Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pojono, karmiono, podejmowano, wybaczano nawet ciągłe szczebiotanie, brak powagi, miłość zabaw i wesołości, częste nieposłuszeństwo i lekceważenie starszych.
Jak tylko Ania zjawiała się gdzieś w domu, tam dziatwa stawała się zaraz krnąbrniejszą. Cały dzień słychać było piosnki i żarty, a wieczorem na dworze rozlegały się do późnej nocy śmiechy i wołania, tupot nóg uciekających i goniących, gwar młodzieży, grającej w „zmrużone oczy“[1]. Po mroźnem powietrzu daleko szedł odgłos wesołych okrzyków i gorących całusów. Pocieszano się jednak, że skoro Ania skończy robotę i pójdzie sobie, dziatwa wróci do dawnego porządku. Od czegóż wreszcie popręg od siodła na duże, a łoza na małe?

Ania tymczasem co dnia najpierwsza na nogach. Nim świt błyśnie — rozpala ogień, budzi dziewczęta, a sama siada do roboty i siedzi tak dzień cały, szyjąc i gwarząc, a za robotę nie żąda więcej nad dobre słowo i trochę strawy. Chętnie dają jej jedno i drugie, dołączając niekiedy drobne podarki. Niech więc hula, niech całuje i swawoli. Czyż to grzech? Pocałunków jej nikt jeszcze nie kupił, a i odprzedać ich niema komu. Ojciec umarł, starszego brata nie ma, a ślepa matka z resztą

  1. Zabawa, zasadzająca się na tem, że chłopiec i dziewczyna gonią się, a złapany nagradza łapiącego całusem. Bawią się tak zazwyczaj wieczorem.