rzeczy. Wzruszona podniosła się na posłaniu.
— Uczesz mię... Zosiu, daj grzebień... Umyj dziecko...
W jurcie zapanował ruch. Ale podróżni byli jeszcze daleko, więc kobiety zdążyły wszystko załatwić, nim oni przyjechali. Chora uczesana, w czystym białym kaftaniku czekała długo i już ją siły opuszczać zaczęły, gdy na podwórzu zatętniały kopyta końskie, zabrzękły wędzidła, rozległ się szmer głosów i kroków ludzkich.
Drzwi rozwarły się szeroko i w kłębach mroźnego oparu ukazał się na progu wysoki mężczyzna. Stanął przy drzwiach i jął śpiesznie szarpać rzemienne pętlice swojej podróżnej odzieży.
Jakutka dorzuciła drew na ogień.
Chora w skupieniu wpatrywała się w tę postać niezgrabną, od stóp do głów zaszytą w puszyste, śniegiem usypane futra.
Nareszcie kaptur, zakrywający twarz przybyłego, zsunął się na ramiona i drogie, dawno niewidziane oczy spojrzały na nią z wyrazem posępnej trwogi.
— Widzę cię więc... widzę!... — szepnęła, wyciągając ku niemu ramiona.
Reszta odzieży w jednej chwili znalazła się na podłodze i przybyły ukląkł przy łożu chorej.
— Ukochana!... odważyłaś się więc!...
— Nie mogłam dłużej.... nie mogłam — szeptała, a łzy jak grad płynęły po jej twarzy.
— Dlaczego nie uprzedziłaś? przyjechałbym do miasta. Wyobrażam sobie, jak cię zmęczyła droga.
— Pisałam kilkakrotnie i z miasta i z drogi... Widocznie nie otrzymujesz wszystkich listów... Spieszyłam się... Tutaj, powiadają, nastanie wkrótce wiosenne bezdroże, a latem do ciebie dostać się niepodobna, chyba konno lub piechotą... Czy nie tak?... Oni tak mówili... W mieście zaczęłam chorować... Tam epidemia... dyfteryt... Bałam się o Zosię... Bałam się, że... ciebie mogę już nie zobaczyć...
Lekki rumieniec oblał jej przeźroczystą twarz, uśmiechnęła się i położyła kształtną, wychudłą rękę na kędzierzawej głowie męża. On zdjął tę rękę i przycisnął do piersi.
— Cóż?... nie pytasz o córkę?... Zosiu, chodź... przywitaj się z ojcem.
Mężczyzna wstał i z pewnem zakłopotaniem powiódł wzrokiem dookoła. W kącie izby wpośród gromady Jakutów stała jego dzieweczka. Spotkawszy się z wejrzeniem ojca, twarzyczkę odwróciła i cofnęła się w tył.
— Zosiu, nie bądź dzika! — rzekła matka.
— Chodź do mnie, córeczko — odezwał się ojciec.
Dziewczynka nie ruszyła się. Wówczas podszedł i chciał ją wziąć na ręce, ale dziecko z krzykiem odskoczyło od niego.
— Nie ruszaj mię — zawołało. — Mamo, to nie tatuś... zupełnie niepodobny... Nie taki, jak na portrecie... Boję się!... Ubranie brzydkie... Broda duża!... On obcy!... Jakut!...
Schwycił ją na ręce i począł całować. Dziewczynka płakała i wyrywała się; żeby ją uspokoić posadził na pościeli, przy matce.
— Nie dziw się, Olesiu, — rzekła chora — zmieniłeś się... I ja dostrzegam w tobie coś nieznanego...
— Czyż ta kruszyna może mię pamiętać? Nie miała przecie pół roku...
Przy boku matki dziewczynka powoli zaczęła odzyskiwać śmiałość. Na rzęsach błyszczały jeszcze łezki, ale twarzyczka wypogodziła się i wielkie, błękitne oczy zwróciły się na ojca z wyrazem badawczym, prawie wyzywającym.
— Istny portret mamuńci.
— Nie zupełnie... Podbródek i czoło twoje, tylko oczy może...
— A czy grzeczna? czy posłuszna? — spytał Aleksander, pieszczotliwie biorąc dziecko za rękę i zamieniając z żoną znaczące spojrzenie.
— Dobra dziewczynka... Ubrania nie drze, nie brudzi; przy myciu nie płacze... Prawda, Zosiu?... Mój Boże... znowu...
I zaniosła się kaszlem głuchym, do jęku podobnym.
Aleksander zerwał się, ale nie wiedział, co robić. Dostrzegła to gospodyni, podbiegła, objęła wpół chorą i ostrożnie położyła jej rękę na piersiach. Atak był długi. Nareszcie ucichła i osłabiona upadła na poduszki. Twarz jej stała się woskowo bladą, na czoło wystąpiły duże krople potu, a w piersiach, konwulsyjnie dyszących, wrzało i skrzypiało. Aleksander blady stał obok z dzieckiem na ręku. Dzieweczka już się oswoiła i bawiła się puklami jego włosów. Chora otworzyła oczy, spostrzegła to i uśmiechnęła się blado.
— Nie bój się... То nic... Będę zdrową... zobaczysz... Byłoby zbyt okrutnie... Będę zdrowa... wówczas, Olesiu, wszystko pójdzie, jak z płatka... Pisałeś, że masz domek... Czy i ogród?... Siadaj, opowiedz!... Domek, czy jurta?... Czy duży?... Czy tylko jeden pokój?... Może trzeba będzie przerabiać?... A czy masz obórkę?... krowę trzymasz?... Zobaczysz, jak ja prędko wyzdrowieję na świeżem powietrzu i mleku... Moje cierpienia w znacznej mierze spowodane są zgryzotą i niepokojem... Wszak byłam silna, pamiętasz, i taka zdrowa!... O Boże!... za co mię karzesz!...
Znów kaszleć zaczęła. Aleksander ostrożnie podniósł ją i podtrzymywał. Tym razem atak był jeszcze silniejszy i trwał dłużej. Na końcu z flegmą buchnęła krew.
— Ratuj!... doktora... — jęczała chora, wpatrując się w męża gasnącym wzrokiem.
On milczał posępnie. Do miasta było trzy dni drogi. Żaden lekarz nie zgodziłby się jechać tak daleko na prywatne wezwanie.
— Albo wieź mię do siebie!...
Nie odpowiedział także. Było to również niepodobieństwem.
Jechać trzeba było przeszło 100 wiorst drogą złą i mało uczęszczaną. A w domu jeszcze gorzej było niż tutaj. Ona nie wiedziała, nie domyślała się nawet, jak on żył, bo całej prawdy nigdy jej nie pisał. Tam, u niego zupełnie było pusto! Tutaj przynajmniej byli ludzie. Można było kupić masła, mleka, świeżej śmietanki... Chora tem tylko żyła, zwilżając od czasu do czasu spieczone wargi.
Żona milczenie jego zrozumiała i domyśliła się wszystkiego.
— Nie trzeba, najdroższy... nie trzeba... Tak tylko powiedziałam. Czy ja wiem, gdzie dogodniej!... Do miasta — tydzień drogi, a za tydzień — umrę... W domu pewnie nie przygotowane... Nie pomyślałam... Cierpienie umysł mąci... Drogi bym nie zniosła... Po doktora któżby pojechał?... Ty?... Nie, ciebie ja nie puszczę... Ani na chwilę nie puszczę... Dość długo... Tyś mój... teraz wyłącznie mój... Wszak prawda?... Tyś tu nikogo nie kochał?... — pytała przyciszonym głosem.
On rękę jej tulił do piersi i odwracał oczy — napełnione łzami.
— Ty płaczesz?... Myślisz, że niema nadziei?... A więc niech się stanie, co się stać ma... wcześniej, czy później... Nie żałuję, żem przyjechała... Czułam, że koniec blizko... Ach, gdyby rok!... choć jeden rok, choć miesięcy kilka... z tobą, razem przepędzić... wróciłoby wesele i zdrowie. I szczodrze byłabym wynagrodzoną za wszystko... Tak tęskniłam... tak pragnęłam ujrzeć choć raz.. choć na krótką chwilę... Trwożył mię też los Zosi... Nie miałam jej komu zostawić... Krewnym nie chciałam... Wychowaliby ją na twego wroga... Ograniczeni i nienawidzą ciebie... Oschłe serca... Ty ją wychowasz w niedostatku, ale w otoczeniu prostem... wśród przyrody i pracy... wyrośnie na człowieka... jak ty — czystego i niezłomnego... To dobre dziecko... ma serce i główky... kochaj ją... Ach, znowu w głowie się mąci...
— Za dużo mówisz, wypocznij. Posłuchaj, ja opowiadać będę.
— O, tak, opowiadaj! O sobie powiedz. Czyś tęsknił?... Czyś wspominał?... Czyś spodziewał się nas zobaczyć?... Co za szczęście!... gdyby wróciło zdrowie... Serce tak rwało się do ciebie!... Opowiedz, jak spędziłeś cały ten czas... Coś robił?... Czy zboże siejesz?... orzesz?... Sam orzesz?... Zchłopiałeś... O, ty mój chłopie!... Ja też chłopką się stanę... zobaczysz... Tyle spokoju, co przy pracy na roli...
— Zboża jeszcze nie siałem... Jakuci bardzo niechętnie dają ziemię. Już od roku staram się o nią i proszę daremnie... Władza obiecała przynaglić ich...
Chora uważnie spojrzała na męża.
— Czyż to Jakuci dają ziemię, a nie rząd?.. — spytała.
— Owszem, rząd daje. Jam powinien otrzymać piętnaście dziesięcin ziemi zdatnej do uprawy, jako pozbawiony praw i skazany na osiedlenie. Ziemia tu uważaną jest prawnie za własność rządową; Jakuci są tylko dożywotnimi jej dzierżawcami... ale cóż z tego: faktycznie oni nią władają i nie chcą, — rzecz prosta, ustępować...
— Czy mało mają? nie wystarcza dla nich? Możnaby przecie wziąć w dzierżawę — przekonać ich, wyperswadować... Bo cóż ty zrobisz, jeśli nie dadzą?...
— Nie jest tak źle, Julio... Dajmy pokój... nie mówmy o tem — przerwał niechętnie. Bądź tylko zdrowa, a wszystko się ułoży...
Julia wpatrywała się w niego wiarą i miłością.
— Wierzę. Ty zawsze znajdziesz sposób wyjścia. Czy masz towarzysza w blizkości? Pisałeś, że gdzieś za Ałdanem. Co to za Ałdan?
— To wielka rzeka, wpadająca do Leny. Bardzo piękna rzeka. Chata moja stoi na samym jej brzegu. Najbliższy towarzysz mieszka na przeciwnym brzegu, o wiorst piętnaście. Ale on należy do innej gminy. Razem nas nie osiedlają.
— Ale widujecie się?... Widywać się wam wolno?...
— Widujemy się... niekiedy... Obecnie on u mnie mieszka... Poczciwy, bardzo poczciwy...
— A przedtem byłeś sam?
— Sam.
— Pomyśleć, serce się krwawi... całe dni słowa do nikogo przemówić!... Nieraz w myśli widziałam las śniegiem zasypany, małą chałupkę z blado migającem światełkiem wśród nocy, jak wieczność długiej, a w tej chałupce ciebie... samego — godziny, dni, tygodnie całe... Jakżeś musiał tęsknić!... Teraz nie będziesz sam!... — zakończyła, chwytając go za rękę.
— Teraz ty będziesz ze mną... Wyzdrowiejesz... pewny jestem. Klimat tutejszy surowy jest, ale jednostajny, a głównie niezmiernie suchy. Chorych na piersi nie spotkałem między krajowcami... A co za powietrze w mojej sadybie!... Co tam za gaj modrzewiowy! Dwóch chłopów drzewa nie obejmie. Dokoła sosny, jodły... W górach rosną cedry... Będę przynosił do domu gałązki... Aromat ich leczy podobno... Chata nasza będzie pachnieć, jak pałac wschodni... A w lecie, jak tam cudnie! Od rzeki wieje chłód. Zwierzyny, ptactwa — moc. Założymy ogród, kupimy krowę... Będzie wszystko, jak ty zechcesz... Będziemy żyć jak chłopi... a ludzie... Bóg z nimi...
Chora usnęła, ukołysana jego szeptem.
— Cudzoziemcze, kolacya podana — wezwała go gospodyni.
Ostrożnie oswobodził palce z uścisku Julii i poszedł do stołu, gdzie siedziała już Zosia i Jakuci. Głodu nie czuł, tylko straszne zmęczenie, będące następstwem nie tyle drogi stu-wiorstowej, odbytej konno i pośpiesznie, ile tylu silnych i niespodzianych wrażeń. Siadł około Zosi i opiekował się nią, ale sam niczego nie tknął, i nie odpowiadał nawet na pytania Jakutów.
— Kiedy myślisz wyjechać? — zaczepił go gospodarz.
— Nie rusz go... biedaczek!... — westchnęła gospodyni.
— Alboż ja go wyganiam... Tak tylko spytałem... przez ciekawość.
Po wieczerzy Aleksander wziął dziecko na kolana.
— Cóż, Zosiu, spać ci się chce?... A gdzie ty sypiasz?
— Z mamą.
— Teraz ze mną spać będziesz. Czy zgoda?
Dziewczynka kapryśnie wydęła usteczka.
— Bądź grzeczna. Z mamą nie można. Mama chora. Ja ci rybkę za to złapię, maleńkie kaczątko, jak do domu pojedziemy, zobaczysz... Chodź, dziecko moje... — I nieznacznie, opowiadając rozmaite historye, zaczął jej zdejmować trzewiczki, pończoszki, rozpinać ubranie.
— Mama powiada, żeś ty, tatusiu, dobry — szczebiotała dzieweczka, obejmując szyję ojca gorącemi, pulchnemi rączkami. Ani myślała zasypiać. W białej koszulce, różowa, śliczniutka kręciła się u niego na kolanach, zarzucając go pytaniami. By ją do snu prędzej skłonić Aleksander położył się sam obok i nie spostrzegł się, jak zapadł w sen kamienny.
Zbudził się nagle z uczuciem przerażenia, z zamętem w myślach, z sercem ciężkiem, jak ołów. — Co to mogło znaczyć? i gdzie on się znajdował? zapytywał siebie i wodził oczami po grubych belkach nizko zwieszającego się pułapu. — Nie u siebie, to pewna... Może u którego z kolegów... Na kominie słabo tleje ogień... ktoś mówi... Jakuci?... Jął się wsłuchiwać w szmer głosów.
— Wszystko umie. Po jakucku gadać — mistrz! Konno jeździ, łodzią kieruje, sieci zarzuca lepiej, niż Jakuci. Wszystkie ziemie, wszystkie drogi poznał — wielki łowiec!
— A czemużby nie miał być? Myślę, że książki nie próżno oni czytają! Czy łagodnego jest obyczaju?
— Grzech skarżyć się! Przedtem był dobry pan, tak powiadali ludzie z Ałdanu, i tu, gdy w okolicy przejazdem się zatrzymywał. Płacił... zawsze płacił. Ale dzieci i żona zmieniają ludzi.
— O tak! A pani? czy dużo pieniędzy przywiozła?
— Musi być przywiozła. Ma piękną odzież, złote pierścionki, zegarek... Pani jak się należy... południowa!
— Czy myślisz, że umrze?
— Pewno. Bardzo się męczy. Żonę moją sił pozbawiła, razy dwadzieścia w nocy wstawać zmusza... Podtrzymywać trzeba; dusi ją. Taka wielka pani bez podtrzymywania nie może...
— Gdy umrze, to pamiętaj, kumie, zawołać mię — czy trumnę robić, czy mogiłę kopać... Nie zapomnij... Cudzoziemiec dobrze pewnie zapłaci... Oj zapłaci!... nie wykręci się!...
— Cicho, zdaje się nie śpi.
Głosy umilkły. Aleksander uniósł się na pościeli i jął przysłuchiwać się innym cichszym dźwiękom. Chora szeptem siliła się objaśnić coś Jakutce.
— Julio, powiedz, czego ci trzeba, ja przetłómaczę.
— Nie śpisz już? Nie kazałam cię budzić, zmęczony jesteś. Powiadają, żeś usnął w ubraniu.
— Jakże się czujesz?
— Lepiej, mój drogi. Mówią, że dzień piękny; zawsze wtedy mam się lepiej. Powiedz gosposi, proszę, aby poszukała w rzeczach rondelka z pokrywką i ugotowała w nim mleka. Chcę cię ugościć kakao, dawno pewnie nie piłeś... Sama z przyjemnością wypiję filiżankę... Będzie uczta — roześmiała się. — Czuję się dziś tak dobrze!... Dzień, dwa, a ruszymy w drogę.
Istotnie, do samego wieczora nie było zmiany w stanie chorej. Otucha wstąpiła w serce Aleksandra. Odważył się nawet wyjechać po wino do miejscowego protojereja. Wina nie dostał, bo go nie było, ale napisał list do towarzysza i dowiedział się, że oczekują „zasiedatiela“, z którym może i doktor przyjedzie obejrzeć ciała Tatarów-osiedleńców, którzy w tajemniczy sposób — wraz z domem spalili się w jego noslegu[33].
— Zanocuj pan. Koń wypocznie... A będzie zamieć, wierzaj mi; ja, stary człowiek, znam się na tem. Pogwarzylibyśmy przy samowarze i buteleczce. Słyszałem, że niedaleko od pana był tajemniczy pożar.
Aleksander słyszał istotnie jakąś posępną plotkę, ale ponieważ przyjął sobie za zasadę nie rozmawiać nigdy z „osobami“ o jakuckich sprawach, więc nic nie odrzekł. Zamieci zaś nie lękał się, choć go istotnie zaskoczyła w pół drogi.
Nizko zsunęły się ciężkie chmury, wiatr wzmógł się i zahuczała burza. Świszcząc, podniosły się tumany śniegu, wiatr porwał je, zmełł na pył i rzucił nim o las z jękiem się chylący. Okolica zatonęła w mlecznym odmęcie.
Aleksander nasunął na twarz kaptur, poprawił się na siodle i wolno puścił cugle koniowi. Koń kroczył śmiało — od czasu do czasu uchylał głowę, by obwąchać drogę lub o kopyto oczyścić śniegiem zabite nozdrza. Do domu mieli niedaleko; droga nie rozdwajała się nigdzie; zbłądzić było prawie niepodobna. Jeździec, jak żółw w skorupie zamknięty w swej futrzanej odzieży, zamyślił się głęboko, ukołysany szumem zawieruchy. Przed oczami miał obraz jurty jakuckiej, gdzie w purpurowym blasku ogniska umierała jego żona... Po co ona przyjechała?... po co?... po co?... Zginie, a śmierć jej na jego pozostanie sumieniu. Dlaczego nie wyrzekł się jej zupełnie?... Jeśli szczerze pragnął, by o nim zapomniała, powinien był zniknąć zupełnie, zerwać wszelkie stosunki, nie pisać, na listy nie odpowiadać! — On zaś nie tylko pisał, ale całował papier, którego miały dotykać się jej ręce... dusza jej odczuła to, widać... w zimnych rozumowaniach, któremi silił się dowieść jej konieczności wiecznego rozstania, domyśliła się utajonego wołania... Przyjechała i... ginie!... A może!...
Fala gorącej krwi spłynęła mu do serca. Nie dokończył myśli przez zabobonną trwogę... Nie śmiał marzyć...
Koń, który cały czas szedł szybko, stanął i głośno zarżał. Aleksander drgnął i spojrzał w dal. Otaczał go mrok gęsty, wśród którego hałas śnieżny ocean, ale jemu się zdało, że w zwichrzonych tumanach mignęły czerwone iskry, a wiatr przyniósł w odpowiedzi słabe echo rżenia. — Jurta musiała być już blizko. Otrząsł więc śnieg z odzieży i ściągnął cugle. Po kwadransie przywiązywał wierzchowca do słupa w podwórzu sadyby.
Chorą zastał znacznie gorzej. Nie zwróciła się nawet ku niemu, gdy wszedł, tylko zlekka poruszyła spuszczoną na piersi głową. Siedziała pochylona naprzód pomimo osłabienia, gdyż najmniejszy ruch w tył wywoływał okropny kaszel. Pot kroplisty oblewał jej ciało; gospodyni wciąż musiała zmieniać na niej bieliznę i zaczynała już zrzędzić. Aleksander pośpieszył zastąpić ją w tem i teraz dopiero zauważył, jak Julia okropnie była wychudła. Wyglądała jak szkielet powleczony białą, przejrzystą skórą. Nie mogła mówić i tylko czasem słabo ściskała dłoń jego.
— W tych dniach obiecują doktora — powiedział, korzystając z chwilowej przerwy. Chora ostrożnie oparła się o poduszki.
— Nie warto... ja muszę!... Kochaj Zosieńkę... Aby tylko prędzej!... Boże mój!... jakże ja cierpię!...
I znowu krztuszenie się, od którego zdawało się, że pierś jej pęknie, kaszel, krew, poty, wreszcie zupełne wyczerpanie i woskowa bladość twarzy. Tylko szeroko otwarte oczy płonęły wciąż, jak pochodnie; gdy zwracały się na męża, strach cierpienia mieszał się w nich z łagodną tkliwością.
Minęła noc. Nad ranem chora usnęła. Aleksander czuwał, siedząc przy niej na nizkim stołeczku. Czuł się rozbitym. Od widoku tych męczarni i jego rozbolały piersi, serce krwią nabiegło, głowę ściskała żelazna obręcz. Widział wciąż przed sobą zsiniałą twarz Julii z oczami na wierzch wyszłemi. Nie wiedział już czego pragnąć...
Ze zgrozą odpędzał od siebie myśl o końcu ostatecznym, gdzie był chłód rozpaczy i obojętność na wszystko.
— Słaby jestem, słaby, jak małe dziecko!...
Umarła nazajutrz, a on nie przyjął ostatniego jej tchnienia. Wyczerpany zdrzemnął się z czołem opartem o krawędź pościeli. Zbudziło go gwałtowne szarpanie.
— Umarła!... żona umarła... — szeptała wystraszona gospodyni...
Chora leżała na wznak, z głową spuszczoną na piersi, z oczami szeroko rozwartemi; martwą źrenicą patrzyła gdzieś przed siebie, a na rzęsach nie zaschły jeszcze łzy. Aleksander siedział, jak gromem rażony. Nic nie widział, nic nie słyszał, nie myślał, tylko ścigał jakieś urywki błędnych słów, lecących mu przez głowę niby liście, jesiennym wiatrem pędzone.
W jurcie zaś wszczął się ruch i po trochu zaczęli schodzić się ludzie.
— Cóż więc?... po duchownego posłać?... dół kopać, czy co? Trumnę każesz robić, czy jak? — pytali go.
On niecierpliwie, prawie z gniewem potrząsnął głową.
Strwożeni odstąpili od niego. Siedział więc dalej bez ruchu, głowę nizko spuściwszy, tyłem zwrócony do obecnych. Na kominie ogień trzaskał; ludzie chodzili na palcach, rozmawiali szeptem. Podano wieczerzę, przyniesiono pościele; gospodyni rozebrała i ułożyła spać dzieci. Sąsiedzi znowu zaczęli się zbierać. Aleksander nie ruszył się.
— Ten cudzoziemiec zupełnie nie myśli grzebać żony! — z rozpaczą wykrzyknął gospodarz.
— Cudzoziemcze!... panie cudzoziemcze!... Kogóż najmować będziesz?... Odpowiedz!... — zagadali obecni.
Aleksander podniósł głowę i westchnął.
— Nie smuć się tak! Młody jesteś, jeszcze się ożenisz — pocieszała go Jakutka.
— Popa, myślę, nie będziemy sprowadzać... Daleko i drogę zawiało — doradzał gospodarz. — Tu blizko mieszka staruszek, co umie czytać modlitwy... Czyta u wszystkich... u bogatych i u szanownych nawet czyta... Po paszport, po świece wyślę sąsiada... Potroskam się dla ciebie, cudzoziemcze... Doprawdy żal mi ciebie... Taką ładną żonę straciłeś!... A dół wykopiemy z kumem do spółki... trumnę drugi kum zbije... Czy zgoda? Hę? Nie drogo weźmiemy... Jak myślicie, ludzie?...
— Co się pytać... Czyż nie szkoda cudzoziemca?!...
— Policzymy, co kosztować będzie — to lepiej: staruszek z modlitwą — pięć rubli... — zagiął Jakut palce; — świece, paszport, kadzidło — dwa ruble; tyle i nas kosztować będzie... nie mniej!
— Skąd mniej! To już od wieków określona cena!...
— A teraz: dół — piętnaście rubli, trumna — siedm, razem, równo... trzydzieści!... Prócz tego...
Aleksander otworzył portmonetkę.
— Mam tylko dwadzieścia rubli.
Umilkli.
— Cóż poczniemy? Przecież mi jeszcze należy się od ciebie za mleko, za mięso... za kłopot też cokolwiek podarować winieneś. A bydlęcia czyż nie zabijam? А temu, со trupa odziewać będzie, za pracę, czy nic nie damy?
— To ja sam — rzekł Aleksander i wargi mu zadrżały — Nie trzeba też staruszka z modlitwą!...
— Dobrze, lecz wtedy ciała nie położymy na pierwszem miejscu pod obrazami, tylko koło drzwi...
— Położycie, gdzie każę!
— Nie cudzoziemcze... Nie wolno!...
— Zobaczymy!
— A co, mówiłem — szepnął ktoś w dalszych szeregach. Gospodarz pogardliwie wydął usta.
— Skąpisz... dla swojej kobiety skąpisz... a ona, biedna, tyle tysięcy wiorst jechała... niczego nie szczędziła... życie postradała...
Aleksander przymknął oczy; kąty ust konwulsyjnie mu drżały.
— A byczek?
— Byczka też nie trzeba.
Jakut w zakłopotaniu musnął się po brodzie.
— Co tego — to już nie można... Bez zabitego bydlęcia żaden Jakut człowieka chować się nie zgodzi... — wyrzekł gorąco. — Od tego kości za życia próchnieją.... chorujemy... Wiesz co, cudzoziemcze, dam ci oskard, siekierę i wszystko — rób sobie sam... A kobietę twoją do spiżarni złożymy, gdyż wcześniej, jak za tydzień nie skończysz.
Aleksander chwilę rozmyślał. Istotnie nie skończy, szczególniej teraz, gdy czuje się tak słabym... Więc cały tydzień!... A Julię położą w spichrzu gdzie pyl śniegowy sypać się będzie przez szczeliny na twarz jej i promienne oczy... Poczuł ból w piersiach, jak gdyby ktoś poruszył nóż ostry, w serce wbity.
— Pieniędzy nie mam. Chcecie, kwit dam...
— Co nam po kwicie! — Myślisz może, drogo żądam? Doprawdy tanio, prawie darmo. Samych tyleż kosztować będzie. Ile odzieży przytem porwać trzeba, pokarmu zjeść... więcej wydasz, niż dostaniesz... Zresztą przez poszanowanie dla smutku twego... ustąpimy rubla.
— Powiedziałem, że mam tylko dwadzieścia.
— Więc sprzedaj rzeczy — odezwał się ktoś z obecnych.
— Zgoda! — kupcie więc zegarek...
Wyciągnął ku nim drżącą rękę z zegarkiem Julii na dłoni. Jakuci obstąpili go z ciekawością; najszanowniejszy przyłożył złote cacko do swych sterczących ciemnych uszów.
— Mówi... — szepnął z uśmiechem.
— Mówi?... — pytali inni i każdy chciał usłyszeć, co mówi, ale nikt nie myślał kupować.
— Chyba w mieście sprzedasz... miejskim Jakutom. Nam zaś potrzebna odzież, perkal, futra... Pierścionek złoty jeszcze kupić możemy...
Obrączki sprzedać nie chciał, ałe otworzył im kufer. Otoczyli go tłumnie, zaczęli chwytać i pokazywać sobie różne rzeczy.
— Widzicie, suknia jedwabna. Co chcecie, cudzoziemcze, za jedwabną suknię?... Przerobić, będzie odzież dla człeka...
— Srebrne łyżki, ręczniki, pończochy...
— Cudzoziemcze, podaruj!... Na co ci to... przecie kobiece... Jabym zaniósł swojej babie...
— Cudzoziemcze, daj to...
— A może to...
— I mnie...
Aleksander odłożył niektóre z cenniejszych przedmiotów: łyżki srebrne, futro, szal i zamknął kufer. Suknię jedwabną podarował gospodyni.
— Byłaś dla niej dobra — powiedział.
Przy tej okazyi Jakutka wyprosiła sobie jeszcze kilka drobiazgów.
Skończyły się wreszcie targ i umowy. Jakuci uderzyli w dłonie na znak zgody i rozeszli się. Gospodarze położyli się spać. Aleksander został sam i jął odziewać do ostatniego snu swoją Julię. Starannie umył ją całą, białą i zimną, jak marmur, ubrał w najlepsze, jakie znalazł rzeczy, fałdy i draperye starał się ułożyć wdzięcznie i pięknie, jak niegdyś... Nie mógł przywyknąć do tej myśli, że ona już nie czuje i nie rozumie... Łzami nabiegały mu oczy, gdy układał i prostował skostniałe jej członki — gotów był ryknąć płaczem i nad zimnem jej ciałem chylił się nizko, jak drzewo pod burzy podmuchem.
Minęła noc. O świcie przyszli Jakuci-majstrowie; ciało przenieśli na ławę w przedni kąt izby — i w ścianie nad niem przebili dziurę, aby wpuścić strugę zimnego powietrza. Twarz umarłej pod lodowatem jego tchnieniem stała się natychmiast jak alabaster twardą i przeźroczystą. Następnie Jakuci zabili byczka i, wesoło gwarząc, poczęli gotować mięso, ciosać deski i robić trumnę.
Aleksander obojętnie przyglądał się ruchowi. Nic go nie zajmowało, nawet Zosia; ubrał i nakarmił dzieweczkę, ale nie przemówił do niej ani słowa. Dziecina błąkała się z kąta w kąt wpośród Jakutów. Ci jedli, powtarzali najnowsze plotki sąsiedzkie, naradzali się, jak zbić deski, by trupa pomieścić, a sobie pracy oszczędzić, stukali narzędziami, sapali i pluli.
Wieczorom, gdy Aleksander położył się na tej samej ławie, na której umarła Julia, Zosia przysunęła się do niego.
— Tatusiu, ty już nie płaczesz? — zapytała.
— Chodź tutaj.
Dziewczynka wdrapała się pośpiesznie obok niego.
— Mama elbiut’... — rzekła po jakucku.
— Mama umarła — poprawił ją. — Teraz nie masz już nikogo prócz ojca.
— Wszyscy Jakuci?...
— Są i towarzysze ojca, ludzie bardzo dobrzy, ale daleko... Między Jakutami także znajdują się dobrzy... Chcesz kochać ojca!...
Dziewczynka pochyliła główkę i z zajęciem zaczęła przyglądać się guzikowi u jego bluzy.
— Chcę! — szepnęła po chwili.
W len sposób znowu zawiązała się przyjaźń między nimi.
Pogrzeb miał się odbyć nazajutrz. Wskutek zasp, utworzonych przez zamieć, nie można było trumny powieźć na saniach. Jakuci zawiesili ją na długiej żerdzi na sznurach i ponieśli na ramionach. Miejscami śnieg był po kolana, potykali się i przerzucali drąg z ramienia na ramię. Trumna kołysała się strasznie. Aleksander, idąc za nią z łopatami, słyszał jak ciało umarłej tłukło się w jej wnętrzu. Nareszcie dobrnęli do wzgórka pod lasem, gdzie było cmentarzysko; trochę drewnianych płyt i krzyży grobowych pod śniegiem, a na uboczu wązki, głęboki, świeżo wykopany dół... Ostrożnie, pokrzykując i udzielając sobie rad, zaczęli Jakuci spuszczać trumnę. Aleksander chciał ją otworzyć — by raz jeszcze zobaczyć twarz zmarłej, ale Jakuci oparli się temu stanowczo.
— Co chcesz z nami zrobić, cudzoziemcze?... Przecie i my mamy żony i dzieci!... Nikt nie sprowadza na siebie nagłego nieszczęścia!... Otwieraj sobie, jeżeli chcesz, ale my odejdziemy... Nie wypuszcza się tego, co już raz zamknięte... Sam trumny do dołu nie spuścisz, więc zostanie do wiosny!...
Był pewien, że spełnią pogróżkę.
Spuścili ją w dół i spiesznie zaczęli zasypywać bryłami zamarzłej ziemi, które z głuchym łoskotem rozbijały się o wieko trumny.
— Ostrożnie!.. — krzyknął mimowoli Aleksander. Wydało mu się, że przebiją deskę i ostrymi kawałkami lodu ugodzą w twarz i ciało Julii.
— Uspokój się, cudzoziemcze!... Ludzie przecie jesteśmy... w Boga wierzymy... Przykryliśmy balami, jak się należy... Spać będzie twa nieboszczka niby w kołysce...
Zręcznemi i zgodnemi uderzeniami szybko zasypali dół, i zwrócili się do Aleksandra, który stał jak odurzony.
— Cudzoziemcze... panie... chodź!... idziemy... śpiesz się... Grzech!... nie oglądaj się nazad!... — krzyczeli, spuszczając się ze wzgórza i w biegu łamiąc łopaty. Aleksander postąpił kilka kroków za nimi, lecz nagle wstrzymał się i zawrócił...
Słońce podniosło się jaskrawe, promienne. W chwili, gdy odrywało się od horyzontu, z obu stron ukazały się dwa tęczowe jego widma. W powietrzu unosił się delikatny pył lodowatych igiełek — pozostałość wczorajszej zamieci. Żałobnie wyglądały lasy czarne, przez wiatr obdrapane. Śniegi dokoła były zdeptane. Na płaszczyźnie jezior i łąk wiatr wydął fale zmarszczek, podobnych do wzburzonych wód. — Na stokach wzgórków, wpośród krzewów, u przeszkód, które zmieniły kierunek wichury, piętrzyły się ogromne wydmy i zawały. Miejscami rozcinały je wązkie, niby pługiem rozryte wydmuchy. Ich wierzchy i krawędzie dymiły się z lekka: tam pełzał konający wietrzyk i zdmuchiwał puder z niedość ubitych śniegów.
Na podwórzu, przy jurcie, przekroczywszy przez ogień, zgromadzili się Jakuci i ostrożnie, z poza dymu spoglądali z trwogą na czarny punkt, widniejący na wzgórku.



II.

Wiele mil przejechali podróżni głuchym, ciemnym borem, nim rozstąpiły się zwarte szeregi drzew, zmrok pobladł i obciążający konary puch śnieżny, stał się bardziej przejrzystym. Drożyna wyrównała się i wybiegła na obszerną łąkę, gdzie ostatnie cienie boru, wydłużone i rozjaśnione, kładły się na śniegi iskrzące w promieniach zachodu. Jasne blaski daleko za tajgą gasnącego słońca biegły w te tropy za podróżnymi, przedzierały się przez las, przez splątaną sieć gałęzi, po tajemniczych, okiem nie dających się dostrzedz drogach, złocąc w przelocie czarne kolumny drzew.
Koń Aleksandra niecierpliwił się, wyrzucał głową, wstrząsał trendzlą, ale naprzód nie puszczały go sanie z kibitką, obitą wojłokiem, które ciągnął gruby byk. Na byku siedział zgarbiony Jakut w bufiastej sukmanie i nucił piosenkę. Obaj nie śpieszyli się wcale. Aleksander w zamyśleniu patrzał przed siebie, koniowi popuściwszy cugle. Lecz gdy wyjechali z zarośli i ukazała się boczna drożyna, wiodąca na przełaj do małego domku pod gajem, Aleksander zręcznie wyminął Jakuta i po głębokim śniegu kłusem pojechał w tę stronę. Jego wierzchowiec powitał dom kilkakrotnem rżeniem. Na podwórze z radośnem skowyczeniem wyskoczył duży, czarny pies.
— Ajaks!... dobry pies!... Poznał pana! — gadał do niego Aleksander, zsiadając z konia. Pies skoczył mu na piersi i próbował liznąć go po twarzy. Jednocześnie we drzwiach jurty ukazał się niewysoki, brodaty mężczyzna w ogromnej futrzanej czapce, futrzanem obuwiu i reniferowej burce, niedbale na ramiona narzuconej. Chwilę wpatrywał się w przybyłego, nim go poznał, poprawił okulary i podszedł żwawo z wyciągniętą ręką. Aleksander tę rękę w milczeniu uścisnął i dalej zdejmował juki i siodło.
— Czy pomódz? — spytał go towarzysz, trzymając się zdala od konia, który szczerzył zęby i groził ukąszeniem.
— Lepiej nie, Jakóbie. Wrony złościć się zacznie.
— Droga ciężka; schudł Wrony. Cóż żona?
— Żony niema, umarła... — cicho wyrzekł Aleksander.
— Umarła!... — powtórzył Jakób, cofając się mimowoli.
Aleksander głowę spuścił i drżącemi rękami odpinał dalej popręgi.
— Umarła... — powtarzał Jakób.
Sanki wjechały w podwórze. Aleksander wyjął z kibitki owiniętą w futra dziewczynkę i poniósł ją do jurty. Jakób pośpieszył przymknąć za nim drzwi.
Rozebrali dziecko i postawili na ziemi. Tarła zaspane oczki rączkami i kaprysiła trochę. Aleksander z Jakutem wnosili przywiezione na saniach rzeczy.
— Nie płacz, panienko! — perswadował jej łagodnie Jakób.
— Nie jestem panienka!
— Ale herbatę pewnie lubisz i placek z masłem?... Zaraz dostaniesz, poczekaj!
Dziewczynka spojrzała na niego przez paluszki.
— Pan będzie towarzysze!
— Będę towarzysze! będę wuj Jakób!... Zgoda?
— Poczciwi ludzie?
— Najlepsi ludzie! Mądra jesteś, jak widzę! Siadaj-no do stołu, a ja tymczasem placek zagniotę. Jak ci na imię?...
— Zosia!...
Pośpiesznie wdrapała się na wskazane miejsce i oparła łokcie na stole.
— Będziesz u tatki za mamę?... Czy może Jakutka jesteś? — dopytywała się, śledząc gospodarkę Jakóba.
Twarz mężczyzny powlokła się smutkiem.
— Niezupełnie... troszeczkę!
— A ja jestem zupełnie córeczka... Doprawdy — jestem!... Tatusiu, on nie wierzy, głową kiwa!...
Aleksander, który wniósł właśnie z Jakutem ostatnią skrzynię, spojrzał na nich zamglonym wzrokiem i stanął u komina chmurny, milczący. Rozmowa urwała się.
Uwagę Jakóba zajął całkowicie podpłomyk, który piekł się na żelaznym blacie. Od czasu do czasu spoglądał jednak ukradkiem na przyjaciela. Uderzyła go w nim wielka zmiana.
Śniada twarz porysowała się i zapadła, wązkie usta jeszcze się mocniej zacięły, podbródek naprzód wysunął, a duże ciemne oczy utraciły poprzednią żywość. Stał zgarbiony z rękami opuszczonemi wzdłuż ciała. Jakób nie śmiał ani go pocieszać, ani pytać, gdzie żona umarła, gdzie pochowana. Ten człowiek zawsze sam sobie wystarczał. Krępowała go przytem obecność przewodnika Jakuta.
— Co słychać w domu?... Cóż Jakuci?
— A nic. W czasie twojej nieobecności nawet tu nie zachodzili. „Kapsie niema, herbaty nie daje!“ Słyszałem tylko, że znów wypływa historya z Tatarami. Istne pantofle Abu-Kazema.
— Słyszałem i ja. Zasiedatiel przyjeżdżał?
— Nie, ale oczekują go... Czy masz zamiar pogadać z nimi?...
— Pójdę.
Jakób zamyślił się.
— Jakuci są bardzo wzburzeni... — odezwał się po chwili.
Aleksander wzruszył ramionami.
— Cóż ja temu winien!
Przewodnik skończył pić herbatę i czekał na obrachunek. Aleksander wymówił sobie, że mu przedtem pomoże załatwić kilka gospodarskich czynności. Miał zwieźć z jeziora lód na wodę, gdyż żałował konia, a czas już było lód tak umieścić, by nie stopniał na wiosennem słońcu. Wody ze śniegu lub z przerębli nikt tu nie używa do picia, gdyż cuchnie. Wziął więc Jakut swego wołu i sanie i spuścili się w wąwóz, gdzie leżały szeregi dużych kryształowych tafli, przygotowanych jeszcze z jesieni.
Zorza już gasła. Gwiazdy jarzące tłumnie wyległy na niebo. Przy blasku ich pracowali długo. Po odjeździe Jakuta, Aleksander dobrą jeszcze chwilę sam kręcił się po podwórzu: przesuwał, ustawiał, otrzepywał, śnieg zrzucał ze stogu, jasła czyścił dla konia. Jakób podejrzywał go, że umyślnie nie wraca, by uniknąć rozmowy, gdyż niejedno mógł zrobić jutro. Nareszcie wszedł znużony i okryty szronem.
— Tatusiu, spać!... — płaczliwie zawołała Zosia.
— Chciałem ją rozebrać, — rzekł Jakób — ale niegrzeczna... nie dała się... Cóż, wszystko skończyłeś?
— Prawie wszystko.
Wziął córkę na ręce i zaczęli szeptać coś z sobą tajemniczo. Jakób zamknął czytaną przed chwilą książkę i w zamyśleniu patrzył w ogień. Aleksander znalazł się wkrótce obok niego. — Dziecko usnęło. Długo milczeli oba, nie wiedząc od czego zacząć. Wszystko wydawało im się tak błahe, a smutek jednego z nich tak ciężkim i nieuleczalnym.
— Nie smuć się! Czas wszystko złagodzi — szepnął nakoniec Jakób, kładąc rękę na ramieniu towarzysza.
Aleksander spuścił oczy, a wargi mu zadrżały.
— Tyś miał w życiu choć cokolwiek... Teraz masz córkę... Ja nic nie miałem.
— Daj pokój!
— Co zamierzasz robić?... Czy będziesz prosił, aby przenieśli cię bliżej miasta?
— Nie sądzę. Nie myślałem o tem... Plany zostały też same: gospodarstwo... Co tu innego możebne?
Jakób spuścił głowę.
— Wątpię, czy dadzą ziemi...
— Wątpisz, czy tutaj dadzą, cóż więc mówić o okolicach podmiejskich...
— W pobliżu miasta więcej towarzyszy; łatwiej dostać co potrzeba, a teraz będzie ci znacznie więcej potrzeba.
— Rozumie się, byłoby lepiej. Ale co o tem marzyć!... Nim przyjdzie odpowiedź na prośbę, minie miesięcy parę. Mogą odmówić... na pewno nawet odmówią... a ja tymczasem stracę rok cały. Wiosna za pasem — znowu nic nie zasieję. Przytem przeprowadzka związana jest zawsze ze stratą... Nie można zabrać wszystkich drobiazgów, na pozór nic nie znaczących, z których składa się gospodarstwo... Zresztą, jeśli mam ci prawdę powiedzieć, to wolę tu zostać. Tutaj, dadzą ziemi więcej, jeśli się dać zgodzą. Zbuduję młyn, zasiewać będę dużo i handlować mąką, na północ ją wysyłać. Konkurencyi nie będę miał żadnej; wszyscy tu mielą zboże w ręcznych żarnach, sieją mato. Wszędzie ceny na mąkę wysokie; możnaby coś odłożyć na powrót.
— Więc ty myślisz tu tak długo pozostać? — z przerażeniem nieledwie zapytał Jakób.
— Kto wie?...
— Gospodarstwo może nic nie dać. Będziesz musiał trzymać robotników, starać się tanio kupić, drogo sprzedać i mało płacić. Nie lękasz-że się w tych warunkach ostatecznie zatracić... duszę?
— Co mi po niej?... A ty swojej nie zatracasz?...
Jakób chciał mówić, ale Aleksander przerwał mu żywo. — Mój drogi, oddaliśmy, cośmy mieli. Reszta nasze! Kruszyna tego zostało i... liche. Biorąc jałmużnę od Jakutów, czyż nie stawiamy siebie w fałszywych warunkach? Czyż nie gubimy tej samej duszy, o którą się troszczysz?
Jakób nie zgadzał się, lecz milczał. Wszak powtarzał ciągle w sporach, w rozmowach każdemu, kto chciał słuchać: żyć jak pies, czego sam przykład dawał, o nic nie prosić, żadnych szczególnych praw dla siebie nie czekać i... trwać, tylko trwać! Rozumiał, że było to nad siły większości, mocno już znękanej. Te kilka rubli zapomogi rządowej nie wystarczały na najskromniejsze potrzeby. Braki trzeba było głodem łatać, na co Aleksander obecnie w żadnym razie nie mógł się ryzykować. Pocóż więc spierać się i przykrość mu robić!
— Myślisz, że mi to już nie zbrzydło? — mówił dalej Aleksander. — Ilekroć dziesiętnik przywiezie te kawałki masła, mąki, mleka różnego gatunku, zebrane po odrobinie od większych może jeszcze, niźli ja, biedaków, czuję, jak gdybym został wypoliczkowany. Nigdy nie miałem odwagi sprawdzać, czy waga i gatunek odpowiadają obietnicom gromady. W rezultacie kniaziowie i dziesiętnicy okradali mnie i gminę, dawali mniej, niż zebrali i zamieniali lepsze rzeczy na gorsze. Nigdy nie wystarczało! I co kwartał wojna o rozmiary jałmużny, ten targ poniżający! Że Jakuci starają się zmniejszać datki, to rzecz zupełnie zrozumiała. Takich jak my mają oni na karku setki, więc wcześniej, czy później skończyć się to dla nas musi, nie z filantropii bowiem karmią oni osiedleńców, lecz z obawy, ze zwyczaju. Gdy przekonają się, że im od nas nic nie grozi, odmówią. Czy nie mieliśmy już przykładów? Czy nie odmówili tobie domu?... A ma się skończyć, to im wcześniej, tem lepiej!... Teraz mam jeszcze środki, mam siły... Aby wyjść z błędnego koła prawie zawsze użyć trzeba trochę przemocy... A raz to konieczne, bo niema co rozważać, niema się co zastanawiać... Ja chcę wrócić do życia, więc biorę ziemię. Niech się obrażają, później się przeproszą. Ja mam prawo do tego i nie ustąpię. Mam zresztą córkę, taką dobrą, jak i inne dzieci — zakończył tonem stanowczym.
Jakób siedział ze spuszczoną głową. Czuł, że między nimi zaczął się wznosić mur, którego żadne nie mogły obalić dowodzenia, milczał więc i było mu przykro.
— Ognisko domowe!... zawsze i wszędzie to samo... — rzekł sobie w duchu.
Nie rozmawiali dłużej i uścisnąwszy sobie dłonie poszli spać.
Aleksander jak zwykle wstał pierwszy. Sypiał mało. Zajrzał do konia, rzucił mu siana, narąbał drzew, rozniecił ogień, czajnik postawił, ciasto zagniótł na placek, a Jakób i Zosia wciąż jeszcze spali; siadł więc przed kominem i doglądał piekącego się podpłomyka. Ajaks umieścił się tuż przy jego nogach, i zmrużywszy oczy, odwracał od ognia dużą swą głowę. Nagle nastawił uszy, otworzył oczy i zawarczał. Drzwi zlekka stuknęły.
— Trzymaj psa, cudzoziemcze!
— Cicho, obudzisz dziecko... Ajaks pst?...
Zgarbiony i pokorny wszedł Jakut ubogo odziany, z dużą głową i niezwykle wypukłemi oczyma.
— Jak się masz? Co słychać? Mów!... Siadaj! — witał go podaniem ręki Aleksander.
— Co ma być! Nic nie słychać!...
— Cośkolwiek a słychać! Siadaj... Zasiedatiel był?
— Był — niechętnie odpowiedział Jakut. — Głupi ludzie! bardzo głupi!...
Nieznacznie rozglądał się po jurcie swemi dziwnemi oczyma, za które przezwano go „Żabiem Okiem“.
— Dziewczynę przywiozłeś? — spytał, zniżając głos.
— Przywiozłem.
— Ziemi będziesz żądał?
Aleksander nachylił się i zaczął poprawiać placek.
— Myślisz, że ci żałuję? — rzekł Jakut. — Bierz ile sił starczy, będziesz miał dobry kawałek chleba... Ziemia tutaj urodzajna, oj, u-ro-dzaj-na!... My, biedni, też się przy tobie pożywimy. Robota będzie, pieniądze będą!...
— Słuchaj, „Żabie Oko“, nie wiesz, ktoby się zgodził zrobić koryto?... Takie duże, żeby można było dziecko kąpać, bieliznę prać...
— Takie koryto! możebym i ja podołał...
— A łódkę?
— Naco ci łódka? Drogo będzie kosztowała. Prawdziwej łódki nikt nie zrobi prócz Tusa.
— Płużysko wyciąłeś mi?
— Wyciąłem, schnie. Możesz zabrać.
— Przynieś mi. Teraz nie będę mógł często z domu wychodzić.
— O tak! Przyniosę. Słuchaj, Liksandra, moja kobieta przysyła dla twojej dziewczyny gościńca. Dziecko będzie tęsknić do mleka... Biedna sierotka!... — mówiąc to, wyjął z pod poły nieduże wiaderko z kory brzozowej i podał mu je.
— Ojcze, kto to taki? — zaszczebiotała rozbudzona Zosia.
Siedziała na pościeli i uważnie przypatrywała się Jakutowi. Ojciec wziął ją na ręce, zaniósł przed ogień i począł ubierać. Złociste włosy, koszulka europejska i biała, rączki pulchne i gołe, rumiana buzia, wszystko to zaciekawiło sąsiada. Przysiadł się bliżej i czarnym, zgrubiałym swym palcem dotknął ubrania i ciała dziecka.
— Go ona jada? — spytał z namysłem.
— To samo. co i wszyscy.
— Och!... och!... — wzdychał. — Słuchaj, cudzoziemcze, czy nie przywiozłeś czasem soli i herbaty?... Bardzo soli potrzebuję... Cielęta mają biegunkę; dwa zdechły.
— Soli sam potrzebuję. Nie byłem w mieście... Trzeba będzie poprosić Kapitona. Czy on ma mydło, nie wiesz?
— Kto go wie. Pewnie ma. Bogaci są ludzie, może się i myją!
Aleksander ubrał Zosię i obudził Jakóba.
— Wstawaj, śpiochu! Herbata na stole!
— Dawno już nie śpię — upewniał tenże.
— Ładnie nie śpisz! Takeś chrapał, że aż Żabie Oko zląkł się, myśląc, iż to Ajaks warczy.
— Nie czekajcie na mnie.
Ubierał się leniwie, a oni tymczasem zasiedli do stołu.
— Przyjdź później, Żabie Oko, proszę cię, i przynieś z sobą drąg żelazny. Trzeba oczyścić przerębel... Zamarzła w czasie mojej nieobecności. Siekierą wody nie dostaniesz... — mówił Aleksander Jakutowi na odchodnem. — Maję przyprowadź albo lepiej, przyszlij zaraz; muszę jechać do Kapitona.
— Nie zapomnij wziąć i dla mnie soli.
— Nie zapomnę. Maję wypraw natychmiast.
Wkrótce po jego odejściu zjawiła się Maja, dziesięcioletnia córeczka Żabiego Oka, ładna, ale strasznie brudna i oberwana Jakutka.
— Dziecka i ja mógłbym dojrzeć! Na co tu ona?... — zaprotestował Jakób.
— Pierwszy dzień — nudzić się będzie. Niech się pobawi, pozna swoich sąsiadów, — tłómaczył się Aleksander. Kazał Majce umyć się, podarował jej swoją koszulę, z tym warunkiem, aby ją natychmiast włożyła i polecił nie odchodzić od Zosi. Dziewczynki wyprosiły sobie pozwolenie odprowadzenia go nad brzeg jeziora.
Dolina, w zachodnim kącie której stała sadyba Aleksandra, przedstawiała obszerną, podługowatą równinę. Jezioro długie, Avazkie niby rzeka przedzielało ją na dwie części. Tę, gdzie mieszkał Aleksander, prawie całkowicie wypełniał mokry „kałtus“ z ogromnemi kępinami, wyglądającemi z pod śniegu, niby okrągłe brukowce źle wybrukowanego placu. Na pierwszym brzegu jeziora rozciągały się gładkie, równe, jaskrawo białe przestrzenie łąk z rozległym widokiem na gaje, kępy, zarośla, na rozrzucone tu i ówdzie białe stogi w oprawie czarnych, otaczających je płotów. Ściana ciemnego boru jednolitem półkolem obiegała dolinę; ponad nią blademi liniami zarysowały się odległe góry. Gaj u sadyby Aleksandra nie łączył się z borem; stał oddzielnie niby piękny, leśny bukiet, rzucony na brzeg przepaści. Przepaść roztwierała się tuż za domem; na dnie jej płynęła rzeka Ałdan. Błękitne przestworze, wiszące nad nią, niby okno, rozrywało ciemny pierścień lasu, pozwalając oczom biedz dalej. Chętnie one zwracały się w tę stronę. Tam zawsze było inaczej! czy w czasie mgły, gdy białe podnosiły się opary, czy w zamieć, gdy kłębiły się płatki śniegu, czy — gdy błąkały się perłowe chmurki! Ale najpiękniejszym był błękit, jak łza czysty, przejrzysty, a nieprzenikniony i nieskończenie daleki.
Jezioro jednym końcem dotykało przepaści i groziło wylaniem się do niej w razie większego podmycia brzegów, drugim uciekało w lasy. Po tej stronie, gdzie stała sadyba Aleksandra, na trzy od niej staje, mieściła się nad brzegiem jeziora jurta Żabiego Oka. Droga do niej wiodła w zimie przez jezioro, po lodzie. Jurtę otaczały płoty i zabudowania. Od ocieniającego ją gaju wybiegał i ciągnął się wzdłuż jeziora rząd drzew, tworząc na żółtej tarczy „kałtusa“ piękną, powietrzną kolumnadę. Między drzewami przyświecała płowa dal lasu i wijąca się pośród kęp wstęga głównej drogi.
W sadybie Żabiego Oka Aleksander napoił konia i wyjechał na przeciwległe łąki, oblane jaskrawem światłem wiosennego słońca. Nad śniegami drżały tęczowe miraże silnie ogrzanego powietrza, unosiło się ciepłe tchnienie błękitów, gorzała ziemia w oślepiającym blasku od jej łona odbitych promieni. Wrony, zziębnięty, niecierpliwie szarpał cugle... Aleksander popuścił mu wodze. Szybko przejechał łąki i mijał w pędzie nędzną wioskę, gdy wywabiona szczekaniem psów wyskoczyła z jednej jurty młoda Jakutka. Wrony zachrapał i w bok się rzucił przerażony brzękiem srebrnych blaszek, zdobiących jej warkocze.
— Liksandra!... Liksandra!... — krzyknęła, przeskakując przez płot. — Poczekaj!...
Aleksander z trudnością wstrzymał rozhukanego konia.
— Jak się masz, Toj! Brzęczysz, jak dzwonnica! Nastraszyłaś mi konia. Nie wiesz, czy Tus w domu?
— Nie wiem; zdaje się, niema go.
— A twój ojciec?
— Też niema. Wszyscy u Kapitona. Tam zebranie. Kniaź przyjechał.
— Wciąż z Tatarami? Czy co innego?
— Nie wiem. Co wiedzieć wolno nam, kobietom, prócz garnków i... pościeli! — rozśmiała się i zalotnie przymrużyła podłużne, cygańskie oczy.
— Widzisz, — poczęła cicho, poufale opierając rękę na łęku siodła — przywiozłeś, powiadają, dziewczynę. Otóż chcą pisać do gubernii, że dziewczyny nie przyjmują, że ciebie tylko jednego obowiązani są trzymać. A więcej nie wiem...
Aleksander wzruszył ramionami.
— Niech piszą. A cóż Tatarzy? Co powiedział doktór?
— Żona twoja, Liksandra, podobno była piękność... I córeczka też piękność... Nie widziałam jeszcze nigdy w życiu dzieci ze złotymi włosami... Ona podobno ma złote... Czyż doprawdy ani razu nie pocałowałeś żony?... I ona tak... umarła... napróżno! Przyjechała poto tylko, aby zobaczyć i... nic więcej... Biedaczka!
Aleksander zmarszczył brwi i ściągnął uzdę.
— Głupia jesteś, Toj!
— Cudzoziemcze! o! cudzoziemcze!... Przygotuj podarunki, przyjdę córkę oglądać! — krzyczała za nim Jakutka — Jakóba wypędź na ten czas! — dodała ze śmiechem.
Jurta Kapitona stała na innej łące za gajem, o dwie wiorsty. Między nią i wioską leżało wielkie okrągłe jezioro, obrosłe trzciną i szuwarem. Kniazia nie zastał już Aleksander u Kapitona; większa część krajowców też się rozeszła; byli tylko najbliżsi sąsiedzi. Gospodarz, gruby Jakut z choremi, krwią zaszłemi oczami, przyjął Aleksandra uprzejmie; posadził za stołem, częstował herbatą i w rozmowie o różnych rzeczach próbował wybadać, co robić zamyśla, gdzie córkę umieści, jak sobie pocznie bez kobiety.
Wiele szczegółów z jego podróży i ze spotkania z żoną było widocznie znanych Jakutowi. Aleksander odpowiadał oględnie. Mydła, soli i herbaty sprzedał mu Jakut chętnie, dziwił się jednak, że nieboszczka, chociaż za bogatą uchodziła kobietę, nie przywiozła nic z miasta.
— Zupełnie musiała być południowa pani. Uczona. Nie wiedziała, biedna, że tu dokoła głuchy las, że jeśli człowiek czego nie ma, to choć się kładź i umieraj... nie dostanie! Dobrze, jeżeli dadzą sąsiedzi... A dadzą wtedy, jeżeli dać mogą...
Był między gośćmi i Tus, szczupły, szpakowaty staruszek z płaskim nosem i ostrym podbródkiem, z twarzą tak ciemną i pomarszczoną, jak gdyby uwędzoną w dymie.
— Poczekaj, pojedziemy razem — wstrzymał go Aleksander, widząc, że się zabiera do odejścia.
— Razem, a to poco? Przecież ty jedziesz do kniazia.
— Nic bez soli, nic bez żartu! Jaki przykry stary! Poco a poco?!... Weselej będzie cudzoziemcowi!... — poparł Aleksandra gospodarz.
— Wiemy, jak polowała mysz z żabą!
Jakuci zaśmiali się.
Całą drogę Aleksander objaśniał Tusowi, o co mu chodziło.
— Na co ci łódka?... i taka dziwna... cienka, mała!... Obcasem ją przebijesz... Rzeka nasza — gniewna woda!
— Podoba mi się taka. Zrobisz, czy nie?
Tus wydął wargi.
— Rybę łapać myślisz? czy co?... Utoniesz!...
— Nie lękaj się.
Tus gładził brodę dłonią i patrzał, namyślając się, na wyciągnięty ku niemu zadatek.
— Cóż! czyż jeden tylko doktor ma dziś brać pieniądze? — roześmiał się wreście i wziął papierek.



III.

Sadyba kniazia nie różniła się od innych zamożnych siedzib jakuckich. Kilkanaście budynków: jurty, obory, spichrze, stogi siana, ogromne, czarne pagórki wyrzuconego z chlewów gnoju — wszystko to stało skupione na pochyłości niewielkiego wzgórza, nad brzegiem jeziora. W dali widać było ciemne lasy, białe śniegi, blade sylwetki rozrzuconych tu i ówdzie jurt; w pobliżu — śniegi pożółkłe od dymu i śmiecia, krzewy i drzewa niemiłosiernie objedzone przez bydło i cała sieć dróg większych i małych, prostych i krzywych, zbiegających się do osady, niby promienie do środka. Ale miała owa osada coś, czego nie miały inne: obszerny dom w rosyjskim stylu, z dużemi szklanemi oknami, zaopatrzonemi w okienice matowane na żółto i zielono, ze spiczastym dachem i skrzypiącą na nim żelazną chorągiewką. W domu tym nikt jednak nie mieszkał. Otwierał się tylko na przyjęcie niezwykłych gości: archireja, gubernatora lub innego urzędnika wyższej hierarchii; a życie zwykłe, codzienne kupiło się wyłącznie w nizkich, niepozornych jurtach, nawozem obmazanych.
Dzień był pochmurny i wietrzny. W oknach domostw, pokrytych taflami lodu, błyskało światło; kłęby dymu snuły się z kominów. Wiatr porywał garście iskier i rzucał je na ludzi, kręcących się po podwórzu, na konie osiodłane i ze spuszczonymi łbami drzemiące u słupów. Kiedy we wrotach ukazał się Aleksander z Jakóbem i dziesiętnikiem, ludzie poruszyli się żywiej. Ten i ów podbiegł odebrać konia, pomódz przyjezdnym zrzucić niezgrabne podróżne burki — „dochy“. Lecz w ich spojrzeniach, w tonie odpowiedzi, w całem zachowaniu się przebijało coś, co uderzyło i zaniepokoiło Aleksandra i jego towarzysza.
Zasiedatiel, który parę dni temu przyjechał wznowić śledztwo w sprawie zgorzałych Tatarów, wezwał ich tu urzędowym papierem.
Aleksander wszedł do izby. Była przepełniona ludźmi. Gdy go ujrzeli, rozstąpili się, dając im przejście.
— Witajcie, panowie — przyjął ich grzecznie urzędnik, wyciągając rękę.
— Wybaczcie kłopot... Jest mała sprawa... Bądźcie łaskawi poczekać. Zaraz skończymy.
Wskazał ruchem głowy na Jakuta, którego badał i na pisarza, zapisującego odpowiedzi, staruszka z sowią głową, przyprószoną siwizną, w błękitnych, okrągłych okularach na haczykowatym nosie.
Zasiedatiel tęgi, rosły mężczyzna, miał twarz czerwoną, piegowatą, wąsy rude, krótko podstrzyżone i faworyty. Z pod rozpiętego, ciemnego munduru wyglądała koszula perkalowa, w różowe kwiatki. Od niechcenia bębnił palcami po stole i wstawiał uwagi i poprawki w ruskie tłómaczenie spisywanego protokołu.
— Jakże się miewacie, panowie! Jakże wam czas upływa? Wy, Aleksander Iwanowicz, — zwrócił się do Aleksandra — wytrwale bombardujecie wciąż Zarząd okręgowy prośbami. Ej, zły wybraliście czas! Słyszałeś pan, co oni znów tu narobili?... Szelmy, Azyaci... nie chcą nas... i tyle! — roześmiał się.
Aleksander zrozumiał ironię w tonie urzędnika Sybiraka, ale milczał.
— Cóż Fieodorycz, skończyłeś?... — Kończże nareszcie!...
— Skończyłem — kiwnął głową pisarz.
Zapisane papiery położył na bok, wziął czysty arkusz, poprawił pióro i utkwił nieruchome oczy w Aleksandra.
— Pozwól, Aleksandrze Iwanowiczu, że zaczniemy od ciebie. Twoja sprawa ważniejsza. Sprawa Jakóba Stefanowicza nie warta plunąć. A pana spytać muszę w kwestyi tatarskiej.
— W kwestyi tatarskiej!... Jakiż ja mam z nią związek?
— O bardzo mały, ale zawsze... Natychmiast... zaczniemy po porządku, według punktów... Imię pana i jego ojca?
Aleksander pomyślał chwilkę, poczem zażądał blankietu i własnoręcznie począł wypełniać rubryki.
— Zna pan zesłańca Pałkina?
— Pałkina? Nazwisko gdzieś słyszałem, ale gdzie nie pamiętam.
— Wprowadzić — dał znak głową Jakutom.
Po chwili, brzęcząc łańcuchami i szeroko rozstawiając zakute nogi, wszedł do jurty chłop wysoki, barczysty w nowym aresztanckim kożuchu. Na rękach miał kajdany i dwóch Jakutów przytrzymywało go za łokcie. Podszedł do stołu i spojrzał posępnie na Aleksandra, w którego pamięci coś niejasno zamajaczyło. Zdało mu się, że naprawdę gdzieś widział tę konopiastą brodę, krzywe, wązkie usta i zielone biegające oczy. Ale gdzie?... nie mógł sobie przypomnieć. Starał się, we wspomnieniach grzebał, a zielonawe oczy patrzały nań wyczekująco.
— O co go obwiniacie?
— Zaczekaj pan... po porządku, według punktów. Widział go pan kiedy, czy nie?
— Zdaje się... Nie... nie wiem.
Wąs więźnia ruszył się i drgnął.
— Więc pan nie widział... A on powiada, że tego miesiąca... dnia...
— Szóstego — pośpiesznie odpowiedział pisarz.
— Tak, szóstego... był u pana i, że pan nie przyjął go na noc, wskutek czego musiał iść w zamieć 70 wiorst, nim dotarł do innych mieszkańców.
Teraz Aleksander odrazu sobie przypomniał zamieć, płaty padającego śniegu, wycie wiatru i na szarem tle tę szarą postać przemarzłą, szronem okrytą, broniącą się ogromną pałką od wściekłej napaści Ajaksa.
— Nie mogłem go puścić... Ciasno... Nas troje: ja, towarzysz i dziecko... Nie mam zwyczaju puszczać nikogo!!! — począł się usprawiedliwiać. — Ale na co odchodził tak daleko?... Wszak wiedział, że o pół mili, nawet bliżej, mieszkają bogaci Jakuci, gdzie i ludzi dużo i domy obszerne...
— W tem właśnie sztuka! Ale posłuchaj pan, co on powie. Cóż powiesz, Pałkin?
— Zimno... — ponuro szepnął badany.
— Zimno?... Siedmdziesiąt wiorst nie zimno, a pięć zimno? — roześmiał się Aleksander...
Zbój obrzucił go spojrzeniem i z nogi na nogę przestąpił.
— Było zimno — powtórzył z uporem. — Mówiłem już, wasza szlachetność, w mieście... — zwrócił się do urzędnika.
— Powtórz!
Zbój milczał.
— Ot, bestya!... Wciąż tak! A czego narobił! czego hultaj narobił!... Od pana na Chatyrbę się powlókł; gospodarzowi kiszki nożem wypruł, żonę pohańbił, piersi jej wyciął, dziecko w ogień wrzucił... Ot jakie bydlę!... A jeszcze komedye — z wzrastającem rozdrażnieniem opowiadał zasiedatiel. — Nim zabił, ofiarom do ziemi się kłaniał: „Wybaczcie, powiada, że niewinnie giniecie!“ A teraz wykręca się: od zimna, od drżenia wnętrzności zabiłem!... Skargę podawał na mnie do gubernatora, że bronię i ukrywam Jakutów, że ci grozili niby wyciąć wszystkich zesłańców w tej miejscowości; że on uciekł ze strachu; że Tatarzy nie spłonęli, a spalono ich... Czego tylko im naplótł... Rozumie się, głupstwo, nic nie zrobi...
Aleksander z przerażeniem wpatrywał się w twarz mordercy. Wydawał się obojętny: tylko ostatnie wyrazy urzędnika rozpaliły jakieś błyski w zielonawych źrenicach.
— Wyprowadzić go!...
Zadzwoniły kajdany i, popychany przez Jakutów, więzień wyszedł.
— Kanalia!... Oto jakie nasze życie! Nic nie wiesz, myślisz, żeś wszystko skończył i załatwił... Otóż nie!... Wyskoczy z pewnością jakiś figiel... Ile już razy w tym roku byłem tutaj z powodu tych kanalii!... A czyż my ich tu wysyłamy? I myśmy ludzie! Całą pensyę w drodze wydaję... Wielkanoc spędziłem poza domem, bez żony, bez dzieci... I poco?... Umarli, zniknęli... co komu z tego, że dowie się: jak i co?... Czy zmartwychwstaną? Prawda, znaleźli rzeczy; Pałkin wskazał ludzi... Dobrze, zgoda!... — zaczął zupełnie już cicho. — Czyż trudno splątać dzikiego Jakuta?... Sami się plączą... Rozpędzić i zrujnować gminę całą? A któż będzie płacił podatki?... I poco? jaki zysk?... Cóż, Aleksandrze Iwanowiczu, podpisuj pan! — zakończył, podsuwane Aleksandrowi protokół: „Jana Pałkina widziałem, ale z powodu ciasnoty miejsca noclegu odmówiłem“. — Imię i nazwisko... Hej, obiad dawać!... Panowie, spodziewam się, zjecie zemną obiad.
— Czy nie możnaby czasem, Inocenty Wasiliewiczu, i mojej sprawy dziś załatwić?... o ziemię — rzekł Aleksander, siadając do stołu.
Zasiedatiel nalał mu kieliszek wódki.
— Moja rada, rzuć pan to! Wiem, że położenie wasze trudne, nawet do pewnego stopnia ciężkie, ale... krajowcy bardzo rozdrażnieni!... Nie radzę... Obiecują w zamian, że powiększą zapomogę... Wszyscy będą zadowoleni... Powody skarg zostaną usunięte — powiększą panu datek.
Twarz Aleksandra, pochylona nad talerzem, oblała się rumieńcem.
— Nie o to chodzi. Przeciwnie: ja chcę wyrzec się zupełnie jakuckiej zapomogi. Żądam stanowczo ziemi. Pisano mi z miasta, że pan masz na to odpowiednie rozporządzenie naczelnika okręgu.
— Tak! Więc zatem, urzędownie, — rzekł oschle. — Dobrze! Kniaź! gdzie kniaź? — zawołał po jakucku.
Kniaź, który wraz z Jakutami obiadował przy drugim stole, zerwał się i wytarł usta.
— Słucham.
Stanął i uprzedzająco pochylił przed urzędnikiem swą okrągłą, krótko ostrzyżoną głowę.
— Co pan każe?
— Cóż ziemia dla... tego pana?
— Podaliśmy do gubernatora — wymijająco odpowiedział Jakut.
— Słyszałem — przerwał Aleksander. — Ale to nie należy do rzeczy... Dajcie przedewszystkiem, co mi się należy, a później skarżcie się...
— Przywiózł córkę i trzyma towarzysza, który nie zapisany w naszej gminie.
— Co do córki... to głupstwa gadacie, ale co do Jakóba Stefanowicza przyszło istotnie rozporządzenie.
Kazał pisarzowi wyszukać rzeczony dokument i wręczył go Jakóbowi. Ten czytał długo, a ręka mu drżała. Rozkazywano wrócić natychmiast na wyznaczone miejsce pod groźbą hańbiącej kary.
Zasiedatiel unikał ich wzroku; książę uśmiechał się szyderczo.
— Widzicie panowie — odezwał się zasiedatiel — jak to wszystko skomplikowane... właśnie skomplikowane — powtórzył z zadowoleniem. — Wy głosicie zasady, mówicie, że ludzie są równi, więc... ot... Rozumie się, rozporządzenia nie wypełnię... Gdybyśmy prawo ściśle spełniali... aj! aj!... Ale kto za to odpowie, gdy spytają?... Cicho, spokojnie ja wiele mogę... Inaczej nie mogę nic... Im spokojniej, tem dla mnie lepiej... A skandale — wybaczyć proszę! Umywam ręce!...
— W takim razie muszą być skandale. Dziwna rzecz, odmawiasz nam pan tego, co się nam z prawa należy, a chcesz dać ulgi na osobistą odpowiedzialność.
— A dlatego, widzi pan, że prawa nie dla panów są napisane... — odrzekł urzędnik z dwuznacznym uśmiechem.
— Na co to się gniewać — odezwał się kniaź pojednawczo, siadając na ławie w pobliżu Aleksandra. — Nie kłóciliśmy się Bogu dzięki, dotychczas, nie będziemy kłócić się i dalej. Myślę, że gmina zgodzi się na pańską prośbę, jeśli ona istotnie na prawie oparta, ale na co się śpieszyć?... Na polach śnieg, do siewu daleko... W początkach wiosny będzie zebranie i wówczas rozpatrzymy ostatecznie pańskie pretensye... Czy zgoda? — zapytał, spoglądając na zasiedatiela. Ten potakująco kiwnął głową.
— Tak, tak... poczekaj pan do wiosennego zebrania, a teraz powiększą panu zapomogę... Obejdzie się wszystko bez hałasu, bez... kombinacyi... z honorem!
Aleksander spojrzał na pobladłą twarz Jakóba i gorzko się uśmiechnął.
— Jak długo, Inocenty Wasiliewiczu, ma pan zamiar tu zabawić?
— Bóg to wiedzieć raczy, kiedy sprawy puszczą... Chciałoby się jak najprędzej... za cztery, pięć dni... Nie wiem!
Do jurty wszedł dziesiętnik i szepnął coś księciu do ucha. Obecni poczęli z izby wychodzić. Pozostali tylko urzędnicy, książę, Aleksander i Jakób. Zasiedatiel patrzył na nich wyczekująco i gawędził od niechcenia. Domyślili się i wstali.
Zapadał zmierzch; droga była zła; by nie zbłądzić trzeba się było śpieszyć, choć część jej przebyć przed nocą. Zgłodniały koń niósł ich chyżo. Milczeli cały czas. Gdy stanęli u jurty Żabiego Oka, noc już była czarna, jak sadze. Gdyby nie czerwone światło, migające w okienkach, nie byliby może dostrzegli nizkiej budowli w ciemnościach. Aleksander zajrzał do wnętrza przez okno, odkryte od strony obory. Żabie Oko był biedny i mieszkał wraz z bydłem. Przed dużym ogniem na niziutkim stołeczku siedziała Zosia zadumana, podparłszy główkę rączką. Przyjaciółka jej Maja stała z boku przed wielkim kotłem, napełnionym mlekiem i lekkiemi uderzeniami olbrzymiej warząchwi powstrzymywała kipienie płynu. Za każdym razem starannie oblizywała łyżkę, aby nic nie przepadło. Był to przywilej niemały dla jej wiecznie pustego żołądka, to też miała minę bardzo poważną i wydawała się przejęta swą rolą. Jej mała figurka, zaledwie przykryta łachmanami, gołe, cienkie rączki i smagła, miła twarzyczka z dużymi srebrnymi kolczykami w uszach rysowała się fantastycznie na granicach światła i cieniu. Żabie Oko siedział w głębi; z ciemności wyglądała tylko jego noga obuta w ostronosą „sarę“. Żony Żabiego Oka nie było widać, tylko gdzieś tam w kącie szeleściły wyprawiane przez nią skóry.
— Ojczulek!... tatuś!... — z krzykiem zerwała się Zosia, gdy Aleksander we drzwiach stanął.



IV.

— Cudzoziemcze!... а!... cudzoziemcze!... Wstrzymaj psa i nastaw czajnik!... — wołały ze śmiechem Jakutki, stukając do drzwi. Wewnątrz domu Ajaks szczekał wściekle, a Zosia płakała przestraszona.
Aleksandra nie było, szukał w gaju kawałka drzewa, potrzebnego do pługa. Lecz gdy pisk i krzyki przeszły we wrzask, któremu wtórowało ujadanie rozwścieczonego psa, przerażony przybiegł pędem do domu. Drzwi zastał otwarte; dziewczyny przytulone do ściany na wysokiej przyzbie rękami chroniły odzież od zębów Ajaksa. Z za progu wyglądała zapłakana i rozciekawiona twarzyczka Zosi.
— Co wy tu robicie?
— Trzymaj psa!... psa!... przebrzydły człowieku! Czyż dobrzy ludzie tak gości przyjmują?... Pies o mało nas nie rozszarpał.
— Dlaczegożeście drzwi otworzyły, zbytnice!...
— A pocoś nie przychodził? Czy myślisz, żeśmy takie głupie? Nim otworzyłyśmy, wlazłyśmy na przyzbę. Pies zły, niech Bóg uchowa... U — u — u!.. Na со ci taki zly pies? Czy ty się kogo boisz?... Ja myślałam, że ty się nikogo nie boisz!...
Toj, mówiąc to, rozpięła kaftan, zdjęła z głowy czapkę i przysiadła na krawędzi ławy; towarzyszka jej nie rozbierała się wcale. Blade były od strachu, ale już się śmiały.
Aleksander rozniecił ogień i postawił czajnik.
— Co słychać, Toj?
— Nic nie słychać! Co ma być słychać? Jakób wyjechał; przejeżdżał mimo, widziałam. Co kłopotu robicie, nam, Jakutom, wy, ludzie południa!
— Znowu się co stało?
— Wciąż to samo: kręcą, mącą, zabierają ludzi... Co płaczu! oczy kobietom popuchły! Wszystkich ogadał osiedleniec. Syna starego Nochczogoja zupełnie zabrał zasiedatiel... Rzeczy u niego znaleziono. Zasiedatiel gniewa się, bardzo wódkę pije... Źle!
— Kiedy odjeżdża?
— Nie wiem. Piękną masz córkę, Liksandra. Czy podobna do matki? Prawda, włosy złote, a oczy, jak niebo... Nie bój się, dziewczynko, chodź do mnie! Myśmy z twym ojcem przyjaciele, choć on pan, a ja czarna Jakutka...
Dziewczyna z czułością pochyliła się nad dzieckiem: twarzyczka przysunęła się do niej.
— Ciało mięciuchne, odzież cieniutka... Piękni ludzie z południa!...
— Zamiast głupstwa gadać — odezwał się Aleksander — wzięłabyś, Toj, igłę i zaszyła dziury w odzieży dziecka, a towarzyszka twoja niechby tymczasem upiekła podpłomyk. Napijemy się herbaty. Oto są nici i mąka.
Dziewczęta zrzuciły kaftany.
— Wszystko macie ładne wy, południowi... — gwarzyła Toj, rozbierając gałganki — a tylko nigdy z wami nie wiesz, co będzie... Oto Pałkin, czyż nie żył tyle lat, jak przystało?... I nagle... Kochania też godni jesteście, choć brody nosicie... gdyby nie to, że nie wiadomo, co w was siedzi...
Jej przyjaciółka gniotła ciasto i zanosiła się od śmiechu.
— Doprawdy, pokochałabym cię chętnie, Liksandra, gdybyś nie był cudzoziemiec... Bardzo bym cię kochała!...
— Kto cię o to prosi, Toj?
— Niby to krwi nie masz zupełnie! — roześmiała się dziewczyna. — Prawda, nie słychać, żebyś za kobietami przepadał; i właśnie za to cię lubię.
— Opowiedz lepiej, jak sprawa Tatarów stoi? Kiedy przyjeżdża zasiedatiel? Czy radził co o ziemi dla mnie na zebraniu? Ojciec twój, słyszałem, był tam...
— Dużo się od niego dowiesz! pod nosem mruczy. Mój ojciec zupełnie dziki człowiek, nigdy nic nie mówi. Słyszałam, że ta sprawa więcej już kosztuje gminę, niż całoroczne utrzymanie Tatarów... Byli Tatarzy, brali Tatarzy, niema Tatarów, też biorą... A Jakutom tyle szczęścia, co uśmiechnąć się...
— Kiedyż zasiedatiel ruszy? pozostanie do jutra?
— Nie wiem. O sobie tylko wciąż myślisz, Liksandra... — z wyrzutem odrzekła dziewczyna.
Aleksander odwrócił się. Toj nagle spoważniała. Milczała i szyła pilnie. Duże warkocze, srebrem uwieszone, zsunęły się jej z ramion na piersi. Towarzyszka jej siedziała obok i zdziwionemi oczyma spoglądała na nią i na Aleksandra. Zosia lepiła figurki z resztek ciasta.
Po herbacie dziewczęta natychmiast odeszły.
Mimo wstrętu, jakiego doznawał, musiał Aleksander znów jechać w swej sprawie do zasiedatiela. Władze w tym głuchym zakątku zjawiały się bardzo rzadko, w razie tylko jakiegoś niezwykłego wypadku. On zaś nie wierzył w obietnice Jakutów; był przekonany, że ustąpią tylko przed siłą.
— Świństwo!... ale nie mam innego wyjścia! Z czasem odwdzięczę się im! Będę dobrym sąsiadem, pożytecznym doradcą... Będę ich uczył i pracował, a teraz... precz sentymenty!...
Nie tracąc czasu, zaprzągł konia i pojechał.
Znalazł zasiedatiela, jak za pierwszym razem w tłumie Jakutów, za stołem.
— A! witaj pan! — przyjął go chłodno.
Twarz miał obrzękłą, zmęczoną, oczy przymglone.
— Dobrze, że pan przyjechał; chciałem już posyłać po niego. Co sobie myśli pański towarzysz? Dlaczego nie wyjeżdża? Znów gubernator przysłał mi naganę... Nie wiesz, gdzie się od was podziać, od wszystkich! Jakuci plączą, męczą, ładu niema; wy drwicie sobie z rozkazów!... Kiedyż się to skończy?...
— Już wyjechał — chmurno odpowiedział Aleksander. — Przykre rzeczy zawsze się pilniej wykonywa.
— Wymówki? co?... — rzucił urzędnik i tyłem odwrócił się do Aleksandra. — Przyprowadziliście? — groźnie krzyknął na jakuckich sołtysów i kniaziów.
— Przyprowadziliśmy, panie! — odpowiedzieli, kłaniając się nizko.
Młody ubogo odziany Jakut wystąpił z szeregu.
— Zgadzasz się świadczyć przed sądem?
— T-a-k! Nie! — odrzekł wstrząsając głową.
— Więc nie widziałeś! A cóż plotki roznosisz?... Głowy zawracasz... ludzi mieszasz... Durnie! durnie!... Przyznałby się który i basta... kręcą!... mącą!... Wszystkich zabrać każę!... лvszyscyście wiedzieli!...
— Nie, nie wiedzieliśmy, panie nasz, nic nie wiedzieliśmy — płaczliwie zapewniała starszyzna gminy, bijąc pokłony.
— Nie, nie wiedzieliśmy! — powtarzał z nimi chór Jakutów.
— Końskie mordy! A bierzecie się do spraw!... Wziąć i tego!... — krzyknął gniewnie. — Sprawę oddam innemu... odmówię... Dość... przepadajcie głupcy! Ja nie myślę zdrowia z wami tracić!...
— Zlituj się nad nami!... pożałuj, ojcze nasz i panie!
— Panie, ja wszystko opowiem... co i jak... całą prawdę!... od samego początku... — wyrzekł niespodzianie jeden z obwinionych, wysoki chłopak z gorączkowo błyszczącemi oczami i energicznym wyrazem twarzy.
Wszyscy z przerażeniem zwrócili się ku niemu; urzędnik pobladł i zerknął na Aleksandra. W jurcie zrobiło się tak cicho, że słychać było szczękanie zębów trzęsących się od wzruszenia ludzi. Pisarz nadstawił uszów i papier bliżej przysunął. Chłopak smutnem spojrzeniem powiódł po obecnych i zaczął dobitnie:
— Sześć lat temu, gdy przywieźli Tatarów, byłem jeszcze małym chłopcem. Tatarzy mieszkali w domu, należącym do gminy. Dobrze mieszkali... jedli... pili — wesoło mieszkali. Zdarzało się, że i mnie częstowali. Gmina dawała im mięso, masło, mąkę. Wiele dawała, nie wiem, o tem wiedzą panowie starsi... ja tylko wiem, że mieszkali wesoło. Później gmina dała im grunta, wybudowała dom niedaleko od mojej sadyby... Zboże siali, ziemię uprawiali, pięknie mieszkali. Najprzedniejsi byli ludzie, dobrzy, bogaci ludzie!... Mego gruntu kawałek przyswoili sobie... Około ziemi chodzili starannie, mieli urodzaje... Za jeziorem też siali. Grunt tam przedziwny... urodzajny... — nowa glina...
— Do sprawy nie należy... Śpiesz się
— Więc... mieszkali dobrze!... Niczego nie było im dosyć, wciąż żądali, wciąż więcej prosili. Gmina szanowała ich. Bardzo nasza gmina poważała Tatarów. Dawała, co chcieli. Dużo ludzi do nich chodziło: chodzili Rosyanie, chodzili Czerkiesi, chodzili Cyganie... wszystkie ludy chodziły. Kradli konie, kradli krowy... rznęli i jedli. Ilekroć b}do wejść do nich, na ogniu kipiał kociół pełen mięsa. Czasami i gościowi dali kawałek... Żyli, jak się należy, co taić! Syn ich Abdułka pierwszy był w okolicy zuch!... W karty grali, wódkę pili... wesoło żyli...
Tu przerwał sobie, westchnął, spojrzał na zasiedatiela, potem w otwarte okno, na zalaną słońcem okolicę i nagle chytry, zuchwały uśmiech przemknął po jego ustach.
— Co dalej?
— Grali, wódkę pili, ludzi chodziło dużo, i... spalili się — zakończył obojętnie.
Słuchający odetchnęli.
— Ty piłeś? grałeś?
— Zdarzało się. Dlaczego pić nie miałem? A tylko nie Jakuci ich zabili... Czyżby mogli dać radę takim siłaczom!... Zabili ich Rosyanie, ci co wciąż u nich bywali. Zabili ich ludzie zręczni, orężni i śmiałego serca... naprzykład wojenni — żołnierze. Czyż z Jakutów bywają żołnierze? Cesarz znajduje, że Jakuci nie warci być żołnierzami, że nie są bitni... Bywałem u nich, prawda, wódkę piłem, ale jam słaby człowiek i nie wiem, jak broń nabijać... Wówczas, gdy się oni spalili, kosiłem na łąkach siano. Wszyscy mię widzieli. Widział mię i syn Nioliora... W przyjaźni żyłem z Tatarami... Któż zechce zabijać przyjaciół? My przyjaciół bardzo szanujemy, a Rosyan przyjaciół jeszcze więcej... Więc powiem ci, panie nasz, jak doprawdy było; posłuchaj; Rosyanie zabili Rosyan, a później s... spalili się!
— Cóż ty, kpisz sobie!? Miele, miele i wciąż to samo! Wyprowadzić go i przygotować sanie!
Obwinionych wyprowadzili, a za nimi i obecni tłumnie wylegli z izby.
— Jedziemy! — zawołał urzędnik. — Ach, ziemia dla pana!... — zwrócił się do Aleksandra. — Zapomniałem. Wyślę rozporządzenie z miasta. A teraz, do widzenia!...
— Wątpię, czy rozporządzenie poskutkuje. Było ich trzy...
Zasiedatiel cmoknął ustami.
— Jak pan nie rozumie!... Nie mogę obecnie... W żadnym razie nie mogę... Postaraj się sam... Ugódź... Najlepiej siedziałbyś pan cicho i brał, co dają: Jakuci dodadzą, niech pan zażąda, to ja dopomogę...
— Tego nie zrobię, Inocenty Wasiliewiczu... To darmo!... — z niechęcią przerwał mu Aleksander.
— A więc, jak pan chce. Namyśl się pan. Cóż tam nowego? — zwrócił się do Jakutów, którzy znów zapełnili jurtę.
W pierwszym szeregu stanęli kniaziowie i sołtysi z medalami na szyjach, z darowanymi za służbę kordelasami u boku, siwowłosi starcy, porządnie odziani bogacze. Za nimi cisnął się szary tłum. Ze środka wystąpił żebrak zgarbiony, na kiju oparty; ziemię koszturem obmacał, odchrząknął i opuścił się na kolana.
Urzędnik zdziwiony wstał.
— Co to za komedya?
— Panie nasz — zaczął starzec, wyciągając ręce... — Jam winien, ja zabiłem Rosyan. Dotychczas przebiegle chowałem się... ze strachu. Teraz wyznaję mój wielki grzech. Zabiłem ich ponieważ krzywdzili nas... mnie krzywdzili! Więcej niż niedźwiedzie i wilki niszczyli oni nasze stada. Ubyło naszego dobytku, skamieniały z gniewu serca nasze. Jurta ich, niby rana gnojąca, wyrosła w naszej okolicy. Kobiety nasze w dzień nawet lękały się mimo niej przechodzić; młodzież nauczyła się pić, grać, polubiła rabunek, a zniechęciła się do pracy. Sił nie stało znosić dłużej!... Wciąż coś ginęło... Rabowali nas... Skarżyliśmy się... Sam wiesz, nieraz prowadziłeś śledztwo... Zawsze wykręcili się, a potem gorzej jeszcze srożyli... Dlatego zabiliśmy ich... ja sam ich zabiłem... Weź mnie, a wypuść niewinnych!... Osądź mię surowo według surowych praw waszych!
— Oszalałeś głupi!... stary i ślepy!... Ledwie chodzisz, a powiadasz, żeś sam zabił trzech dorosłych mężczyzn i dwie kobiety... Pałkin nie ciebie wskazał...
— Pałkin kłamie! On pomagał mi właśnie. Najpierw zabiliśmy jednego, a potem rozważyli, że za wszystkich ta sama kara.
— Wstań starcze!... dość komedyi! Gdzie mieszkasz?
— W okolicy. Włóczę się od jurty do jurty. Uwolnij dzieci nasze, weź mię, sądź!... zabiłem!... — mruczał żebrak. — Dla mnie wszędzie koniec jednaki... wszędzie dzień śmierci przyjdzie! Uwolnij dzieci nasze!
— Weź go, o panie! — prosili Jakuci. — Ulituj się!... Czyż ci nie jedno, kogo przedstawisz w gubernii... Wziąłeś młodych, wziąłeś dzielnych... Ile kobiet i dzieci płakać po nich będzie i głodem przymierać!
— Wszyscy jęczeć będziemy!... Kto podatki zapłaci? Weź starego... Dobry stary... Zda się jeszcze... przyjmą go w gubernii. Co go przyjąć nie mają... Mocny jeszcze człowiek!...
— Weź, a wypuść dzieci nasze... — powtarzał żebrak.
— Dosyć!... Kniaź, co to znaczy?...
— Mówiłem im, że to na nic się nie zda — chmurno odpowiedział kniaź.
Jakuci nie ustępowali.
— Urządź nowe badanie... wypytaj... zobaczysz, jak gładko opowiemy ci...
Urzędnik strasznie się rozgniewał, tupnął nogą i krzyknął podniesionym głosem:
— Wynoście się natychmiast!... Precz!... Kniaź — sanki! Jurtę oczyścić!...
Wpół godziny potem brzęcząc leciała drogą kibitka zasiedatiela. Po podwórzu snuli się zbrojni ludzie i sadowili na sanie aresztowanych.
Tłum stał milczący i nieruchomy i tylko słychać było płacz kobiet.
— Nie pójdę!... Dokąd mam iść?... Stąd rodem jestem!... — nagle zakrzyczał syn Niobora i objął rękami poblizki słup. Dziesiętnicy rzucili się na niego. Klęli z cicha, szamocąc się z nim. Chłopak długo ryczał i zgrzytał zębami, nim rozwarł zmordowane ramiona. Powalili go na wznak i przywiązali do sanek. Leżał bez ruchu, z posiniałą twarzą i zamkniętemi oczami, odzież na piersiach miał podartą, a głowa obnażona i nie podparta uderzała o krawędź sani za każdym ich ruchem.
— Zmarznie!... okaleczycie człowieka!... Nakryjcie go!... — krzyczał Aleksander za odjeżdżającymi. Konwojujący Jakuci konno ze strzelbami na plecach mijali go gęsiego, nie zwracając uwagi na jego wołania.
Aleksander ruszył do domu. Wrony, przeziębły i podniecony ogólnym ruchem, poniósł go, jak burza, przelatując mimo smutnego orszaku. Więźniowie kiwali głowami. Wkrótce zostawił ich daleko za sobą. Na przodzie słychać jeszcze było dzwonek zasiedatiela, ale cichy i coraz bardziej niknący.



V.

Łagodny, południowy wietrzyk z trudnością przenikał lasy, okalające dolinę. Jak rój elfów, bez szmeru przelatywały nad tajgą jego podmuchy, dając znać o sobie lekkiem kołysaniem bardziej wysmukłych wierzchołków; wypadłszy na łąki, na wolne przestworza, skupiały się jak wybuchy swawolnego śmiechu, dęły, szemrały, igrały z chorowodem jesiennych liści, trzęsły żółtemi kitami zaschłych traw, marszczyły kryształową powierzchnię na wodę stopniałych śniegów i — wpadały w przeciwległe lasy, gdzie znowu milkły. Pod ich pieszczotliwem, ciepłem tchnieniem szybko znikały zimowe pokrowce, mierzchła ich białość, ustępując wszędzie połyskom żywej wody. W głębokich wąwozach szumiały potoki, liczne wodospady zlewały się po tarasach lodowych: przez poлvietrze przesycone wilgocią i ciepłem, łagodnie świeciło słońce; jego promienie nawskroś przenikały nieocienione liściem lasy, sięgały do samej ziemi nieprzykrytej jeszcze zielenią. Tylko w parowie Ałdanu panowała jeszcze zima biała i nieruchoma.
Czasami na pogodne niebo wiatry południowe wytaczały chmury białe i ciężkie. Jak śnieżne lawiny niosły się one nad doliną. Wiało od nich chłodem i śnieżną zamiecią. Ptaki wówczas milkły, bladły zwierciadła wód... na krótko, gdyż groźna chmura miała tchnienie wilgotne, a cień ciepły.
Aleksander z bronią na plecach i długą tyczką w ręku stał nad Ałdanem na brzegu przepaści i patrzał w dół. Musiał przedostać się na przeciwległy brzeg, gdyż doszło go, że Jakuci zebrali się na wiec wiosenny w gromadzkim domu. Ziemi dotychczas ma się rozumieć nie wyznaczyli mu i nie łudził się też nadzieją, że ją dostanie łatwo. Termin dla gminnej pomocy także się kończył, chciał więc pomówić z nimi i dowiedzieć się, co postanowili.
Patrzył na białą wstęgę rzeki, na czarne i żółte plamy tu i ówdzie obnażonych piasków i rozmyślał w jakim udać się kierunku, by nie załamać się na lodzie. Wiedział, że zwykła droga zerwana, że wartki prąd w wielu miejscach porobił szczeliny i wymył szerokie oparzeliska, więc usiłował przypomnieć sobie, gdzie były spokojne smugi, na których lód zbija się w tafle grube i trwa długo. Stuknął wreszcie kijem i spuścił się po ścianie, czepiając się nierówności urwiska. Przeskoczywszy wązką szczelinę bystro płynącej wody, poszedł po ślizkim lodzie, sunąc jak wprawny łyżwiarz i pomagając sobie kijem. Słoneczna powódź żarem spiekoty spadla mu na głowę i piersi, gdy u dołu od lodów powiało chłodem. Fale ogrzanego powietrza drgały i mieniły się w oddali, niby rój skrzydlatych jątek. Najmniejszy punkcik, najcieńsza gałązka rysowały się niezwykle wyraźnie na tem tle oślepiającej białości. Aleksander widział stada dzikich gęsi wypoczywające na piaskach, ale miejscowość była zbyt otwarta dla polowania; wpadł niespodzianie na parę łabędzi, lecz spostrzegł je wówczas dopiero, gdy królewskie ptaki zerwały się do lotu.
— Ptaki białe, śnieg biały i przeklęte słońce prosto w oczy!... Poprawił czapkę i patrzył za odlatującymi z żalem.
Nad przeręblami unosiły się stada wron i czajek; na jego widok wszczynał się między niemi straszny wrzask i hałas; wiankiem wzlatywały nad jego głową, kwiląc i kracząc długo. Na odnogach, zazwyczaj obfitujących w wartkie prądy, musiał szukać przesmyków, nierozmiękłego jeszcze lodu. Szczególniej niebezpieczne były płytkie zapadliny, pełne wody, które możnaby było w bród przechodzić, gdyby nie dno nadzwyczaj pochyłe i ślizkie ze szczeliną pośrodku, w którą dawszy nurka, mogło się więcej na powierzchnię nie wrócić. Przez wązkie szczeliny z urwistą krawędzią przeskakiwał z łatwością; wyrobił sobie w tem pewną wprawę, corocznie polując na gęsi. Szedł szybko, nie odpoczywał, a że droga była długa, zmęczył się i z rozkoszą odetchnął, gdy wydostał się na główne koryto. Lód tu był jeszcze bardzo gruby, a choć obnażony ze śniegu, miał twardość i spoistość marmuru. Do przeciwnego brzegu pozostało już tylko dwie wiorsty. Przebiegł je szybko.
Spragniony, trochę znużony, wszedł do pierwszej jurty. Sadyba należała do Meilacha, jednego z sołtysów, przezwanego „Głowaczem“.
— Co słychać, Katarzyno Awksentjewno? Jak zdrowie? — spytał, zatrzymując się w progu. Zdjął broń i otarł pot z czoła.
— Jak się masz, Liksandra Iwanowicz — odpowiedział mu po rosyjsku głos kobiecy z głębi jurty. — Opowiadaj co słychać! Dokąd śpieszysz?... Wstąp... bądź gościem!...
— Sołtys w domu?
— Niema. Poszedł na wiec. W całej dolinie niema chłopów w domu, wszyscy poszli. Zostałyśmy same kobiety, zupełnie wolne — roześmiała się, rzuciła robotę i podeszła do gościa. Ubrana była, jak wszystkie zamożne Jakutki, w długą, jasną perkalową koszulę i kaftan czarny, kamlotowy z bufiastymi rękawami i do figury. Długie, srebrne kolczyki zwieszały się z obu stron smagłej twarzy, a na piersiach brzęczał duży, srebrny krzyż na taśmie srebrnej, ażurowej. Jedwabna, malinowa chusteczka ledwie przykrywała włosy czarne i starannie uczesane. Uważano ją za piękność i istotnie w półświetle jurty wydawała się prawie ładną. Mieszkała jakiś czas w mieście, znała rosyjskie obyczaje i język i dowodziła z dumą, że ma w sobie krew rosyjską.
— Daj kumysu... Wiek wdzięczny będę... Umieram z pragnienia!...
— Może nastawić samowar? Może chcesz herbaty?
— Nie, śpieszę się! Nie boisz się, żeby cię mąż wybił za to, że w jego nieobecności mężczyzn herbatą przyjmujesz?
— Biją mężowie i bez żadnych powodów. Albo oni co wiedzą!... — roześmiała się gospodyni i odeszła w głąb jurty. Aleksander zamyślił się.
— Pij, cudzoziemcze, i niech ci Bóg da zdrowie i siły! — wyrzekła Jakutka, podając mu drewniany rzeźbiony puhar, pełen białego napoju. Kawałki żółtego masła — dowód łaski — pływały po wierzchu. Kobieta nizko pochyliła się, prawie na kolana przed nim przypadła i śmiało zajrzała mu w oczy.
— Tyś piękny! — szepnęła. — Mąż nie prędko wróci!
Aleksander wstał.
— Dawno odszedł?
— Dawno. Zebranie będzie duże. Naco ci ziemia? Weź pieniądze, jeśli nie lubisz brać pokarmu. Pieniądze dadzą ci zawsze, tylko zażądaj... I spokojnie i prędko... To i jutro zdążysz... Jutro nie rozejdą się jeszcze.
— Czy tak twój mąż radzi?
— Nie, nie... to ja radzę. On nic nie radzi. On zawsze, jak wszyscy... — uśmiechnęła się i poprawiła chustkę na głowie.
Aleksander wypił kumys i począł szukać w portmonetce drobnej monety.
— Nie rób sobie kłopotu!... — Wolałabym, żebyś został... — pogardliwie ściągnęła usta, lecz pieniądze przyjęła.
Na podwórzu gromadzkiego domu widać było trochę koni i ludzi. W izbie siedziało kilku „tojonów“ (panów) i jedli mięso, krając je na kawałki na stole. Meilach znajdował się w ich liczbie. Aleksander przywitał ich według zwyczaju podaniem ręki i siadł na pierwszem miejscu.
— Witaj, witaj! Rozpowiadaj! Cóż, droga dobra? Którędyś przeszedł? Czy przechodziłeś koło mojej chałupy? — pytał Meilach. — Byłeś u mnie... Żonę widziałeś? Herbatą częstowała cię? — dokończył po rosyjsku i wpił się w niego oczami.
Aleksander zrozumiał jego badawcze spojrzenie i poczuł, że się rumieni.
— Byłem. Piłem kumys.
— Czy z masłem? — szyderczo zapytał Jakut.
— Nie wiesz, czy będzie dziś zebranie?
— Już było. Poszli na obiad... Znów będzie... Dlaczego niema być? Spraw wiele. Ale kiedy będzie, niewiadomo...
Podali Aleksandrowi mięso na talerzu. Jakuci rozmawiali w dalszym ciągu, ale widocznie krępowali się jego obecnością i wciąż spoglądali na niego.
Po obiedzie wstali i wyszli; w jurcie pozostał tylko Meilach.
— O grunta, wciąż o grunta! — zaczął przyjaźnie. — Wziąłbyś sam i koniec!... Kto odbierać będzie?... Nie ja, nie my zarzeczni Jakuci... Mieszkaj sobie, gdzie mieszkasz... Zasiej i basta... Raz zasiejesz — twoje!... Nikt cię nie ruszy... A teraz tylko chodzisz po próżnicy, drzesz obuwie, do przerębli jeszcze wpadniesz.
— Rozumie się, że jeśli nie dacie, to wezmę...
Jakut spojrzał na niego uważnie.
— Weź, weź... my nie damy!... Nie możemy dać... Weźmiesz gwałtem, co innego... a dać, nie można... Ziemia przecie jak kobieta: wziąłeś ją — twoja, inny przyjdzie i odbierze — też jego. Dla niej wszyscy jednacy, dla wszystkich rodzić gotowa. Chłopi biją się o nią!... Co? może o ziemię nie bywa bójek?... I jak jeszcze!... Goręcej, niż o kobietę się biją!... A czyje koło ciebie grunta?
— Kapitona.
— Widzisz, jak się dobrze składa. Kniaź nie będzie bronił Kapitona, oni się gniewają. A ty czyż ulękniesz się kogo? Ty, powiadają, niedźwiedzia się nie boisz. Czy to prawda? — Zmrużył oczy i przenikliwie wpatrzył się znów w Aleksandra.
— Czego on chce ode mnie? — rozmyślał tenże.
— Myślisz pewnie, że dla siebie się staram, że namawiam na twoją zgubę... — rzekł Meilach. — Owszem, życzę ci dobrze. Wszak wiesz, mam żonę Rosyankę, więc troszczę się o jej ziomków. Dobrze radzę, wierz mi!...
— Złej rady nie usłucham — chłodno odparł Aleksander. — Ale najpierw pomówię jeszcze z gminą.
— Rozmawiaj, pytaj!... Dlaczego nie spytać?... A tylko ziemi nie da ci gmina... Nie może. Ej, chłopcze! — krzyknął na grzejącego się u ognia wyrostka. — Gdzie kniaź? Biegnij po niego! Powiedz, że przyszedł cudzoziemiec po grunta. Biegnij, mówię ci!
— Był u popa, ale pewnie już poszedł.
— Więc idź, poszukaj. Nie będzie go przecie szukał cudzoziemski pan.
Wyrostek podrapał się w ucho i dość niechętnie wyszedł.
Powoli izba zaczęła się zapełniać. Na ławach zasiedli radni. Kniaź jednak nie nadchodził.
— Gdzież kniaź? Czy nie przyjdzie?
— Posyłali po niego, ale pewnie nie znaleźli.
Wszedł Kapiton, wystrojony w czapce bobrowej, w krytej manczestrem bluzie, podpasany srebrnym pasem. Podejrzliwie zerknął na Aleksandra, siedzącego obok Meilacha, ale ten zawołał zaraz wesoło:
— Ej, stary, siadaj! Zachowałem ci miejsce ciepłe, suche i blizko Rosyanina; będziesz kontent!
Usunął się i sąsiadów odepchnął.
— A kniaź?
— Kniaź zginął! Myślę, że z popem wódkę pije... Tydzień temu przywieźli popu baryłeczkę.
Ogólny gwar cichł potrochu; oczekujący rozbijali się na gromadki. Wielu wymykało się niepostrzeżenie. Aleksander myślał o Zosi i wmiarę jak czas uchodził, niecierpliwił się coraz bardziej.
— Sam poszukam kniazia — rzekł energicznie.
— Najlepiej poszukaj sam! Ty go znajdziesz napewno. Wskażcie cudzoziemcowi, gdzie książę... Hej, ludzie!... — podtrzymał go Meilach.
Aleksander wyszedł; w towarzystwie chłopca chodził od jurty do jurty; kniazia naturalnie nie znalazł nigdzie i po upływie dwóch godzin zły i zmęczony wrócił do zarządu gminy.
— Więc zebrania nie będzie? — Nie wiadomo. Czyż można urządzić je bez kniazia? Jutro pewnie.
Słońce miało się ku zachodowi. Aleksander pomyślał i powstał.
— Odchodzisz? — Nie zanocujesz? — z niepokojem zapytał Meilach. — Pozostań, razem pójdziemy.
— Jutro wrócę, a dziś muszę iść.
Zarzucił broń na ramię i puścił się ścieżką w głąb lasu. Żal mu było straconego czasu i gniewało go to, że go oszukają, a że go oszukują, nie wątpił. Wiedział również, że jeśli teraz nie dadzą mu stanowczej odpowiedzi, to będzie musiał czekać do przyszłego roku. Wiec mógł się rozejść jutro, mogło go nie być zupełnie; zbierać zaś umyślnie wszystkich przedstawicieli gminy było niepodobieństwem. Zostanie więc bez sposobu do życia i będzie zmuszony nadzwyczaj przykre, a do niczego nie prowadzące awantury urządzać. Pod wpływem tej myśli zawrócił się już z lasu. Wierzył w powrót kniazia i pragnął upokorzyć Jakutów. Przeczucie nie omyliło go. Schowany za pień drzewa na skraju lasu, widział, jak wracali przedstawiciele rodów i rodowicze. Ukazał się i kniaź w towarzystwie tego samego chłopca, co pomagał jemu w poszukiwaniach. Zdało się nawet Aleksandrowi, że wyszedł z jurty, gdzie nadaremnie pytał o niego niedawno. Zaczekał, aż znikli we drzwiach gromadzkiego domu i szybko poszedł za nimi. Wewnątrz śmiano się głośno.
— Gdzie kniaź? Zawołajcie kniazia! — wołał Meilach, naśladując głos Aleksandra.
— Czego chcesz przeklęty cudzoziemcze? — Niech każe mi oddać Kapitonowe grunta, niech mi da babę, narzędzia i całe gospodarstwo.
— Grunta moje, a babę twoją... Zgoda!... Ona przecie Rosyanka — bronił się Kapiton.
— A to, ot lubisz?
— Niech Meilach da figę cudzoziemcowi! Ja tak radzę.
Drzwi się otworzyły i do izby wszedł Aleksander. Widok jego zrobił na obecnych piorunujące wrażenie. Nikt się nie ruszył.
— Witaj, panie, — pierwszy oprzytomniał Mailach. — Pewnieś czego zapomniał... I dobrze się stało, bo ot, wrócił i kniaź.
Aleksander był wzburzony, ale nie okazywał tego.
— Proszę was — zwrócił się grzecznie do kniazia — przedewszystkiem zająć się moją sprawą. Po to przyszedłem, a śpieszę się, by przejść rzekę jeszcze przed nocą.
— Jaką sprawą?
— O ziemię. Dlaczego kniaź udaje? Cały dzień się chował, a teraz wykręca.
Jakut zaczerwienił się i podniósł głowę.
— Nic złego nie zrobiłem, abym się miał chować. Cudzego nie pragniemy. Niema odpowiedzi od gubernatora, więc sprawy nie możemy załatwić.
— Co za odpowiedź! Wszakże wy prosicie w podaniu do gubernatora, aby stąd wypędzono moją córkę. Ja zostać mam przecie. Z miasta przysłano wam trzy rozkazy; w ich liczbie jest rozkaz od gubernatora, wiem dobrze.
— Na tamte myśmy odpowiedzieli.
— Więc odmawiacie? Przecież kniaź sam mi radził zaczekać na ten wiec!
W głosie Aleksandra drżał stłumiony gniew.
— Cóż ja mogę?... — odpowiedział Jakut. — Rozkazuje gromada. Każą — dam... Ale dokoła ciebie ziemia zajęta. Tam ma grunta Kapiton, a on się nie zgadza...
— Czy się zgadzam, czy się nie zgadzam... moje, czy cudze, nikomu nic do tego. Nie mamy!... Rodowicze moi nie mają zbywających grantów i tyle! — z uniesieniem wykrzyknął Kapiton. — Wszystkie nam potrzebne, wszystkie w tym roku zaorzemy... Jeśli kniaź chce, niech cudzoziemca do siebie sprowadzi, albo niech go przeniesie za rzekę. Czy nie tak ludzie moi?
— Nie mamy ziemi! Co tu gadać! — krzyknęła zgodnie gromadka, wśród której był i Tus, ojciec Toi, a nawet Żabie Oko.
— Za rzekę... Chyba na tatarskie miejsce, — obojętnie wstawił Meilach.
Obecni umilkli.
— Nad czem tu radzić!... Niema ziemi!... — stanowczo powiedział kniaź i powstał.
— Nieprawda! Grunta są; leżą odłogiem dziesiątki lat. Sami nie korzystacie i innym żałujecie. Chcesz, kniaź, ja ci wskażę masę ziemi zdatnej do uprawy.
— Niech sobie będzie! Przyda się dla naszych dzieci.
— Posłuchajcie — rzekł Aleksander łagodnie i serdecznie. — Siadaj kniaź i ja siądę. Posłuchajcie! Przecie znacie mię dawno. Dwa lata mieszkam między wami, a czy zrobiłem co komu złego? Czy usłyszał kto odemnie choć słowo obraźliwe?
— To prawda! — Zgodzili się. — Złegoś nie robił. Zadowoleni z ciebie jesteśmy i prosimy, bądź taki nadal.
— Daliście mi dom, dostarczacie pokarmu... Wszystko to kosztuje.
— Ba! Sam wiesz, że kosztuje.
— Ziemia nic nie kosztuje. Dajcie mi ziemi, ja będę pracował, będę żył... i nic potrzebować od was nie będę.
— Posłuchaj. Zdarzało się, mówili tak inni. Dawaliśmy, a później ani ziemi, ani spokoju... Karmiliśmy do samego końca. Dlaczego wierzyć mamy?!...
— Widzicie, rozbójnikom, łotrom dawaliście.
— Ze strachu dawaliśmy, ale nie należało dawać.
— Dam wam zobowiązanie na piśmie, że kwituję...
— Co papierek pomoże, jeżeli z głodu umierać będziesz! Z głodu człowiek robi się wściekły.
— Posłuchaj, cudzoziemcze — rzekł kniaź równie jak Aleksander pojednawczo. — Ty mówisz — gruntów dużo. Sami nie orzecie, na co wam ziemia? Czy nie tak?... Dobrze. Żądasz niby niewiele — dziesięciu dziesięcin pewnie. Moglibyśmy odciąć i dać. Przypuśćmy, żeśmy dali: wznosisz zabudowania, orzesz, siejesz — ziemię arendujesz... Pięknie! Pola wasze rozległe, wszędzie płoty i ogrodzenia... Nawbijacie kołków, poznosicie ścieżki, skopiecie najlepsze pastwiska na wzgórzach, gdzie rosną słodkie trawy, gdzie tuczą się nasze stada. Bydlęta, wszędzie spotykając płoty, chodzą ogłupiałe i głodne. Jadła muszą szukać daleko od domu i dużo chodzić, mało jeść, więc chudną i mleka dają mniej. My żyjemy z naszych stad, wy żyjecie z roli. Gdzie wy wzrastacie w bogactwo, stamtąd my uciekać musimy. Ty powiadasz, żeś dobry, że szukając sprawiedliwości, przyszedłeś aż tutaj, więc przyznasz: co nam z tego, że wam oddamy, a sami pójdziemy na pustynię?... Przecie to ziemia ojców naszych. Gdy oni przyszli tutaj, nie było nic prócz borów, zwierza i komarów... Oczyścili łąki, wygnali zwierza, a owady wytępili dymem ogni. Na co nam stąd odchodzić? Powiedz, cudzoziemcze, gdybyśmy przyszli do waszego kraju, i jęli bydłem tratować wasze pola, czy bylibyście zadowoleni? Nie jesteśmy obowiązani ustępować z ziemi naszej, tak myślę! Czyż dzieci nasze nie mogłyby nas obwinić i powiedzieć: głupi byli ojcowie, oddali bogactwo, a zostawili nam błoto i goły kamień. Co za korzyść, że na pięknych naszych polach pięknie mieszkać będą cudzoziemcy! I my z czasem orać i siać będziemy i już siać zaczynamy... potrochu, gdyż odrazu nie wyrzucisz stad swoich, a i zboże nie co rok tu rodzi... Wszak i wy trzymacie bydło... Więc poco wyrywacie nam ziemię?...
Aleksander przymknął oczy i milczał.
— Ziemię prawo mi daje; — wyrzekł nakoniec oschle — ono mię tu wysłało.
— Prawo?... Posłuchaj, cudzoziemcze: czyż my je pisali? Wy piszecie, co chcecie... Źle sobie, myślę, nie życzycie!
— Niema zgody! nie damy! — hałasowali obecni.
— Złodziejowi, zbójcy dalibyście.
— Z nim nie mówilibyśmy tak! — odrzekł kniaź.
— Dalibyśmy, co taić, ale... zasiedatielowi. Jakut bez dawania nie mógłby wyżyć. Bardzo to lubi!... zaśmiał się Tus.
— Posłuchaj, Liksandra, my ci pomoc zwiększymy za twoje dobre prowadzenie. Słowo daję, zrobię to — rzekł Kapiton.
— Zapewne, że gmina zgodzi się, gdy ją cudzoziemiec poprosi — wyniośle przerwał mu kniaź. — Wiemy, że teraz, gdy masz córkę, nie starczy ci poprzedniej ilości, więc na lato dodamy pud mięsa i tyleż mleka. Zgoda?... W jesieni znów pogadamy...
— Bierz, cudzoziemcze, toć to niezgorzej!
Aleksander otarł czoło, na które pot wystąpił kroplami.
— Ja nie chcę. Ja chcę ziemi...
— Ziemi niema.
— Grunta raz wzięte, nie wracają do nas.
— Gdzie jeden Rosyanin zamieszka, tam za rok lub dwa cała wieś wyrasta. Znów będą rozboje i kradzieże, nawet gdybyś ty był dobry!
— Wszyscy oni jednacy! Jedne zawsze powtarzają wyrazy... Widzieliśmy ich nie mało. Niema zgody.
— Kto wie, jaki będziesz, gdy ziemię dostaniesz! Dobrych nie wysyłają!... — krzyczeli Jakuci.
— Sam wezmę, jeśli nie dacie!
— Bierz, jeżeli możesz! — uśmiechnął się kniaź. — Ale bez naszej zgody, wiedz o tem.
Aleksander wziął czapkę i skierował się do wyjścia.
— Cudzoziemcze, hej, cudzoziemcze! — krzyknął za nim Kapiton. — Wysłuchaj, proszę, słowo...
— Co?
— Czyje grunta chcesz zająć?
Aleksander odwrócił się i wyszedł.
Słońce skryło się już za dużą szarą chmurę, która oparłszy się o zamykającą widnokrąg linię gór, wypuściła daleko na niebo swoje kosmate, pokręcone odnoża. Na brzydkich jej strzępach zorza natychmiast rozwiesiła wszystkie swe ozdoby; złoto, srebro, tęczowe barwy bogato wyhaftowały jej brzegi, przestrzeliły ją opalowe i ametystowe promienie, a pod nią na bladem niebie, osypanem drobnemi gwiazdami, legło podścielisko z jaskrawej purpury. Mgła i zmrok szybko zatapiały dal.
Aleksander szedł, przyśpieszając kroku. Czuł, że ogarniała go apatya i wstręt do wszystkiego. Daleko pozostawił już za sobą jurtę Meilacha, połyskującą wesoło oświeconemi oknami. Po przez rzadki las bieliła się wstęga rzeki. Ale noc nadchodziła szybko, a on zdołał zaledwie przebyć połowę drogi. Znowu obstąpiły go przeręble, szczeliny, oparzeliska pochyłe, zdradzieckie zapadliny. Śniegi zaledwie bielały, a ciemne plamy wody zlewały się z szarą barwą mroku. Często dostrzegał je wówczas dopiero, gdy długą swą pałką uderzał w próżnię lub w czarne, jak atrament, strumienie. Kilka razy wpadł do wody, lecz szczęśliwie wydobył się na wierzch, zamoczywszy tylko obuwie. W układzie szczelin i przerębli zaszły zmiany w ciągu dnia, które rzuciły go na los trafu. Szedł omackiem i czuł niebezpieczeństwo wzrastające, im dalej zagłębiał się w kręte, a bystre odnogi. Ale dodawał mu odwagi obraz Zosi, pozostawionej w jurcie brudnej, pełnej robactwa i gnoju i przykra konieczność zanocowania u Meilacha w razie powrotu. Szedł bardzo wolno, wysunąwszy daleko kij, nasłuchując i wpatrując się bacznie. Wielkie oparzelisko przy głównej ławicy powinno było już być blizko; wpaść tam nie było niebezpiecznie z powodu płytkiej wody, ale zachodziło pytanie, w jakim stanie znajdował się lód na odmętach i dokoła jam. Wciąż więc stawał i nasłuchiwał, czy nie szemrze gdzie fala, wpatrywał się, czy nie błyśnie woda, kijem stukał, by poznać po dźwięku, gdzie próżnia. I, jeśli zdawało mu się, że wszystko jest, jak być powinno, szedł naprzód.
Nagle, gdzieś za nim, rozległ się trzask i jednocześnie on sam coraz szybciej zaczął się zsuwać po pochyłości, aż upadł. Woda chlustała mu pod nogami. Chwilę leżał bez ruchu, całą siłą przylegając do kry, która kołysała się pod nim. Nogi wisiały w powietrzu. Mógł popróbować kijem, którego nie wypuścił z ręki, ale bał się ruszyć, pojmując, że najmniejsza nieostrożność mogła go zepchnąć w odmęt, a kra nakryłaby go Jak wiekiem. Powoli ustało kołysanie. Więc oswobodził prawą rękę i ostrożnie wyjął nóż z pochwy. Mimo to kra zakołysała się znowu i on zsunął się jeszcze o kilka linii. Czekał aż się uspokoi; rękę wyciągnął nad głową i lekkiemi uderzeniami noża jął robić wydrążenie w lodzie. Potem wetknął nóż w zagłębienie i, nie zmieniając położenia, ostrożnie podciągnął się w górę. Powtórzył ten manewr kilkakrotnie, aż upewnił się, że może uklęknąć na lodzie; wówczas na kolanach zaczął, pełzając, oddalać się od wody. Słyszał jej szmer i lękał się, że prąd uniósł go daleko. Widział przed sobą czarną, dużą plamę, w głębi której połyskiwały gwiazdy i nikły, pochłaniane przez jakieś białawe obłoki. Groźny plusk wody dał mu jednak poznać, że się znajduje nad głównym prądem odnogi, gdzie było płytko i mógł przejść choćby w bród do wyspy. Stamtąd było już blizko do domu. Okazało się jednak, że kra nie oddaliła się od brzegu, więc zeskoczył i zaczął okrążać oparzelisko, uderzając o lód trzonkiem noża, gdyż koniec kija tak mu rozmiękł, że nie mógł dobyć nim głosu. Przed nim coraz wyraźniej zarysowywało się ciemne urwisko stałego lądu. Wyskoczywszy na brzeg, pobiegł raźno do jurty Żabiego Oka. Ruch rozgrzał go i wrócił mu pewność siebie i swobodę. Długo stukał do drzwi nim dobudził się śpiących. Kaszląc, kichając, odsuwała baba zapory.
— Córki niema tutaj. Ona w domu u ciebie.
— W domu? sama jedna?
— Sama jedna. A co jej się stanie? Odniosłam ją wieczorem i siedziałam, póki nie usnęła.
— Zuch baba! Z miasta przywiozę ci gościniec. A teraz rozpal ogień, żeby odzież wysuszyć. Do wody wpadłem. W domu dziecko obudzę.
— Aj-ka-byn! — klasnęła w dłonie Jakutka, gdy przy świetle ognia zobaczyła Aleksandra przemokłego i lodem pokrytego.
— Niemożebnie zuchwały jesteś, cudzoziemcze! Któż z ludzi odważy się przechodzić rzekę w noc tak ciemną!
Aleksander uśmiechnął się dumnie.



VI.

Wiele trudu miał Aleksander z poskromieniem Wronego i włożeniem go do pługa. Koń rzucał się, spinał, straszył go nieznany przyrząd, ruch kół, szelest ziemi, a opór zagłębiającego się w rolę żelaza podniecał. Drżał, pienił się, stawał dęba, kilka razy złamał narzędzie. Aleksander nie miał nikogo do pomocy, gdyż nawet Żabie Oko stronił od niego od czasu zaboru ziemi Kapitonowej. Zosia i Ajaks, jedyni świadkowie jego usiłowań, zwiększali tylko zamieszanie. Dziecko krzyczało: — Ojcze, ojcze! on cię zabije! — i rzewnie płakało, zakrywszy twarzyczkę rączkami, a pies wściekle szczekał na nieposłusznego konia. Musiał więc oboje zamknąć w domu; lecz oglądał się często i za każdym razem widział twarzyczkę swej dziecinki przyciśniętą do szyby — i to go krzepiło. Wreszcie po licznych próbach, oprowadzaniach, zaprzęganiach i wyprzęganiach Wrony zrozumiał, o co chodzi i zaczął iść brózdą prosto i równo. Jakuci, mieszkający w tej miejscowości, nie orzą ziemi w jesieni, tylko przed samym siewem. Aleksander postanowił zrobić na pierwszy raz, jak krajowcy. Zaorał kawał roli najbliższy swej jurty, na wzgórku, gdzie były ślady starej uprawy. Ziemia zdawała się dobra i dość pulchna. Obecność niektórych roślin była dowodem jej urodzajności. Aleksander marzył zająć z czasem całe wzgórze, gdzie było ze cztery dziesięciny ziemi gliniastej, ale na ten raz za mało miał czasu i ziarna, więc poprzestał na kilkuset sążniach. Dzień jeden poczekał, aby rola obeschła i wziął się do siewu.
Lody na rzece ruszyły już z trzaskiem — szły na północ, druzgocąc się i piętrząc. Po dolinie, to ozłoconej słońcem, to ocienionej chmurami, rozlegał się huk pękających kier, hulał wietrzyk, przelatywały wrzaskliwe stada wędrownego ptactwa. Co chwila dźwięczało w powietrzu gęganie gęsi, krzyki mew, głosy żurawi. Ogromne pułki kaczek przelatywały w milczeniu, szumiąc tylko skrzydłami, jak mgliste obrazy płynęły pary łabędzi ciche i spokojne. Na łąkach, na błotach, na jeziorach śpiewały, nawoływały się świstem, gdakaniem chóry kulików, pływek i drobnych kaczek. Na suchych, wysokich tokowiskach wyprawiały harce polne koguty; w borze kukała kukułka.
Aleksander ostrożnie usypał ziarna z worka, który postawił na brzegu roli. Był wzruszony, ręce mu drżały. Spojrzał w niebo, chciał się przeżegnać i machinalnie zdjął czapkę. Zaczynał więc nowe życie! Dobre, czy złe, zawsze ono miało być inne. Wszyscy mieszkańcy jurty byli obecni przy tej uroczystości. W pobliżu szarego, płóciennego worka stała Zosia, nie wiele od niego większa, w słomianym kapelusiku, z pękiem złocistych, jakuckich pierwiosnków w ręku. Obok usadowił się Ajaks i zwiesiwszy uszy, przyglądał się bacznie temu, co pan robił, nawet Wrony, zaprzężony do brony, zwracał ku niemu swą rozumną głowę, chrapał zlekka i strzygł uszami, zdziwiony niezwykłością ruchów Aleksandra. Ten rzucał zboże pełnemi garściami. Nie było to jednak rzeczą tak łatwą: pierwszy rzut był za silny, drugi za słaby, trzecią garść wiatr uniósł na miejsce już zasiane. Potworzyły się przerwy, zgęszczenia, które Aleksander nadaremnie silił się poprawić; napróżno starał się, ziarno nie słuchało niewprawnej ręki. Podrażniony, zmęczony strasznie, umyślił nakoniec zrobić próbę z piaskiem, aby nie zmarnować ostatecznie pola i nasienia. Silił się przypomnieć sobie, jakto bywało w ojczyźnie, gdy szli chłopi, czerpali ziarno z fartucha i rzucali... krok jeden i garść leciała półkolem na prawo, drugi — półkolem na lewo. Raz dwa... raz dwa! Kilka razy przeszedł tak pole, siejąc piasek, aż uczuł, że nabrał pewnej swobody w ruchach; nie zdążył jednak zasiać ziarnem do połowy pola, gdy dostrzegł trzech jeźdźców na przeciwnym brzegu jeziora. Przodem jechał jeden, za nim dwóch na jednym koniu. U jurty Żabiego Oka przeprawili się w bród i skierowali wprost do niego. Aleksander poznał Kapitona z synem i parobkiem. Na wszelki wypadek zarzucił na plecy broń, którą był zostawił około worka. Jakuci na roli zleźli z koni; zdawali się mieć tylko zwykłe noże za pasem. Robotnik jednak słynął jako awanturnik i największy siłacz w całej okolicy.
— Kapsie! — powitał go ostrożnie Kapiton.
— Kapsie!
— Co robisz cudzoziemcze? Doprawdy na mojej ziemi siejesz! Przecież ona cudza! gmina ci jej nie dała. Sam słyszałeś powiedziała: nie dam! Moja jest, a ja według prawa ustąpić ci jej nie mogę.
— Ja też według prawa... Mówiłem wam: nie dacie, sam wezmę. Skarż mię do sądu. Tyle lat nie siałeś tutaj: nie potrzebna ci.
— Czy potrzebna, czy nie — niech cię głowa nie boli. Nie dam, gdyż nie mam obowiązku odpowiadać za całą gminę. Wynoś się!
— Wstydź się stary! Czyż dużo zabrałem ci ziemi? kiedyś odejdę, oddam ci ją w lepszym stanie, niż wziąłem.
— Twego mi nie trzeba, a swego nie dam. A wstydzić się nie mam czego; nie ukradłem, ani cudzego sobie nie przywłaszczyłem. Wynoś się, wynoś po dobrej woli.
Aleksander wzruszył ramionami i odwrócił się siać dalej.
Jakuci zastąpili mu drogę.
— Ani się waż! Ty przemocą, to i my przemocą.
— Oszalałeś, stary!... Ustąp z pola natychmiast!... Nie przeszkadzaj. Mówiłem ci, że możesz się skarżyć.
— To swoją drogą, a dać nie dam! — Wyciągnął rękę do brzozowego wiaderka, w którem Aleksander niósł zboże.
— Ej, Bahyłej, — krzyknął na parobka — zabieraj worek!
Bahyłej oddał cugle małemu synkowi Kapitona.
Aleksander pobladł i wziął broń do ręki.
— Słuchaj stary, nie trać rozumu, nie szalej. Ja zboże zasieję, choćbyś. Bóg wie, co dokazywał. Twierdzisz, że gmina nie kazała ci gruntu dawać. Dobrze, ja ci arendę zapłacę, a potem ją od gminy odbiorę. Zapłacę ile każe... zasiedatiel. A teraz wynoś się! Zboże zasieję, choćbyś na głowie stawał.
— Po co mam na głowie stawać! My też podatki płacimy, ludzie jesteśmy. Pieniądze nie my od ciebie, ale ty od nas bierzesz... Obca krosto!... Rozsypię ci nasiona i koniec!...
Wyciągnął groźnie nogę do worka, ale Aleksander odtrącił ją w mgnieniu oka mocnem kopnięciem. Jakut zachwiał się silnie.
— Patrzcie, patrzcie!... Bić się waży!... Tatarskiego musi być pochodzenia.
— Wynoście się! Grunt koło mego domu, więc mój! — krzyknął Aleksander i stuknął strzelbą o ziemię. Czarne jego oczy rzucały błyskawice; żyły na skroniach krwią mu nabiegły.
— Precz!
Jakuci cofnęli się i zbili w gromadkę przy koniach, ale nie myśleli odjeżdżać. Położenie stawało się kłopotliwe. Stać i pilnować ich nie chciał, pracować zaś w dalszym ciągu nie mógł, gdyż na pewno zabraliby mu worek z ziarnem. Jakuci odgadli jego wahanie.
— Nocować ot tu, w polu, będziemy, a swego nie damy!... U-u-u! przeklęty rozbójnik!... Patrzy, jakby gwoździe wbijał.
— Ajaks!... Ajaks, pójdź tu! — świsnął nagle na psa, wybiegającego z gaju. Zosia wysunęła się też na brzeg zarośli i ciekawie przypatrywała się ludziom. Pies rzucił się do niego jak strzała.
— Ajaks, waruj tu!... Nie daj ruszać!... — Zostawił psa przy worku, a sam siać poszedł.
Jakuci z nietajonym strachem spoglądali na duży kosmaty łeb zwierzęcia, groźnie ku nim zwrócony i na oddalającą się postać Aleksandra. Żółte oczy straszydła śledziły bacznie za każdym ich ruchem, a czarna, obwisła warga drgała i unosiła się spazmatycznie, pokazując białe zęby.
Aleksander oddalał się coraz więcej. Jakuci wsiedli na koń i pojechali za nim.
— Psem nas szczuć umyśliłeś!... Siej, siej, Liksandra, ale zbierać nie będziesz!... Nie twoje doczekanie!... — krzyknął Kapiton, zwracając na ścieżkę.
Nie spuszczał z nich oka, póki okrążali jezioro; oni też często oglądali się, raz nawet zatrzymali konie, rozmawiali długo, wskazując sobie rękami jego sadybę. Przed domostwem Żabiego Oka zsiedli i weszli do izby.
— Tchórze! Nic mi nie zrobią! Nie ośmielą się... — szepnął Aleksander. — Idź do domu, córeczko! Bądź grzeczna i idź do domu! Wrony bać się was będzie. Idź i zabierz Ajaksa — namawiał Zosię.
— Przychodzili Jakuci?... Źli przychodzili, czy dobrzy?... Ziemi nie dają Jakuci? — pytało dziecko, zaglądając w stroskaną twarz ojca.
— Idź, idź do domu, mówię ci!... Ajaks, do domu!
Niechętnie odeszli oboje. Aleksander zaprzągł konia do brony i ostrożnie zaczął go uczyć, prowadząc za trendzlę.
Raz obszedł pole i zrobił przerwę. Było już południe i słońce strasznie piekło. Ptaki nawet umilkły i pokryły się. Dokuczało mu pragnienie, Zosia wołała od progu, że chce jeść; poszedł więc przyrządzić jedzenie. Po obiedzie wrócił na pole i pracował do późnego wieczora.
Słońce zaszło. Zmęczony koń poruszał się leniwie, trzeba go było pobudzać lejcami i głosem. Aleksander czuł się ogromnie znużonym od jednostajnego kręcenia się po małej przestrzeni.
Od rzeki wionęło chłodem; żelazne zęby brony zaczęły stukać o lodowate podścielisko gruntu, który z ustąpieniem słońca szybko zamarzał. Wilgotna przedtem ziemia stężała. Czas było wypocząć, zgotować wieczerzę, nakarmić i spać położyć dziecko.
Aleksander wyprzągł konia i poprowadził do domu. Chciał zostawić bronę na polu, gdyż nie miał ochoty dźwigać ciężkiego narzędzia na plecach, lecz widok osiodłanego konia, stojącego u jurty Żabiego Oka, kazał mu mieć się na baczności.
Gdy, po wielu zachodach i trudach, siadł wreszcie z dzieckiem przy stole, a pies położył mu się u nóg, czuł, że spokój i zadowolenie wracają do jego duszy. Był to dla niego pierwszy dzień prawdziwej pracy. Poraz pierwszy w życiu dotknął się samego łona ziemi karmicielki, nie mając między nią i sobą pośredników.
— Jedz, córko — mówił, krając gorący podpłomyk i nalewając aromatyczną herbatę. — Będziemy mieli niedługo własny placek.
— Czy z masłem?
— Może i z masłem.
Ogień wesoło palił się na kominie, złotymi błyskami muskał pochyłe ściany; Ajaks, zasiadłszy przed nim na tylnych łapach, poważnie pilnował gotującej się dla niego wieczerzy.
Aleksandra ogarniało niepokonane pragnienie spoczynku. — Oczy mu się kleiły, ręce opadały bezwładnie. Miał jednak jeszcze dużo do zrobienia; trzeba było Zosię rozebrać, bo spała, biedactwo, położywszy główkę na rączkach, Ajaksa i Wronego nakarmić, naczynia pomyć.
— Ojcze... ojczulku!... moje kwiatki... to zamiast lalki... pozwól im spać ze mną... — szczebiotało, zasypiając dziecko. Odszukał więc i położył obok niej na poduszce bukiet, związany gałgankami.
Koń był jeszcze zgrzany; nie mógł go więc nakarmić, musiał czekać aż zupełnie obeschnie. Biedne zwierzę, zmęczone i głodne, rżało cicho i błagalnie, gdy rzucał siano do okólnika.
Praca na chłodnem powietrzu orzeźwiła Aleksandra. Wieczór był cichy, rosa padała obficie. Purpurowa zorza zalała przejrzysty strop nieba, kładąc na wszystko gorące swe tony. Zapałały od nich i sina dal, i czarny las, i tumany ponad łąkami, i obłoki, nieruchomo wiszące nad przepaścią Ałdanu i lody w tej przepaści spiętrzone, łoskoczące niedawno, a teraz jakby nagłym snem zdjęte. Para kaczek przeleciała nad doliną i spadła w poblizkie zarośla. Myśliwskie ucho Aleksandra łowiło dolatujące stamtąd głosy; gęganie gęsi i stłumiony namiętny gwar innego ptactwa. Tam wody wiosenne tworzyły rok rocznie małe jeziorko, gęsto zarosłe łoziną — ulubione miejsce noclegu wędrownego ptactwa.
Po chwili wahania uchwycił za broń i ruszył nad wody. Miał on tam myśliwską kryjówkę — ogromną tarczę z rozczochranych korzeni drzewa, przyniesionego przez wielki wylew wody. Podkradłszy się cicho, siedział osłonięty ich cieniem, ale nic nie mógł dostrzedz prócz czarnej powierzchni jeziora, połyskującej smugami srebra, purpury i fioletu, szarej sieci łóz i kęp wyschłego przeszłorocznego szuwaru. Tam to rozlegały się głosy, pluskała woda i poruszały gałązki, dając znać jak liczne kryły się w nich skrzydlate zastępy. Istotnie, kaczek było mrowie, ale wszystkie trzymały się w cieniu, zdala od podejrzanego pnia. Po długiem czekaniu ukazała się nakoniec jakaś bardziej nieostrożna, czy zakochana para. Aleksander poczekał aż obie kaczki w jedną zbiegły się linię i strzelił. Podniosła się nieopisana wrzawa. Zerwały się stada kaczek, kwacząc przerażone, białe czajki z płaczliwem kwileniem wzbiły się w górę, z sąsiedniej wydmy podniosła się chmura gęsi, łopocząc skrzydłami.
— Gęsi... gęsi... — szeptał Aleksander, pośpiesznie nabijając broń. Wydobył z wody zabite kaczki i nieruchomo legł za pniem.
Cisza. Tylko w przepaści Ałdanu kołyszą się parte lody, z brzękiem tłuczonego szkła sypią się iglaste szczątki ich poszczerbionych krawędzi. Rzeka jęczy, jak gdyby od wysiłku zrzucenia z siebie tej kryształowej powłoki. Gasną ostatnie promienie dnia. Z nieba pada mrok coraz gęstszy.
Od strony rzeki przyleciało stado kaczek, szumiąc skrzydłami. Obleciały jeziorko, nad pniem wzbiły się w górę i uciekły.
— Dostrzegły... — pomyślał Aleksander, tuląc się do drzewa.
Po chwili ujrzał kilka cyranek, siedzących na drugim końcu wody i znowu kaczki, ciągnące od strony rzeki. Szybko zakrył twarz czapką, by ich nie spłoszyć, ale wieczorem w lot strzelać nie chciał — prochu żałował. Czekał cierpliwie. Tymczasem światło gasło i coraz niewyraźniej widać było przedmioty. Już tylko w srebrzystych smugach zorzy mógł dostrzedz cośkolwiek. Gdzieś w dali gęgały gęsi. Para łabędzi uniosła się po nad zębatą krawędzią czarnego lasu i skierowała się ku rzece.
— Z górskich jezior... Musiał je niedźwiedź wypłoszyć... — pomyślał.
Z wyprężoną szyją, uderzając zgodnie wielkiemi skrzydłami, płynęła majestatycznie królewska para. Chwilę kołowała nad doliną i nad lasem, aż opuściła się niżej. Widocznie szukała miejsca dogodnego na nocleg.
Aleksander wstrzymał oddech; zapomniał o córce, o koniu, o roli — skupił się cały we wzroku...
Wtem, nagle, w gaju rozległ się tętent konia 1 dało się słyszeć wściekłe szczekanie Ajaksa.
Aleksander wyskoczył z ukrycia, płosząc kaczki, łabędzie i pędem puścił się ku domowi, lecz choć biegł prędko, tętent oddalał się coraz bardziej. Gdy wypadł na ścieżkę, zobaczył jeźdźca, uprowadzającego Wronego. Opanowała go taka wściekłość że złożył się i palec położył już na cynglu, lecz w porę opamiętał się i zamiast strzelić, krzyknął tylko:
— Stój!... stój!...
Jakut odwrócił się i zobaczywszy broń, wycelowaną w siebie, puścił kantar. Zwolniony koń pobiegł dalej ochoczo, a jeździec rzucił się w bok i skrył w zaroślach. Po chwili ujrzał go Aleksander po drugiej stronie jeziora, jadącego spokojnie drogą. Zobaczył także, że znikł koń z przed jurty Żabiego Oka i domyślił się, kto był sprawcą porwania Wronego. Zarzucił więc broń na ramię i nie zwlekając, ruszył do sadyby Kapitona. Nim przybył tam, skończyła się krótka podbiegunowa noc i na opalowem niebie poranku już nowa paliła się zorza.
W sadybie Kapitona wszyscy już spali; tylko pies powitał Aleksandra krótkiem szczekaniem z płaskiego dachu. Nikt nie wyszedł, nie ruszył się.
Nim próg przestąpił, Aleksander zdjął broń, i, nie bez wahania, powiesił ją według zwyczaju jakuckiego na kołku u wejścia.
W izbie rozlegało się głośne chrapanie. Daremnie kaszlał i stukał, nawet ogień na kominie rozniecił, obudzić ich nie zdołał.
— Ej! Kapitonie!... — zawołał wreszcie zniecierpliwiony, podchodząc do łoża gospodarza, osłoniętego skórzaną oponą z metalowymi brzękadłami.
— A... aa!... Kto tu? Kto woła? — odezwał się głos za zasłoną.
— Wstawaj!... Przyszedłem do ciebie z interesem.
— Do mnie? Może znowu bić zechcesz... Przychodź we dnie!
— Bez żartów... Twój robotnik konia mojego uprowadził.
Milczenie.
— Konia, powiadasz, uprowadził!... Patrzaj go, zbója!... Ja go bronić nie będę, przy sposobności daj mu dobrze po karku. Ot, jakich żartów pozwala sobie, nicpoń! Ale, czy tylko pewien jesteś, że to nasz robotnik? Złapali go, albo konia znalazłeś u mnie na podwórzu?...
— Przestań już... sam kazałeś wziąć konia, wiem to dobrze i przyszedłem go odebrać.
— Skądże go wezmę? Tyś konia stracił, a jam stracił i konia i człowieka. Od wczorajszego wieczoru niema go u mnie. Pewnie się gdzie włóczy, gra w karty, wielki bo to nicpoń, ten mój robotnik. Zmuszony będę wygnać go. Żart żartem, ale ukraść konia człowiekowi, co jutro musi bronować, to trochę za wiele. Powiem ci: jutro wieczorem przyślę ci synka Mikołaja do pomocy... W dzień skwar, głowa chłopaczka zaboli...
— Nie, ty mi dziś, zaraz dasz konia; sam szukać pojadę.
— Konia?... Nie mam konia! Kto zgodzi się dać konia w taki roboczy czas? Jeszcze spróbujesz nim bronować, a nasze konie dzikie, nieujeżdżone... ciebie porani albo siebie zabije!... Nieszczęście!... Poradzę ci, cudzoziemcze: ty konia nie proś, a ja przyślę ci jutro synka Mikołaja...
— Zgoda i na to — odrzekł po namyśle Aleksander. — Tylko pamiętaj stary, że jeśli stanie się co memu koniowi, ty będziesz odpowiadał!
— Cóż mi zrobisz? Krajać mię będziesz?
Wysunął z pod zasłony chytrze uśmiechniętą głowę i spojrzenia ich skrzyżowały się.
— To się pokaże.
— Zuchwały jesteś, cudzoziemcze, ale... nic nie wskórasz!
Aleksander wyszedł. Cóż miał robić? Mógł poskarżyć się księciu, ale skarżyć się księciu było to samo, co skarżyć się Kapitonowi. Kłótnie Jakutów nigdy nie wychodziły za granicę spraw rodowych. Aleksander rozumiał, że dla obu stron jest równie wstrętnym i groźnym cudzoziemcem. Widział potrzebę dać im odrazu poczuć, że żartować z siebie i krzywdzić się nie pozwoli; nie wiedział jednak co począć i mocno zadumany wracał do domu.
Słońce już stało nad parowem Ałdanu. Złote blaski wypełniały łożysko po wręby. Wysokie lodem pokryte osypiska brzegów lśniły się i woda z nich kapać poczęła. Jasne promienie przestrzeliły pęki traw, łozy, rąbki krzewów, zwieszających się na krawędzi przepaści; wychyliły się ku nim z cienia wierzchołki sosen pochylonych, podmytych; skazanych na zagładę. Wyżej, na płaskowzgórzach słały się jeszcze mgły, panował zmierzch.
Aleksander szedł szybko po drożynie, wijącej się wśród czarnych, świeżo wypalonych łąk i rozmyślał nad tem, gdzie ma szukać Wronego. Koń prawdopodobnie uciekł do stad, stęsknił się do nich w ciągłej robocie, a tabuny odeszły w las, na odległe pastwiska, gdzie nie dosięgły ognie, puszczone w pobliżu domów dla zniszczenia jesiennych traw i nie wygubiły młodej zieleni. Niełatwo więc było je znaleźć.
W sadybach, które mijał, wszyscy już spali, nie mógł więc pytać o radę i wskazówki. Nie wierzył im zresztą. Ale do jurty Toj, postanowił wstąpić na chwilę, gdyż usłyszał, przechodząc, jak drzwi skrzypnęły i zdawało mu się, że ktoś wyjrzał. Przeskoczył więc przez płot i spłoszył byka, z dużem drewnianem kółkiem w nosie, leżącego na środku dziedzińca. Bydlę sapnęło ciężko, podniosło się na nogi i nadstawiwszy kosmate uszy, patrzało ciekawie. Psy poznały go także i poczęły się łasić.
Gdy otworzył drzwi jurty, Toj, na pół naga, rozniecała ogień na kominie, ujrzawszy go, wstydliwie cofnęła się w ciemność.
— A co ojciec?... śpi jeszcze?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale stary Stefan wysunął głowę z pod perkalowej zasłony.
— A czego? Chodzisz po nocy, kto cię nie zna, gotów pomyśleć, że oglądasz bydło lub spiżarnie... Z polowania wracasz? Zziąbłeś?... Kaczek dużo?
— Nie mam czasu na polowanie, spotkała mię bieda...
Nagle błysnęła mu myśl.
— Słuchaj Stefanie, wynajmij mi byka na dziś do bronowania.
— Do bronowania?... A twój koń?
Koń uciekł.
— Uciekł!... sam uciekł, czy jak?
Jakut usiadł, jak był, nagi, na brzegu pościeli i wlepił w niego oczy.
— Ta-ak! A co wczoraj robił u ciebie Kapiton? Wszak był?
— Był. Na co ci wiedzieć?... Zresztą wiesz pewnie i niepotrzebnie pytasz. Lepiej byka wynajmij.
— Tego prędko nie zrobisz. Myśmy ludzie maluczcy. Mamy jednego byka. Jeszcze go zepsujesz. Przecie na koniach tylko jeździsz... a czy byka umiesz zażyć, nie wiadomo... Dlaczego nie poprosisz Kapitona o konia? On ma i chętnie da...
— Ciebie proszę, a ty do innego odsyłasz!... Przecie żyliśmy dotąd, jak dobrzy sąsiedzi, i ty nieraz korzystałeś... Jeśli dziś pola nie zabronuję, wrony ziarno wyzbierają... Nim konia znajdę, wiele czasu upłynie; swego szukać nie wiadomo gdzie... W borze woda, błoto...
— Racya... rozumiem... Ale i ty zrozum, że byka dać nie mogę... Dlaczego nie weźmiesz od Żabiego Oka?... Ja dać nie mogę... chyba, że weźmiesz przemocą, jak ziemię!...
— Przemocą nie wezmę, ale proszę cię bardzo... Odwdzięczę się... odpłacę...
— Odpłacisz?... Cóż mi dasz?... Wolnym jesteś człowiekiem, dziś tu, jutro tam, a sąsiedzi żywcem mię zjedzą... Nie, nie mogę!
Aleksander wstał; było widocznem, że byka nie dostanie. Wyszedł na dziedziniec i był już koło wrót gdy Jakut wyskoczył za nim i krzyknął:
— Liksandra... słuchaj! Daj trzy ruble i weź byka, tylko nie mów, że dawałem.
— Trzy... drogo. Rubla dam.
— Widzisz, jakiś ty! Mówiłeś — odwdzięczę się, a trzech rubli żałujesz. Zgoda, niech cię tam, daj rubla... A tylko pamiętaj: ja nie dawałem! — dodał pośpiesznie, oglądając się na Toj, która wyszła ze skopkiem na dziedziniec.
Aleksander nieznacznie wręczył mu papierek.
— Cóż to, cudzoziemcze, siłą chcesz wziąć! Patrzcie, patrzcie, on istotnie chce byka zabrać! Ludzie! ludzie! Co za grzech! — lamentował stary, podczas gdy Aleksander łapał i uprowadził byka.
Wydostawszy się za ogrodzenie, przełożył wodze kółka między rogi bydlęcia siadł na niego po jakucku i pojechał. Śmiał się, lecz było mu przykro, Jakut zaś wciąż krzyczał:
— Ludzie, ludzie! patrzcie, co się dzieje! Nie szanują nas, Jakutów.



VII.

— Ojczulku, rośnie! doprawdy rośnie!... — wolała Zosia, schylając złotą swą główkę do samej ziemi, by spojrzeć pod światło na niwę. Widziała niedawno, jak ojciec robił to samo.
Aleksander stał oparty o płot i przyglądał się zbożu. Gęsta, soczysta ruń pokrywała już pole, ale też teraz właśnie ujawniały się po trochu wszystkie braki i omyłki w robocie. Widok ich sprawiał mu prawie ból, widok tych łysin i tych gęstwin, gdzie stały źdźbła nizkie, wątłe i cienkie, jak niedokrwiste dzieci. Draźniło go wspomnienie własnej nieudolności, a jednak nie było dnia, żeby nie odwiedził pola kilkakroć. Znał tu każdą trawkę, każdą grudkę ziemi; cierpiał od suszy, wiatru, chłodu, jakie dotykały jego rośliny, cieszył się z każdego deszczu. Goś nowego, ostrego i barwnego, jemu, mieszczuchowi zupełnie dotychczas nieznanego, weszło z tą niwą do jego życia, tak jak wraz z Zosią weszło do jego serca nowe uczucie... A oba były sobie pokrewne. — Zdarzało się, że w początkach swego ojcowstwa budził się, jakby trącony obawą i z niewytłómaczonym lękiem, z nierozumną trwogą nasłuchiwał, czy oddycha jego córeczka, czy nie umarła, czy nie chora... I cieszył się, że się nic nie stało, jak gdyby stać się coś było powinno. — Obecnie budził się nietylko dla córki. Skoro Ajaks się ruszył, biegł zaraz do okna i przyłożywszy twarz do maluchnego szkiełka, śledził bacznie, czy czego nie widać. Gdy zobaczył przechodnia, wychodził przed dom i nie spuszczał go z oka, póki ten nie znikł. Alboż to trudno było złamać płot i puścić bydło? A Jakuci, czuł dobrze, gotowi byli porwać się na wszystko.
Jak zajmował go, zaciekawiał każdy nowy ruch w dziecku, każdy objaw nowej myśli, tak i tu, nic mu większej nie sprawiało przyjemności, jak w ciepły, słoneczny dzień wziąć Zosię za rękę i puścić się na poszukiwanie nowych na polu postępów.
Otwierały się przed nim rozległe widoki pracy bez kresu i końca; pracy, która nie była bólem, krzywdą, uciemiężeniem dla nikogo i pokrzepiający, cichy spokój wstępował do jego silnej, lecz trochę już znękanej duszy. Marzył, że tu zapozna się z rolą, a z czasem, w ojczyźnie, pod łaskawszem niebem, w milszem otoczeniu będzie uprawiał swój kawałek ziemi. I mieć nie będzie innych panów prócz wiatru, deszczu i słońca, innych stosunków prócz pomocy temu, co żyje i rośnie! Będzie miał pasiekę, moc kwiatów, sad... O ludziach nie chciał myśleć... prócz Zosi.
— Com miał, tom dał! Reszta moje!
I bez tego miał masę kłopotów i coraz to nowych.
Czekała go orka nowin, praca ciężka i trudna, o której myśląc, wzdychał często; trzeba było kończyć rąbanie żerdzi na płoty, gotować się do sianożęcia i przysposobić wszystko dla nadchodzącej pory rybółowstwa. W domu nie było herbaty, nie było białego końskiego włosia, bez którego sieci nie mogły być naprawione. Wszystko to można było dostać u Kapitona, ale przy obecnych stosunkach daremnie było tam się zwracać. Nietylkoby odmówił, ale jeszcze prawdopodobnie wyśmiał. Do innych udawać się też nie było poco.
Umyślił więc przeprawić się na drugi brzeg Ałdanu, odwiedzić Jakóba i prosić go o zakupienie potrzebnych rzeczy u sąsiadów.
Ałdan wracał właśnie po wylewie do zwykłego łożyska. Główne koryto i boczne odnogi pełne jeszcze były wody tętniącej gwałtownie, jak w gorączce krwią nabrzmiałe żyły. Nigdzie nie było widać ni żółtych piasków, ni kamienistych ławic; wszędzie urwiste brzegi występowały wprost z wody, a wieńczące je ciemne bory sosen, jodeł i modrzewi bez przeszkody przeglądały się w szarej, szybko pędzącej fali. Nadbrzeżne zarośla łozy prawie wszędzie stały jeszcze pod wodą, miejscami tworząc dziwne tamy-plecionki, przez które woda leciała z hałasem, spieniona i rozbita na tysiące strumieni.
Aleksander płynął wśród nich w swej małej łódeczce, czepiając się rękami za wierzchołki krzewów. Było to trochę niebezpiecznie, lecz skracało drogę. Sił oszczędzał, bo znał rzekę i wiedział, że nie żartuje, wybierał więc prądy słabsze, szukał smug cichych i spokojnych. Rzeka szalona, jedna z najbystrzejszych w Syberyi wrzała od wirów małych i dużych. — Prąd porywał łódź, wypukła fala uciekała z pod wiosła i co chwila groziło niebezpieczeństwo uniesienia na spienione odmęty. Cały czas prawie płynął przeciw fali, więc zmęczył się bardzo i gdy dotarł do lesistego cyplu, głęboko wrzynającego się w wodę, skąd była przeprawa na drugi brzeg głównego koryta, postanowił wypocząć. Wyciągnął łódkę i legł obok na trawie. Zwolna nadpływały wielkie kłęby siwych chmur ze srebrnymi brzegami; pod ich cieniem blask słońca to nikł, to zapalał się w wodzie, która szara, olbrzymia rozpostarła się szeroko jak morze, wzniecając podziw, budząc niepokój nieustającem, niczem niepobamowanem dążeniem. Nic jej wstrzymać nie mogło. Podarła na szmaty ziemię, pożłobiła odmęty, pokruszyła skały, usypała tysiące wysp i płynęła wśród nich błyszcząca, jak srebro, ogarniając je wszechwładnym uściskiem, bo one były jej pracą, jej własnością! Śnieżne wierzchołki niebotycznych gór wybiegły ponad sinawą przepaską dalekich lasów i przeglądały się wdzięcznie w jej wodach.
Aleksander nigdy jeszcze nie przepływał rzeki w tem miejscu bez przewodnika. U przeciwnego brzegu bystra, górska rzeka wpadała do Ałdanu prawie pod kątem prostym, tworząc duży i niebezpieczny wir, gdzie wiecznie pieniły się i huczały wysokie bałwany. Wprost niego wznosił się wysoki przylądek z grupą wysmukłych, nad krawędzią zwieszających się modrzewi. Między przylądkiem i wirem słabo znaczył się blady, wązki pas spokojnej wody. Aleksander płynął z oczami w niego utkwionymi: musiał, koniecznie musiał tam się dostać.
Tymczasem słońce paliło, mdlały ręce, pot zalewał czoło i oczy. Nie miał pewności, czy dobrze płynął, czuł tylko, że prąd unosił go w bok z niesłychaną szybkością. Przy takim stanie wody nawet miejscowi rybacy niechętnie puszczali się na rzekę, więc poczynał już żałować swojej śmiałości. Coraz częściej w wianku syczących bąbli wypływały z pod łodzi potworne wodne pagórki, lotne wiry z głębi wywołane uderzeniem prądu o podwodne głazy. Suwał się z nich z zawrotną szybkością i zdawało mu się, że był coraz bliżej tego miejsca, gdzie świstały i huczały rozszalałe bałwany. Łódka coraz mniej mu była posłuszną, coraz oporniej posuwała się naprzód. Nagle z boku wyskoczyły ogromne, jak bąble wzdęte fale, pianą jak posoką, oblane i ryk, huk stal się ogłuszający. Łódka drgnęła i nachyliła się... poleciała prosto w okropny lejek, na dnie którego syczał wężowy splot nurtów. Aleksander wszystkie siły wytężył, wiosło wygięło mu się w ręku, jak słaba gałązka. W myśli zobaczył w tem miejscu surowe twarze jakuckich rybaków, i poczuł, że jego twarz staje się taką samą. Lękał się spojrzeć po za siebie, choć przykro ginąć, nie widząc.
Uderzył wiosłem raz, drugi; łódź wybiegła i wdzięcznie zakołysała się na spokojnej już wodzie. Odetchnął. Prąd odwrotny poniósł ją łagodnie we właściwym kierunku. Białe, wodne straszydło daremnie kłapało zębami!
Rzucił wiosło, otarł pot z czoła i roześmiał się. Ogarnęło go znowu to miłe uczucie, jakie daje świadomość zręcznie pokonanego niebezpieczeństwa.
W godzinę później przybijał do urwiska, którego wierzchołek porosły był ciemnym, posępnym lasem, a na stoku biegła drożyna. Wyciągnął łódź na brzeg, w dzióbie jej zatknął krzyżyk, na znak, że będzie wkrótce potrzebna, wiosło zabrał, schował w zarośla i ruszył w las.
Jurta Jakóba leżała o dwie wiorsty od brzegu. Droga do niej wiodła przez gęsty bór, do brzegów czarnego jeziora; potem zawracała pod ścianę lasu, który jak pierścieniem obejmował wodę i posłuszny jej zagięciom, łamał się w ciemne zaklęsłości, jasne sine przylądki, bladł, im dalej odbiegał, stawał się coraz bardziej płowym. Miejscami spuszczał się do samej wody i rzucał na nią cień czarny; to znowu wąziuchną niteczką żywej zieloności rozweselał posępne brzegi. Nigdzie jednak nie było widać wyjścia z tej kotliny; wszędzie była tylko woda i knieja.
— Go za głusz!... Och, ci Jakuci, jakie mu miejsce wyznaczyli!... — pomyślał Aleksander okrążając jezioro. Ptactwa nawet nie było; czasem tylko na krótko, kwiląc żałośnie, ukazywała się biała mewa z nad rzeki. Legiony komarów roiły się nad trawami i zmusiły Aleksandra pędem uciekać do jurty, która, nizka i zaniedbana, pojawiła się nareszcie na skręcie drożyny. Ziemia osunęła się z jej ścian i dyle, sterczące pionowo, świeciły na zapadłych bokach, jak żebra pogniłego tułowia.
Wszedłszy do wnętrza, znalazł się Aleksander w najzupełniejszej ciszy i w zmroku; ogień tlił się na nizkim kominie.
— Wyszedł! nikogo!... — szepnął półgłosem Aleksander. — A to rudera!
Mylił się jednak. Na ławie leżał człowiek na wznak, z wyciągniętemi wzdłuż ciała rękami. Słaby blask dzienny przenikał do izby przez brudny, rybi pęcherz w małem okienku i kładł żółto siną barwę na obrzękłą twarz śpiącego, który usta miał otwarte i oczy tak zapadłe, że aż przestraszył Aleksandra.
— Umarł!... Jakóbie!... krzyknął wielkim głosem.
Jakób oczy otworzył i zerwał się.
— Śpisz... wciąż śpisz!... A twe serce?... Przecież ci zabronili.
Jakób nie witał go, nie odpowiadał, oczy weń tylko utkwił i siedział nieruchomo.
— Sen mara! — wyrzekł cicho.
Drżały mu ręce, dolna szczęka, całem ciałem wstrząsały drgania.
— Co tobie?... Czyś ty chory?
— Nie... ze snu!... Ludzkiej twarzy dawno nie widziałem... ze dwa tygodnie. Zaraz przejdzie — uśmiechnął się. — Nie uwierzysz, jak rad jestem twemu przyjściu! Tęskno, strasznie tęskno! Zrzuć twoją amunicyę. Pójdę po wodę; pewnieś bardzo spragniony...
Schwycił imbryk i począł się krzątać. Aleksander zawiesił broń i czapkę na kołku i wyszedł za nim.
Jakób zgarbiony, opuściwszy na dół głowę i ręce szedł wolno drożyną z powrotem. Postawa jego wyrażała takie przygnębienie i taką bezgraniczną tęsknotę, że serce Aleksandra ścisnęło się boleśnie.
— Zająłbyś się czemkolwiek... choćby ryby łapać. Chcesz, zarzucę ci wędki. Zawszeć to rozrywka.
— A dobrze — zarzuć! Lecz tu takie nieznośne komary, że nawet dymu się nie boją. Bywa tak, że nosa na dwór pokazać nie można.
— Niegodziwcy Jakuci! Taki zapadły kąt, że i kruk tu kości nie zaniesie. Wierzaj mi, z nimi lepiej być ostro, sprawiedliwie, ale ostro...
— Och, Aleksandrze, jakżeś ty się zmienił! Niedawno jeszcze nie mówiłeś tak. Czyż nam przystoi wojować z dzikimi?... Rok wcześniej, rok później... — cokolwiek lepiej lub gorzej... a z tych kłótni i sporów może coś brzydkiego przylgnąć na zawsze... Już to, że z naszej przyczyny przysięgają krzywo, że łżą, intrygują, już i to przykro...
— Czy znowu co nowego?
— Więc nie wiesz? Chcą ci szkaradny proces wytoczyć. Mówią, żeś groził i wymyślał na zebraniu przedstawicielom gminy, że teraz drogi z bronią strzeżesz, przejezdnych straszysz, złego psa trzymasz, że zabrałeś ziemię, chciałeś zastrzelić robotnika Kapitona, że...
— Cóż jeszcze?... — spytał z uśmiechem, zauważywszy, że Jakób miesza się i czerwieni.
— Że podczas nieobecności Meilacha zachodziłeś do jego jurty... Rozumie się, wszyscy wiedzą, że żona jego jest do gruntu zepsutą kobietą, ale... popełniłeś omyłkę, dając jej pieniądze...
Aleksander czas jakiś przechadzał się w milczeniu po izbie.
— Co za łotry!... A zresztą niech sobie robią, co chcą. Wstyd nawet bronić się wobec takiego oskarżenia.
— Właśnie... Tymczasem bronić się będziesz musiał.
Aleksander machnął ręką.
— Ее! Jakoś to się zrobi! Gdybyś wiedział, jak zboże moje wyrosło! Najlepsze w okolicy. Sami Jakuci przyznają... Pnie się jak na drożdżach. Mierzyłem: po dwa cale na dobę przybywa...
— A Zosia?
— Zdrowa. Gospodarujemy razem. Obecnie dokuczają komary, więc ją w domu zostawiam lub odprowadzam do Jurty Żabiego Oka, ale wszędzie ze mną chodziła. Wiesz, Jakóbie, po co ja tu przyjechałem? Herbaty nie mam, zabrakło mi soli, nici, włosia do sieci...
Twarz Jakóba wydłużyła się i oczy spojrzały smutnie.
— Ależ nie... nie! — roześmiał się Aleksander. Mam pieniądze. Zostało jeszcze trochę od sprzedaży rzeczy. Tylko widzisz... niezręcznie iść do Kapitana. Odmówi. Więc... chciałem ciebie prosić, byś kupił u swego księcia. Tylko śpiesz się. Chciałbym wrócić jak najprędzej. Niepokój mię ogarnia, gdy długo Zośki nie widzę... Dobrze? pójdziesz?... A ja tymczasem odpocznę.



VIII.

Koń Aleksnndra całe lato zazwyczaj pasł się razem z jakuckimi tabunami. Co dni kilka Aleksander odszukiwał go i przypędzał pod dom, jeśli znajdował pasącego się zbyt daleko. Tak robią wszyscy tutejsi gospodarze. Wspólne stada pod wspólną zostają opieką; jest to zwyczaj od wieków przyjęty.
Mimo obostrzenia się stosunków Aleksandrowi nie przyszło nawet do głowy, że mogą ukraść mu konia. Szukał go więc długo, nim uwierzył, że go więcej nie zobaczy i wówczas dał znać do kniazia.
Kniaź przyjął go nadzwyczaj uprzejmie, wydał natychmiast dziesiętnikom rozkaz rozpoczęcia poszukiwań i obiecał tam pojechać.
— Trzeba było trzymać konia bliżej domu. Rozmaici ludzie chodzą po drogach.
— Nie mogłem przecie przywiązać go do kołka: zdechłby z głodu i tęsknoty. Dwa lata chodził z tabunami i nie zginął.
Książę wzruszył ramionami.
Przeszukali las, zrobili rewizyę u kilku sąsiadów i nie wykryli najmniejszego śladu. Wszyscy się oburzali i wreszcie zgodnie napadli na Żabie Oko.
— On, nikt inny tylko on. Posłuchaj, Liksandra — on! On twój najbliższy sąsiad.
— Ptak nie przeleci, żeby Jakut nie zauważył go, cóż dopiero koń... — dowodził Tus. — Myślę, że koń nie mniejszy od ptaka.
Żabie Oko wypierał się, wyprzysięgał.
— Darmo wypierasz się, stary! Kto ci uwierzy?... Gębę lepiej wytrzyj, gdyż świeci się od końskiego sadła!...
— Mówiłem ci dawno, wynoś się stąd. Na co czekasz?.. krzyknął na niego książę.
— Przecie koń nie tutaj chodził.
Aleksander słuchał w milczeniu tych sporów.
— Zapłacicie mi za konia! Nie zapomnę ja wam tego... — rzucił gniewnie.
— Czy podobna zapomnieć?... Koń taki był ukochany, jak dziecko, wszyscy o tem wiemy... Niech płaci... On zapłaci, nikt inny!... wskazywali palcami Żabie Oko.
W kilka dni potem Aleksander zobaczył Żabie Oko ładującego swoje manatki. Pobiegł więc tam zaraz, ale daremnie perswadował mu i tłómaczył.
— Nie posądzam cię ani trochę. Zostań, proszę!
— Ty nie posądzasz, ale oni co zechcą, to zrobią!... A zresztą ja nie dlatego, ale... czas kosić siano. Mam łąki daleko na wyspach i muszę wykoczować z całym domem. Na jesień wrócę... obaczysz, wrócę...
Lecz widocznem było z niektórych rzeczy, że Jakut wrócić nie zamierzał. Zabrał nietylko ramy okienne, obciągnięte pęcherzem, ale i drzwi, z desek sklecone.
Po jego wyjeździe wyludniło się dokoła Aleksandra w promieniu kilku wiorst. Mijały tygodnie, że nie widzieli z Zosią ludzkich twarzy, gdyż czas był roboczy i przechodnie pojawiali się nadzwyczaj rzadko.
— Bądź grzeczna, Zosiu! Wszyscy wrócą, konia kupimy i Majka przyjdzie bawić się z tobą. Bądź tylko cierpliwa i nie dokuczaj mi! — uspakajał marudzącą dziewczynkę.
Siana skosił tyle, ile znalazł w pobliżu domu. Nie mógł oddalać się z domu na długo, a dziecka brać w las lub na łąkę nie pozwalały upał i komary. Słońce paliło niemiłosiernie; ziemia kurczyła się i pękała od jego promieni; w lasach było nie do wytrzymania duszno, — żywica występowała obficie i sączyła się po korze drzew, przepełniając powietrze upajającą wonią. Wszystko szukało cienia, w południe kryły się nawet owady. Woda w Ałdanie to opadała, to wznosiła się, zależnie od śniegów, tających w górach. U brzegów, gdzie woda cicha i ciepła — gromadnie żerowały ryby. Aleksander zajął się skrzętnie ich połowem. Miał niedaleko, o wiorstę, miejsce dogodne dla rybołówstwa: niedużą, ze wszech stron zacienioną łachę. Otaczał ją gąszcz wysokiej, prostej jak bambusy łoziny, tworząc wianek z platynowe szarej, kędzierzawej zieleni ich czubów, który w głębi wód ciemnym odbijał się obrazem. Nad łoziną, na brzegu, gdzie wyżej i suszej, szumiały gałęziami złotawo-zielone modrzewie i strzelały tu i ówdzie ostre, prawie czarne wierzchołki syberyjskich jodeł. Srebrzysta wstęga wąziutkiego odpływu łączyła zatokę z rzeką, odsłaniając siną dal i ogromną, szarą płaszczyznę wiecznie ruchliwej wody. W zatoce zawsze panował spokój, którego nie mogła zamącić nawet burza szamocząca gałęziami strzegącej ją gęstwiny; do środka zaglądał tylko błękit nieba, słońce i księżyc. W świetlanych tych smugach lubiły drzemać potworne ryby, żarłoczne tajmenie i szczupaki, snuły się roje migocących srebrnemi łuskami, ruchliwych łososi, modra ostro-nosa sterlet podpływała do brzegu i wysuwając pyszczek swój, do macki podobny, zbierała glisty, robaczki i wpadłe do wody korzonki. Tu wodne męty opadały najwcześniej, a powódź najpóźniej przynosiła swe brudy. Miejsce było bardzo dla rybołówstwa dogodne.
Sieci miał pięć. Trzy w dzień zarzucał, dwie suszył. Ryby łapać nauczył się od krajowców, tak jak i wszystkiego, co umiał praktycznie. W rzeczach nieznanych doświadczenie kazało mu trzymać się rutyny. Więc do czasu przyjął na wiarę miejscowe zwyczaje, sposoby, nawet niektóre przesądy.
Wierzył naprzykład, że wypuszczona z rąk ryba straszy i uprowadza inne, gdyż przekonał się istotnie, że w miejscu, gdzie taki zdarzył się wypadek, długo potem nic się złapać nie dawało; wierzył także, że rzucone na dno ostrze żelaza źle wpływało na połów i, że najlepiej zarzucać sieci na nowiu księżyca. Nieraz, cicho płynąc łódką lub leżąc przyczajony na brzegu, ścigał oczami stada podwodnych mieszkańców, widział jak każdy z nich pilnie naśladował ruchy przewodników przebiegłych, ostrożnych, bojących się wszystkiego, co nowe, widzących doskonale swojemi nieruchomemi oczami bez powiek. W obyczajach ich zauważył wiele rzeczy niewytłómaczonych i tajemniczych. Całemi gromadami to pojawiały się, to znikały, to weseliły się, pluskały, pokrywając całą rzekę drobnemi zmarszczkami, to znowu przepadały gdzieś, na dnie odmętów, gdzie w ciszy leżały bez ruchu, jak kłody. Czasami, poprzedzało to deszcz, burzę, niezwykły skwar lub wietrzny czas, lecz także niekiedy zjawiało się zupełnie bez powodu. Bywały dni, gdy dawały się łowić obficie i dni, gdy żadna nie wpadła do sieci, choć mnóstwo igrało i pływało w pobliżu. Miały one swoje radości i swoje trwogi, swoje podstępy, wybiegi i bitwy. Wierzył nawet w rybią rozpacz, gdyż zdarzało mu się wyciągać olbrzymy, co zupełnie wolne z rozpaczy chyba usypiały, chwyciwszy zębami włos sieci, nie puszczającej ich z zatoki na głębię.
Doświadczeni rybacy radzą oglądać sieci zawsze przed wschodem słońca. Ryba nie lubi blasku dnia, widzi oczka i póty będzie się rzucać i kręcić aż się wyplącze i ucieknie. Istotnie, we dnie najczęściej Aleksander wyciągał sieci puste i splątane. Więc zawsze rano, przed wschodem słońca wstawał ostrożnie, by nie obudzić Zosi i wysuwał się na dwór. Po skwarnym dniu. noce bywały zimne i rosa padała obficie. Łąka, przez którą wiodła ścieżka do sieci, wydawała się, jak usypana perłami. Na każdej gałązce, trawce wisiała kryształowa kropelka, liście przyprószone były drobniuchnym ich pudrem, w kieliszkach kwiatów leżały duże, przeźroczyste łzy barwne, jak topazy. Aleksander szedł zawsze boso, a obuwie nakładał z powrotem, gdy nogi miał zmęczone i zziębnięte. Chłodny prysznic spadającej z traw i kwiatów rosy siekł mu stopy, rozkoszny dreszcz życia i siły prostował tylko co ze snu zbudzone członki. Na ramieniu przewiesił broń, za pas wetknął nóż, a w koszu na plecach niósł świeżo wyporządzone sieci. Za chwilę miał być tam, gdzie pluskała się ryba. Jak cień, bez szelestu przesuwał się przez łozinę, broń zdjąwszy z ramienia u wejścia do gęstwiny trzymając ją na pogotowiu. W zatoce lubiły nocami przesiadywać kaczki, kilka razy zastał też i gęsi, więc nie wchodził, nie przeniknąwszy bystrem wejrzeniem wszystkich zakątków śpiącej wody, nad którą rankiem unosiły się zawsze białe opary.
Słońce złociło już brzegi zielonej opaski, wiatr poranny dmuchał od rzeki i kołysał unoszącemi się nad nią mgłami, gdy rybak zepchnął łódź i popłynął ostrożnie, miarowo uderzając dwu-skrzydłem wiosłem. Dziób łodzi chylił się, łagodnie rozbijając powierzchnię wód. Aleksandra paliła ciekawość: Co znajdzie w sieciach? co mu przyniosła noc? Pierwszy rząd pływaków z kory brzozowej drgnął, potrącony falą. Rybak odwiązał koniec sieci od palika i zaczął zbierać na palec górne pętlice. Pusta, czy nie? Coś w niej drga i opiera się, ale to może tylko gałęź, która ugrzęzła na dnie. Już blizko. Nie!... Nagle wśród wody mignął czerwony ogon, na wierzchu ukazała się szeroko rozwarta zębatą paszczęka i zagotowało się u burty. Jeśli to była bardzo duża sztuka, która mogła łódeczkę wywrócić, Aleksander spuszczał sieć i odpływał na mieliznę. Tam wychodził z łodzi, ostrożnie wyciągał zdobycz i ogłuszał ją silnem uderzeniem. Drobniejsze ryby wydobywał na miejscu i rzucał na dno łodzi, gdzie tłukły się długo. W łasze poławiały się zwykle duże ryby, ale w małej ilości. Czasami dwa, trzy dni minęło, nim się coś złapać udało. Od czasu wyjazdu Żabiego Oka zdarzało się to coraz rzadziej, gdyż Aleksander raz tylko na dobę sieci zakładał. Jeśli sieć długo stała nieporuszona, ryby przestawały igrać i pływać w tej stronie: odstraszały je pławniki, sznurki i oczka. Zatoka mało posiadała rybnych mielizn, a nowych szukać było niepodobna z powodu znacznej odległości. Parę razy tak się zdarzyło, że zatrzymawszy się dłużej nad rzeką, za powrotem znalazł Zosię przed domem, szlochającą i nieubraną. Gniewał się na nią, ale to nic nie pomagało.
— Głodna jestem, tatusiu i sama — usprawiedliwiało się biedactwo.
Tymczasem ryb coraz mniej było; zapasy żywności wyczerpywały się: mąki zostało tylko trochę, a mleka nie widzieli już od wyjazdu sąsiadów. Na domiar złego Jakuci zauważyli widocznie, że rzadziej bywał na zatoce i zaczęli płatać mu figle, wyciągać i plątać sieć, raz nawet spuścili czółno na wodę; uprowadzić go nie mogli, gdyż było tak małe, że obawiali się siąść do niego, ale zepchnęli je na rzekę. Aleksander długo szukał, nim je znalazł, zaniesione prądem daleko i wyrzucone na brzeg. Niezmiernie go to zmartwiło i oburzyło.
— Doprawdy, lepiej rzucić wszystko i oddać się wyłącznie wychowaniu córki!
Zaśmiał się gorzko. Czyż mógł się łudzić? Znał dobrze krajowców; wiedział, że mu nie dadzą nawet tego, co obiecali, jeśli się przekonają, że im to uchodzi bezkarnie, nie przestaną psocić mu, póki się go nie pozbędą. Zmieniłyby się powody do walki, ale ona sama nie przerwałaby się, a życie jego stałoby się łańcuchem nędzy, głodu i upokorzeń, jak tych kryminalistów, którzy okazali lękliwość, lub których osłabiło kalectwo. Już lepiej zabić siebie i dziecko! A wyjeżdżać do miasta nie było dostatecznych powodów: niewątpliwie kazaliby mu wrócić. Od tych myśli posępnych sposępniała i twarz jego: był tak smutny, że aż Zosia zauważyła to i próbowała go pocieszać.
W tym właśnie czasie Ajaks, który dla braku pożywienia dawno już był zostawiony swemu własnemu przemysłowi, przyniósł do domu kawał zgniłego mięsa. Czarna sierść na skórze zwróciła uwagę Aleksandra, zaczął więc śledzić psa i znalazł wkrótce w głuchym ostępie na pół z ziemi wykopane trochę objedzone i dobrze zgniłe: głowę, skórę i nogi Wronego — to co najłatwiej w czasie rewizyi mogło wydać złodzieja. Pokonał wstręt i podniósł za ucho zbrukaną głowę przyjaciela swego i współpracownika. Miała ona bardzo smutny wyraz, dolna warga była obwisła, zęby kurczowo zaciśnięte, a w oczodołach roiło się robactwo. Ślizka, wilgotna, wysunęła mu się z dłoni i napowrót w jamę upadła. Wytarł rękę o trawę i odszedł pośpiesznie, nie zawoławszy nawet Ajaksa, który czegoś zawstydzony, krył się w krzakach. Czuł, że mu się zbiera na płacz. Konia tego kupił młodym, nieujeżdżonym źrebakiem i długo był on razem z Ajaksem jedynym towarzyszem jego wygnania.
— Niegodziwcy!... niegodziwcy!... — powtarzał. — Otóż nie! nie dam ja się wam!
I znowu o różnej porze dnia i nocy przechodnie zaczęli spotykać na swej drodze silną, barczystą postać z bronią, przewieszoną przez ramię.
— Cóż ten szatan rosyjski nie śpi, czy co? — mówili. — Włóczy się dokoła swego pola i swoich sieci, jak niedźwiedź dokoła barłogu.
On im nie groził, nie upominał, tylko przeprowadzał każdego długiem, przenikliwem spojrzeniem, a nieznajomych pytał krótko:
— Kto? Skąd i dokąd?
— Niech Bóg uchowa! Kto inny zrobi, a ty odpowiesz! — straszyli się wzajemnie krajowcy, opowiadając sobie o spotkaniu z nim. Jadący, dostrzegłszy go, potrząsali żwawiej batem i zbierali cugle; piesi zdaleka zdejmowali czapki i zbliżali się lękliwie, kiwając głowami.
— Tem lepiej! Rozumieją tylko strach, niech go więc czują.
I nie wzruszała go bladość twarzy ludzi, znienacka w lesie zaskoczonych, drżenie ich warg, strachem rozszerzone źrenice; nie ściskało mu się serce, jak niegdyś, bolesnem uczuciem, że go nie znają, nie pojmują. Nie zbliżał się więcej do nich z łagodną perswazyą.
— Byłem i jestem im życzliwy — mówił teraz — lecz dzicy są, muszą się bać.
Usprawiedliwiał ich nawet do pewnego stopnia, przypominał sobie słowa kniazia, dowodził samemu sobie, że są warci szacunku, ale poprzedniej, ciepłej, serdecznej przychylności, już nie czuł. A gdy chciał wcielić ich do szeregu tych wszystkich, nad losem których cierpiał i za których duszę niegdyś oddawał — serce jego wyniośle milczało. Nie był w stanie przebaczyć świadkom, a poczęści i narzędziom swego poniżenia. Nie mógł im darować rozpaczy swojej na widok sieci, na brzeg wyrzuconych i głodu, zaglądającego mu w oczy, nie mógł im zapomnieć zbrukanej głowy zabitego konia. Obrzucili go błotem, obwinili o wstrętne przestępstwa, wyciągnęli mu duszę, jak strunę... Nie!... Niech cierpią! Niech także czują!... Lecz poco? naco? dlaczego? Co oni winni? i co za korzyść z tego?
Myśli takie precz odganiał, rozumowań takich nigdy nie lubił.
— Winnych niema, a są przeszkody i... nie mam wyjścia!
Lecz do jakiegoż wyjścia zmierzał? Bo to był przecie początek. Pierwszy raz przychodziło mu walczyć w obronie własnych interesów i widział się zupełnie odosobnionym. I używał takich samych sposobów, co wyrzutki społeczeństwa, którzy także nie mieli wyjścia i straszyli Jakutów. Cóż z tego, że on obiecywał być innym w przyszłości. Czyż krzywda kiedykolwiek przestaje być krzywdą?
W głowie jego zasiadło mrowisko gryzących myśli, które głuszyła tylko praca ciężka i łowy. Przestał się uśmiechać, wychudł i poczerniał. A praca była dla niego męczarnią, gdyż oddalała go z domu i wskutek tego skazywała go na ciągłą trwogę o dziecko, o dom, o zboże...
— Spalą, zniszczą, stratują!... — rozmyślał.
Z tem wszystkiem Zosia coraz częściej zostawała sama w jurcie. Aleksander wytężał siły w poszukiwaniach pożywienia, aby tylko przetrwać jakkolwiek do żniwa. Plecioną przegrodą zamknął odpływ łachy i postawił więcierz, a sieci przeniósł na inne miejsce. Próbował nawet zarzucić je w jeziorze, obfitującem w karasie, ale wprędce zaniechał tego, gdyż znalazł współzawodnika w niedźwiedziu.
Razu jednego, gdy się był dłużej nad łachą zabawił, usłyszał w lesie głosy jakieś niezwykłe. Chcąc zajść drogę szkodnikom, jak przypuszczał, ostrożnie przekradł się przez zarośla i stanął na ścieżce. Trzask gałązki, łamiącej się pod jego nogą, uciszył głosy, ale w zaroślach przesunęło się jakieś duże, kudłate cielsko. — Czyżby mój współzawodnik, aż tu mię ścigał? — pomyślał sobie Aleksander. Zdjął więc broń, i czuł, że mu serce mocniej bić zaczyna. Miejsce było ciasne i niedobre do walki. Gdyby chybił, zwierz powaliłby go, nimby zdążył nóż z pochwy wyciągnąć. Nagle krzewy rozsunęły się i wyjrzała z nich poczciwa głowa Ajaksa.
— Ajaks, ty tu!
Pies rzucił się ku niemu, a tuż za nim, wśród zielonych gałęzi, ukazała się złota główka Zosi.
— I ty także!... Co to znaczy? — krzyknął przerażony.
— Tatusiu, tak dawno cię szukam!... Komary tak gryzą!
— Niedobre dziecko!... niedobre! Dlaczego wyszłaś z domu?
— Ojczulku, tak nudno, tak strasznie nudno!... Nie gniewaj się ojczulku... Przecież znalazłam ciebie...
Dziecina, mówiąc to, uśmiechała się i była taka śliczna, że ojciec uchwycił ją i zaczął obsypywać pocałunkami.
— Brzydka, nieposłuszna dziewczynka!... Martwisz mnie... Bóg wie, dokąd zajść mogłaś...
— I ty mnie martwisz... Przychodzili Jakuci, o ciebie się pytali...
— Cóż mówili?
— Nic nie mówili, tylko do spiżarni zajrzeli, zboże oglądali, siano...
— Dobrze, niech patrzą. Nic nam od nich nie trzeba. Siadaj!
Posadził ją sobie na ramieniu i ruszył nad łachę kończyć zaczętą robotę. Na brzegu rozniecił ogień i dziecko obok niego umieścił.
— Siedź, nie ruszaj się, inaczej zaraz do domu odprowadzę.
Brał ją potem jeszcze kilka razy ze sobą, ale to utrudniało mu bardzo swobodę ruchów. Trzeba ją było nosić, w łódce trzymać na ręku, gdyż kręciła się i wychylała. Nie ważył się też przepływać z nią wirów i bystrych wodnych spadzistości, ale na brzegu zostawiać jeszcze bardziej się lękał. Kto mógł zaręczyć, że nie wpadnie do wody, nie zsunie się z krawędzi urwiska, nie stanie się pastwą niedźwiedzia, który mógł również niespodzianie ukazać się nad rzeką. Więc nie miał ani chwili spokoju.
Upały wzrastały, ziemia rozgrzewała się do tego stopnia, iż parzyła nawet przez obuwie. Woda w rzece gwałtownie opadać zaczęła. Z obnażonych trzęsawisk, z ogrzanych głębi wydobywała się zgnilizna. Aleksander czuł, że wdycha malaryę, gdy pochylony nad wodami, przeglądał sieci. Siły opuszczały go widocznie, głowa bolała często. Dziecka, rozumie się, nie brał już więcej ze sobą. Zamykał ją na klucz, a wracając, słyszał nieraz, jak zanosiła się od płaczu w pustej izbie.
— Choćbyś mi Ajaksa zostawił — prosiła.
Zostawiał więc Ajaksa i zamykał oboje, choć go żywienie psa na większe narażało wydatki. Nieraz po całych dniach włóczył się po lesie za zwierzyną. Kaczęta były jeszcze zbyt małe i starki strzegły je pilnie, nie wypuszczały z sitowia. Bez psa nie można było ich wypłoszyć, a Ajaks nie był ułożony do polowania; kuropatwy i cietrzewie odleciały w góry na jagodniki, nie było więc zwierzyny blizko w milczących borach. Ryba też nie dopisywała w płytkich zatokach; trzeba było szukać miejsc nowych. Drobna poławiała się jeszcze, choć w nieznacznej ilości. Gotowali z niej zupę, suto zaprawną dziką cebulą. Miał jeszcze wprawdzie trochę pieniędzy, ale odkładał je na czarną godzinę, na ostatnią potrzebę, a ta według niego jeszcze nie nadeszła.
Tymczasem zwykła o tej porze spiekota i posucha dochodziła ostatecznych granic. Deszczu nie widziano już ze trzy tygodnie. Ziemia wyschła i rozpalona, jak cegła, ogrzewała powietrze nawet w nocy. Rosa nie pojawiała się wcale; trawy spopielone zrudziały i uschły, lasy opuściły senne, przerzedzone konary; wszędzie wkradał się i wszystko rdzawił gorzki, lotny pył. Siwa mgła przysłoniła dal. Od kniei wiało gorącym, niezdrowym aromatem, od bagien i jezior zgnilizną. Tylko rzeka oddychała świeżością; odzywała się wdzięcznym szmerem; lecz i ona skurczyła się, obnażając olbrzymie ławice. Zboże rosło i rozwijało się słabo.
Nakoniec suche tumany wypełzły ze swych kryjówek i pokryły okolice płowym welonem. Pod ich zasłoną jasne dni i przejrzyste noce zlały się w jedną szarą, potworną całość. Słońce czerwone, bez blasku przesuwało się nad ziemią, jak księżyc w noc mglistą. Powietrze nabrało cierpkiego smaku i stało się gęste, jak wata, do płuc nie przenikało, w ustach więzło, w gardle dusiło i drapało. W popielatej mgle wszystko wydawało się popielatem. Ptactwa nie było wcale widać: umilkła kukułka, nawet wrony przestały latać. Ludzie i zwierzęta ruszali się niechętnie, leniwo. Kwiaty rozwarły szeroko spragnione korony. Ni kropli rosy, ni najmniejszego wiatru podmuchu... Dzień i noc jednakowo gorące i ciemne!
Tak minęło kilka dni.
I znów poziom Ałdanu bystro podnosić się zaczął; ostatnie śniegi musiały stopnieć w górach. Woda płynęła brudna i mętna. Ryby zupełnie przestały się łowić. Aleksander powiesił sieci na kołku. Jeszcze miał solonej ryby na dni kilka.
— Jedz, córko — oddawał Zosi co lepsze. Dziewczynka jadła niechętnie niezdrową strawę, bladła i chudła. Sam on dawno już nie dojadał i ledwo trzymał się na nogach.
— Nie! Trzeba z tem skończyć! Nie doczekamy się chleba... Trzeba pójść...
Przedtem jednak udał się raz jeszcze nad rzekę, by zobaczyć, czy woda nie opada. Wszędzie wisiały gęste, płowe tumany, ale wrażliwe jego zmysły łowiły już coś, co wróżyło odmianę. Wylew był wstrzymany, od rzeki wiało świeżością. Stał długo i patrzył na bełkoczące pod mgłą nurty. Można już teraz było sutego spodziewać się połowu i to lada dzień. Przetrwają, byle tylko kupić trochę żywności u sąsiadów. Broni można jeszcze było nie składać!
Postanowił iść zaraz. Lecz wahał się, czy wziąć dziecko, bo czuł, że go nie udźwignie. Pięć wiorst drogi! I przytem może nie zastać Jakutów.
— Córuchno, córeczko droga!... nie płacz, nie płacz, nie tęsknij, posiedź spokojnie... Ja zaraz wrócę... Masła, mleka ci przyniosę... kaczątko małe zabiję... Dobrze dziecinko? Ajaks z tobą zostanie, baw się z nim... Ale nie płacz, nie ruszaj nic... Nie lękaj się... Ja wrócę prędko...
— Dobrze... ojczulku... tylko przychodź niedługo.
Wyszedł i zamknął ją na klucz. Odchodząc, w okno jeszcze raz spojrzał i zobaczył bladą twarzyczkę Zosi, która stojąc na ławie, kiwała mu główką i dawała mu znaki paluszkami.
— Bądź zdrowa, dzieweczko! — zawołał z uśmiechem, a Ajaks w głębi domu odszczeknął mu w odpowiedzi.
Zarzucił broń na ramię i ruszył w drogę. Dostanie cokolwiek pożywienia, choćby z pod ziemi miał je dobyć! Ta nadzieja wróciła mu energię i siły. Szedł szparkim krokiem po znanej drożynie. Nad łąkami unosił się lekki wietrzyk i kołysał tumanami a choć nie mógł ich rozproszyć, niósł ulgę i świeżość zmęczonym płucom. Mgła widocznie rzedniała, opadała, wsiąkała w ziemię. Na wschodzie coś ciemnego, bezkształtnego wysunęło się z za gór.
— Ach, żeby to był, deszcz! Za dwa tygodnie mielibyśmy żniwo... Nie pójdę do księcia... daleko!
Wszedł do pierwszej z brzegu jurty. Nie było w niej nikogo, ale cielęta na podwórzu, naczynia, leżące na lawie i na stole i obraz święty pod pułapem, były dowodem, że mieszkańcy nie wynieśli się z chaty. Zaczął więc szukać i znalazł w oborze babę, śpiącą na ziemi. Zbudził ją i wywołał do jurty.
— I ktoś ty, i czego potrzebujesz? — spytała, odgarniając z twarzy kosmyki siwych włosów. Była naga i nie wstydziła się swojej nagości. Brudne, cuchnące jakieś strzępy miała na szyi i ramionach prędzej jako upiększenie, niż odzież. Ciemna, pomarszczona skóra wisiała na niej, nogi były cienkie, w pałąk zgięte i drżące, ręce chude z zakrzywionymi, krogulczymi palcami, trzęsły się także.
Aleksander cofnął się: jeszcze nigdy takiej nędzy nie widział.
Patrzyła nań wyblakłemi, zaropiałemi oczyma i powtarzała bezmyślnie:
— Nic nie mam... nic nie wiem... Jestem głupia, jestem stara!...
— Gdzie ludzie?...
— Wykoczowali... na wyspy. Wszyscy na wyspach... siano... Została stara... Została niedołęga!... — Pokazała ręką, jak koszą i grabią.
— Mleko masz? sprzedaj!
— Wszyscy poszli... pracują... siano... A ja nic nie wiem... Jestem głupia... Byłam gospodynią...
— Cóż jesz sama? Podziel się... Ja ci zapłacę... czy znasz mię? Jestem Liksandra z zachodu...
— Wszyscy poszli... siano.. pracuj... Nic nie wiem, nic nie mam... — powtarzała coraz niewyraźniej, trzęsąc rękami i głową.
— Czy został kto z sąsiadów?
— Nic nie wiem... nic nie mam... dużo lat... pracuj... siano...
Aleksander wyszedł, trzasnąwszy drzwiami.
W sąsiedniej jurcie też na pewno byli ludzie, ale... znikli. Na stole stała niedopita filiżanka ciepłej herbaty, leżały okruszyny drobnej ryby i drewniany rożen, na którym była pieczona.
Wołał długo, ale nikt się nie pokazał. Musiały być same młode kobiety i bały się wyjść do niego.
Udał się do następnej jurty: ta była także pusta. Widocznie wszyscy wyszli do sianożęcia. A więc wyłamie zamek pierwszej lepszej spiżarni, weźmie co mu potrzeba i zostawi za to pieniądze. Nie może przecież umrzeć z głodu. Była to jednak ostateczność, której wolałby uniknąć. Skierował się więc ku Toj, której rodzinę lepiej znał i na szczęście zastał w domu.
Wejściem swojem zrobił widocznie wrażenie. Wszyscy podnieśli się z miejsc, a chłopak wyrostek wyskoczył na dwór i krzyknął na kogoś. Stary gospodarz siedział przed ogniem.
— Kapsie!... Powiedz, cudzoziemcze, co słychać? Po co przyszedłeś?
Aleksander nieproszony siadł na ławie. W głowie czuł zamęt, w całem ciele osłabienie.
— Nakarmij stary, jestem bardzo głodny! — Mój Boże, taki pan! taki łowiec! Dawno nie jadłeś? Toj, podaj sąsiadowi misę mleka... Niech pije! Zbrakło i nam pokarmu: przerwał się połów na rzece, a na jezioro chodzić nie można — sianożęcie! Czasu nie starczy... Ale zawsze bydło mamy... Wielka to pomoc bydło... Głodujemy, ale nie umieramy!
— Sprzedacie mi, spodziewam się, trochę mleka i masła.
— Sprzedać?...
Stary zamyślił się.
— Dlaczego nie sprzedać?... Możnaby sprzedać, ale... niema! Zakazano sprzedawać. Gromada kazała odsyłać cię ze wszystkiem do księcia... Idź do niego; po co masz kupować? on ci darmo da. Nie możemy nie słuchać. Za byka wtedy co ja miałem, aj! aj! Nie uwierzyli, że przemocą wziąłeś.
— Nie uwierzyli, a w skardze napisali. A ty pozwoliłeś!
Stary się zmieszał.
— Cóż miałem robić? Pisarz skargę pisał. Cóż ja mogłem zrobić? Alboż wiedziałem, co napisał? Jestem, jak wiesz, niepiśmienny.
— Dobrze, dobrze! Mniejsza z tem. Lecz nie odejdę stąd bez jadła!
— Cóż, siedź! Izba duża, kąta nie ubędzie. Siedź, a tylko ja słuchać muszę... Idź do księcia. Ja nic nie poradzę, jak inni, tak i ja... podwładny jestem...
Mrugnął znacząco i głową wskazai na wychodzącego robotnika.
— Do księcia daleko. Nie mam gdzie córki zostawić. Żabie oko wyprowadził się.
— I to prawda... Ale sprzedać nie możemy...
— Więc pożycz lub podaruj trochę...
Jakut zamyślił się.
— Nie... niema!... Poradzę ci: jutro córkę przynieś do nas, a sam idź do księcia. Będziesz miał wszystko... Tak myślę!
Aleksander brwi zmarszczył i zdawał się rozważać.
— Zgoda! — rzekł, westchnął i podniósł się. Był może z dziesięć kroków za wrotami, gdy z za węgła wyskoczyła Toj z wiaderkiem.
— Bierz, Liksandra, bierz, tylko nie gadaj! Wiaderko zwróć, nie połam...
Nim spostrzegł, co było w naczyniu, dziewczyna uciekła. Przyniosła mu trochę kwaśnego mleka — „sorat“ i kawałek żółtego masła.
Przed chwilą czuł wielkie rozżalenie, teraz mu coś w duszy pękło i oczy napełniły się łzami. Chciał oddać datek, chciał go powiesić na słupie u wrót, ale się rozmyślił i zabrał.
— Dobra dziewczyna!...
W nadziei upolowania kaczki, którą Zosi obiecał wybrał się z powrotem inną drogą, do okoła jeziora, okrągłego jak talerz. Obszerne, czarne zwierciadło wody stało puste i nieruchome w zielonej oprawie szuwarów. Coś tam pluskało się w sitowiu, lecz milkło, skoro Aleksander się przybliżał. Próbował straszyć tyczką, ale chowało się jeszcze głębiej. Czas upływał na daremnych wysiłkach. Wreszcie kilka jakichś głupszych widocznie kacząt wysunęło się na gładką wodę, ale na widok głowy Aleksandra, wznoszącej się nad trawami, dały napowrót nurka w gęstwinę. Pozostało jedno tylko pisklę, które tak bardzo kwiliło i tak było małe, że Aleksander pożałował naboju. Tymczasem starka wypłynęła na kraj sitowia i ostrożnie głosem i ruchem starała się pisklę przywabić. Podpełznął nieznacznie ku niej, wlazł na pień powalonego drzewa, przygotował broń i chrząknął. — Cisza, poczem dał się słyszeć słaby plusk, trwożne, cichutkie kwakanie i stara kaczka wypłynęła cokolwiek dalej na wody; zatrzymała się i, wyciągnąwszy szyję, zaczęła uważnie to jednem okiem, to drugiem oglądać brzeg. W tej chwili rozległ się strzał i ptak z przeraźliwym krzykiem nizko poleciał nad wodą. Aleksander powtórnie strzelił w lot. Kaczka spadła, ale nie przewróciła się: pływała, kwacząc żałośnie, bijąc złamanem skrzydłem i oglądając się na dzieci. Te śpiesznie płynęły do niej zbite w gromadkę, po szyję pogrążone w wodzie. Aleksander nabił broń i jeszcze raz wystrzelił. Tym razem wywróciła się i rozpostarła skrzydła.
— Wiwat! Będzie obiad, jakiego Zosia już dawno nie miała!
Czapkę zdjął, na czapce broń kurkami położył i zaczął pośpiesznie się rozbierać. Teraz dostrzegł dopiero zaszłe w dolinie zmiany.
Znikła mgła, ale niebo choć czyste, miało brzydki stalowy połysk. Po nim od wschodu toczyły się kłębuszki kędzierzawych, czarnych jak smoła obłoczków. W pogoni za nimi leciały palące podmuchy wiatru. Z za gór, miedzianą piersią opierając się o ich szczyty, podnosiła się potworna czarno-ruda chmura. Dokoła niej uwijały się stada strzępiastych obłoków, a ona wyciągała kosmate łapy, jak gdyby chciała wszystkie je zagarnąć i w siebie wchłonąć. Leciała ku słońcu! Na cały widnokrąg rozpuściła skrzydła, a za nią cień siny biegł po ziemi, przykrywał góry, lasy, łąki i wody. Ogarnęła już pół nieba i pół ziemi, i spotkała się nakoniec z promieniami zachodzącego słońca. Na rozczochranej jej grzywie błysnęła szeroka tęczowa przepaska, wybiegające z pod niej sploty wiatr szarpał i rozdymał, aż deszcz spadł zasłoną na zasępione oblicze burzy i stopił w jedno cień ziemi i nieba. Niby gniewu spojrzenia przelatywały po niej błyskawice; grzmot przybliżał się, rósł, potężniał.
Umilkło ptactwo, woda jeziora jakby zmartwiała, szuwary stały osłupiałe, z głębin lasu płynęły upalne wonie. — Nawałnica przybliżała się, pomrukując groźnie. Przed nią uciekał orzeł z rozpiętymi skrzydłami. Długo migotał w słońcu jak złoty, а był tak wysoko, że wydawał się drobny, niby motyl. Wreszcie ogarnęła go fioletowa opona burzy i zniknął. Wicher zerwał się i uderzył o ziemię.
W tej samej chwili Aleksander wracał z kaczką do brzegu. Nagle podniosła się fala, pianą bryznęła mu w twarz i przeskoczyła przez głowę. Musiał jak pies wziąć zdobycz swoją w zęby, gdyż obie ręce stały mu się teraz potrzebne. Płynął z trudnością, fale uderzały o niego, długie ślizkie wodorośle obwijały mu członki niby macki zbudzonych ze snu polipów. Ostatnia fala z taką siłą rzuciła go na trzciny, że poranił sobie dłonie i kaczki o mało nie zgubił. Dzwoniąc zębami, ubierał się pod strugami ulewy i z przerażeniem myślał o Zosi.
A tymczasem uragan ryczał, wył, tarzał się po dolinie. Grom huczał, przelatywały błyskawice, las bałwanił się, jak woda. Aleksander z trudnością odnalazł wiaderko, które schował był w krzakach i zmoczony do nitki, pędem puścił się ku domowi. Nie mógł jednak biedz szybko: tamowały mu drogę potoki, spływające z pochyłości, kamienie, lecące pod nogi, gałęzie; oczy zalane wodą, oślepione błyskawicami nie widziały ścieżki przed sobą — zdawała się bez końca; serce biło w piersi, jak młotem.
Minął wreszcie gaj, co mu widok na sadybę zasłaniał i w świetle błyskawicy zobaczył swoją jurtę przez mglistą deszczu zasłonę. Odetchnął swobodniej: piorun jej nie zapalił, stoi. Zwolnił kroku, ale gdy był już blizko, gdy minął węgieł domu, stanął jak wryty. Szyba z okna była wyjęta, deszcz i wicher wpadały do wnętrza, na stole stała zapalona łojowa świeca. Ajaks siedział na ziemi i żałośnie spoglądał w okno; ujrzawszy pana, wstrząsnął uszami i zaskomlał radośnie.
Drżącymi rękami Aleksander oderwał zamek ode drzwi.
Zosi nie było w izbie.
— Zosiu!... Zosiu!... — wołał, przeglądając wszystkie kąty.
Wyskoczył na deszcz i pobiegł drogą prowadzącą do jurty Żabiego Oka.
— Zosiu! Zosieczko!... — powtarzał z jękiem prawie, Ajaks biegł za nim, skakał i lizał mu ręce.
Obszukał wszystkie skrytki w opuszczonej siedzibie, obmacał ściany, dziury, kąty; zapalił łuczywo, wołał, hukał. Wszystko daremnie.
— Boże mój. Boże!...
Nie wierzył sobie, nie wierzył temu, co się stało. Prawie obłąkany wypadł znowu na ulewę.
— Zosiu!... Zosieczko!... — wołał ochrypłym już głosem, lecz krzyk jego ginął w ogólnym zamęcie. Usłyszał go tylko Ajaks i stanął przed panem z podniesionym do góry łbem. Aleksander spojrzał na niego i nagle błysnęła mu myśl.
— Ajaks szukaj... szukaj Ajaks! Pójdź, szukaj...
Pies machał ogonem, zdawał się wyrażać gotowość, szczeknął nawet, ale się nie ruszył... Nie wiedział, o co chodzi.
Aleksander pospiesznie wrócił do domu, odszukał koszulkę Zosi i dał psu powąchać.
— Ajaks pyf!... na masz!... szukaj!... — koszulkę przytykał mu do pyska i ręką ukazywał w ciemność. Sam biegł naprzód i psa przyzywał. Ten zupełnie stracił głowę, rzucał się jak szalony, ale wciąż do pana powracał.
— Ajaks, szukaj... poczciwy... kochany psina... — jęczał, przytulając rozpaloną twarz do mokrego cielska zwierzęcia.
Pies podskoczył z radosnym skowytem i liznął go w twarz, potem rzucił się na ziemię i podniósł wszystkie łapy w górę. Dawno już pan go tak nie pieścił, takich łaskawych słów nie mówił. Aleksander schwycił się za głowę.
— Nie... nie! — powtarzał z rozpaczą, czując, że nogi gną się pod nim. Siadł na pniu ściętego drzewa i zakrył oczy ręką, by choć na chwilę oderwać się od otaczającego go łoskotu burzy i zebrać myśli. Siekła go zimna ulewa, blask błyskawic przez zamknięte powieki do mózgu wnikał, szum burzy unosił gdzieś niezmiernie daleko.
— Nie... nie!... Trzeba pomyśleć..., jakie zna drogi. Może poszła do łachy... Może tam, gdzie już ją raz znalazłem... Może zobaczę gdzie ślady... Powoli... spokojnie... Muszę być spokojny!...
Powstał i zaczął iść nachylony, z oczyma wlepionemi w ziemię, starając się przebić wzrokiem ciemności, rozświecane chwilowymi błyskawicami. Z niecierpliwością wyczekiwał każdej, zdawało mu się, że wieki upływają między pojawieniem się jednej, a drugiej, a tymczasem one były tak częste, jak uderzenia krzyżujących się mieczy. Ajaks też nos spuścił ku ziemi, biegł i drogę obwąchiwał. W jednem miejscu dłużej się zatrzymał. Wielka błyskawica oświeciła kałużę wody i tuż obok czochratej kępy coś drobnego, białego na ziemi; lecz znikła nim oczy jego to coś rozpoznać mogły. Więc nie ruszał się i ze wzrokiem wlepionym w to miejsce czekał następnej. Z błyskiem rzucił się i podniósł... lalkę Zosi. Teraz ukląkł i jeszcze niżej się nachylił i czekał blasku... Miał nadzieję zobaczyć ślad...
Palcami szukał ostrożnie, czy nie namаса zagłębień w błocie. Zdawało mu się dotykać czegoś, co mogło być śladem, ale tak rozmytym, że trudno było rozpoznać.
— Zosiu!... Zosiu!... Ajaks!...
Psa nie było. Wezwany, wyskoczył naprzód, lecz nie przybiegł. W świetle błyskawicy zobaczył go Aleksander, stojącego w pewnej odległości, machał ogonem i patrzał na niego.
— Szukaj... szukaj, Ajaks! — zawołał.
Słyszał, jak pies rzucił się w zarośla i coś jakby jęk doleciało go stamtąd. Tłumiąc oddoch, posuwał się, słuchał i nawoływał.
— Zosiu!... Ajaks, szukaj!...
Ajaks znów podbiegł do niego, potem odskoczył, stanął nad czemś dużem i ciemnem i szczeknął.
Tak, to było jego dziecko! Leżała w błocie, rękami obejmowała sobie główkę, a twarzyczkę wtuliła w kępę; drżała i jęczała cichutko. Porwał ją na ręce radośnie, przycisnął do piersi i pędem zawrócił ku domowi.
Rozebrał dziecko w mgnieniu oka, położył na suchą pościel i rozniecił suty ogień. Potem rzucił przemokłe i zabłocone ubranie i wytarł się ręcznikiem do sucha. Ożywcze ciepło rozlało się po jego zmęczonych i skostniałych członkach. Postawił czajnik na ogniu. Zosia jęczała wciąż i miała oczy zamknięte.
— Zosieńko... dziewczynko moja!... Otwórz oczki... spojrzyj!... To ja, twój ojciec...
Powieki dziecka drgnęły, ale nie otworzyły się; podniosła rączkę i położyła ją na jego twarzy. W takiej postawie ucichła powoli i usnęła. We śnie dostała gorączki i nawet bredzić zaczęła. Aleksander wlał jej w usta roztworu chiny, której proszek chował, jak skarby największe. Sam, by się pokrzepić wypił wzorem krajowców spodek ciepłego topionego masła i zjadł kwaśnego mleka. Nad ranem zdrzemnął się przy dziecku.
Obudził go krzyk.
— Ojczulku, ja się boję!... Niedźwiedzie chodzą wokoło... ryczą... Nigdy nie będę... Nie bij mię, ojczulku!...
Siedziała na pościeli i wyciągała do niego rączki. Gęste złote włoski rozsypały się dokoła jej główki, twarzyczka pałała, w błękitnych oczach matowiał się przestrach. Była żywym obrazem matki i przypomniała mu tę chwilę, kiedy Julię zobaczył w jurcie jakuckiej, witającą go z wyciągniętemi ramionami.
Zaczął ją pieścić, kołysać na ręku, aż utulił i znowu usnęła. — Sam jednak nie mógł już spać. Wyszedł przed dom, by się orzeźwić, pomyśleć.
Dolina wstała po burzy czysta, odświeżona, radośna. Niebiosa miały błękit skąpanego w wodzie bławatka; nigdzie ni kurzu, ni tumanów nie było śladu. Znikły żółte plamy spalenizny, kwiaty podniosły główki i barwne, jaskrawe, jak gwiazdy zabłysły wśród traw. Zioła obmyte, wilgocią napojone, rozkosznie rozwijały kędzierzawe swe liście. Lasy oblane wschodzącem słońcem, rzucały cień chłodny, złotemi przenizany strzałami. W głębi odzywała się kukułka, świergotały ptaki. Poranek był piękny, iż myślećby można, że to wiosna zjawiła się powtórnie.
Aleksander z rozkoszą wdychał powietrze, jak kryształ czyste i patrzał — wpatrywał się w bory, jak gdyby chciał oczy widokiem ich nasycić. Postanowił odejść stąd. W jednej chwili rozważył i zdecydował. — Niech z nim robią, co chcą. Musi ratować dziecko! Jeśli go ukarzą za samowolę i wyślą gdzie dalej, to gorzej pewnie nie będzie. Postara się na nowem miejscu starych nie popełnić błędów, stworzyć sobie inne, bardziej ludzkie stosunki. Ze wszystkiem się pogodzi, wszystko przeczeka... Ta placówka stracona. Zwyciężyli go; czuje, że się lękać zaczyna, czuje się słabym i winnym. Lepiej odejść, niż poprawiać omyłki... Więc odejdzie, jak można najprędzej. Ale jak? Nie chciał iść do księcia i żądać, by go odwieźli. Nie dlatego, żeby mu wstyd było, bo było mu obecnie wszystko jedno; nie dlatego, żeby wątpił, iż Jakuci odwieźć go zechcą, ale że do księcia było 15 wiorst, że mógł go nie zastać, koni nie dostać, a nie chciał, już czekać ani dnia, ani godziny. Pójdzie więc prosto piechotą, a dziecko na plecach zaniesie. Noszą przecież cyganki nie wiele mniejsze dzieci, a Węgrzy całe paki towarów. Dziecko nie mogło ważyć więcej nad funtów pięćdziesiąt. Cóż to znaczy dla niego! i co znaczy siedmdziesiąt wiorst lasu w takiej potrzebie!
Zabrał się niezwłocznie do pakowania w kufry rzeczy, które zostać miały; wiązał je sznurami i opieczętowywał. Gmina odstawi je do zarządu Ułusa, a potem pójdą dalej jego śladem. On tu nie wróci... Niech co chce będzie, nie wróci...
Broń wyczyścił, nasypał pełen róg prochu, odlał kilka kul i nabił jedną lufę śrutem, a drugą — kulą na wypadek niedźwiedzia. Nóż obejrzał, naostrzył, odzież poprawił, do obuwia przyszył nowe podeszwy i rzemyki; zapiął się, pas podciągnął, fałdy wyrównał, aby wszystko leżało gładko, nic nie wisiało, nie zawadzało, nie czepiało się. Kaczkę, wczoraj zabitą, ugotował i połowę zjadł, połowę włożył do tłomoczka. Zosię nieprzytomną i rozpaloną, jak węgiel, zmusił wypić trochę rosołu, potem ją ubrał we wszystko czyste i suche, posadził na pled i jego końce zarzucił sobie na plecy. Do pasa przyczepił z jednego boku kociołek, z drugiego — kobiałkę z kory brzozowej, szczelnie zamkniętą, w której znajdowały się resztki masła i kwaśnego mleka. Broń powiesił na ramię, kij wziął do ręki i świsnął na psa.
Na zakręcie stanął i obejrzał się na swoją sadybę. Nie czuł żalu. Spojrzenie jego obojętnie przesunęło się nad błękitną przepaścią Ałdanu, objęło potężne modrzewie gaju, ubogą jurtę, obsypaną ziemią i trawą porosłą, której okna, jako przezorny gospodarz, zabił deskami. Przez tyle lat oglądał co rano wzgórek sosnowy i łąki naprzeciw i srebrne jezioro... i nie wzruszało go, że nie zobaczy ich już nigdy. Ale pomyślał o Jakóbie, który w tym głuchym kącie miał pozostać zupełnie samotnym. Jakże mu będzie przykro, gdy się dowie, że odszedł może na zawsze... bez pożegnania, bez uścisku!... I wzrok jego w przelocie spoczął na polu jęczmienia. Gęste, bujne kłosy pokotem legły po burzy, lecz już w niektórych miejscach próbowały podnieść i wyprostować zgięte, w pałąk łodygi. Ciepły, łagodny wietrzyk głaskał je i dźwigał, szeleszcząc długimi ich wąsami. — W duszy Aleksandra zadrgało bólem uczucie. Tu on znał każde źdźbło, każdy kłos, sam pełł je i pielęgnował, każdą niemal grudkę ziemi własnemi przecierał rękami; na każdym wbitym kołku zostawił cokolwiek własnej duszy i ciała! Odejdzie, a piołuny znowu pole zarosną, płot Żabie Oko zabierze i na kominie spali. Nic po nim nie zostanie... prócz legendy, że był tu ongi obcy szatan, co ziemię chciał zabrać Jakutom, nie spał po nocach, błądził i straszył, a miał córkę złoto-włosą i złego, czarnego psa.
Machnął ręką i ruszył naprzód szerokim, żołnierskim krokiem, chyląc się mocno pod ciężarem swoim na plecach.
Nawałnica wygładziła ścieżynę. Pierwsze dziesięć wiorst przeszedł swobodnie, ale im dalej zapuszczał się w las, rósł upał i droga stawała się coraz gorszą. Uszedł jeszcze trzy wiorsty i poczuł, jak strasznie wyczerpują się jego siły.
Dziecko nie wracało do przytomności, rozpalone jej ciałko piekło go w plecy, jak zarzewie; końce pledu wrzynały mu się w odparzone ramiona. Wszystkie drobiazgi, tak lekkie przy wyjściu, nabrały ciężkości ołowiu, zaczęły przeszkadzać i odzież w dół ciągnąć. Gdzie mógł oprzeć się, stawał i odpoczywał choć chwilkę, ale myśl o powrocie ani przychodziła mu do głowy. — Uszedłszy trzecią część drogi, zatrzymał się dłużej, rozniecił ogień, posilił się i zrobił herbaty.
Dalsza droga prowadziła między górami. Drożyna biegła po spadzistości. Wysoki, gęsty las wznosił się z obu stron, a tam — na dole, w głębi błyskała woda między wierzchołkami drzew i falami zieleni. Słońce zachodziło w parowie. Chciał na noc zatrzymać się nad brzegiem wody. Szedł raźno, mniej czując rany i odparzenia na nogach.
Stanąwszy nad rzeczką, nałamał przedewszystkiem modrzewiowych gałązek i urządził Zosi posłanie, poczem rozpalił ogień i postawił Ajaksa na straży przy dziecku, a sam poszedł w zarośla, gdzie widział przed chwilą kuropatwy. Wkrótce powrócił z jedną i miał smaczną wieczerzę. Dziecko nic jeść nie chciało. Noc przesiedział oparty o drzewo, zdjął tylko obuwie, aby ochłodzić stopy, broń położył przy sobie, a śpiącą dziewczynkę trzymał na ręku, bojąc się ją położyć na wilgotnej ziemi. Ajaks cisnął się także do niego, wystraszony niezwykłością otoczenia. Kilka razy wydało mu się, że słyszy wycie, głosy jakieś w zaroślach i podejrzany plusk i trzask nad rzeką. Kładł wówczas dziecko na trawę, dorzucał świeżych gałęzi na ogień i z odwiedzionymi kurkami, a mocno bijącem sercem słuchał i wpatrywał się w ciemności.
O wschodzie słońca ruszył dalej. Upał był straszny, on czuł się tak wyczerpany, że chwilami myślał, iż nie dojdzie. Najcięższym jednak do przebycia okazał się kawałek drogi od pierwszych płotów do pierwszej sadyby.
Szedł, zacisnąwszy zęby, spuściwszy oczy, aby nie widzieć kołków i żerdzi — drażniących dowodów błizkości ludzi, których wciąż jeszcze nie było.
— Cudzoziemiec! A jaki zmęczony!... Coś niesie... Dziecko! — zawołała stara Jakutka, gdy chwiejnym krokiem wszedł do jurty i zdjął z pleców pled z Zosią.
— Co się stało?... Piechotą, mój Boże!... Odpowiedz!... Czy nieszczęście jakie? — pytała.
Znali go tutaj; nieraz dawniej, przejeżdżając, konia u nich karmił.
Nie odpowiadał, nie mógł mówić: wzruszenie ściskało mu krtań. Napoili go zimną śmietanką, posadzili na ławie. Powiedział im, że śpieszy z chorem dzieckiem do zarządu Ułusa, skąd ruszy dalej do miasta, że przyszedł piechotą dla uniknięcia straty czasu.
Gospodarz kiwał głową zdziwiony. Do Ułusa zostało jeszcze pięć wiorst, więc Jakut za pół rubla zgodził się odwieźć go natychmiast i zaprzągł swego byka do skrzypiącego drewnianego wozu.
Tu już zaczynała się kultura.
— Pan sam przyjechał? Skąd-że się pan dowiedział? — przyjął go ze zdziwieniem pisarz Ułusa. Myśmy przecie nie posłali jeszcze księciu papieru... Okazyi nie było...
— Jakiego papieru?
— То pan nie wie?... Wielka łaska... pozwól pan powinszować sobie... Wracasz do kraju!...
Wargi i ręce Aleksandra poczęły drżeć, jak liść osikowy.
— Pokażcie papier.
— Owszem, chętnie... Oto on... A ja myślałem, że się pan dowiedział, że towarzysze z miasta napisali! Dawno należało wysłać, mówiłem wójtowi, ale... sianożęcie, nikt nie jechał!... A cóż gospodarstwo?
Aleksander głowę pochylił, czytał, a gorzkie, palące łzy padały na papier.

Świack 1 maja 1896 r.


Przypisy

  1. Tałaki — łoza.
  2. Biały lis — przezwisko.
  3. „Szajtan tumuł“ — szatański bór.
  4. Jagoda
  5. Babylon — ogromne jezioro na północno-zachodniej części Kołymskiego okręgu.
  6. Ohonior — znaczy stary, lecz tu na północy używa się wogóle w znaczeniu człowieka dojrzałego, żonatego, gospodarza.
  7. Niedźwiedź obudzony w zimie nie kładzie się już, staje się bardzo zły, krwiożerczy, rzuca na ludzi. Namarznięty na sierści lód i szron okrywają go twardym brzęczącym pancerzem.
  8. Nucza — Rosyanin.
  9. Samostrzał.
  10. Zwierzem zowią tu łosia.
  11. Wyrażenie „edżij“ — ciotka, znaczy także starsza siostra, wogóle krewna, starsza od mówiącego.
  12. Bicz — gra on pewną rolę w obrzędach weselnych.
  13. „Oju“ — rysunek, ozdoba, deseń.
  14. Ozdobne wyszycie na górnej krawędzi cholewy buta.
  15. Worki podróżne na konia, także część weselnego ubrania
  16. Zabawa, zasadzająca się na tem, że chłopiec i dziewczyna gonią się, a złapany nagradza łapiącego całusem. Bawią się tak zazwyczaj wieczorem.
  17. „Sagyniak“ — odzież kobieca, uszyta z futra wywróconego sierścią na wierzch.
  18. Przezwisko.
  19. Na północy jakuckich siedzib niema torbachanów.
  20. Menryjer — chroba nerwowa, bardzo rozpowszechniona między Jakutami; dotknięty nią, krzyczy, rzuca się niekiedy godzin kilka.
  21. W czasie silnych mrozów nocą słychać w tutejszych pustyniach dziwny, stłumiony szmer — Jakuci przypisują go gwiazdom.
  22. Chabdżij — kuropatwa — przezwisko.
  23. Adtołłer — przekleństwo.
  24. Podanie jakuckie.
  25. Okrągłe, płaskie naczynie, uszyte z kory brzozowej.
  26. Sorat — kwaszone gotowane mleko — twaróg.
  27. „Nucza“ — w ogóle Słowianin, człowiek biały z południa.
  28. Miękkie obuwie z wyrobionej skóry bydlęcej, z ostrym nieco zadartym końcem i drobnymi fałdami na podbiciu.
  29. Dymokur — zapalone kupy nawozu, w celu odpędzenia od bydła komarów.
  30. Jest to urząd obieralny i odpowiada naszemu wójtowi gminy, dostaje się on zazwyczaj najbogatszym i najwięcej wpływowym.
  31. Kniaź w gminie tunguskiej znaczy tyle, co u nas sołtys.
  32. Znaczy — łado-łado! dana! dana! — przyśpiewek.
  33. Nosleg — jednostka jakuckiego samorządu, odpowiadająca gminie włościańskiej. Jakuckie osady nie tworzą wsi, ale oddzielne kolonie, rozrzucone częstokroć na olbrzymiej przestrzeni. Są gminy rozległości naszych powiatów, nawet guberni.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.